18.2 C
Biskupin
środa, 18 maja, 2022

Naszą odpowiedzią na inflację jest 14-sta emerytura – mnie nie śmieszy

6

Pewnego dnia do drzwi komendanta Ochotniczej Straży Pożarnej zapukał starszy strażak Zenon Kociuba. Gdy tylko usłyszał donośne: „wlazł”, natychmiast otworzył drzwi i jeszcze w progu zaczął alarmować, że we wsi pali się stodoła. – Co mamy robić, panie komendancie? – pytał z troską w głosie. – Bierzcie wóz bojowy, nalejcie zamiast wody benzyny i gaście! – odpowiedział komendant. No i pojechali, no i dolali benzyny do ognia. Bardzo podobnie w ostatnim czasie wyglądają posiedzenia rządu. Przychodzi do premiera Morawieckiego, jeden, drugi i trzeci minister-strażak, zgłasza pożar, pyta o plan działań, a Morawiecki każe tankować benzynę po 7,50 zł i gasić pożary. Metafora jest dość czytelna, rzekłbym nawet, że banalna i nadużywana, ale idealnie koresponduje działaniami PiS.

Wczoraj odbyła się konferencja pani minister Marleny Maląg z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy mogą kojarzyć o kogo chodzi, to podpowiem co nieco. Pani Malag to jest ta minister, która cały czas mówi i nie wiadomo kiedy bierze oddechy. W jej ustach wszystko się pnie, gdy trzeba i spada, jeśli zajdzie tak potrzeba. Na wspomnianej konferencji pani minister, w swoim stylu, wypowiedziała następujące słowa:

Wypłata również w tym roku czternastej emerytury to nasza odpowiedź na inflację, bo chociaż ma ona charakter zewnętrzny.

Wydaje się, że powyższy cytat w pełni uzasadnia i usprawiedliwia przywołanie zgranej metafory z dolewaniem benzyny do ognia. Pani minister Maląg chce odpowiadać inflacji dorzucaniem pieniędzy, co samo w sobie jest śmieszne i tragiczne zarazem. Śmieszność i tragedię przypisuję przedstawicielce władzy, natomiast co do wypłaty 14-stej emerytury mam już mieszane uczucia. Oczywiście nie jest to żadne gaszenie inflacji, chyba że mówimy o gaszeniu benzyną, ale po całej serii decyzji rządowych, które oddawały pieniądze Polaków w obce ręce, żeby utrzymywać obywateli obcego państwa, akurat ta decyzja wydaje się najmniej nieszczęśliwa. Oszukiwani i okradani przez większość życia nasi rodzice i dziadkowie, otrzymają niewielką rekompensatę za ciężką pracę. Podkreślę słowo „praca”, ponieważ cała rzesza obcokrajowców otrzymuje nasze pieniądze za nic nie robienie. Propagandowo minister Maląg kompletnie się skompromitowała, podstawowej wiedzy na temat gospodarki również nie posiada, ale jej śmieszność i ignorancja przynajmniej posłuży milionom polskich emerytów. Znacznie gorzej wygląda to w wydaniu innych nieudolnych propagandystów ministerialnych.

Minister Michał Dworczyk, który dawano powinien z rządu wylecieć z hukiem, za szereg afer i spektakularnych katastrof, gasi inflację w zupełnie innym sposób, mianowicie poprzez inwestycje na Ukrainie. Pan minister będzie budował „wojenne” osiedla kontenerowe, na co rzecz jasna potrzeba pieniędzy i bynajmniej nie będą to ukraińskie hrywny. Zapłacimy za ten i wiele innych projektów, w ramach „bratniej pomocy”, złotówkami wyjętymi z polskich portfeli, ewentualnie dodrukuje się trochę banknotów i tak pokonamy inflację. Obecna władza umiłowana przekroczyła Rubikon propagandy, czyli weszła do tej samej rzeki, w której notorycznie kąpali się poprzednicy. Nieważne co mówią, ważne do kogo i trzeba brutalnie powiedzieć, że odbiorcami komunikatów władzy są coraz więksi… mało mądrzy.

W zaistniej sytuacji człowiek bardziej mądry ma do wyboru dwie reakcje: śmiech lub płacz. Można też te dwa skrajne stany emocjonalne połączyć i śmiać się przez łzy. Nie ma w tej chwili drugiego takiego państwa na świecie, które by w tak podłych czasach bardziej troszczyło się o obywateli obcego, niż własnego kraju. Daleki jestem od klepania liberalnych zdrowasiek o wielkim wolnym rynku i wszechmocnej inflacji, nie mniej zgodzę się i z liberałami i po prostu z myślącymi Polakami, że to co się dzieje obecnie jest realnym socjalizmem i to w formule RWPG.

Reklama

Zmierzch „giganta” na koniu – Tuskowi nie udaje się ogłupić nawet PO i TVN-u

22
Warszawa, 02.04.2022. Prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego W³adys³aw Kosiniak-Kamysz (2P), przewodnicz¹cy Platformy Obywatelskiej Donald Tusk (3P), wicemarsza³ek Sejmu RP W³odzimierz Czarzasty (L) oraz lider Polski 2050 Szymon Ho³ownia (3L) podczas uroczystoœci z okazji 25. rocznicy uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, odbywaj¹cych siê 2 bm. w Sejmie w Warszawie. (amb) PAP/Tomasz Gzell

Oj były kiedyś czasy, jak się okazuje po latach, spokojne, nudne i wypełnione głupstwami. Człowiek dzień w dzień musiał pisać, co powiedział Kaczyński i co odpowiedział mu Tusk albo odwrotnie. Materiałów było tyle, że prace doktorskie mogły powstać, a magisterskie to chyba nawet powstały, przynajmniej tak mi się obiło o uszy. No i to nie były byle jakie analizy, warto przypomnieć, że nie tylko słowa, również milczenie Kaczyńskiego szeroko komentowano i określano nienawistnym. Gdy słyszę, skądinąd słuszną, pretensję w głosie: „ile można o pomorze i Ukrainie”, to od razu uruchamiam archiwum pamięci i uprzejmie donoszę, że te tematy utrzymały się krócej niż święta wojna POPiS.

Nie ma dnia, żeby Kurski nie przypominał o wnuku dziadka z Wehrmachtu i nie ma dnia bez komentarza o PiS lub Kaczyńskim w „wolnych mediach” TVN. Identycznie się dzieje pomiędzy samymi politykami obu partii, nieco osłabły emocje wśród elektoratu, ale tak zwany beton na sekundę nie schodzi z barykady. W takiej rzeczywistości, znanej wszystkim od podszewki, bardzo trudno zwieść przeciwnika i jak się wydaje potencjalnego sojusznika również. W zasadzie sojuszników chyba jeszcze trudniej oszukać, o czym wielokrotnie przekonały się PiS i „Solidarna Polska, we wzajemnych potyczkach. Po drugiej stronie słychać kpiny ze „Zjednoczonej prawicy”, ale to jest śmiech teatralny, bo w koalicji opozycyjnej wcale nie dzieje się lepiej. Tusk ma więcej problemów wewnętrznych niż Kaczyński, w PiS co najwyżej trzeci szereg od czasu do czasu szuka nowego miejsca w polityce, ale wierchuszka z zaciśniętymi zębami idzie razem. Wiadomo, że Kaczyński to lider, nieco gorzej sprawy się mają z pomazańcem Morawieckim, którego cześć PiS-u chętnie by pomazała, ale zupełnie inaczej i zupełnie czymś innym. Niemniej w PiS nie ma problemu kilku liderów i głównych frakcji, czego o PO powiedzieć nie można.

Tusk to całkowicie inna postać, niż wielokrotny pogromca Kaczyńskiego, mają go dość ludzie Schetyny, za konkurencję robi Trzaskowski, już nie takie młode wilczki skupione wokół Nitrasa i Pomaski, też nerwowo przebierają nogami. Problemów z PO Tusk ma pod dostatkiem i trzyma się to kupy wyłącznie dzięki presji TVN, „Wyborczej” i pozostałych „elit”. Jednak największym problemem Tuska nie jest PO, tylko potencjalni koalicjanci, których Tusk chce wciągnąć na jedną listę. Jest to działanie tak czytelne, że w istocie prymitywne. Przy wspólnej liście PO jest konsumentem, cała reszta przystawkami. Wiadomo, jak się takie procesy w Polsce kończą, nie ma już Gowina, Ziobro pomimo wysiłków nie jest w stanie przekroczyć progu wyborczego. Taki sam los spotkał „Nowoczesną”, nieco inaczej działa „Lewica” (SLD), ale z „potęgi” koalicjantów w postaci „Wiosny” i „Razem” zostało parę procent, jeśli nie promili. Tusk mami mniejsze partie opozycyjne wizją wygranej z PiS, ale jedyne, co jest w tym palnie pewne, to osłabienie konkurencji dla PO, dlatego też nikt z potencjalnych koalicjantów Tuska nie chce słuchać.

Hołownia nie znajdzie żadnego interesu na jednej liście, o „Lewicy” i PSL szkoda wspominać i Tusk doskonale o tym wie, ale w swoim „stylu” udaje przyjaciela i jednocześnie próbuje szantażować i podtapiać „przyjaciół”. Ostatnie wystąpienie, w którym przedstawił bzdurną symulację dla wspólnej wygranej, przy 92% frekwencji wyborczej, wywołało śmiech i politowanie. Tusk liczył, że TVN z „Wyborczą” wywrą presję na „skłóconej opozycji” i zacznie się wciskanie współpracy z PiS. Nic takiego się nie stało, bo „media” związane z opozycją są zainteresowane pokonaniem PiS, czego w ich przekonaniu wspólną listą zrobić się nie da. „Sprytny” plan Tuska skupiony na pożeraniu przystawek, jest powszechnie krytykowany i to najdobitniej pokazuje, jak Tusk stracił posłuch wśród swoich. Wniosków nie wyciągnie żadnych, bo on jest w takiej samej mentalnej pułapce, jak Kaczyński. Obaj mają swoje wydeptane ścieżki i innej drogi do domu nie znają, co oznacza, że czeka nas powrót do nudnych analiz, co kto powiedział.

Reklama

Stać nas na wszystko, to i Ukrainę utrzymamy z naszych portfeli

81

Dziś podano do publicznej wiadomości radosną nowinę. Do urzędów wpłynęło ponad 700 000 wniosków na 500+, ale są to dość specyficzne wnioski, które jeszcze pół roku temu nikomu nie pomieściłby się w głowie. Wszystkie 700 000 podań dotyczy ukraińskich dzieci przebywających na terenie Polski. Łatwo sobie obliczyć, że wypłata przez jeden miesiąc daje kwotę 350 000 000 zł, natomiast roczne świadczenie, a tak się to prawdopodobnie skończy, to już 4,2 miliarda złotych. Przypominam też, że do ledwie zipiącego systemu zdrowotnego zostało wciągniętych blisko dwa miliony ukraińskich pacjentów i żaden z nich nie płaci składki zdrowotnej. Nie wiem, czy pomysł Niedzielskiego nadal jest aktualny, w każdym razie i o tym trzeba pamiętać, że miało być wydzielonych od 8 do 10 tysięcy łóżek dedykowanych wyłącznie dla Ukraińców.

Za to cały czas obowiązuje zryczałtowana opłata za pobyt uchodźcy i wynosi 40 zł dziennie, pod warunkiem, że uchodźca otrzyma darmowy wikt i opierunek od goszczącego go Polaka. W polskich domach od dwóch miesięcy przebywa około 600-800 tysięcy Ukraińców, ponad milion jest zakwaterowanych w hotelach i ośrodkach wypoczynkowych. Obie dane przekładają się na rynek nieruchomości, wynajęcie mieszkania, czy pokoju przez polskiego studenta graniczy z cudem. Za chwilę ruszy sezon urlopowy i wystarczy spojrzeć na ceny wynajmu pokoi w hotelach, aby wiedzieć, że nie da się jednocześnie gościć miliona uchodźców z Ukrainy i polskich turystów, nie wspominając o zagranicznych. O polskich kosztach związanych z utrzymaniem naszych ukraińskich gości można pisać jeszcze bardzo długo, choćby darmowa komunikacja, czy 12 000 zł jednorazowej wypłaty na drugie i każde następne dziecko są w pakiecie usług. Sądzę jednak, że i ta skrócona lista daje wystarczająco dużo informacji składających się na zawrotne kwoty wyciągnięte z naszych portfeli. Wszystko to razem wzięte dzieje się za przyzwoleniem i w dodatku wyraźnym poleceniem polskiego rządu. Sam Jarosław Kaczyński powiedział dobitnie, że Polska nie będzie domagać się relokacji uchodźców, ani „chodzić na żebry do Unii Europejskiej”.

Według naszej umiłowanej władzy Polska i Polacy są tak zamożni, że bez problemu sfinansują potrzeby ukraińskiego narodu. Stać nas na wszystko: tonę węgla i nawozu za 3000 zł, paliwo za 7,50 zł, gaz o 200% droższy i energię elektryczną z 50% podwyżką. Polak bez problemu to wszystko wytrzyma i będzie cały szczęśliwy, że pomógł naszym ukraińskim braciom. Wytrzyma też Polska i nieważne, czy z tymi mitycznymi miliardami z Unii, czy bez, gdzieś się zawsze pożyczy, a jak nie to dodrukuje. W normalnych warunkach ludzie dawno zaczęliby złorzeczyć i może na ulice by wyszli, ale przecież nie mamy normalnych warunków tylko wojnę, która puka do naszych drzwi lub raczej telewizorów. Plan rządu jest prosty, jak Polacy oddadzą ostatnią koszulę i pozbędą się ostatniej złotówki, to Putin nas nie zaatakuje, bo komu zależy na podbijaniu narodu i kraju bez grosza przy duszy. Będziemy nędzarzami, ale za to w pełni bezpiecznymi i żaden „ruski karabl” na wyspę Uznam nie dopłynie. Wierzyć się nie chce, ale póki co ta wyjątkowo toporna propaganda działa i to bardzo szeroko. Lewica, PO, PSL, PiS, razem ze swoimi wyborcami, idą ramię w ramię i budują „jeden naród”.

Cóż więcej da się powiedzieć? Człowiek znający życie i historię doskonale wie czym się to skończy i jak bardzo źle się skończy. Problem w tym, że każdy przejaw wiedzy i zdrowego rozsądku nazywa się dziś: „ruską narracją”, „ruską propagandą”, „ruską onucą”, „klakierami Putina”. Dopóki prawdziwy głód nie zajrzą w oczy, dopóki w brzuchu nie zacznie burczeć, dopóki jeszcze parę złotych pobłyskuje w portfelu, nie ma chętnych i odważnych, żeby mówić prawdę. Polski i Polaków zwyczajnie nie stać na utrzymanie dwóch milionów gości, których wizyta nie tylko się przedłuża, ale w ogóle końca nie widać. Łatwo wyjąć człowiekowi mózg i wypełnić puste miejsce emocjami, ale w drugą stronę operacja jest znacznie trudniejsza i czasochłonna. Zanim rozum Polakom wróci, może być za późno na życie we własnym kraju.

Reklama

Już nie jest dobrze, ale będzie znacznie gorzej

23

Niedzielne spotkania w gronie rodzinnym zawsze są okazją do pogadania o życiu, a żyje się coraz ciężej i od razu powiem, że lepiej nie będzie. Przez wiele miesięcy gadało się przy stole o mikrobach i dawkach, u mnie na szczęście w jednym zdecydowanym tonie. Teraz temat się zmienił, młodzi mówią o racie kredytu, która poszła w górę z 900 na 1600 złotych, najstarsi o zakupie węgla, a takie dojrzałe chłopaki i dziewczyny jak ja, o paliwie i topniejących oszczędnościach. Podobnych rozmów dawno się nie słyszało, bo ostatnie lata dały Polakom poczucie finansowego bezpieczeństwa, nie tylko poprzez znane i lubiane programy socjalne, ale przede wszystkim niskie bezrobocie. Pierwszy raz od czasów komuny, to praca szukała człowieka, nie człowiek pracy i nagle w tym obszarze też się sporo pozmieniało.

Pojawiają się pierwsze zwolnienia i to wieloletnich pracowników, takie przypadki znam z najbliższego otoczenia, w dodatku dotyczy to bardzo poszukiwanych pracowników, jak na przykład blacharz samochodowy. Póki co nie można mówić o odniesieniu do najpodlejszych balcerowiczowskich czasów, ale ten duch unosi się w powietrzu i wprowadza nerwową atmosferę. Zmienił się też kierunek pytań, które dostaję na skrzynkę pocztową, wcześniej ludzie bali się, że zostaną zmuszeni do odpowiednich zachowań, nagle zaczynają pytać, czy naprawdę idą ciężkie czasy. Chciałbym odpowiedzieć tradycyjnym: „wszystko będzie dobrze”, jednak przekonanie mam zupełnie inne. Wszystko co dobre właśnie mija i nadchodzi bieda, przy czym nie należy mylić szkodliwego czarnowidztwa, z pożytecznym twardym realizmem. Pierwsze opiera się na emocjach, niekoniecznie zdrowych, drugie to analiza faktów, które nie zawsze są łatwe do przyjęcia. Jest wystarczająco dużo przesłanek, aby nie widzieć najbliższej przyszłości w różowych kolorach. Same ceny energii i paliw zrobią swoje, do tego mamy głęboki kryzys na rynku nieruchomości, no i jeszcze na dokładkę żywioły się sprzysięgły, bo wiele wskazuje, że czeka nas trudny rok suszy.

Wszystko to razem wzięte nie dotyczy dóbr luksusowych, tylko egzystencjalnych potrzeb. Jedzenie, ogrzanie, praca, środki do życia, każda z tych potrzeb to zagadka i ludzie mają słuszne obawy, że coś się na ich oczach wali, co gorsza na ma na czym się oprzeć. Kto chciałby się zabezpieczyć na ciężką przyszłość, codziennie słyszy, że oszczędzanie nie ma większego sensu. Spece od wywoływania hossy i bessy znaleźli nowe środki wyrazu w swoim brutalnym teatrze. Odwracają ludzką uwagę od planowanych machlojek za pomocą strachu przed śmiercią, chorobą i wojną. Na całym świecie politycy i bankierzy zaczęli wykorzystywać ten nie nowy, ale dopracowany i uwspółcześniony mechanizm. Wcześniej bardzo popularną reakcją na kryzysy, zwłaszcza światowe, a z takim właśnie mamy do czynienia, była rewolucja. Straszenie chorobą, śmiercią i wojną sprawiło, że ludzie przesunęli emocje ze wściekłości na władzę, w kierunku troski o samych siebie. Toporne, prymitywne, cyniczne, ale bezlitośnie skuteczne działanie, które zamienia kryzys w depresję.

Patrząc na sprawy z perspektywy zarządców tego całego cyrku, trudno dojść do innego wniosku niż ten, że osłony w postaci „wojny” i pomoru będą na siłę podtrzymywane. Tylko takie, nomen omen, tarcze dają gwarancję, że ludzie nie wyjdą na ulice, by wykrzyczeć, co sądzą o politykach i pozostałych demiurgach. Człowiek głodny zawsze jest zdesperowany, ale z drugiej jest w stanie wiele wytrzymać, żeby tylko zachować zdrowie i życie. Jeszcze kilka lat temu mielibyśmy zupełnie inne zachowania społeczne. Przypomnę, że w dobrych czasach kilkuprocentowa podwyżka prądu wywołała burzę, w efekcie PiS postanowił zamrozić ceny, ale i to niespecjalnie uspokoiło atmosferę, dopiero gdy ludzie zobaczyli rachunki, to uwierzyli. Dziś paliwo może kosztować 10 złotych, byle w Polsce nie było wojny i pomoru. Jesteśmy w kryzysie i to nie na ostatnim, ale gdzieś w okolicach środkowego etapu, dlatego nic się nie zmieni. Będzie biednie i całą tę biedę spece od mącenia ludziom w głowach przykryją strachem.

Reklama

Rzeczpospolita Obojga Narodów – chory sen Kaczyńskiego i Morawieckiego

33

Krótki rys historyczny przyda się wszystkim, sam też musiałem odświeżyć sobie lekcje historii ze szkoły podstawowej. O Rzeczypospolitej Obojga narodów pewnie słyszał każdy, nawet współcześni maturzyści, ale tło historyczne i czas powstawania to głębsza i bardzo ciekawa wiedza. Rzeczpospolita Obojga Narodów to państwo, które powstało w roku 1569 na mocy unii lubelskiej. Korona Królestwa Polskiego i Wielkie Księstwo Litewskie sfinalizowały w ten sposób wieloletnie wspólne działania polityczne i gospodarcze, trwające od czasów Władysława Jagiełły, a nawet trochę wcześniej.

W różny sposób postrzegano unifikacyjne procesy w Polsce i na Litwie. Dla wielu Polaków było to po prostu powiększenie obszaru i wchłoniecie Litwy, dla wielu Litwinów unia była synonimem zdrady i poddaństwa. Pomimo licznych problemów, wewnętrznych i zewnętrznych, porozumienie polsko-litewskie przetrwało, aż do 1795 roku, czyli do rozbiorów. Był to jeden z ważniejszych okresów w dziejach Polski, niestety w formule: „od wielkości do upadku”. Z drugiej strony mówimy o projekcie polityczno-gospodarczym, który przetrwał ponad dwa wieki, co się często w dziejach Polski nie zdarzało. Wieloletnia trwałość porozumienia w znacznym stopniu wynikała z zachowania odrębności narodowej, co w jakiś cudowny sposób udało się połączyć z wyborem wspólnego władcy i sejmu. Prawdę powiedziawszy fundamenty unii lubelskiej przypominały współczesną Unią Europejską. Powstała ówczesna strefa Schengen, zniesiono granice celne, wprowadzono „wspólną walutę euro” i system administracyjny, a na dodatek powstawało coś na wzór TSUE, czyli jednolity system prawny. Procesy zjednoczeniowe szły tak dobrze, że pociągnęły za sobą dalszych „członków unii”, głównie ze wschodniej granicy. W ten sposób do Rzeczypospolitej Obojga Narodów dołączyły: Podlasie, Wołyń, Podole wschodnie i Kijowszczyzna. Takie to były piękne i wielkie czasy, ale też z tragicznym dla Polski finałem.

A co się dzieje tu i teraz? Skąd ten pomysł aby przywoływać Rzeczpospolitą Obojga Narodów i jaki to ma związek ze współczesną sytuacją polityczno-gospodarczą? Nie ma żadnego, ale kontrast zawsze najlepiej podkreśla niedorzeczność niedojrzałych wizji politycznych. Głośno się tego ciągle nie mówi, pewnym jest jednak to, że Kaczyński z Morawieckim ubzdurali sobie „Polskę od morza do morza”, na wzór historycznej wielkości i nie specjalnie się przejmują zupełnie innymi uwarunkowaniami. Rzeczpospolita Obojga Narodów de facto przyłączyła do Polski spore obszary za wschodnią granicą i tak powstało potężniejsze państwo polskie. Plany Nowogrodzkiej to przesiedlenie na ten sam obszar Polski milionów uchodźców z Ukrainy, co ma doprowadzić do wielkiego pojednania między narodami i zatarcia granic. Powiedzieć, że jest to naiwna mrzonka, to nic nie powiedzieć. Mamy tutaj do czynienia z jawnym sabotażem i nie boję się użyć dosadnego sformułowania: działalnością antypolską. Proces budowy Rzeczypospolitej Obojga Narodów trwał wieki i opierał się na wspólnych interesach w najgorszym dla Polski razie, w najlepszym Polska na tym korzystała. Obecnie jest dokładnie odwrotnie, Polska ponosi wyłącznie koszty, a cała „unifikacja” oparta jest na emocjonalnych „wojennych” przesłankach.

Powiał wiatr historii i „niedojrzałym politykom” zamiast skrzydeł urosły piórka. Poczuli się królami, wodzami i magnatami, ale wiadomo czym to się wszystko skończy i kto za to wszystko zapłaci. Jaki PiS, taka unia lubelska, to najkrótsze podsumowanie ze wszech miar chorego snu Jagiellonów z Nowogrodzkiej. Mało jest tak niebezpiecznych zjawisk w polityce, jak marzyciele, którzy chcą uchodzić za historycznych władców. Boję się, że Kaczyński z Morawieckim nie udają, oni naprawdę mają w głowach historyczne wielkości, które chcą powtórzyć na współczesnym gruncie. Nie chciałbym uchodzić za pesymistę, staram się być twardym, ale mimo wszystko realistą, jednak w tym przypadku mam przed oczami nie rok 1569, ale 1795, tylko liczba zaborców ograniczy się do jednego. Gdy w Polsce chłopcy w krótkich spodenkach rysują palcem po mapie, Ukraina za lidera Europy uznaje Niemcy. Tak się kończy zabawa w historię, która przerasta uczestników zabawy i to wielokrotnie.

Reklama

Rosja, Ameryka i ukraiński poligon…

17

Amerykanie (podobnie jak Rosjanie) z niesmakiem wspominają swoją 20 letnią “operację specjalną” w Afganistanie, czy wcześniej w Wietnamie, które mimo niepowodzeń przecież nie zablokowały ich  światowej roli. Interesujące jest samo zestawienie amerykańskich doświadczeń w Afganistanie i na Ukrainie, gdzie przez lata Amerykanie szkolili lokalne wojska.

https://pbs.twimg.com/media/FQBiTeuacAAs_VQ?format=jpg&name=small 

W Afganistanie jednak Amerykanie byli ludźmi z innej obcej cywilizacji, a ich lokalnych sojuszników interesowały głównie dolary i apanaże, kwitła obok narkotycznego maku, korupcja. W chwili zagrożenia afgański prezydent Ghani, załadował palety “zaoszczędzonych” amerykańskich dolarów na samolot i odleciał jak to czynią ptaki przed zbliżającą się zimą do ciepłych krajów.

Na Ukrainie po pierwszym jej rozbiorze w 2014 r. do akcji wkroczyli wojskowi instruktorzy z USA, Anglii i Polski. Tu sytuacja była nieco inna niż w Afganistanie, Amerykanie nie okupowali kraju, nie zawalili go militarnym sprzętem, ale napotkali bliższą im kulturowo  populację i mimo szalejącej i tu korupcji, jednak z lokalnymi ambicjami wzmocnienia niezależności  państwa od zaborczej Rosji. 

Ukraina jest klasyczną proxy war między Rosją i USA. Rosjanie dostarczają sprzęt i żołnierza. Amerykanie dostarczają sprzęt, ale nie żołnierza, dostarczają wrażliwą elektroniczną wiedzę. Ukraina dostarcza terytorium i żołnierza. Ukraińcy otrzymują i testują nowoczesną zachodnią broń, a Rosjanie wyciągają swoje zakonserwowane zasoby z magazynów. Królową wojny jest artyleria, elektronika i wyszkolony w jej używaniu żołnierz. Rosjanie idą do boju z scentralizowanym systemem dowodzenia, Ukraińcy stosują bardziej elastyczny zdecentralizowany system dowodzenia wykorzystujący oddolną inicjatywę dowódców.

Tym razem po wstydliwych doświadczeniach z 2014 r. postawa Ukraińców wobec otwartej rosyjskiej agresji zaskoczyła cały świat, który spodziewał się szybkich rosyjskich postępów i zajęcia wschodniej części Ukrainy (do Dniepru) i zajęcia Kijowa (i osadzenia Janukowycza) w ciągu tygodnia. Przemyślny Putin przygotowując świat zachodni do swojego przewidywanego blitzkriegu, wcześniej uzależnił go od dostaw swojej ropy, gazu i węgla. Europa zachodnia (głównie Niemcy) cierpliwie oczekiwały na sukcesy Putina i po werbalnym oburzeniu szybkiego powrotu do robienia z nim biznesu. 

Poprzednio pisałem o wielkich stratach wojennych Ukrainy (obliczanych na $ 550 mld). Ukraina jest/była 4-tym największym eksporterem kukurydzy i 6-tym eksporterem zboża. Przed rosyjską inwazją w rejonie portów Morza Czarnego przez które przepływa 75% ukraińskiego eksportu zgromadzono 6 mln ton zboża i 15 mln ton kukurydzy. Przed wojną przez ukraińskie porty miesięcznie eksportowano ok. 5 mln zbóż, olei roślinnych i kukurydzy. Teraz jedną z możliwości jest częściowy eksport tych zbóż przez Polskę, Mołdawię, etc. W ubiegłym roku Ukraina wyprodukowała ok. 32,5 mln ton pszenicy z czego 80% przeznaczone było na eksport, a ok. 6 mln ton na rynek krajowy. Do połowy grudnia ub. roku wyeksportowano już 16 mln ton pszenicy. Zachód, w tym USA uważają, że Ukraina powinna płacić za sprzęt wojskowy właśnie zbożem. Ukraińcy pamiętają złowrogie lata 1932/33 kiedy Stalin zabrał im zboże (na eksport) i nastał Holodomor. Trzeba dodać, że rosyjscy najeźdźcy ogołacają ukraińskie spichlerze, a nawet kradną maszyny rolnicze.  ONZ oblicza, że w związku z rosyjską agresją na Ukrainę w tym roku produkcja zbóż na świecie spadnie o opk. 20%, a w pewnych regionach świata pojawi się niedobór żywności.

Nieudolność Putina i tym razem niespodziewany twardy opór Ukraińców zburzyły oczekiwania na szybki powrót do status quo. Zdjęcia zabitych, zbombardowanych domów mieszkalnych i napływające informacje o zbiorowych mordach, torturach, gwałtach na cywilach zmusiły zachodnich polityków do bardziej stanowczych działań. Dziś sytuacja wygląda diametralnie inaczej, obok pomocy humanitarnej przez Polskę i inne sąsiadujące kraje (wyjątek Węgry) na Ukrainę napływa ciężki, nowoczesny sprzęt wojskowy. Administracja Bidena uruchomiła słynny z II w.ś. lend-lease ($33 mld), tym razem nie dla Rosji, a przeciwko niej. Inne kraje nie pozostają dłużne i również coraz chętniej wspomagają walczącą Ukrainę wojennym sprzętem (Polska ponad 200 zmodernizowanych czołgów T 72).

Można powiedzieć, że swoim źle przygotowanym atakiem na Ukrainę Putin zmienia  sytuację na całym świecie. W zasadzie trudno się dziwić, kiedy Hitler zdradził Stalina i uderzył (Plan Barbarossa) na Rosję, ówczesny prezydent USA FDR, poprosił swoich ekspertów o szacunkową odpowiedź ile czasu zajmie Hitlerowi podbój Rosji Sowieckiej. Odpowiedź brzmiała: 7 do 11 tygodni! Wcześniej również podobnie oceniano możliwości obronne Finlandii w wojnie zimowej 1939/40 r. w sytuacji agresji ogromnej Armii Czerwonej, jednak najlepszym żołnierzem II w.ś. został ogłoszony żołnierz fiński. Zapytany przed agresją Putina o ewentualne konsekwencje prezydent Biden, warunkował je w zależności od jej rozmiaru. Więc fachowcy nie zawsze znają swój fach, łatwo wojnę rozpocząć, ale trudno przewidzieć jej skutki…

Jak więc wygląda sytuacja dzisiaj? Amerykanie znaleźli ochotników, których kraju nie muszą  okupować, ochotników walczących w swoim interesie jak i w interesie mocarstwowej pozycji USA. Trzeba im oczywiście dostarczyć broń, informacje wywiadowcze i pieniądze, ale dla Ameryki ta wojna jest daleka i bezpieczna. Również propagandowo ustawiając Rosję w zdecydowanie złym świetle. Przy okazji agresja Rosji stwarza zapotrzebowanie i atrakcyjność pozycji USA w Europie niwecząc mozolnie przygotowywane plany rosyjsko-niemieckie o wypchnięciu USA z Europy. 

Dodatkowo wojna na Ukrainie powoli przekierowywuje europejskie zaopatrywanie w gaz i ropę na Arabię Saudyjską, Bliski Wschód i Amerykę, jednocześnie odcinając Rosję, która popada w większą zależność od Chin. Za kilka lat na rynku pojawi się więcej gazu z Algierii, Kataru, a nawet z Izraela (odkryte złoża) i Putin polegnie od własnej broni. Nałożone sankcje i wycofanie zachodnich firm z Rosji powoduje brak komponentów i części zamiennych również dla rosyjskiej machiny wojennej. Od początku wojny niemiecki import rosyjskiej ropy spadł z 35% do 12%…

W tej nowo tworzonej przez bieg wydarzeń  konstelacji w Europie siłą rzeczy większe znaczenie nawet przez swoje położenie i postawę pozyskuje Polska głównie jako hub humanitarny, jak i militarny. 

Diabli wiedzą, czy schorowany Putin zbyt pospieszył się (podobny motyw miał Hitler) z agresją, aby lepiej umocnić szanse na świetlaną przyszłość swojego kraju? W każdy razie jego agresja zmienia sytuację na świecie. Trwają próby ograniczenia roli dolara w światowym biznesie, jednak to nie jest takie proste. W 2019 r., aż 88% transakcji finansowych  na świecie odbyło się przy użyciu dolara, a jedynie 4% przy użyciu chińskiego yuana. Oczywiście kraje biznesowo związane z Rosją, które nie przyłączyły się do nałożonych sankcji próbują wzajemnych rozliczeń w swoich rodzimych walutach: Rosja, Chiny, Indie, Brazylia etc. Nawet w Europie część państw godzi się na żądanie Putina, aby za gaz i ropę płacili w rublach.

Głośnym echem odbiła się samowolka ukraińskiej aktywistki powiązanej z Kramkiem i Sorosem (globaliści z Fundacji Otwarty Dialog), która nadużyła polskiej gościnności aby złamać dobre obyczaje i nawet Konwencję Wiedeńską. Panienka zaatakowała rosyjskiego ambasadora w Warszawie gwałcąc jego osobistą nietykalność i nachalnie częstując go czerwonym syropem. Może nie wiedziała, że ambasador był już po śniadaniu? Dla niej to pewnie zabawny incydent. Jednak Państwo Polskie powinno wyciągnąć wobec tego napadu jakieś konsekwencje, w innym wypadku odrzuci zasady Konwencji Wiedeńskiej i poprze bezprawie, które może przynieść nam niepożądane skutki. Incydent służy Ukrainie i Rosji, nie służy dobremu imieniu i praworządności w Polsce. Poprawnie zareagował szef MSZ Zbigniew Rau.

Ostatnio da się zauważyć, że wielu światowych przywódców wpadło w łapy wirów chorobowych, Biden cierpi na demencję, podobnie Putin (i obydwaj na polityczną  jednostkę chorobową, korupcję), który w nostalgicznym przemówieniu z okazji “pobiedy”nie zauważył istnienia państwa Ukrainy, które napadł. W moskiewskiej paradzie zabrakło tradycyjnego przelotu samolotów, cóż zakonspirowani ukraińscy agenci mogliby jakiś zestrzelić. Zabrakło też głównodowodzącego rosyjską armią podobno rannego gen. Gierasimowa. Na pocieszenie Putin dorabiał reklamując jakiś ocieplający blanket, który biedaczek trzymał na kolanach. 

Jak długo będzie trwała wojna na Ukrainie? Wiadomo, że Putin rozbisurmanił się po akceptowaniu jego wcześniejszych agresji przez zachód. Może do końca roku, kiedy wojenne zapały Putina ostudzą wracające do rosyjskich rodzin trumny i urny ich młodych synów i braci. Wydaje się, że Putin liczy też na dotąd niezawodnego w momentach kryzysowych tradycyjnego rosyjskiego sojusznika. Chodzić tu może o “Deda Moroza”, który mocno dał w skórę Napoleonowi i Hitlerowi. Tym razem jako putinowski “zielony ludzik” już od jesieni “na wyjeździe” mroziłby europejskie domostwa przeciwników imperialnych zapędów Rosji nawołując do korzystania z zakazanego rosyjskiego gazu i ropy i transakcji w rublach… Pożyjemy, zobaczymy.

Jacek K. Matysiak                                                                                                             Kalifornia, 2022/05/13

Reklama

PiS stracił trzy główne atuty i żadnego przed wyborami nie odbuduje

23

Zgodnie z oczywistą diagnozą postawioną wczoraj, spotkania kierownictwa PiS i klubu PiS okazały się tak samo tajne jak zaskakujące. Wszystko odbyło się na Nowogrodzkiej, a „konkluzje” są tak nudne, że szkoda opuszek palców ścierać o klawiaturę. Kaczyński nikogo nie ustawił, harcownicy dalej sobie harcują, przy wzajemnym udawaniu, że „Zjednoczona Prawica” jest zjednoczona. Dobitnie to podkreślił Ziobro przejmując jedną posłankę z klubu PiS, którą zapisał do „Solidarnej Polski”. Posłanka Siarkowska i tak byłaby skreślona z listy, ale gdy trwają potyczki koalicyjne, to trzeba podać wynik – jeden zero dla Ziobry. I to jest właśnie pierwszy argumentów, jaki traci PiS! Połączenie skrzydeł od prawicowego centrum reprezentowanego przez Gowina, do radykalnej prawicy w wydaniu „Solidarnej Polski” zakończyło się nurkowaniem nosem w piach.

Kto naiwny, ten będzie mówił, że w polityce nie liczą się emocje, tylko chłodna kalkulacja, ale takich rzeczy się nie zapomina. Kaczyński długo pracował, żeby się zemścić na Gowinie i dopiął swego. Między Ziobro i Morawieckim trwa walka nie tylko o wpływy w rządzie, ale też o przejęcie PiS, czy też miejsca po PiS, w co raczej należy wątpić. Wcześniej, czy później Kaczyński będzie chciał uziemić Ziobro, jak nie wyrzuceniem z list wyborczych, to ograniczoną liczbą miejsc, w dodatku mało atrakcyjnych. O powrocie Gowina do koalicji w ogóle nie ma mowy, dlatego stworzono przybudówkę Bielana, ale to rzecz jasna mało wiarygodna sztuczka. Teoretycznie PiS może zgarnąć schedę po „Solidarnej Polsce” i Gowinie, co zapewne w jakiejś części nastąpi, ale takiego wyniku, jaki osiągnęła „Zjednoczona Prawica” w ostatnich wyborach osamotniony Kaczyński nie zrobi na pewno. Gdyby problem obciętych skrzydeł koalicyjnych był jedyny, to jeszcze można by się łudzić, ale problemów jest znacznie więcej w tym kolejny główny – koniec bumu gospodarczego.

Często zbieram baty za chwalenie 500+ i pozytywne oceny rządów PiS do 2020 roku, szczególnie w obszarze gospodarczym. Trudno, zbieram i będę zbierał dalej, bo zdania nie zmieniam, jednak co dobre skończyło się gwałtownie wraz z nadejściem pomoru i potem było tylko gorzej. PiS utonie w inflacji, drożyźnie, podwyżkach energii i paliw. Koniec z tłustymi budżetami i z takim samym hukiem upadły wszystkie piątki, z tarczami i ładami. Bardzo mocna, chyba najmocniejsza strona PiS, która przekładała się na wyższe dochody Polaków, kompletnie przestanie funkcjonować. Nie wszystko było zależne od rządów „Zjednoczonej Prawicy”, jednak na takie detale wyborcy nie będą zwracać uwagi. Zawsze i wszędzie władza odpowiada za kryzys, a kryzys po pierwsze już jest faktem, po drugie będzie znacznie głębszy. Przed wyborami PiS pewnie rzuci nową kiełbasę wyborczą, ale przy takich wskaźnikach gospodarczych Polacy będą do tego podchodzić zupełnie inaczej. Wcześniej „PiS dawał” i jednocześnie budżet wyglądał najlepiej od lat. Obecnie takie wyniki są nie do powtórzenia. Rozbita i skłócona koalicja plus kryzys gospodarczy, to wystarczające gwarancje przegranych wyborów, nie w sensie wyniku, tylko utraty władzy. W najlepszym razie PiS będzie musiał szukać koalicjanta, a do wyboru ma tylko Konfederację.

Trzeci główny i utracony argument, to podstawa poprzednich zwycięstw – zaangażowanie wyborców. Takiego klimatu, jaki panował w 2015 roku nie odbuduje żaden czarodziej. Wystarczy zajrzeć do Internetu, gdzie PiS-u bronią wyłącznie prymitywni agitatorzy i nieważne, czy są opłacani, czy bezinteresownie popisują się propagandową tandetą. PiS nie miał praktycznie żadnych mediów i wygrał dzięki Internetowi, gdzie teraz zbiera potworne baty, również od byłych wyborców. Cudów nie ma, przy tak znaczących stratach, żadna partia nie ma szansy na powtórzenie rekordowych wyników wyborczych. Prawie wszystkie błędy PiS popełnił na własne życzenie i co więcej nie wyciągnął z tych błędów żadnych wniosków. Mnie los tej partii przestał interesować kilka lata temu, dlatego mogę sobie pozwolić na zdystansowaną ocenę i napiszę wprost – kiepsko to widzę, bardzo kiepsko.

Reklama

Tajne spotkanie kierownictwa PiS, Jarosław Kaczyński przedstawi nowe plany

21

Wiarygodność koalicji rządzącej w moich oczach spadła do zera, co oznacza, że za równie wiarygodne można uznać doniesienia „Gazety Wyborczej”, tym bardziej, gdy zostały potwierdzone przez media „niepokorne. Do członków klubu parlamentarnego PiS, czyli także do posłów „Solidarnej Polski”, miał dotrzeć sms o następującej treści: “Uprzejmie informujemy, że w dniu 11 maja, o 19, odbędzie się posiedzenie klubu parlamentarnego PiS poza gmachem Sejmu. Obecność jest obowiązkowa”. Jak widać w treści nie jest podane miejsce posiedzenia, co natychmiast zostało złośliwie skomentowane przez „dziennikarzy” opozycyjnych, jako tajne spotkanie. Po drugiej, „niepokornej” stronie pełna mobilizacja, bo przecież chodzi o Polskę, czytaj reklamy ze spółek skarbu państwa.

Do takiego punktu doszła polska polityka, zresztą nie pierwszy raz, że podobnymi sprawami „wagi państwowej” zajmują się wyłącznie fanatycy i beneficjenci obozu władzy, z którymi walczą tej samej proweniencji przeciwnicy z opozycji. A co z tego wszystkiego wynika dla Polki i Polaka? Nic nowego, to na pewno, a jak wiadomo nowe często jest gorsze od starego. Nie chcę przez to powiedzieć, że dla PiS nie ma alternatywy, chce powiedzieć coś znacznie szerszego. W Polsce rządzi beznadziejna ekipa, w blokach startowych czeka taka sama albo jeszcze gorsza. Jedni i drudzy są kompletnie zużyci, nie wypaleni, jak się zwykło eufemistycznie mówić, ale właśnie zużyci. Nic dobrego się z nich nie wyciśnie i chyba oni sami mają świadomość stanu rzeczy, bo rzecz jasna te tajne spotkania PiS nie służą temu, o czym trąbią media. Wcześniejszych wyborów nie chce nikt, partia rządząca może i by chciała, ale moment (pomór, pandemia) na ogłoszenie jest fatalny. Opozycja wygłasza buńczuczne hasła, jednak doskonale wie, że się między sobą nie może dogadać i nagłe wybory tylko by ten kryzys z chaosem pogłębiły. Na tej planszy wszystkie figury i pionki od dawna tkwią w tym samym miejscu i nigdzie się w najbliższym czasie nie przesuną.

Jarosław Kaczyński może zwoływać w jednym dniu dwa rożne spotkania, w rożnym składzie i trybie albo i poza trybem, ale nic nowego nie powie. Łatwo się domyślić, że przedmiotem nasiadówek będą dwie sprawy: powołanie Glapińskiego na drugą kadencję i ustawa likwidująca Izbę Dyscyplinarną. W tych obszarach znów doszło do konfliktu i targów pomiędzy Zbigniewem Ziobro i Mateuszem Morawieckim, co oznacza, że Kaczyński rutynowo wygłosi klika podniosłych fraz o jedności, skromności, uczciwości, bo inaczej przyjdzie Tusk i wszystkich pozamyka. Ziobro zostanie postraszony wcześniejszymi wyborami, jeśli nie spełni obywatelskiego obowiązku, Morawiecki otrzyma pełne zaufanie prezesa PiS i do następnego razu. Na pytanie po co organizować te do znudzenia schematyczne narady, odpowiedź jest prosta i tylko jedna. Nic więcej PiS z siebie nie wyciśnie, nie jest w stanie. Udają sami przed sobą, że chodzi o najwyższe cele, ochronę Polski przed wojną i zarazą, ale wszystko się kręci wokół sukna coraz bardziej poszarpanego i tylko o to kto wyrwie więcej „Zjednoczonej Prawicy” chodzi.

W dawnych czasach takie „sensacje” byłby tematem dnia, dziś są przykrym obowiązkiem publicystów, którzy jakoś muszą się do tego odnieść. Niestety polityczny marazm i beznadzieja boleśnie dotykają wszystkich Polaków i stąd też moje zainteresowanie rytualnym spotkaniem Kaczyńskiego z kierownictwem i klubem. Bardzo chciałbym napisać coś innego, ale kłamał nie będę. Z Kaczyńskiego nie zostało nic, a jeszcze mniej zostało z jego partii. Do tego stopnia jest to postępująca degrengolada, że sobą też się nie potrafią poważnie i skutecznie zająć. Od kilku lat w „Zjednoczonej Prawicy” trwają te same jałowe spory i już nie mówię o sprawach ważnych dla Polski, ale o wewnętrznych rozgrywkach. Nieustanne używanie zgranych „strategii”, które zawsze kończą się tak samo. Prężenie muskułów, wzajemne szachowanie wcześniejszymi wyborami i na ostatnim etapie z podkulonym ogonem nowy podział łupów. Tak będą wyglądały „nowe plany”.

Reklama

Ukraińska aktywistka ograła „obóz patriotyczny” ubrany w krótkie spodenki dyplomacji

18

Od czasu do czasu albo prowokatorzy albo życzliwi, choć nieświadomi konsekwencji ludzie, proponują mi założenie własnej partii. Pojawiają się w tych postulatach rozmaite komplementy i argumenty, choćby takie, że moje analizy wyprzedzają wydarzenia. Za każdym razem bardzo uprzejmie dziękuję i stanowczo odmawiam pakowania się w podobny kanał. Nie mam ani jednej cechy, która uczyniłaby ze mnie polityka, za to mam całe mnóstwo cech dyskwalifikujących mnie w tej roli, z niewyparzonym językiem na czele. Wielokrotnie pisałem i mówiłem, że dobry publicysta, a zwłaszcza felietonista jest zaprzeczeniem polityka. Pisać trzeba o wszystkim, zgodnie z własną wiedzą, sumieniem, przekonaniami, natomiast uprawianie polityki wiąże się z wieczną kreacją, autocenzurą i w konsekwencji okłamywaniem, również siebie. Wszystkie wyżej wymieniane patologie w skrócie nazywają się dyplomacją.

Polityka i dyplomatę nie interesuje nic poza skutecznością, oczywiście zakładając, że rozmawiamy o zawodowcach, a nie chłopcach w krótkich spodenkach. Publicysta ma zwracać uwagę na to, o czym politycy kłamią i tłumaczyć w jaki sposób to robią. Oznacza to tyle, że publicystyka to największy wróg polityki i odwrotnie. Z tych powodów i jeszcze paru innych, żaden polityk nigdy nie będzie dobrym publicystą i żaden publicysta, o ile się nie zhańbi, nie będzie skutecznym politykiem. Przez prawie dwa akapity odwołałem się do samych truizmów i zrobiłem to w nadziei, że któryś polityk partii rządzącej zapozna się w końcu z elementarną wiedzą, co daje minimalną nadzieję na ograniczenie kompromitacji, jakie miały miejsce choćby wczoraj. Oblanie farbą rosyjskiego ambasadora, z wiadomych powodów mogło wywołać entuzjazm u wielu Polaków. Mnie ten incydent od strony ludzkiej kompletnie nie wzruszył, nie interesuje mnie, co się stanie z rosyjskim „dyplomatą”, który ponad wszelką wątpliwość przeszedł przez szkołę KGB. Normalnie, gdy atakowany jest człowiek, odruch współczucia i wściekłość na sprawcę pojawia się automatycznie, w tym przypadku skłamałbym, gdyby powiedział, że mnie to rusza. Tyle od człowieka Piotra Wileguckiego.

Zupełnie inaczej sprawy się mają w oczach i rozumie obywatela Polski Piotra Wielguckiego. Z tej perspektywy atak na ambasadora Rosji i reakcje polskich władz są wyjątkowo przygnębiające. Głównym powodem przygnębienia jest żenujący poziom polityki i dyplomacji. Atakiem na ambasadora Rosja wygrała wszystko, Ukraina co najmniej nie straciła, natomiast Polska okazała się krajem „trzeciego świata” – politycznego i dyplomatycznego. Większość obywateli Polski praktycznie wykonała całą robotę za publicystów i dziennikarzy, zwracając uwagą na konsekwencje tego pożałowania godnego czynu, ale warto to jeszcze raz uporządkować. Ambasador Rosji z agresora stał się ofiarą, napastnicy zmienili swój status w podobnym kierunku. Propagandowo atak na dyplomatę Rosja wykorzysta na dziesiątki sposobów i już to robi. Ukraińska aktywistka, która wywodzi się z najbardziej wrogiego środowiska wobec „prawicowej” władzy, pozostaje bezkarna, natomiast skonfliktowana z Rosją Ukraina ma kolejny materiał do bohaterskich spotów. Wyłącznymi przegranymi są polscy dyplomaci i Polacy mieszkający w Rosji, którzy muszą się liczyć z retorsjami, no i przede wszystkim przegrała sama Polska.

Profesjonalni politycy i dyplomaci po pierwsze nie odpuściliby do takiej sytuacji, bo przecież było jasne, że w dniu 9 maja ambasador Rosji na pewno się pojawi przed monumentem żołnierzy radzieckich. Po drugie jeśli już do takiego zaniedbania doszło, to Policja powinna zabezpieczyć miejsce, zgodnie ze swoimi obowiązkami. Po trzecie, jedno i drugie zaniedbanie na pewno nie powinno się kończyć komentarzem ministra od spraw wewnętrznych, który de facto pochwala popełnienie przestępstwa w miejscu publicznym. Wreszcie po czwarte, wszystkie popełnione błędy jeszcze dało się naprawić, chociaż w niewielkim stopniu, poprzez przeproszenie ambasadora i natychmiastowe zatrzymanie sprawczyni naruszenia nietykalności cielesnej osoby objętej immunitetem dyplomatycznym. Co zrobił „obóz patriotyczny”? Minęły 24 godziny, a chłopcy w krótkich spodenkach nadal uprawiają publicystykę i to na takim poziomie, że nie chce mi się tego komentować. Boże chroń Polskę!

Reklama

Bardzo szybko poszło – konflikt na Ukrainie jednym z wielu tematów

12

Bodaj kilka dni temu, na paru portalach pojawiła się informacja, że w okolicach „Wyspy węży” ukraińskie oddziały zatopiły nie jeden okręt „Moskwa”, ale aż trzy ruskie okręty. Jeszcze miesiąc temu cały Internet komentowałby tę sensację na wszystkich możliwych kontach społecznościowych. Dziś nikomu się nie chce klawiatury męczyć, nawet na tym podstawowym poziomie, czy informacja jest prawdziwa, czy to może kolejny mit ze znanej wyspy. Prawa natury, w tym natury ludzkiej, są nieuniknione i spisane od lat. Pierwszy zawsze jest szok, potem strach, że będzie jeszcze gorzej, dalej idzie przyzwyczajenie i na końcu znudzenie. Na jakim etapie jesteśmy teraz? W mojej ocenie jest to przyzwyczajenie, ale przypominam, że konflikt na Ukrainie trwa zaledwie 75 dni, czyli dwa i pół miesiąca, a już trzy etapy są za nami. Tempo naprawdę imponujące, biorąc pod uwagę rangę i skalę, wszak powszechnie nazywa się to wojną.

Skąd tak szybka reakcja? Czynników jest wiele, na pewno intensywność z jakim temat był eksponowany zrobiła swoje. Zmęczenie po dwóch latach straszenia inną zagładą, również ma niebagatelne znaczenie. Po wyciszeniu emocji Polacy zaczęli też z przerażeniem patrzeć na to, co się dzieje z ich finansami i wiadomo, że tak źle nie działo się od dawna. Człowiek przestaje się przejmować i zajmować losem drugiego człowieka, gdy sam żyje w poczuciu zagrożenia. Co więcej taki stan rodzi frustrację, która szuka ujścia w wielu miejscach i prawie zawsze kończy się przerzucaniem winy na polityków albo całe grupy społeczne. W Polsce te procesy zostały już zapoczątkowane, pierwsza fala współczucia dla Ukraińców i zrozumienia dla działań rządu, minęła bezpowrotnie. Tak jak nie dało się wrócić do zamykania lasów, tak nie da się dzień w dzień skutecznie epatować obrazami wojny, zwłaszcza, że zazwyczaj są to obrazy archiwalne i doskonale znane. Siłą rzeczy konflikt na Ukrainie konkuruje z bieżącymi wydarzeniami i na pewno nie jest monopolistą, jak przez pierwsze tygodnie. Musiałoby się stać coś bardzo spektakularnego, żeby zainteresowanie wróciło do stanu pierwotnego. Nie chcę kusić losu, ale z niewielkim ryzykiem można powiedzieć, że taka perspektywa na szczęście się nie rysuje.

Putin zebrał spore baty, nie takie jak to pokazywano w ukraińskich przekazach propagandowych, ale z całą pewnością o wielkim zwycięstwie mówić nie może i w rzeczywistości nie mówi. Z dużym prawdopodobieństwem nic wielkiego się w tej materii nie zmieni i w zasadzie będziemy mieli kontynuację z roku 2014. „Zielone ludziki” będą atakować kolejne miasta w okolicach Donbasu, Ukraińcy będą się bronić i z czasem świat zapomni o tym konflikcie, jak zapomniał wcześniej. Wiele wskazuje, że nastąpił wstępny podział strefy wpływów, mniej więcej na tej linii, która była negocjowana w czasie rozmów Bidena z Putinem. Rosja Ciągle Radziecka wycofała się z zachodniej Ukrainy, operacja obalenia władzy w Kijowie kompletnie się nie udała i przez to wzmocniła Zełenskiego. Na wschodzie ruskie wojska już tak nie drażnią NATO, dlatego wieści z tamtego regionu są znacznie mniej elektryzujące niż sławetna kolumna czołgów i wozów bojowych zbliżająca się do Kijowa. Jedna rakieta, która spadała na tory we Lwowie ma dużo większą siłę przebicia niż 100 rakiet spadających na Mariupol.

Ostateczne wygaszanie konfliktu, niekoniecznie zbrojnego, ale medialnego, nastąpi wówczas, gdy obie strony uznają, że osiągnęły swoje cele. Naturalnie prawdziwa wojna toczy się pomiędzy USA i szerzej Zachodem, a Rosją, Ukraina jest tylko polem bitwy, podobnym do wcześniejszych pól w Korei i Wietnamie. Każde ograniczenie podaży rosyjskiego gazu i ropy, będzie zwycięstwem USA i jednocześnie stanowi problem dla Europy, stąd też Niemcy i Francja nie są tak radykalnymi krytykami zbrodniczej polityki Putina. Na wyciszeniu konfliktu zależy w tej chwili wszystkim stronom, bo wszystkie mają swoje interesy i pewnie w takim kierunku będzie to zmierzać. Pewnego dnia zniknęły z telewizji twarze „ekspertów”: Grzesiowskiego, Simona, Karaudy i tak znikną twarze emerytowanych generałów analizujących przemarsz wojsk. Media zaczynają i kończą wojny.

Reklama