Reklama

Nie lubię powoływać się na fałszywą formułę, która głosi, że fuszerki trzymają się najlepiej, ale czasami ta formuła się w życiu potwierdza, a szczególnie w polityce. PiS miał sześć lat, żeby uporządkować sprawy związane z najszerzej pojętym sądownictwem i chociaż nie wszystko tu się udało, czy jak kto woli, niewiele się udało, to akurat za te działania mam najmniej pretensji do Kaczyńskiego i reszty? Dlaczego? Ano dlatego, że widziałem to wszystko z bliska i to wiele razy, co pozwala na realną ocenę stanu rzeczy. Gdy czytałem o opcji „wszyscy won”, wiedziałem, że piszą o tej fantasmagorii ludzie, którzy nigdy nie byli w sądzie albo byli i po tej przygodzie stracili zdolność do trzeźwego myślenia. O ile sam opcja wszyscy won w teorii jest do wykonania, o tyle uzupełnienie kadr to czysta fikcja.

Sędziego da się przekupić, ale kupić, to zupełnie inna sprawa. Na półkach w hipermarketach sędziowie nie leżą i nie jest to również zawód, który cieszyłby się nadmiarem podaży, raczej cały czas mamy problem z ograniczonym popytem. Sędziowie kończą te same studia, co mecenasi i główna różnica polega na tym, że mecenas na Mercedesa zarobi w kilka miesięcy, natomiast sędziemu potrzeba kilkunastu lat. Siłą rzeczy do zawodu garną się głównie tacy, którzy nie są wybitnymi studentami i nie mają rodziców mecenasów. Naturalnie pojawiają się ideowcy i tym samym szlachetne wyjątki, sam takich widziałem, niemniej to jest zdecydowana mniejszość. Cała reforma sądownictwa rozbija się o jeden zasadniczy problem, praktycznie nie do pokonania – kadry. Sędziego szkoli się minimum 8 lat, bo zaraz po studiach nikt sędzią nie zostaje, trzeba jeszcze odbębnić trzy lata w roli asesora. Był taki pomysł, aby asesorom dać uprawnienia sędziów od samego początku, miał to wypełnić dziurę kadrową, ale nic z tego nie wyszło. W sumie chyba i dobrze, nie tak trudno sobie wyobrazić jaką wiedzę praktyczną ma student, czy asesor po roku praktyki. Tak, czy inaczej, wracamy do punku wyjścia i znów kadry stają się problemem numer jeden.

Najnowszy pomysł PiS dotyczący spłaszczenia struktury sądowniczej, z prostej przyczyny jest pomysłem bardzo dobrym. Redukcja ma uderzyć w sądy apelacyjne, a tam, nie tylko w mojej ocenie, gnieździ się największa patologia. Pewnym jest też, że taka głęboka zmiana wywoła po pierwsze sprzeciw „środowiska”, po drugie jeden wielki chaos, który potrwa dłuższy czas. Obie informacje, wbrew pozorom są dobre. Do rutynowych i w 99% żałosnych protestów sędziów zdążyliśmy się przyzwyczaić, innymi słowy to się doszczętnie zużyło. Natomiast chaos to ta sławetna fuszerka, która się potrafi trzymać w nieskończoność. Kadr nie da się zmienić pstryknięciem palców, czy czarodziejską różdżką, pozostaje mieszanie w kadrach i permanentny stan niepewności. Nic więcej tylko skamieniały układ w sądach i zabetonowane ścieżki awansu, gwarantowane przez samo środowisko, sprawiły, że sędziowie przez lata czuli się nietykalni i śmiali się z wymiaru sprawiedliwości, nie wyłączając takich okoliczności, w których popełniali pospolite przestępstwa. Zamieszanie w tym tyglu, aż do poziomu długotrwałego chaosu, to jedyna metoda na zmiany.

Doskonale zdaję sobie sprawę, jak to brzmi i jak daleko stoi od solidnej, zaplanowanej roboty, ale jeszcze raz powtórzę, że znam sądy z praktyki i żadna inna opcja nie zadziała. Niech sobie PiS miesza w sądach, gdzie czyni najmniejsze szkody, a czasami zrobi coś pożytecznego. Każdy ruch zmieniający skostniały układ powiązań strukturalnych i personalnych, będzie działał na korzyść „zwykłego obywatela”. W ostatnim czasie dzieje się tyle, że nie wiadomo, co jest intencją, co przykrywką i to też daje nowe możliwości robienia porządków tam, gdzie opór i histeryczne reakcje na każdą najmniejszą zmianę, ujawniały jak stary układ desperacko broni swoich pozycji. Wieczna reforma sądownictwa mi nie przeszkadza, ponieważ w tym chaosie widzę metodę na taki zakres zmian, jaki realnie jest do osiągnięcia. Dodatkowo aktualny pomysł Ziobro odnoszący się do likwidacji sądów apelacyjnych i redukcji Sądu Najwyższego z definicji możne przynieść tylko korzyści, bo na pewno nie zaszkodzi pogonienie najwyżej postawionych bossów układu.

Reklama
Poprzedni artykułNiezależni dziennikarze – fakty i mity
Następny artykułNasi sojusznicy
Matka Kurka
Młody, wysportowany, inteligentny, przystojny, czuły mąż i ojciec. Geniusz i wirtuoz klawiatury, błyskotliwy analityk rzeczywistości wszelakiej. Kochany i rozchwytywany, bezkompromisowy, skromny, wyrozumiały. 1. Ulubiona potrawa: żur na zakwasie. 2. Ulubiona kapela: muzyka z tamtych lat. 3. Ulubiony kolor: brak danych. 4. Ulubione słowo: ja. Wolny, żonaty, pijący daltonista.

17 KOMENTARZE

  1. Zmieniłem zdanie co do reformy sądownictwa. Sędziowie byli jednymi z nielicznych, którzy potrafili przeciwstawić się covidowej mafii i nie pozwalali, aby zabrano nam resztki wolności. Mam nadzieję, że na próbę kolejnej “reformy” zareagują podobnie, kwestionując to całe powielaczowe “prawo” serwowane nam przez władzunię. Poza tym, im więcej przeszkód i trudności napotka władzunia, tym lepiej dla nas. Niech sobie połamią zęby na sądach.

    • Dzień Dobry @Egon O.
      Ja bym nie zmieniał, cieszył się ze skutków ale nie zmieniał, bo intencje były raczej nie motywowane tzw wolnościami, lecz zwykłym przyp…niem komu trzeba, i to nie tyle głównej obecnie sekcie, ujmując językiem nizin, lecz ostatnim którzy owej sekcie próbują jakieś resztki obrazu przyzwoitości ocalić.
      Co do przedmiotu proponuję w pamięci pozostawić resztki definicji. Trudno nazwać tzw sędziami tych którzy podpierają się nakazami, zakazami i karami nieustająco i nieustająco żartobliwie nazywanymi prawem, a już pomimo oficjalnej definicji, sędzią nie powinien być nazywany ktoś prowadzący postępowanie kognicyjne. Bliżej takiemu postępowaniu do innego bytu, który pomimo podobieństwa leksykalnego, jest zupełnie czymś innym – sądem kapturowym. Coraz częściej wszak postępowania lokalne wyczerpują znamiona takiej definicji choć pozostały instancje. Na gruncie globalnym zaś, właściwie od zawsze, są to pirackie zgromadzenia kapturowe, a jak będziesz “pyszczył” przed nimi, to najmniej zrobią Ci problem nachodźczy, czy tam bez podpisu lichwę naliczą, a z finałem to nie tylko wielodniowe zrzuty demok-k…-racji urządzą, ale i tronu wraz być może głową pozbawią. Nawet zgromadzenie trybunów piractwa lądowego żartobliwie nazywanego łunią, zasadniczo i o ile prowadzi postępowania, to jednak te mają kognicyjny charakter, i pomimo iż jest to już sąd kapturowy de facto, de nomine uważa się na trybunał, tylko “nie wiedzieć czemu” owe kaptury w nim życzą sobie być nazywani sędziami, a nie trybunami piractwa lądowego, wyczerpując przy okazji wciąż obowiązującą definicję.
      Zdania nie zmieniaj, chyba że co do metody, np. jak gawiedź proponuje dla tej materii, reforma przez “zgliszcza”. Oczywiście w pierwszej kolejności ogół zwany gawiedzią musiałby zdelegalizować kaptury kontynentalne (i wiele innych rzeczy), bo wbrew jednostkowym ukazom dla ocieplenia wizerunku to jest zaczyn do pandemii która zdziesiątkuje ogół zwany ludzkością, bardziej niż znane z faktografii, te o podłożu biologicznym, o obecnej prankdemii nawet nie wspominając.
      Ta ostatnia się właśnie rozwija, tyle że nie z przyczyn pierwotnych, lecz zdaje się że z przyczyn czegoś co w definicji (tzw prawnej – a jak!) uznano za lek, i właśnie dzięki całemu aparatowi związanego z nakazami, zakazami i karami nieustająco i nieustająco żartobliwie nazywanymi prawem. Sam fakt tego że w JEDNOSTKOWYCH sprawach tzw sędzie płci “bógwieilu” orzekają że “coś” było nie tak, nie oznacza tego że GLOBALNIE nie uznają wadliwie stworzonych nakazów, zakazów i kar za obowiązujące, a orzeczenia same w sobie są bardzie proceduralnym fiku miku, niż pryncypialną zasadą, że to wszystko jest mistyfikacją (mimo prawdziwości wirusa i chooby) opartą na sfałszowanych (prawnie) definicjach. Mniejsza to bo inny temat ale wiąże się na tyle że warto.
      Co do pierwotnego: reformować można coś co istnieje faktycznie a nie nominalnie, faktycznie zaś będąc… czym innym (takie niedomówienie).
      Pozdrawiam

  2. Dopóki sędziowie będą nieusuwalni, dopóty będzie tak jak jest, a to niestety wymaga zmiany konstytucji. Poza tym sędziowie powinni być sądzeni przez niesędziów, a może i nawet przez nieprawników. Ewentualnie ich wybieralność i kadencyjność.
    Wszystko inne to działania pozorowane.

  3. Zbyt duże nadzieje pokładasz w ideowości i szlachetności kolesiach w togach.
    Sądy hurtowo unieważniały mandaty za brak knebla z dwóch głównych powodów:
    1/ z zemsty i na złość pisowskiej władzy, która ośmieliła podnieść rękę na nietykalną kastę
    2/ jako forma ostrzeżenie dla rządu – ‘nie fikajcie bo dziś unieważniamy tylko mandaty ale jutro może to być coś grubszego’

    Gdyby kasta sędziowska miała z koronozajoba jakieś profity, tak jak ci w białych kitlach, z pewnością również podłączyłaby swój wagonik do pociągu z pandemią i jechała do oporu.

      • Też uważam, że w zaistniałych okolicznościach przyrody kasta to w tej chwili najsilniejszy sprzymierzeniec ludu. Na zasadzie wróg mojego wroga. Oczywiście nie mam wątpliwości, że sytuacja sie diametralnie odwróci jeśli sędziom będzie to tylko na rękę. Ale póki co… Już tu wcześniej wspominałem, że w tym momencie wypada podziękować Dudzie. Gdyby reformy nie zastopował dziś mielibyśmy sądy partyjne. Nie mam pojęcia, czy u owych sędziów chodzi tylko o urażoną ambicję(bo zakładam, że o prawo jako takie nie chodzi…) czy może o fakt, że jesli sanitarna władza przejdzie też przez sądy to nikt już PiSu z siodła nie wysadzi.

    • @ Alkibel
      Nie podejrzewam sędziów o jakieś szlachetne intencje. Robią to, co robią bo nie kochają PiSu, co zapewnia jakąś równowagę w systemie. Wyobraźmy sobie jak by wyglądała nasza wolność, gdyby PiS miał większość konstytucyjną i lojalnych, przyjaznych sędziów. Wtedy dopiero byśmy poczuli, co to znaczy sanitarny totalitaryzm w służbie Synagogi Szatana. A tak mogą tylko grać jak przeciwnik pozwala.

      • W zasadzie to konstytucyjna większość nie jest do niczego potrzebna bo Konstytucją i jej jawnym łamaniem i tak nikt się już nie przejmuje – łącznie z jej niedawnymi żarliwymi obrońcami spod transparentów “KĄ-STY-TU-CJA”.
        Niemniej oczywiście dobrze, że jej nie mają bo już by tam była wpisana wieczna przynależność do UE jak to radośnie zapowiadali.

        Ale sądy są rzeczywiście kluczowe i obecna walka sędziowskiej kasty z PiSem wychodzi Polsce na zdrowie. A ponieważ tego by nie było pod rządami PełO to wychodziłoby na to, że przypadkowo obecny układ sił jest dla nas optymalny. Jak na panujące ogólne fatalne warunki oczywiście.

        • Edit: z tym “zdrowiem” to się zapędziłem bo trudno mówić o zdrowiu gdy połowa ludności jest skażona preparatami genetycznymi o ujawniających się stopniowo coraz gorszych skutkach. Powinno być raczej napisane “wychodzi Polsce na korzyść”.
          Stare nawyki jeszcze z normalnej normalności…

    • @gracz, Dzień Dobry
      Zdefiniuj proszę “komunę”, bo ja np. mam opasły protokół rozbieżności w tym temacie z Gospodarzem, który sadzi okazjonalnie koszałki opałki rodem z patologicznego prawa i to językiem zwyrodniałego lewa. Na szczęście – okazjonalnie. 😀
      W kontekście okresu znanego z faktografii jak “komuna” (było kilka takich, wbrew propagandzie) to wszystko na to wskazuje że jest obiektywnie “gorzej”, choćby stąd że panującą królową jest powszechna niekompetencja (nazwałem to wcześniej debilizmem funkcjonalnym, ale spektrum jest szersze) usprawiedliwiana “bełkotem” (to dla tych co mają tzw nick-i od współczesnych tzw przegrywów) zawartym w nakazach, zakazach i karach (…), tworzonych w obustronnej relacji skutkiem niekompetencji.
      No ale “legalne” kwity są obecnie zaświadczeniem, że ktoś ma kompetencje do bycia: tzw lekarzem, tzw sędzią (czy tam tzw “prawnikiem”, “niedajboże” mecenasem), tzw nauczycielem, tzw inżynierem, tzw naukowcem, tzw posłem płci dowolnej z dowolnie wymyślonej (skutkiem braku jakichkolwiek kompetencji w czymkolwiek) ilości czy nawet tzw premierem “tego i owego” z niekompetentnie zdefiniowaną w “otua” państwowością włącznie.
      Z tą “komuną”, jej definicją, mam właśnie ten problem, bo wiem kiedy była i czym się różniła od czasu kiedy jej nie było, a potem znów była. Nie wymagam od urodzonych we współczesnej, a raczej współcześnie i nieustannie trwającej oraz ewoluującej, “komunie” by znali różnicę, ale warto temat samodzielnie przestudiować by wiedzieć czego oczekiwać innego i nie pomylić z kolejną iteracją “komuny”. Ta teraz wszak ma tak już ponad cztery dekady iteracji, ma się nie najgorzej i chyba jeszcze trochę potrwa, przynajmniej póki istnieje i rządzi królowa niekompetencja i Alphabet ;-).
      Pozdrawiam

  4. Cześć @nikt_ważny
    Każdy kto przeżył większość życia “za Komuny”, wie czym była i ma swoje zdanie. Natomiast takich miernot, skończonych drani i szubrawców jakich wynosi do władzy demokracja a zwłaszcza jej liberalna odmiana, próżno szukać w dziejach jak Ty to piszesz homo podobno sapiens.
    Pozdrawiam.