Reklama

Sytuacja 1

Sytuacja 1
Wybieramy się z Krzaczastym na ważną rozmowę do dużej firmy, w której pracuje moja znajoma, Irenka. Jest do zrobienia spory biznes, mamy z K. parę fajnych pomysłów do zaproponowania, takich, które "nie mogą nie wypalić". Krzaczasty guzdrze się niesamowicie, załatwia jeszcze bieżączkę, wysyła ostatnie e-maile, w efekcie spóźniamy się na spotkanie ok. 40 minut. Irenka przyjmuje nas chłodno i w zasadzie już tylko przez szacunek dla naszej znajomości, a potem wdają się z Krzaczastym w pyskówkę na tle jego genialności – i jakości naszych pomysłów. Z biznesu – nici. Irenka po spotkaniu: "Quackie, skąd ty wytrzasnąłeś tego oszołoma?". Krzaczasty po spotkaniu "Bo to głupia cipa jest… Co? Że się spóźniliśmy? No coś ty, Quackie, wszyscy się spóźniają, wiesz jak jest!".

Sytuacja 2
Pani Quackie została umówiona do lekarza na badania okresowe, potrzebne jej do wykonywania pracy. Na środę, na 12:30. Wraca do domu wściekła o 12:50: "Wyobraź sobie, że w tej przychodni nikt nic nie wie, są inni ludzie poumawiani na tę samą godzinę i nikt mnie nie wpuści poza kolejką!". Sekretarka z pracy pani Quackie, która to sekretarka umawiała całą sprawę, przysięga, że wszystko było umówione, ale poza tym ma w pompie, że lekarz nie przyjął pani Q. Efekt: czas stracony na pierwszą wizytę, najprawdopodobniej czas poświęcony na następną wizytę, nerwy pani Q., że traci czas i być może nie uda jej się zdążyć z badaniami na czas, co równa się nieprzyjemnościom ze strony formalistów z kadr.

Sytuacja 3
Piątek, godzina 16:00. Telefon od klienta. Stałego klienta, współpracujemy przy różnych rzeczach już parę lat. Dumbo dzwoni z lekką histerią w głosie: "Słuchaj, Quack, muszę mieć ten projekt BZZ na jutro rano, wysyłam go do klienta, a jeszcze grafik to musi obrobić, bla bla, musimy wybrać zdjęcia, bla bla, całość złożyć z kosztorysem i wydrukować, dodać prezentację na płytce, bla bla bla, zrób mi to pliiiiz!". Z ciężkim westchnieniem siadam do komputera, kończę projekt o 2:00 w nocy, wysyłam do klienta. Nastęnego dnia (przypominam – sobota) cisza, zero reakcji, ani maila, ani telefonu, ani "dzięki", ani "masz u mnie duże piwo", ale akurat u tego klienta to norma – oznacza zazwyczaj brak poprawek. Mija parę dni. We środę rano – telefon. Dumbo, świeżutki, pełen wigoru i zapału do pracy: "No cześć, Quackie, słuchaj, właśnie zerknąłem w projekt BZZ i on wymaga jeszcze paru poprawek, jesteś może przed komputerem? Co? Miał być na sobotę? No i był, tylko że mi grafik nawalił, wiesz, ta grypa, dopiero jutro możemy go dokończyć i wysłać… Stary, nie wściekaj się, w końcu kto tu komu płaci?"

Podsumowanie
I tak mógłbym jeszcze parę akapitów przynajmniej.
Ludzie! Do szufli nędzy! Szanujcie czas, swój i innych, bo z każdym dniem jest go tak jakby coraz mniej!

No, już mi lepiej.

A jak tam u was z punktualnością i poszanowaniem dla czasu, kochani Kontrowersyjni?

Reklama
Poprzedni artykuł414: Czechy powołują się się na Artykuł V i atakują NATO
Następny artykułKreatywny buchalter Rostowski i generalissimus Tusk, wodzowie realnego socjalizmu liberalnego!

44 KOMENTARZE

  1. z razu na raz
    coraz lepiej.
    Jednakże ma to swoje znaczące ujemne plusy.
    Początkowo człowiek zaczyna traktować jako normę, iż sam się nie spóźnia. Następnie przyjmuje jako naturalne, że inni są punktualni. Do tej pory wszystko w porządku. I następuje zwieńczenie – coś co do niedawna było normą – spóźnienia, teraz zaczyna w…ć do zieloności.
    Aż się czasem zastanawiam czy warto się było przestawić.

    z ukłonami
    rzl

    • Niestety jestem obciążony genetycznie
      Mama Quackie pochodzi z części Polski, gdzie do punktualności podchodzi się dość poważnie. Niemniej te trzydzieści parę lat nieco znieczuliło mnie na spóźnienia i brak poszanowania dla czasu. To nieładne (znieczulenie), ale pozwala zaoszczędzić nieco nerwów.

      Ot, choćby teraz. Dumbo umówił się wczoraj na spotkanie, nie przyszedł – OK, obgadałem sprawę z jego współpracownikiem. Tekst został napisany i wysłany, ale musi zostać klepnięty osobiście przez Dumbo. No i od rana przerzucamy się telefonami z tym współpracownikiem, który jest pewny, że poprawki będą, a D. nie raczy zadzwonić do żadnego z nas (i jest nieosiągalny). Jestem przy tym święcie przekonany, że kiedy zadzwoni, będzie chciał poprawek na już, zaraz, za pół godziny. I zastanawiam się, jak mu dyplomatycznie przekazać stan mojego wkorbienia dzisiejszą sytuacją.

  2. z razu na raz
    coraz lepiej.
    Jednakże ma to swoje znaczące ujemne plusy.
    Początkowo człowiek zaczyna traktować jako normę, iż sam się nie spóźnia. Następnie przyjmuje jako naturalne, że inni są punktualni. Do tej pory wszystko w porządku. I następuje zwieńczenie – coś co do niedawna było normą – spóźnienia, teraz zaczyna w…ć do zieloności.
    Aż się czasem zastanawiam czy warto się było przestawić.

    z ukłonami
    rzl

    • Niestety jestem obciążony genetycznie
      Mama Quackie pochodzi z części Polski, gdzie do punktualności podchodzi się dość poważnie. Niemniej te trzydzieści parę lat nieco znieczuliło mnie na spóźnienia i brak poszanowania dla czasu. To nieładne (znieczulenie), ale pozwala zaoszczędzić nieco nerwów.

      Ot, choćby teraz. Dumbo umówił się wczoraj na spotkanie, nie przyszedł – OK, obgadałem sprawę z jego współpracownikiem. Tekst został napisany i wysłany, ale musi zostać klepnięty osobiście przez Dumbo. No i od rana przerzucamy się telefonami z tym współpracownikiem, który jest pewny, że poprawki będą, a D. nie raczy zadzwonić do żadnego z nas (i jest nieosiągalny). Jestem przy tym święcie przekonany, że kiedy zadzwoni, będzie chciał poprawek na już, zaraz, za pół godziny. I zastanawiam się, jak mu dyplomatycznie przekazać stan mojego wkorbienia dzisiejszą sytuacją.

    • Przypadki chodzą po ludziach
      Ja sam ostatnio oddałem niebywale pilną rzecz godzinę po terminie w związku z tym, że nie mam UPSa, a napięcie w sieci się wahnęło potężnie (wersja elektrowni: ciepłownicy grzebali w ziemi dzielnicę obok i urwali spory kabel). Ale staram się, żeby ci, co czekają na mnie lub moją pracę, wiedzieli przynajmniej, że jest opóźnienie. A podejście “nie szanuję twojego czasu i mam to w nosie” jest nagminne.

    • Przypadki chodzą po ludziach
      Ja sam ostatnio oddałem niebywale pilną rzecz godzinę po terminie w związku z tym, że nie mam UPSa, a napięcie w sieci się wahnęło potężnie (wersja elektrowni: ciepłownicy grzebali w ziemi dzielnicę obok i urwali spory kabel). Ale staram się, żeby ci, co czekają na mnie lub moją pracę, wiedzieli przynajmniej, że jest opóźnienie. A podejście “nie szanuję twojego czasu i mam to w nosie” jest nagminne.

  3. Wie Pan, ja raczej staram się pospieszyć, niż spóźnić
    wyjątkiem są wizyty u stomatologa, na które staram się przychodzić punktualnie, ale ani minuty za wcześnie.

    Przyjście nieco wcześniej daje osobliwą satysfakcję oglądania drugiej strony, jak chrząka z zakłopotaniem, patrzy na zegarek, czy aby się nie spóźniła, wreszcie dociera do niej, że to ja (JA!) przyszedłem z kilku(czasem -nasto-)minutowym wyprzedzeniem i wtedy ogrania ją złość, że tak się dała podejść i w rozmowie mam od razu tę przewagę, że to tamta strona jest wyprowadzona z równowagi…

    Zaraz, czy to Pan się ostatnio spóźnił na zebranie Bardzo Ważnego Zarządu i od razu po przyjściu przeszedł do wolnych wniosków?

    PS. Pan już wie, o co mi chodzi w PeeSie. Pan dobrze wie!

  4. Wie Pan, ja raczej staram się pospieszyć, niż spóźnić
    wyjątkiem są wizyty u stomatologa, na które staram się przychodzić punktualnie, ale ani minuty za wcześnie.

    Przyjście nieco wcześniej daje osobliwą satysfakcję oglądania drugiej strony, jak chrząka z zakłopotaniem, patrzy na zegarek, czy aby się nie spóźniła, wreszcie dociera do niej, że to ja (JA!) przyszedłem z kilku(czasem -nasto-)minutowym wyprzedzeniem i wtedy ogrania ją złość, że tak się dała podejść i w rozmowie mam od razu tę przewagę, że to tamta strona jest wyprowadzona z równowagi…

    Zaraz, czy to Pan się ostatnio spóźnił na zebranie Bardzo Ważnego Zarządu i od razu po przyjściu przeszedł do wolnych wniosków?

    PS. Pan już wie, o co mi chodzi w PeeSie. Pan dobrze wie!

  5. Tia, temat mi leży, dorzucę się
    Wczoraj usłyszałam, że 3 minuty spóźnienia(szkoła, lekcja) to nie jest spóźnienie i złośliwością z mojej strony jest uporczywe odnotowywanie tego w dzienniku. W końcu rodzic to klient, nie powinnam więc wychowywać dziecka wbrew woli jego matki. Jak sądzisz, ile trzeba się spóźnić, żeby się naprawdę spóźnić?
    Ps.Też mi już lepiej, trochę.

    • Czy sam zainteresowany rodzic
      się nie wypowiedział, od ilu minut masz liczyć spóźnienie? Jak dla mnie, to może być i kwadrans akademicki, ale stosownie do nazwy – na studiach, przy zajęciach trwających 60-90 minut.

      Tak na chłopski rozum, to bym powiedział, że spóźnienie na lekcji będę liczyć od momentu wyczytania nieobecnego delikwenta z dziennika podczas sprawdzania listy obecności.

      Aha, z ostatniej chwili – pani Quackie liczy od momentu rozpoczęcia lekcji (wszedł ostatni uczeń z klasy czekającej pod salą, zamknęły się za nim drzwi) do 15 minut – spóźnienie, a od 15 minut wzwyż – nieobecność. Na moje nieśmiałe pytanie: “Co byś, kochanie, zrobiła gdyby rodzic na wywiadówce walnął Ci, że to tylko 3 minuty?”. Pani Q. odpowiedziała, jak następuje:
      1. Mam to w dupie.
      2. Niech wychodzi wcześniej z domu (na wcześniejszy autobus)
      3. Niech zmieni szkołę na taką bliżej domu.
      Czarująco, nieprawdaż? Mam nadzieję, że chociaż jeden z tych argumentów znajdzie zastosowanie w Twoim przypadku.

      • Twój pomysł ma wadę.
        Wchodzi A i Z w czasie sprawdzania listy, tylko jedno z nich ma sp. Liczę podobnie jak pani Quackie – od usięścia nad dziennikiem, argumentowałam takoż. Z przykrością odmówiłam sobie wyartykułowania pierwszego z wymienionych. Pozdrów żonę:)

        • Żonę pozdrowiłem
          zdziwiła się nieco, ale po dopowiedzeniu, od kogo z lekka prychnęła (z zadowolenia) i jeszcze poradziła, żeby sprawdzić w statucie szkoły, względnie w przepisach niższego rzędu, czy coś jest na temat spóźniania się i ewentualnie tegoż statutu użyć jako kamizelki rodzicoodpornej.

  6. Tia, temat mi leży, dorzucę się
    Wczoraj usłyszałam, że 3 minuty spóźnienia(szkoła, lekcja) to nie jest spóźnienie i złośliwością z mojej strony jest uporczywe odnotowywanie tego w dzienniku. W końcu rodzic to klient, nie powinnam więc wychowywać dziecka wbrew woli jego matki. Jak sądzisz, ile trzeba się spóźnić, żeby się naprawdę spóźnić?
    Ps.Też mi już lepiej, trochę.

    • Czy sam zainteresowany rodzic
      się nie wypowiedział, od ilu minut masz liczyć spóźnienie? Jak dla mnie, to może być i kwadrans akademicki, ale stosownie do nazwy – na studiach, przy zajęciach trwających 60-90 minut.

      Tak na chłopski rozum, to bym powiedział, że spóźnienie na lekcji będę liczyć od momentu wyczytania nieobecnego delikwenta z dziennika podczas sprawdzania listy obecności.

      Aha, z ostatniej chwili – pani Quackie liczy od momentu rozpoczęcia lekcji (wszedł ostatni uczeń z klasy czekającej pod salą, zamknęły się za nim drzwi) do 15 minut – spóźnienie, a od 15 minut wzwyż – nieobecność. Na moje nieśmiałe pytanie: “Co byś, kochanie, zrobiła gdyby rodzic na wywiadówce walnął Ci, że to tylko 3 minuty?”. Pani Q. odpowiedziała, jak następuje:
      1. Mam to w dupie.
      2. Niech wychodzi wcześniej z domu (na wcześniejszy autobus)
      3. Niech zmieni szkołę na taką bliżej domu.
      Czarująco, nieprawdaż? Mam nadzieję, że chociaż jeden z tych argumentów znajdzie zastosowanie w Twoim przypadku.

      • Twój pomysł ma wadę.
        Wchodzi A i Z w czasie sprawdzania listy, tylko jedno z nich ma sp. Liczę podobnie jak pani Quackie – od usięścia nad dziennikiem, argumentowałam takoż. Z przykrością odmówiłam sobie wyartykułowania pierwszego z wymienionych. Pozdrów żonę:)

        • Żonę pozdrowiłem
          zdziwiła się nieco, ale po dopowiedzeniu, od kogo z lekka prychnęła (z zadowolenia) i jeszcze poradziła, żeby sprawdzić w statucie szkoły, względnie w przepisach niższego rzędu, czy coś jest na temat spóźniania się i ewentualnie tegoż statutu użyć jako kamizelki rodzicoodpornej.

  7. Znam firmy, które
    Znam firmy, które strategicznie podchodzą do czasu oczekiwania. Na miękkich fotelikach obok automatu z kawusią i batonikiem, siedzą panie i panowie wyrażający szacunek sposobem ubrania. Siedzą i czekają godzinę, zdarza się że dwie albo dłużej. Szefowie firm. Czekają, żeby z wyśmienicie kłamanym uśmiechem przywitać się z gospodarzem miejsca, który krótkim “przepraszam z opóźnienie” uracza ich swoim czasem. Sytuacja standard, a dotyczy brytyjskiej firmy i standardów pracy regulowanych niejednym certyfikatem i jakże długimi tradycjami dobrego wychowania.

  8. Znam firmy, które
    Znam firmy, które strategicznie podchodzą do czasu oczekiwania. Na miękkich fotelikach obok automatu z kawusią i batonikiem, siedzą panie i panowie wyrażający szacunek sposobem ubrania. Siedzą i czekają godzinę, zdarza się że dwie albo dłużej. Szefowie firm. Czekają, żeby z wyśmienicie kłamanym uśmiechem przywitać się z gospodarzem miejsca, który krótkim “przepraszam z opóźnienie” uracza ich swoim czasem. Sytuacja standard, a dotyczy brytyjskiej firmy i standardów pracy regulowanych niejednym certyfikatem i jakże długimi tradycjami dobrego wychowania.