Lubię od czasu do czasu odsapnąć od polityki i wejść na równie śliski grunt, czyli wiedzę społeczeństwa o społeczeństwie. Oczywiście wszyscy narzekają na niski poziom wiedzy bliźnich, a sami mają się za geniuszy, co dotyczy również piszącego te słowa. Problem w tym, że powszechność stwierdzenia nie skutkuje ani prawdziwością, ani fałszem, wszystko zależy od okoliczności i osoby. Nie uważam się za geniusza, chociaż nad tym pracuję, ale nie jestem też na tyle głupi, aby nie odróżnić konia od osła, czy roweru od motocykla. Dlatego pozwalam sobie zauważyć, że Internet jest kopalnią analfabetyzmu funkcjonalnego i od razu odsyłam do definicji, zanim ktoś znów się popisze tolerancyjną wrażliwością i intuicją, które zastępuje wiedzę.

Cofnijmy się do podstaw edukacji, czyli do szkoły podstawowej i poczujmy znów ten stres, gdy pani zaraz po wejściu do klasy złowieszczo oznajmia: „A teraz wyciągami karteczki, grupa A, grupa B i piszemy. Pierwsze pytanie…”. W zamierzchłych czasach bez Google i Wikipedii, co najwyżej można się było posiłkować ściągami spisanymi na rękach, karteluszkach i na innych wymyślnych nośnikach, miałem koleżankę, która spisywała na udach i bez skrępowania podciągała spódnicę, aby przepisać kiedy była „Bitwa pod Grunwaldem”. Teraz każdy w ułamku sekundy może zajrzeć do największej ściągi świata, ale nawet tego się większości nie chce zrobić, bo nie liczy się wiedza, ale oryginalność wypowiedzi. Gdybym 30 lat temu na biologii napisał, że kobietą jest każdy człowiek, który się czuje kobietą, to nie tylko dostałbym pałę, naganę i zaliczył wizytę u dyrektora, ale w całej szkole uchodziłbym za kompletnego debila. Na bramce nie pozwoliliby mi stanąć, jadłbym drugie śniadanie w kącie przy śmietniku i wracał do domu z oplutym tornistrem.

Dziś każdy idiota może i pisze w Internecie takie i jeszcze większe brednie, ale zamiast pały i ostracyzmu społecznego dostaje setki „lajków”. Pospolity nieuk, ignorant, w ułamku sekundy staje się gwiazdą Internetu jeśli tylko napisze coś piramidalnie durnego. Na przykład pies i kot się niczym nie różnią od człowieka, bo… i po „bo”… wystarczy wpisać dowolny kretynizm, najpopularniejszym to: „czują i cierpią tak samo jak ludzie”. Co jakiś czas nad Internetem gromadzą się ciemne chmury ignorancji i zaczyna się burza, wymiatająca, siłą analfabetyzmu funkcjonalnego, najstarsze na świecie definicje i porządki. Tak też się stało z rodziną, jeszcze dwa dni temu dla większości było to pojęcie w miarę czytelne i pewnie na 100 zapytanych, 90 by odpowiedziało, że to podstawowa komórka społeczna. Co bardziej ambitni i przygotowani do kartkówki, zapoznaliby się definicją rodziny, gdzie jak byk stoi, że jest to związek co najmniej dwóch pokoleń oparty na prokreacji i tym samym pokrewieństwie. Istnieje jeszcze coś takiego, jak etymologia i słowo „rodzina”, pochodzi rodu, czyli grupy wspólnoty opartej na pokrewieństwie. Od wczoraj rodziną stało się małżeństwo, niczym „Margot”, który poczuł się kobietą i wystarczyło, żeby jeden polityk podał prawidłową definicję rodziny.

Kierunek internetowych burz, prócz ignorancji, zawsze zawiera element odwołujący się do „kotka i pieska”, czyli wszyscy jesteśmy równi, nikogo nie wolno poniżać i zaraz po wypowiedzeniu tych magicznych zaklęć leje się jeden wielki ściek. Szanowni funkcjonalni analfabeci, małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny i wykluczając nielegalne kazirodztwo, nie ma tu żadnego pokrewieństwa, a zatem z definicji małżeństwo rodziną nie jest. Tak samo, jak wdowiec nie jest małżeństwem, kuzynka nie jest teściem i szwagier starszym bratem. Wszystkie wymienione statusy to nie inwektywy, czy podległe rodzinie terminy, ale po prostu stan faktyczny. Jeśli ktoś lub coś nie jest rodziną, to znaczy tylko tyle, że nie jest i nic więcej. Inną charakterystyczną cechą analfabetyzmu funkcjonalnego jest przytaczanie durnowatych egzemplifikacji, które mają przeczyć definicji i tutaj pojawiła się adopcja.

Co z małżeństwami, które nie mogą mieć dzieci? Dokładnie to samo, co z ludźmi którzy mają hemofilię, daltonizm lub inne wrodzone wady, niezależne od nich. Takie związki nazywa się małżeństwami bezdzietnymi albo zwyczajnie i nadal małżeństwami. Jeśli małżeństwo bezdzietne decyduje się na adopcję, to ponownie odsyłam do szkoły podstawowej i definicji przysposobienia oraz rodziny zastępczej. Ponieważ jesteśmy ludźmi, nie psami i kotkami i co za tym idzie czujemy i myślimy inaczej, to stworzyliśmy cywilizowane uzupełnienie biologicznej definicji rodziny, poprzez wprowadzenie normy społeczno-prawnej. I dopiero tych funkcjonalnych analfabetów lub/i prymitywów, którzy odmawiają małżeństwom z adoptowanymi dziećmi prawa do tworzenia rodziny, należy ustawić na marginesie społeczeństwa. Koniec, oddajemy karteczki!

26 KOMENTARZE

  1. Spostrzeżenia logiczne i

    Spostrzeżenia logiczne i trafne… Ale trafne tylko to grupy ludzi logicznie myślących niezależne od konotacji wyznania czy przynależności. Spora grupa jednak woli nowomowę o niebinarnksci i zwierzętach pozaludzkich. Samo w sobie nie jest to niczy dziwnym debile i idioci byli są i będą. Tyle że teraz debile i idioci pchają się na piedestal i pchają się coraz bardziej skutecznie. Głównie dlatego że idzie za nimi wielka kasa. Wieksza niz to co możemy przeciwstawić. 

  2. Spostrzeżenia logiczne i

    Spostrzeżenia logiczne i trafne… Ale trafne tylko to grupy ludzi logicznie myślących niezależne od konotacji wyznania czy przynależności. Spora grupa jednak woli nowomowę o niebinarnksci i zwierzętach pozaludzkich. Samo w sobie nie jest to niczy dziwnym debile i idioci byli są i będą. Tyle że teraz debile i idioci pchają się na piedestal i pchają się coraz bardziej skutecznie. Głównie dlatego że idzie za nimi wielka kasa. Wieksza niz to co możemy przeciwstawić. 

  3. Gospodarz przytacza tu jakieś

    Gospodarz przytacza tu jakieś staromodne definicje. Nową i obowiązującą dostaniemy wkrótce od ambasadorzycy Mosbacher. PiS, jak wszystko z tego źródła, przyjmie ją przez aklamację. Tak więc należy cierpliwie czekać, aż zostaniemy oświeceni.

    Niestety już doszło do tego że Mosbacher nam dyktuje jaka powinna być nasza moralność i światopogląd. Jedyna nadzieja w Polonii, że zacznie się głośno domagać od administracji Trumpa zdymisjonowania tej osoby. Trump raczej powinien posłuchać, chyba że nie zależy mu na polonijnych głosach i wolałby zwycięstwo Bidena.

     

  4. Gospodarz przytacza tu jakieś

    Gospodarz przytacza tu jakieś staromodne definicje. Nową i obowiązującą dostaniemy wkrótce od ambasadorzycy Mosbacher. PiS, jak wszystko z tego źródła, przyjmie ją przez aklamację. Tak więc należy cierpliwie czekać, aż zostaniemy oświeceni.

    Niestety już doszło do tego że Mosbacher nam dyktuje jaka powinna być nasza moralność i światopogląd. Jedyna nadzieja w Polonii, że zacznie się głośno domagać od administracji Trumpa zdymisjonowania tej osoby. Trump raczej powinien posłuchać, chyba że nie zależy mu na polonijnych głosach i wolałby zwycięstwo Bidena.

     

  5. A mnie dziś bardziej na

    A mnie dziś bardziej na wątrobie leży wiadomy list wiadomych ambasadorów, ambasadorek, czy jak tam się definiują. Przede wszystkim takie rzeczy się dzieją dlatego, że na to pozwalamy: to już jest recydywa. A może by tak zdziesiątkować korpus dyplomatyczny? Odesłać na początek pięciu ambasadorów z krajów o najmniejszym PKB do domów. W razie protestów (albo i bez nich), za tydzień następnych pięciu, i tak jeszcze parę razy. Oczywiście tym najważniejszym nie podskoczymy, ale możemy przynajmniej ustawić tych, co spod sukni pani Żorżety ujadają "uciekaj, bo ja ucieknę". Takie marzenia. PiS oczywiście podkuli ogon, co już 200 lat temu przewidział Adam Mickiewicz pisząc poemat "Dziady". 

    • w tym liście nie jest

      w tym liście nie jest określone oficjalne stanowisko krajów, których  reprezentuje dany ambasador, ale ich prywatna, subiektywna opinia oparta wyłącznie na fake newsach tworzonych przez neobolszewickie lobby i media opłacane sowicie przez światowych komuchów

  6. A mnie dziś bardziej na

    A mnie dziś bardziej na wątrobie leży wiadomy list wiadomych ambasadorów, ambasadorek, czy jak tam się definiują. Przede wszystkim takie rzeczy się dzieją dlatego, że na to pozwalamy: to już jest recydywa. A może by tak zdziesiątkować korpus dyplomatyczny? Odesłać na początek pięciu ambasadorów z krajów o najmniejszym PKB do domów. W razie protestów (albo i bez nich), za tydzień następnych pięciu, i tak jeszcze parę razy. Oczywiście tym najważniejszym nie podskoczymy, ale możemy przynajmniej ustawić tych, co spod sukni pani Żorżety ujadają "uciekaj, bo ja ucieknę". Takie marzenia. PiS oczywiście podkuli ogon, co już 200 lat temu przewidział Adam Mickiewicz pisząc poemat "Dziady". 

    • w tym liście nie jest

      w tym liście nie jest określone oficjalne stanowisko krajów, których  reprezentuje dany ambasador, ale ich prywatna, subiektywna opinia oparta wyłącznie na fake newsach tworzonych przez neobolszewickie lobby i media opłacane sowicie przez światowych komuchów