Reklama

Mogło to wyglądać na przykład tak.

Mogło to wyglądać na przykład tak.

– Jedźcie i zapiszcie każdą obietnicę, każde słowo tych skurwysynów. To warunek, aby ich potem można było dokładnie i sprawiedliwie rozliczyć – powiedział Inicjator do nich, paru przypadkowo dobranych obywateli. Do innych napisał podobny apel, choć bardziej oględny w formie, z odrobiną wyjaśnień.

– Jeśli możecie zadawajcie wszystkim kandydatom pytania, aby precyzyjnie uchwycić sens i znaczenie składanych obietnic wyborczych.

Inicjator był człowiekiem z doświadczeniem menedżerskim, wierzącym w pewne fundamentalne zasady dobrego zarządzania. A teraz na dodatek przepełniała go złość na polityków, czuł przypływ energii i wiary, że można wymusić zmianę w ich postępowaniu. Takie przypływy energii zdarzały mu się wcześniej niezwykle rzadko, a może nigdy.

Słowa Inicjatora padały na podatny grunt, były przekonujące. Ludzie garnęli się może nie setkami ale dziesiątkami. Zdobywali plany podróży i wystąpień kandydatów, terminy i lokalizacje spotkań z wyborcami i zawsze prawie znalazł się ktoś, kto mógł być obecny na spotkaniu wyborczym, nagrać wypowiedź, czasami udawało się nawet zadać pytanie i uzyskać wyjaśnienia. Znaleźli się też inni obywatele, którzy śledzili w telewizji i radio wystąpienia kandydatów i odnotowywali obietnice składane na wizji i fonii. Owszem, grupa osób zebrana wokół Inicjatora nie zbierała obietnic wszystkich kandydatów. Na ich celowniku byli tylko ci, którzy realnie mogli odnieść zwycięstwo lub się o nie chociaż otrzeć. 

Inni stworzyli Witrynę, na której powoli, w przejrzysty sposób powstawała dokumentacja o obietnicach wyborczych – ich rejestr. Znalazło się kilku pomniejszych sponsorów, wśród nich również organizacje o podobnym obywatelskim charakterze spoza granic kraju, którzy pomogli sfinansować rozwój i działalność Witryny. Do prac włączyło się paru znanych komentatorów życia politycznego i gospodarczego, którzy mieli opinię przyzwoitszych i w miarę neutralnych, wykonując całkiem udane analizy porównawcze obietnic poszczególnych kandydatów. Witryna szeptaną plotką, smsowym deszczem, który pod koniec kampanii osiągnął niemal poziom lawiny, stawała się coraz bardziej popularna. Na trzy, dwa dni przed terminem wyborów mieli już bardzo dobrze przygotowane, dość kompletne listy obietnic najważniejszych kandydatów, pogrupowane tematycznie. I mieli bardzo ciekawe przekrojowe analizy porównawcze postulatów w sferze gospodarczej, podatkowej oraz prawno-administracyjnej. W obietnicach niektórych kandydatów wykazano ewidentną wewnętrzną sprzeczność, co zostało bardzo mocno podkreślone, aby przestrzec obywateli. Wyborcy przez te ostatnie dni zaglądali, komentowali, brali udział w prostych i bardziej wymagających sondażach, Witryna stała się bardzo opiniotwórczą i odegrała swoją neutralną, uświadamiającą, porównawczą rolę. Odzierała słowa polityków z niepotrzebnych ozdobników i nic nie znaczących frazesów.

Rozstrzygnięcie wyborów otworzyło następny etap ich pracy. Trzeba było monitorować działalność zwycięzcy podczas sesji parlamentarnych i w codziennych działaniach operacyjnych. Jeśli wyłapana została aktywność odpowiadająca określonej obietnicy wyborczej, odpowiednio odnotowywano w rejestrze obietnic wyborczych zmianę jej statusu. Zmiany statusu podzielono na kategorie: obietnica złamana, dotrzymana, kompromisowo rozstrzygnięta, zawieszona, w trakcie prac legislacyjnych, itp. Jako że obietnic było niemalże pięćset, pracował nad tym spory zespół. Część osób z zespołu powoli znajdowała zatrudnienie w fundacji prowadzącej Witrynę, pracując najpierw w niepełnym a potem w pełnym wymiarze czasu. Analizowano dokumenty parlamentu, rządu i jego agend, innych organów centralnych i terenowych. Analizowano również propagandowo-informacyjna działalność zwycięzcy i jego ekipy. Wyniki tych badań i analiz Witryna prezentowała na bieżąco. Ruch publiki przyglądającej się na Witrynie statusowi realizacji obietnic zwycięskiego polityka piastującego najważniejszą, realną władzę w kraju osłabł tuż po elekcji do poziomu życzliwego zainteresowania, ale był stały, wcale nie zmniejszał się w trakcie upływu kadencji. Przy ważniejszcych obietnicach, lub ich grupach tematycznych aktywne były fora dyskusyjne, gdzie wyborcy na bieżąco komentowali posunięcia zwycięzcy i jego ekipy.

Nikt z nich, pracowników i woluntariuszy Witryny nie był w stanie tego sprawdzić, ale czuli, że również władza zaczyna obserwować ich Stronę. Czasami ludzie z drugiego szeregu ekipy coś przebąknęli w komentarzach publicznych. Oczywiście wyłącznie w przypadkach, gdy można się było pochwalić realizacją obietnicy.

Zainteresowanie władzy miało również swoje negatywne strony. Zaczęły się pojawiać kontrole w fundacji formalnie odpowiedzialnej za Witrynę i szukały – dosłownie – dziury w całym. A to zepsuł się serwer, a to jakieś inne dziwne przygody ich spotykały. Ale konsekwentnie i czujnie stawiali czoła kontrolerom i rozwiązywali inne problemy, które los (a w domyśle władza) im zsyłał.

Przez pierwszy, drugi rok po wyborach mainstreamowe media skrzętnie powstrzymywały się nawet od zawoalowanych aluzji do działalności fundacji i do informacji publikowanych przez Witrynę. Tak było, dopóki sondaże pokazywały wysokie poparcie społeczne dla ekipy rządzącej. Ale powoli i do świata mediów przesączała się konstatacja, że Witryna działa i daje dość obiektywny obraz pewnego ważnego obszaru rzeczywistości.

Opozycja też wkrótce zaczęła wykorzystywać Witrynę dowodząc przy jego pomocy nieudolności bądź złej woli władzy. Powstało swoiste sprzężenie zwrotne, dzięki któremu Witryna rosła, urastała do roli równej popularnością pierwszorzędnym firmom sondującym poglądy i nastroje polityczne społeczeństwa.

Zbliżały się kolejne wybory. I wtedy okazało się, że z tych blisko pięciuset obietnic wyborczych  ekipa sprawująca władzę zdołała zrealizować zaledwie około dwudziestu procent. Najważniejsze ekonomiczne obietnice, przyrzeczenia dotyczące polityki zagranicznej i wewnętrznej nie zostały spełnione. Większości nawet nie tknięto, tzn. żaden dowód „tknięcia” nie przedostał się do świadomości opinii publicznej  i wiedzy analityków Witryny.

Znowu ruszyły szeptane akcje, sms-owe sztormy wspomagające nurt dyskusji na temat osiągnięć władzy i rozliczania jej z obietnic. Znowu w trakcie kampanii wybrczej ludzie związani z Witryną i fundacją niczym mrówki zbierali i systematyzowali kolejne obietnice najważniejszych kandydatów. Być może były to już bardziej realistyczne i przemyślane obietnice, populizm nieco przygasał wytłumiony przez rosnącą nieufność i świadomość wyborców. Cykl działań Witryny po raz pierwszy się zamykał. Wyborcy mogli przypomnieć sobie obietnice aktualnie rządzącej ekipy i żałosny poziom ich realizacji. Z drugiej strony profesjonalne, kompletne przeglądy obietnic nowych pretendentów do władzy podawano w przejrzysty sposób : jabłka można było porównać z jabłkami a gruszki z gruszkami.

I tak już zostało. Portal działał w rytm wyborczych kalendarzy. Cykl za cyklem niezmiennie i przydatnie.

W trakcie jednego z kolejnych cykli zwycięski w elekcji polityk powiedział: Niebagatelną rolę w mojej edukacji politycznej odegrała Witryna i jej nieustająca działalność monitorowania realizacji obietnic wyborczych partii i ich liderów. Uświadomiłem sobie, że nie ma obietnic, które nic nie kosztują, że obietnice trzeba dobrze przemyśleć i przygotować, i co najważniejsze – mądrze zrealizować. Wtedy jest szansa na zdobywanie i utrzymywanie władzy.

Urządzili wtedy w fundacji małą bibkę z szampanem. Coś osiągnęli. Coś w świadomości polityków się zmieniło. Był powód do satysfakcji.

 

Tekst powyższy został zainspirowany kampanią prezydencką w Stanach Zjednoczonych, a dokładniej mówiąc, informacją o istnieniu witryny Politifact (www.politifact.com) i prowadzeniu przez tąże witrynę rejestru rozliczającego nowego prezydenta z obietnic wyborczych ( tzw. Obameter: Tracking Obama’s Campaign Promises ) . Zarodek tematu tkwił mi w głowie przez bardzo długi czas, najpierw miałem pomysł, aby po prostu bardzo technicznie przedstawić jak działa witryna, jak cenna to może być wzorcowa inicjatywa dla polskich politycznych „dzikich pól”, ale nie byłem przekonany, że w takiej formie powinienem ideę zaprezentować. Potem myślałem, że warto coś z teorii zarządzania dorzucić, bo w końcu można wybory przedstawić jako element procesu zarządzania politykami przez wyborców:  monitorowania, analizowania, porównywania, mierzenia, wyciągania wniosków i podejmowania decyzji przy urnach wyborczych. Ale i to nie wydało mi się przekonujące. A nuż więcej osób to czytać będzie i trzeba bardziej do wyobraźni ludzi przemówić. Stąd ta szkicowa wersja politycznej fikcji, która wszakże, gdyby ją osadzić na naszym realnym gruncie, być może mogłaby pomóc w zmianie jakościowej polskiej praktyki politycznej. Marzenie miejmy, aby demokracja w Polsce wykształciła między innymi takie narzędzia do „zarządzania politykami” przez obywateli, jak pokazuję na przykładzie dojrzałej demokracji w USA.

Oczywiście jest jeszcze warunek, aby taka monitorująca obietnice witryna powstała, a jej działanie miało sens. Chodzi mi o kompetencje władzy. Ten, kto przed wyborami coś obiecuje,  musi mieć tyle władzy, aby z każdej obietnicy (lub chociaż  z większości) mógł się po zwycięstwie wywiązać. Ten, kto składa obietnice wyborcze, a potem tłumaczy się, że nie może ich dotrzymać, bo inny ośrodek władzy rzuca mu kłody pod nogi, sam rzuca słowa na wiatr.

 

Niestety aktualna konstytucja nie stanowi platformy, na bazie której ten warunek może być spełniony.

 

 

 

Reklama
Poprzedni artykułScjentologia – ekskluzywne prawo jazdy do szczęścia
Następny artykułLek na polityczną niestrawność

12 KOMENTARZE