Reklama

Konferencja Donalda Tuska, po urlopie, o którym jeszcze będzie mowa, wyglądała tak jak wieczorek zapoznawczy w Ciechocinku albo słynna scena z „Rejsu”, w której Stanisław Tym dokonał autoprezentacji, a potem każdy mógł się wypowiedzieć. Warto przypomnieć tło i tak zwane okoliczności, w końcu premier miał zająć stanowisko w kilku istotnych dla państwa sprawach, żeby nie powiedzieć o kompromitacjach. Według szarży: sprawa generała Błasika, sprawa generała Parulskiego, sprawa pułkownika Przybyła. Do każdego z wojskowych przypiszę po jednym zdaniu. Generał Błasik został przedstawiony w świecie jako pijany awanturnik, który pod wpływam Lecha Kaczyńskiego zmusił załogę samolotu do samobójczego manewru. Generał Parulski publicznie dał do zrozumienia, że jego szef, prokurator Seremet, odpowiada za fatalny stan prokuratury wojskowej i doprowadził do sytuacji, w której twardziele targają się na swoje życie. Wreszcie pułkownik Przybył odegrał operetkową arię, po której nie tylko samuraj rozprułby sobie brzuch, ale japoński wieśniak nadziałby się ze wstydu na widły. Taki obraz państwa zastał Donalda Tuska na urlopie w górach. Wrócił, stanął dzielnie przed kamerami i wtedy stał się jakiś cud. Wiele już słyszałem i widziałem, ale gdybym nie widział na własne oczy i nie słyszał na własne uszy nie uwierzyłbym, że w tych trzech sprawach Donald Tusk nie powiedział absolutnie nic. Za nic uważam trzy okrągłe zadnia, że się robi, że idzie w dobrym kierunku, że przecież Miller stał murem za generałem.

Wygrałem zakład z samym sobą, że „nic się nie stało” i już w popołudniowych wydaniach „Dzienników”, z konferencji Donalda Tuska zostaną ujawnione dwa hity. Pierwszym będzie pytanie pani Kolendy-Zalewskiej, które nie miało nic wspólnego z wymienionymi sprawami. Drugim będzie plik od kadrowej rządu, czyli jedyne papiery jakie na konferencję zabrał premier Tusk, nie licząc cytatów z raportu Millera, które to „ustalenia” powinien znać na pamięć i śnić po nocach. Z tych kwitów wyczytał Donald Tusk, że sam miał w 2011 roku 5 dni urlopu, a Jarosław Kaczyński w 2007 roku 17 dni urlopu. Przeczytał Donald rozejrzał się po sali i takimi indyczymi ruchami szyi oraz żabim wzrokiem bezgłośnie zapytał: „No i co i co? Kto jest lepszym premierem?”. Niech mnie bogowie wszystkich wyznań biczują gromami jasnymi, jeśli w jednym słowie zełgałem. Więcej niż połowę czasu Tusk poświęcił romansom z dziennikarkami, tłumaczył im jak korzystać ze stron internetowych, obiecał, że skarci Grasia za nie odpisywanie na sms-y. Jednym słowem wspomniał, że Orban nie jest taki zły, Błasikowi nikt krzywdy nie zrobił, a sprawy w prokuraturze się ułożą. I nie byłoby o czym pisać, ale niezawodna Kolenda-Zalewska zadała swoje pytanie. Pani redaktor spytała co się stało z pakietem reform, ze wszystkimi ustawami, które pan Donald Tusk obiecał do wigilii uruchomić w sejmie. Dla tego pytania, a ściślej odpowiedzi Donalda Tuska warto było męczyć się prawie przez godzinę.

Reklama

Każdy chyba zna taki przypadek mentalny, bo to się zdarza i w najlepszych rodzinach. Wujek-opowiadacz, taki co to nie zagniesz go na niczym, sypie kawałami, podpowie na ile obrotów ustawić dyszę powietrza w gaźniku, doradzi co wziąć na bóle wątroby, wyjaśni jak panierować schabowego i czy każda królewna ma pałac. Słowem nie przegadasz, buzia się nie zamyka, aż tu nagle ktoś znienacka spyta o prostą rzecz: „jak żyć?” i wujek łapie tak zwanego stupora. Zapomina na dłuższą chwilę jak się nazywa i jak się smaruje chleb smalcem. Tak też wyglądał wujek Donald, na szczęście dla wujka Kolenda-Zalewska wspomniała żartobliwie, że może nie potrafi odnaleźć osiągnięć rządu Donalda Tuska. Tego się chwycił premier i wygłosił krótki kurs obsługi przeglądarki internetowej. Czas pomógł mu się jakoś pozbierać i z grymasem na twarzy Donald Tusk odtworzył w pamięci część ustaw, które miały zrewolucjonizować Polskę. Każdy nerw nawet na tym zacementowanym policzku, dawał sygnały, że sprawa może się rypnąć, ale koniec końców Donald z grubsza przypomniał sobie o czym kłamał dwa miesiące temu i wtedy było słychać takie jedno wielkie uff. Nie pierwsza to scena obrazująca sposób działania Donalda Tuska, ale ta w szczególny sposób symbolizuje postać Donalda.

Na konferencję Tusk przyszedł ze szczegółowymi danymi na jeden temat – ile urlopu wybrał Kaczyński. Musiałbym paść na głowę, żeby weryfikować te dane, ale jak się domyślam 17 dni Kaczyńskiego w 2007 roku bierze się stąd, że w tym roku przekazywał władzę. Donald Tusk kolejny raz pokazuje, że nie ma absolutnie żadnych nowych pomysłów na Polskę i na utrzymanie władzy. Gdy się coś w Polsce dzieje Tusk znika na kilka do kilkunastu dni, wraca przed kamery, gdy schodzi medialne powietrze i wtedy flirtuje z zaprzyjaźnionymi reporterkami, wyławianymi z tłumu przez Grasia. Do żadnej i więcej niż poważnej, bo żenującej dla państwa sprawy, nie odniósł się adekwatnie, czyli poważnie, za to odniósł się identycznie, czyli żenująco. Z tych występów wodewilowych w newsach zrobiono zbitkę rozrywkową i tak poszło z wiatrem. Z kolei utrzymanie władzy nadal opiera się na złotej myśli Hindusa: „walić w Kaczora”. Bóg i Czytelnik mi świadkiem, że nie należę do skromnych i raczej jestem wyszczekany, ale przy tym fenomenie po prostu nie mam nic do powiedzenia – zaliczam stupora. Pojecie nie mam jak to możliwe, że przy tylu kompromitacjach, Tusk ślizga się tą samą techniką. Mało, że się ślizga, fenomen polega na tym, że za każdym razem robi dokładnie to samo. Sto obietnic, które gdzieś tam się robią na stronach gov., a jeśli chodzi o trudne pytania, to Kaczyński miał 17 dni urlopu.

Za komuny było lepiej. W mieszkaniu towarzysza Winnickiego zebrali się sąsiedzi, zasiedli przy telewizorze na baterie, bo Graś wyłączył korki, i kibicowali Widzewowi Łódź, w groźnym politycznym pojedynku z Dynamo Tbilisi. Już sam fakt, że towarzysz Winnicki kibicował z rodakami Widzewowi, a nie Ruskim (wtedy to był ZSRR), świadczy, że za komuny było lepiej. W pierwszej połowie towarzysz Winnicki powiedział kilka zdań prawdy, sąsiedzi opuścili szczęki i byli pod wrażeniem. W przerwie towarzysz Winnicki wystąpił w telewizji i mówił jak zwykle. Proszę sobie wyobrazić, europejski ludzie, że sąsiedzi doskonale zapamiętali mowę z pierwszej połowy i po mowie z przerwy, wyszli z mieszkania towarzysza Winnickiego. Z towarzyszem Winnickim został tylko gospodarz Graś.

Za komuny było lepiej, dziś sąsiedzi kibicują Ruskim, nie pamiętają co towarzysz powiedział w czasie pierwszej połowy, a co w przerwie i nigdzie nie wychodzą, siedzą razem z Grasiem i obrabiają zadek profesorowi, którego niańczy gosposia. Fenomen! Jak to działa, jak to pracuje, naprawdę nie wiem, to znaczy mogę się pokusić o jakąś prostacką frustrację, czy też inną ksenofobię katolicką. Wydaje mi się, że albo naród zdurniał przez te 30 lat dokumentnie albo do władzy przyszli bardziej zdolni niż towarzysz Winnicki. Tak czy siak, konferencja Donalda Tuska, relacja w Dzienniku i niczym nie zmącone kibicowanie Ruskim wróży tylko jedno. Dopóki Murzyn będzie orał, a Winnicki podrzucał ze swojej lodówki deputat z komitetu, poparcie nie spadnie. Dopiero wtedy Winnicki zostanie z Grasiem sam, na placówce w Hondurasie, gdy Murzyn padnie, w kranach zabraknie wody, zamarznie „centralne”, zgaśnie światło, a mimo to w garze będzie widać dno.

PS Tak jak zawsze!

Reklama

138 KOMENTARZE

  1. 13 osób w kokpicie ja pie*****
    oświetlali pas startowy przed lądowaniem czy jak? Tego prorok Miller nie objawił wewnętrznym przekonaniem.

    Miller cóż… jaki ekspert taka ekspertyza. biegli stwierdzili że nie ma dowodu że Błasik był w kabinie więc Miller przyznał że w kabinie było dwóch generałów. teraz wiemy, że jak odjąć pilotów w kabinie było 10 generałów. I ani jeden nie wydał jednego słowa. Gdyby Miller kiedyś był w wojsku to by wiedział, że wchodzący generał zawsze jest zauwazany.

    Ale to po prostu przepiękne : Szef Komisji Badania wypadków lotniczych jest przekonany że Gen. był w kabinie bo miał wewnętrzne przekonanie, min badający katastrofę ma wewnętrzne przekonanie że w kokpicie było 10 generałów, bo jak został znaleziony w sektorze I to na pewno był w kabinie.