Reklama

 

Pierwszy pogrzeb,  którego Piotr był świadkiem, miał miejsce pod koniec studiów, a może tuż po ich zakończeniu. Umarł nagle Romek, starszy o kilka lat kolega ze studenckiego grona. Pogodny i dowcipny, dusza towarzystwa, ulubieniec wszystkich. Niewiele już z tego pogrzebu pamięta. Piotr nie wszedł do kościoła, czekał tylko przed nim cierpliwie do odjazdu autobusu z żałobnikami na cmentarz. Był pogodny, jesienny albo wczesnowiosenny dzień, dużo ludzi, w tym całe grono  znajomych, cały klub wydziałowy i jego sympatycy. Pamięta żonę zmarłego kolegi – ktoś mu ją wskazał na cmentarzu, nie znał jej wcześniej, bo nigdy nie pojawiała się na imprezach klubowych – ładną, wysoką kobietę w eleganckim, jasnym futrze, które trochę nie pasowało do słonecznej pogody. Pamięta też swojego kolegę Edka, który zazwyczaj konkurował z Romkiem dowcipkowaniem i wesołością na imprezach, śpiewał i grał na gitarze. Edward stał tuż koło Piotra, twarz miał czerwoną od łez, które strumieniem lały się po policzkach jak woda. Nigdy dotąd nie widział mężczyzny, bo to był przecież duży, dwudziestokilkuletni przystojniak, otwarcie publicznie, słyszalnie łkającego. Wyprostowany, żadnego zasłaniania ręką, żadnego uciekania na bok.

Jedna scena utkwiła mu szczególnie głęboko w pamięci  i na zawsze w niej pozostanie. Gdy zaczęły się sypać pierwsze grudy ziemi, Edek nagle poczerwieniał – wtedy zaczęło się jego płakanie publiczne, odgłos piachu uderzającego o trumnę ma taki „żal wylewający” efekt. Piotr gapił się na Edka z otwartymi ustami jak przygłup, choć mu syczało w głowie, że to gapienie nietaktowne, niedelikatne. Twarz Edka była ciemnoczerwoną plamą, zaraz krew z niej wytryśnie, a w mózgu żyłka pęknie i zemrze na wylew jak  Romek. Chwilę potem Piotr zerknął w stronę grobu na wyniosłości i zamarł. Wdowa stała blada, z zastygłą niewzruszoną twarzą. Trochę podkrążone oczy. Cisną się na usta patetyczne określenia. Bogini żalu…To taka scena jak z filmu, dwa plany, ekran podzielony na pół, podobne emocje jakże inaczej objawiane. I jego własne wzruszenia, czy właściwie ich brak. Tak, owszem, czuł żal, że już nigdy nie spotka Romka. Często potem powtarzaną frazę, czemu ci najlepsi, najporządniejsi odchodzą, a zostają skurwysyny.  Ale bardziej wyobrażał sobie, co się dzieje z tymi, którzy byli ze zmarłym na codzień i los uczynił wyrwę w ich życiu.

Reklama

Potem zastanawiał się, jak dobry uczeń braci Lumiere powinien przedstawić tą scenę, aby walnęła widza między oczy, albo chociaż by klisza wypaliła się głęboko w pamięci. Podział ekranu nie wydał mu się już dobrym rozwiązaniem. To musiało być jakieś dynamiczne, mikroepickie, z nawrotami, sekundowymi przebitkami, odlotem kamery na helikopterze albo podnośniku w dal. Ćwiczenie dla ambitnych uczniów. Płaczący efeb wyprostowany a zgięty w bólu. Milcząca, zastygła żałobniczka. Wyprostowane ciało, a rozpacz zawinięta w embrion.

Babcia, matka jego mamy, umarła w szpitalu, rokowania od początku były złe i wszyscy z rodziny byli przygotowani na najgorsze. Matka wybierała się w odwiedziny do szpitala, ale śmierć ją wyprzedziła. 

Pojechał do powiatowego miasteczka z rodzicami, i załatwiali wszystko w pośpiechu od rana, żeby pogrzeb odbył się jeszcze tego samego dnia. Ludzie byli przychylni i współczujący, szli na rękę, i wszystko udało się załatwić na czas.

Lekarz, ordynator przyjął ich i rozmawiali o medycznym aspekcie choroby i śmierci. Sprawiał, w odczuciu Piotra, wrażenie człowieka, który ma coś do ukrycia. „Spaprali dranie terapię, zlekceważyli chorobę starej kobiety” – pomyślał i z lękiem patrzył na matkę, która po zażyciu uspokajających leków była blada, i sprawiała wrażenie jakby w każdej chwili miała zemdleć. Oddano im rzeczy babci. Mama zajrzała przy nim do sfatygowanej,  pseudoskórzanej torebki i zobaczył tandetny flakonik wody toaletowej „Kwiat Konwali” kosztującej grosze i tyle samo wartej. Ból na chwilę złapał za gardło. Babcia do końca czuła się … Kim? Damą? Kobietą po prostu?

Drobny problem wyniknął w prosektorium. Pracownik , starszy mężczyzna, nieogolony, z przylepionymi do czaszki rzadkimi, tłustymi włosami był zaskoczony pilnością pogrzebu.

– Pomocnika dzisiaj nie ma, sam nie dam rady – powiedział, odbierając od matki strój do trumny. – No chyba, że ktoś mi pomoże – dodał, patrząc na Piotra wyblakłymi, zmęczonymi oczyma.

– Dobrze, pomogę – zadeklarował Piotr, nie bardzo wiedząc o jaką pomoc chodzi.

Weszli do chłodnej sali. Na środku przykuł oczy duży metalowy stół. Z boku stało wysokie łóżko  przykryte prześcieradłem. Piotr domyślił się, że pod nim leży ciało babki.

– Tylko mi ciało pomoże przenieść, potem sobie poradzę – powiedział stary bezososobowo. Wyglądał na człowieka, który dawno już minął wiek emerytalny, a jednocześnie sprawiał wrażenie krzepkiego mężczyzny.

To pewnie emocje, Piotr nie pamięta wyposażenia prosektorium, wyglądu ścian i podłogi. Zapachów. Pamięta tamten stół, łóżko i prześcieradło z wyblakłym, spranym zarysem szpitalnego stempla.

Ciało babci było zaskakująco chude, a pamiętał ją jako zażywną, dziarską kobietę. Twarz była w jakby pierwszym stadium mumifikacji – skóra tak ściśle wtuliła się we wszelkie wklęsłości czaszki.

Do boku brzucha przylegał mały kawałek zakrwawionej gazy – ślad po chirurgicznym cięciu. Włosy na łonie były siwe i bardzo rzadkie, prawie ich nie było.

Łóżko podjechało. Pomógł przenieść ciało na stół, chwytając za kościste, prawie pozbawione mięśni nogi. W głowie miał pustkę, kompletny zanik myśli spowodowany przez to szokujące spotkanie.

– Może już iść, teraz dam sobie radę – powiedział stary. Ale Piotr stał jeszcze przez chwilę i patrzył jak stary unosi nogi babci, przyciąga je do brzucha aby wypchnąć z niego mocz i kał. Przemknęło mu przez myśl polowanie i myśliwy wyciskający butem pęcherz zająca.

Pogrzeb odbył się planowo i spokojnie. Ksiądz zdziwił się tylko, że trumna zabita gwoździami. Ale to było życzenie matki, chciała zapamiętać babkę, taką jaka była za życia, bała się spojrzeć na trupa. Piotr był przejęty, czy mama wytrzyma ceremonię i obserwował ją spod oka przez cały czas. Na szczęście mama była dzielna i obyło się bez incydentów. Nawet grabarze byli schludnie odziani, żadnych brudnych, dziurawych drelichów.

Ciotka zmarła na raka mózgu. Wujek opowiadał, jak to się pierwszy raz objawiło. Potem objawy się cofały, nawracały. Ciotka miała świadomość, że jej mózg przestaje momentami poprawnie funkcjonować. Że wyrok śmierci podpisany. Kwestia daty wykonania. Nie było szans na operację, guz usadowił się w nieoperacyjnym miejscu zdaniem lekarzy, a przecież jakiś super neurochirurgów pewnie nie pytano. Chemioterapia nie dała rezultatów. Wujek to wszystko opowiadał rano, w dniu pogrzebu, mocno przybity, poszarzały na twarzy, wymęczony długimi zmaganiami ciotki.

Pogrzeb był bez wyrazu, teatr odegrał się jakby obok ciotki, obrzędowe pogańskie suknie kapłańskie, obrzędowe bezduszne śpiewy i mowy, nic w tym prawdziwego o ciotce, o bólu, o żalu, same odbębnione zdawkowo formułki i zwrotki. Potem kolejka do trumny, przyklękanie, mamrotanie pacierzy. W końcu i Piotr stanął przed trumną. Nie klękał. Ciało ciotki było woskowe, jakby nierealne, figura zrobiona na zamówienie dla galerii Madame Tussauds, policzki naróżowione, ino powieki opuszczone, drobna różnica, brak błysku sztucznej źrenicy, z czego oni te oczy robią do galerii, ciekawe. Rodzina już formułki wymamrotała, stała dalej i patrzyła na Piotra. „Żegnaj, ciociu, niech ci się wiedzie na nowym…etapie…” – tu się Piotr zaciął, bo co niby miał wyszeptać. Wyciągnął dłoń, a może dłonie i położył je na złożonych w trumnie zimnych dłoniach ciotki. Na długą chwilę. Chciał, aby to coś znaczyło. Jakby dotykał kogoś żywego i chciał mu dodać otuchy. Gest ten wydał mu się naturalny, choć ludzie patrzyli i, diabli wiedzą, co pomyśleli. Nikt tak się z ciotką nie żegnał, nikt jej nie tknął. Może to jakieś straszliwe faux pas z jego strony. Piotr nie wiedział. Zrobił to, do czego go powiodł spontaniczny poryw. I poczuł niechęć do tłumu. Do całego tego zamieszania. Umarł człowiek, a nikt go nie żegna. Odprawiają jakieś swoje pogańskie rytuały, nikogo ciotka nie obchodzi. O ile prawdziwsze są rytuały dzikich, ich gardłowe śpiewy.

Na cmentarzu stał z dala, nie podszedł, nie rzucił ziemi. Dla niego ceremonia skończyła się przy katafalku. Tutaj był tylko dla rodzinnych konwenansów.

Fotograf  imieniem Marek, kompan kilku międzynarodowych wypraw Piotra, strasznie namawiał go na wiosenną wycieczkę do Kalwarii. Piotr nie bardzo wiedział, o co chodzi i dlaczego Markowi tak na tym zależy. Kalwaria to, zdaje się, było miejsce kultu religijnego, a Marek nie był praktykujący. Ale jak chce fotografować ołtarze, to niech i tak będzie. Piotr dał się namówić, bo zawsze mu się z Markiem dobrze wędrowało, a to miała być taka mało wyczynowa wycieczka i pogoda zapowiadała się niezła. Parę dni poza miastem, zawsze to jakaś odmiana.

Dopiero na miejscu Marek zaczął coś wspominać, że to będzie taki plenerowy teatr ludowy o religijnym charakterze, „misterium”, „droga pańska” i inne terminy padały. Nic to Piotrowi nie mówiło, nawet się skrzywił, bo nie czuł bluesa i przeczuwał nudę, kolejną ceremonię odprawioną przez zblazowanych, wyalienowanych kapłanów w sukienkach o barwach zaczerpniętych z pogaństwa.

Nocleg załatwili sobie w szkole, która na okres ferii stworzyła bazę noclegową. W wielołóżkowej sali byli jedynymi gośćmi.

Rano, skoro świt, a nawet przed świtem, nie ma zmiłuj, zerwali się i w drogę. Piotr został obarczony torbą z obiektywami, filtrami i czym tam jeszcze. Na ramieniu niósł statyw, którego, jak się później okazało, ani razu nie użyli, zbyt dynamiczna były wydarzenia, które obserwowali.

Większość zdjęć Marek robił z dystansu, bo tłum kłębiący się wokół chwilowego centrum akcji, które się co pewien czas przemieszczało, przeszkadzał. Piotr niewiele, piąte przez dziesiąte rozumiał z tego co się dzieje, na przykład scena umywania stóp apostołom otwierała nieco klapki pamięci. Ale głównie pomagał Markowi, nudził się, ganiał za nim w te i we wte, gdy kolega szukał niezmordowanie co lepszych miejsc do ujęć. Szybko go to zmęczyło, znudziło. Pogoda była niewyraźna, trochę mżyło, trochę się mgliło. Co jakiś czas przysiadali, łykali kanapki, popijali, palili papierosy. W sumie była to ciężka robota, Piotr był na zewnątrz zdarzeń, obojętny kibic, w końcu zaczął wypatrywać młodych kobiet, ale było ich w tłumie na lekarstwo.

Wrócili do szkoły wieczorem, głodni i zmęczeni. Piotr zniechęcony myślą, że jutro znowu trzeba będzie przechodzić podobną katorgę. Po ugotowaniu spóźnionego obiadu i opiciu się gorącej herbaty poszli spać i Piotr momentalnie zapadł w sen.

Drugi dzień był za to ekscytujący.

Uczynił się upał w otwartym słońcu i duchota parującej ziemi. Prawie bez wiatru. Półnagi, bosy Jeszua parę razy zachwiał się na oczach Piotra pod ciężarem krzyża, aż się chciało podbiec i pomóc, legioniści kolorowo odziani i ponurzy wzniecali tumany kurzu. Rozbolała go od słońca głowa. Gdy przysiadał czasem w cieniu, stawały przed oczyma sceny z Mistrza i Małgorzaty.

”Procurator ponad wszystko nienawidził zapachu olejku różanego, a dziś wszystko zapowiadało niedobry dzień, ponieważ woń róż prześladowała procuratora od samego rana…

Za cóż mnie tak karzecie, o bogowie?… Tak, to bez wątpienia znowu ta niezwyciężona straszliwa choroba…hemicrania…”

Sceny z książki mieszały się ze scenami, które tuż przed chwilą oglądał w spiekocie dnia. Najbardziej fascynujący byli ludzie. Stare babcie bezzębne, z fanatycznym uniesieniem na twarzach, w niesamowitym pędzie forsujące głębokie strome jary czy wykop z torami kolejowymi, migające chudymi nogami w ciepłych rajtuzach. Marek cykał te sceny seriami – to był obraz przejawów głębokiego przeżywania prostych spraw, nijak się mający do kościelnej rutyny i płycizny rytuałów. Te jaśniejące w uniesieniu oczy i twarze. Te ręce wczepiające się w pochyłość skarpy, aby wdrapać się czym prędzej i podążyć za uginającym się pod brzemieniem Jeszuą. Na pewno wspaniałe, pełne ekspresji i dynamiki zdjęcia. Marek miał dobry pomysł.

I tak się zakończył ten wspaniały, niezapomniany dzień, ale uwzględniając zainteresowania małej, nie można pominąć pozostałych zdarzeń.

Z wieczora spotkali dwie dziewczyny z maturalnej klasy poznańskiego liceum. Przyjechały z ciekawości, przyciągnięte sławą miejsca. Szukały noclegu. Naturalnie zaproponowali, aby poszły z nimi. Może się nawet uda przemycić je bez opłaty na salę. Cieć pilnował wejścia, ale na salę nigdy dotąd nie zajrzał.

I tak było tym razem. Wciągnęli dziewczyny przez okno. Nikt im potem nie przeszkadzał. Jedli razem kolację, wyjęli z plecaków wódkę, po którą wczoraj nawet nie próbowali sięgać zmęczeni wydarzeniami. Dziewczyny łatwo upiły się, nie miały odporności. Marek zgrywał fotografa powiązanego z filmem, co przyszło łatwo, gdyż byli obserwowani podczas pracy, niewiele trzeba było by legendę zbudować. Licealistki rywalizowały jakby między sobą demonstrowaniem swojej dorosłości, pozwoliły zrobić trochę zdjęć w bieliźnie, ale topless odmówiły, aż tak pijane nie były. Potem zgasili światło i zaczęły się wśród chichotów zmagania. Piotr długo całował się z Martą, była niedoświadczona, ale pozwoliła nauczyć się jak lepiej i słodziej mieszać języki. Oczywiście chciał pójść na całość, ale zaczął ją zapewniać szeptem, że nie mogą się za daleko posunąć, żeby go nie prowokowała, bo on od razu pierwszej nocy takich rzeczy nie robi. To mu dało kredyt zaufania. Określił enigmatycznie, co z nią pragnie zrobić. Nie protestowała. I tak po paru minutach, padły haftki stanika. Miała wrażliwe, pulchniutkie piersi. Dała się ponieść rozkoszy, pozwoliła rozebrać i dotykać sromu, wkładać palce do pochwy, doznać kolejnego orgazmu. Potem dotykała jego penisa i uczyła się jak go pieścić, by odwdzięczyć za to, co od niego dostała. Zasnęli nad ranem, przytuleni w złożonych śpiworach, lepcy od jej soków, spermy,śliny, potu, może krwi, bo w końcu ją przeleciał, chyba rozdziewiczył, tak mówiła.

KONIEC

Tekst chroniony prawem autorskim (części 1 – 2 ) .Opublikowany na witrynie www.kontrowersje.net . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

 

Reklama

64 KOMENTARZE

  1. No i mam niedosyt
    Styl i łączenie tematów – śmierci i seksu, śmierci jednostki i przetrwania gatunku – świetne. Podtrzymuję opinię spod cz. I.

    Ale raz, że krótko, po “Pielęgniarkach” spodziewałem się czegoś dłuższego, a dwa – zabrakło mi wyraźnej klamry, zaczęło się przecież wszystko o tego, że Piotr opowiadał wszystko swojej dziewczynie w łóżku i raptem ten początek z pierwszej części gdzieś zniknął, roztopiony w retrospekcjach.

    Apetyt rośnie w miarę czytania!

    Edit: PS. Ale te memy gdzieś tam krążą – nie dalej jak wczoraj skończyłem sobie po raz kolejny odświeżać “Mistrza i Małgorzatę” : )

  2. No i mam niedosyt
    Styl i łączenie tematów – śmierci i seksu, śmierci jednostki i przetrwania gatunku – świetne. Podtrzymuję opinię spod cz. I.

    Ale raz, że krótko, po “Pielęgniarkach” spodziewałem się czegoś dłuższego, a dwa – zabrakło mi wyraźnej klamry, zaczęło się przecież wszystko o tego, że Piotr opowiadał wszystko swojej dziewczynie w łóżku i raptem ten początek z pierwszej części gdzieś zniknął, roztopiony w retrospekcjach.

    Apetyt rośnie w miarę czytania!

    Edit: PS. Ale te memy gdzieś tam krążą – nie dalej jak wczoraj skończyłem sobie po raz kolejny odświeżać “Mistrza i Małgorzatę” : )

  3. No i mam niedosyt
    Styl i łączenie tematów – śmierci i seksu, śmierci jednostki i przetrwania gatunku – świetne. Podtrzymuję opinię spod cz. I.

    Ale raz, że krótko, po “Pielęgniarkach” spodziewałem się czegoś dłuższego, a dwa – zabrakło mi wyraźnej klamry, zaczęło się przecież wszystko o tego, że Piotr opowiadał wszystko swojej dziewczynie w łóżku i raptem ten początek z pierwszej części gdzieś zniknął, roztopiony w retrospekcjach.

    Apetyt rośnie w miarę czytania!

    Edit: PS. Ale te memy gdzieś tam krążą – nie dalej jak wczoraj skończyłem sobie po raz kolejny odświeżać “Mistrza i Małgorzatę” : )

  4. No i mam niedosyt
    Styl i łączenie tematów – śmierci i seksu, śmierci jednostki i przetrwania gatunku – świetne. Podtrzymuję opinię spod cz. I.

    Ale raz, że krótko, po “Pielęgniarkach” spodziewałem się czegoś dłuższego, a dwa – zabrakło mi wyraźnej klamry, zaczęło się przecież wszystko o tego, że Piotr opowiadał wszystko swojej dziewczynie w łóżku i raptem ten początek z pierwszej części gdzieś zniknął, roztopiony w retrospekcjach.

    Apetyt rośnie w miarę czytania!

    Edit: PS. Ale te memy gdzieś tam krążą – nie dalej jak wczoraj skończyłem sobie po raz kolejny odświeżać “Mistrza i Małgorzatę” : )

  5. dobre całkiem
    Fajnie piszesz o ważnych sprawach.
    Ciekawa forma, celowo chaotyczna, miejsca nieistotne pomijasz i lecisz dalej.
    Trochę to przypomina scenariusz, ale dość dziwny, bo opisujący uczucia, czyli coś czego nie da się przenieść wprost z tekstu na ekran.

  6. dobre całkiem
    Fajnie piszesz o ważnych sprawach.
    Ciekawa forma, celowo chaotyczna, miejsca nieistotne pomijasz i lecisz dalej.
    Trochę to przypomina scenariusz, ale dość dziwny, bo opisujący uczucia, czyli coś czego nie da się przenieść wprost z tekstu na ekran.

  7. dobre całkiem
    Fajnie piszesz o ważnych sprawach.
    Ciekawa forma, celowo chaotyczna, miejsca nieistotne pomijasz i lecisz dalej.
    Trochę to przypomina scenariusz, ale dość dziwny, bo opisujący uczucia, czyli coś czego nie da się przenieść wprost z tekstu na ekran.

  8. dobre całkiem
    Fajnie piszesz o ważnych sprawach.
    Ciekawa forma, celowo chaotyczna, miejsca nieistotne pomijasz i lecisz dalej.
    Trochę to przypomina scenariusz, ale dość dziwny, bo opisujący uczucia, czyli coś czego nie da się przenieść wprost z tekstu na ekran.

  9. Miło słyszeć
    gdy czytelnicy mówią, że mało i chcieliby więcej. To przecież komplement. Ale ja się nie ograniczam do krótkiej formy. Ja ją świadomie wybieram. To dłuższych form można się przymierzyć z pomysłem, a takowego nie mam. Kto wie, może kiedyś dorosnę do takiego większego wyzwania.

  10. Miło słyszeć
    gdy czytelnicy mówią, że mało i chcieliby więcej. To przecież komplement. Ale ja się nie ograniczam do krótkiej formy. Ja ją świadomie wybieram. To dłuższych form można się przymierzyć z pomysłem, a takowego nie mam. Kto wie, może kiedyś dorosnę do takiego większego wyzwania.

  11. Miło słyszeć
    gdy czytelnicy mówią, że mało i chcieliby więcej. To przecież komplement. Ale ja się nie ograniczam do krótkiej formy. Ja ją świadomie wybieram. To dłuższych form można się przymierzyć z pomysłem, a takowego nie mam. Kto wie, może kiedyś dorosnę do takiego większego wyzwania.

  12. Miło słyszeć
    gdy czytelnicy mówią, że mało i chcieliby więcej. To przecież komplement. Ale ja się nie ograniczam do krótkiej formy. Ja ją świadomie wybieram. To dłuższych form można się przymierzyć z pomysłem, a takowego nie mam. Kto wie, może kiedyś dorosnę do takiego większego wyzwania.