Reklama

Przyjęcie euro drastycznie obniży cenę, jaką nasza gospodarka musi płacić, aby pozyskać zachodnioeuropejski kapitał. I to jest główna przyczyna, dla której warto przyjąć euro.

Przedruk artykułu opublikowanego 29 września 2008 w serwisie wiadomosci24.pl

Reklama

Czytaj też

Perspektywa przystąpienia Polski do strefy euro jest przedmiotem wielu dyskusji. Podkreśla się ułatwienia w handlu międzynarodowym i podróżach, jakie niesie ze sobą przyjęcie euro, ale mówi się też dużo o niebezpieczeństwach, szczególnie o niebezpieczeństwie wzrostu cen.

Jednak w tych dyskusjach słabo eksponowany jest najważniejszy aspekt zagadnienia: to, że przyjęcie euro drastycznie obniży cenę, jaką nasza gospodarka musi płacić, aby pozyskać zachodnioeuropejski kapitał. I o tym właśnie jest poniżej.

Likwidacja ryzyka kursowego

Ważną konsekwencją zastąpienia złotego przez euro będzie likwidacja ryzyka kursowego w obrotach między Polską a bogatymi krajami Europy Zachodniej.

Ryzyko kursowe, to ryzyko straty, jaką może ponieść dany podmiot gospodarczy w wyniku zmiany kursów walut. Dziś takie ryzyko wiąże się z każdym przepływem pieniędzy między Polską a strefą euro i stanowi poważne utrudnienie przy pozyskiwaniu dla Polski kapitału z zagranicy.

Na skutek zniszczeń spowodowanych przez drugą wojnę światową, a następnie fatalnego zarządzania gospodarką przez 45 lat komunizmu, Polska jest głęboko niedoinwestowana. Brak u nas wielu rzeczy, których jest pod dostatkiem w bogatych krajach strefy euro, na przykład mieszkań czy elementów infrastruktury. Z tego powodu Polska bardzo potrzebuje inwestycji zagranicznych, a jednocześnie jest dla inwestorów miejscem atrakcyjnym. Na przykład można u nas finansować budowę ważnych (a więc rentownych) autostrad między wielkimi miastami. W krajach strefy euro oczywiście też buduje się dziś autostrady, ale tylko te mniej ważne i mniej rentowne, gdyż te najważniejsze od dawna już istnieją. Każdy, kto chce inwestować w budowę autostrad, według wszelkiej logiki powinien w pierwszym rzędzie myśleć o robieniu tego w Polsce, a nie w Europie Zachodniej.

Wartość złotego w eurocentach, w latach 2002-2008

Koszt kapitału pozyskanego ze strefy euro – przykład

Kapitał płynie do Polski na różne sposoby. Jednym z nich jest kredyt. Aby zrozumieć wpływ ryzyka kursowego na pozyskiwanie kapitału z zagranicy, weźmiemy za przykład właśnie kredyt.

Zakładamy, że bank ze strefy euro udziela polskiej firmie kredytu w złotych, o oprocentowaniu ustalanym corocznie, na najkorzystniejszych warunkach, jakie istnieją na polskim rynku, czyli na warunkach pożyczki międzybankowej (WIBOR, Warsaw inter-bank offered rate); w praktyce firmy z reguły płacą za kredyt nieco drożej, ale ma to małe znaczenie dla naszego przykładu. Przyjmujemy, że kredyt wypłacono 1 maja 2004, czyli w dniu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej (dzień oznaczony symbolem EU na wykresie).

Przez pierwsze 4 lata kredytu zysk banku, liczony w euro, wynosi odpowiednio 19,6%, 16,3%, 5,4% i 14,7%.

Podobny kredyt udzielony w euro, na najkorzystniejszych warunkach istniejących w strefie euro (z oprocentowaniem EURIBOR, Euro inter-bank offered rate) przyniósłby w kolejnych latach 2,3%, 2,2%, 3,3% i 4,3% zysku. Kredyt w złotych jest więc, w porównaniu, bardzo rentowny dla banku.

Wielkie zyski z kredytu w złotych pochodzą tylko w małej części z odsetek, a w większości ze wzrostu kursu złotego: licząc w euro, wartość złotych, które polska firma jest winna bankowi, szybko rosła przez ostatnie cztery lata (zachęcam do zerknięcia na wykres). Ten wzrost kursu ma swoje źródło w pomocy finansowej, jaką Polska dostaje od Unii Europejskiej, oraz w dobrym rozwoju polskiej gospodarki.

Problem polega na tym, że w naszym przykładzie pomoc unijna i sukcesy gospodarcze Polski przyniosły tak wielkie zyski zachodniemu bankowi, a nie Polsce. Innymi słowy, pozyskując kapitał potrzebny do rozwoju gospodarki, Polska musi jednocześnie oddawać lwią części zysków z tego rozwoju.

Dlaczego tak jest? Otóż pożyczając pieniądze w złotych, bank ze strefy euro nie mógł być z góry pewien, że wypracuje duży zysk. Mogło zdarzyć się coś odwrotnego: złoty mógł spaść, a wówczas bank miałby stratę. Widać to na wykresie: w latach 2002-2003 złoty tracił na wartości w stosunku do euro, mimo że przystąpienie do Unii Europejskiej było wtedy perspektywą coraz bardziej realną, co pozwalało spodziewać się umacniania złotego. W latach 2005-2006 wartość złotego gwałtownie się zmieniała – a więc bank ze strefy euro, który udzieliłby kredytu krótkoterminowego w złotych, mógł uzyskać duży zysk lub ponieść dużą stratę, w zależności od dokładnej daty wypłacenia i zwrotu kredytu.

Kryzys finansowy, który obecnie dotyka Stany Zjednoczone, pokazuje, jak poważną sprawą jest ryzyko finansowe. A ryzyko kursowe jest jedną z jego form. Wysokie ryzyko kursowe powoduje, że banki ze strefy euro godzą się eksportować kapitał do Polski i udzielać kredytów w złotych tylko w zamian za niezwykle duże zyski. Gdyby tego ryzyka nie było, Polska mogłaby pozyskiwać kapitał dużo taniej i, co za tym idzie, w dużo większych ilościach.

Wielu Polaków unika tego problemu biorąc kredyt w walucie obcej (zwykle we frankach szwajcarskich). Taki kredyt w okresie ostatnich czterech lat był o wiele tańszy niż kredyt w złotych, a nawet, licząc w złotych, miał ujemne oprocentowanie. Ale Polacy uzyskują te korzystne warunki w zamian za przejęcie na siebie ryzyka kursowego: jeśli w najbliższym czasie wartość złotego się załamie, kredytobiorcy zarabiający w złotych, a płacący kredyt w innej walucie, znajdą się w fatalnej sytuacji finansowej. A takiego scenariusza wykluczyć nie można.

Dlaczego ryzyko kursowe jest tak dużym problemem

Ogromna większość pieniędzy, jakimi dysponują instytucje finansowe, pochodzi z kont bankowych i lokat o stałym oprocentowaniu: pieniądze te znajdują się czasowo w dyspozycji banku lub innej instytucji, mogą więc być używane do udzielania kredytów, ale muszą następnie zostać w całości zwrócone swoim pierwotnym właścicielom. We wszystkich krajach instytucje finansowe podlegają ostrej dyscyplinie: podejmować ryzyko mogą tylko o tyle, o ile dysponują pieniędzmi nie pochodzącymi z kont i z lokat (pieniądze te noszą zwykle nazwę kapitału własnego). A takich pieniędzy jest na rynku stosunkowo mało.

Nie jest trudno zrozumieć ten mechanizm. Każdy z nas może założyć w banku konto lub lokatę: wówczas bank dysponuje naszymi pieniędzmi, ale musi je następnie zwrócić nam w całości. Możemy też kupować udziały w funduszach inwestycyjnych, co oznacza zgodę na poniesienie ewentualnych strat: pieniądze zainwestowane w fundusz stają się częścią jego kapitału własnego, fundusz ma prawo używać ich do operacji ryzykownych.

Nikt z nas nie kupiłby udziałów w funduszu, gdyby spodziewany zysk był podobny do tego, co można uzyskać z bezpiecznej lokaty terminowej. Kupujemy udziały (a więc bierzemy na siebie ryzyko), ponieważ spodziewamy się wysokich zysków. Ta prawidłowość przekłada się na zachowanie instytucji finansowych: instytucje ze strefy euro godzą się pożyczać w złotych, a więc podejmować ryzyko kursowe i angażować pieniądze pochodzące z kapitału własnego, tylko dlatego, że spodziewane zyski są wysokie.

Dodajmy, ze dyscyplina finansowa obecnie (we wrześniu 2008) gwałtownie się zaostrza: szybko powstają coraz to nowe przepisy utrudniające instytucjom finansowym podejmowanie ryzyka. Skutkiem tego ryzyko kursowe (podobnie jak każde inne ryzyko finansowe) staje się coraz większym problemem. Ten trend dotyczy całego świata. Jest on bezpośrednim skutkiem szalejącego obecnie kryzysu finansowego. Kryzys pokazał bowiem, że dotychczasowe zasady dyscypliny finansowej nie wystarczają, by zapobiec masowym upadłościom banków.

Inne skutki przyjęcia euro

Warto wspomnieć o innych, poza likwidacją ryzyka kursowego, konsekwencjach przyjęcia euro.

Pierwsza z nich, to likwidacja kosztów związanych z wymianą walut i płatnościami międzynarodowymi. Wymiana walut między Polską a większością Europy zniknie, a płatności międzynarodowe, zgodnie z regułami obowiązującymi w strefie euro, nie będą mogły być droższe ani bardziej uciążliwe niż płatności krajowe. Tu korzyść z euro jest oczywista.

Kryteria z Maastricht

Aby przyjąć euro, Polska będzie musiała spełnić kryteria z Maastricht, które ograniczają deficyt publiczny i zadłużenie państwa, każą walczyć z inflacją, zobowiązują państwa, aby ich banki centralne były niezależne od rządów. Kryteria te ustanowiono, gdyż wspólna waluta może funkcjonować prawidłowo tylko wtedy, gdy wszystkie państwa, które jej używają, prowadzą podobną politykę finansową.

Różne szczegóły kryteriów z Maastricht mogą budzić kontrowersje. Można się zastanawiać, czy kryteria dokładnie odpowiadają potrzebom polskiej gospodarki. Ale już dziś polska polityka gospodarcza jest bliska ich spełnienia: bank centralny jest niezależny, dług publiczny jest konstytucyjnie ograniczony (chociaż ograniczenia są nieco łagodniejsze, niż te z Maastricht). Konieczność zmniejszania deficytu publicznego istnieje już dziś: wynika ona z konstytucyjnego ograniczenia długu publicznego, a jednocześnie stanowi podstawowy element programu gospodarczego obecnego rządu. Inflacja w Polsce przez ostatnie kilka lat spełniała kryteria z Maastricht (chociaż ostatnio nastąpiło pogorszenie).

Z tych powodów wprowadzenie kryteriów z Maastricht nie będzie mieć dla naszej gospodarki daleko idących następstw, a jedynie spowoduje pewne korekty tej polityki gospodarczej, którą Polska już dziś prowadzi.

Polski banknot o nominale stu tysięcy marek, z roku 1923.

Polski banknot o nominale stu tysięcy marek, z roku 1923.

Likwidacja polskiej polityki pieniężnej

Przyjęcie euro będzie skutkowało likwidacją polskiej polityki pieniężnej, prowadzonej przez NBP. Polityka ta jest bowiem realizowana przez pożyczanie, sprzedawanie i kupowanie złotych. Gdy złoty przestanie istnieć, wraz z nim przestanie istnieć polityka NBP. Zamiast tego, polska gospodarka będzie pod wpływem polityki Europejskiego Banku Centralnego.

Co wyniknie z tej zmiany?

Polityka banku centralnego służy dwóm zasadniczym celom: przeciwdziałaniu inflacji i przeciwdziałaniu cyklicznym recesjom. Mówiąc w wielkim skrócie: gdy bank widzi niebezpieczeństwo inflacji, ogranicza ilość pieniędzy na rynku (czyli podnosi stopy procentowe), co automatycznie zwiększa wartość pieniądza i tłumi inflację. Gdy natomiast widać niebezpieczeństwo recesji, bank zwiększa podaż pieniędzy, co pobudza gospodarkę.

Polityka Europejskiego Banku Centralnego bierze pod uwagę gospodarkę całej strefy euro. Bank ten działa tak, aby uniknąć recesji czy wzrostu inflacji w całej strefie.

Likwidacja polityki pieniężnej NBP nie zaszkodzi więc we wszystkich tych wypadkach, gdy problemy polskiej gospodarki będą fragmentem problemów europejskich: wtedy Europejski Bank Centralny będzie pełnić wobec Polski tę rolę, którą dziś pełni NBP.

Brak polityki NBP mógłby nam natomiast zaszkodzić, gdyby pojawiła się recesja dotykająca samej tylko Polski. Takiej recesji można by się obawiać na przykład w następstwie wielkiej katastrofy przemysłowej lub ekologicznej w Polsce albo gdyby Rosja nagle przestała kupować polskie towary.

Ale recesja ograniczona tylko do Polski jest w praktyce niemożliwa. Nasza gospodarka jest na tyle silnie powiązana z resztą Europy, że ewentualna polska recesja automatycznie rozleje się poza nasze granice.

 

Mechanizm przenoszenia recesji z jednego kraju do drugiego (a nawet z jednego kontynentu na drugi) jest bardzo silny. Wielki kryzys, jaki rozpoczął się w Stanach Zjednoczonych w roku 1929, spowodował kryzysy gospodarcze w całej Europie. Kryzys rosyjski w roku 1998 spowodował wielomiliardowe straty w bankach amerykańskich, które za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych finansowały rosyjską gospodarkę. Obecny kryzys amerykański powoduje ogromne straty wielu banków europejskich i poważne spadki na giełdach Europy. Europejski Bank Centralny reaguje na ten kryzys działaniami antyrecesyjnymi (zwiększeniem podaży pieniądza), mimo że w tym wypadku źródło recesji leży całkowicie poza Europą.

 

Możemy więc oczekiwać, że gdy Polska będzie w strefie euro, ewentualne problemy naszej gospodarki będą mieć znaczenie dla całej Europy i wywołają odpowiednie działania ze strony Europejskiego Banku Centralnego. Jest więc mało prawdopodobne, aby brak polityki pieniężnej NBP mógł nam poważnie zaszkodzić.

Kwestia inflacji

Rozpowszechnione są obawy o to, że wprowadzenie euro spowoduje skokowy wzrost cen w Polsce. Ale w rzeczywistości nie ma tu poważnego niebezpieczeństwa: wymiana złotych na euro nie zmieni ilości pieniędzy w posiadaniu Polaków, czyli podaży pieniądza na naszym rynku. A więc mechanizmy ekonomiczne, które ustalają poziom cen, nie zostaną zachwiane i masowego wzrostu cen nie będzie. Owszem, zapewne nastąpi mała fala podwyżek, gdyż wprowadzenie euro może stanowić pretekst czy okazję do przyspieszenia tych podwyżek, które i tak wcześniej czy później miały nastąpić. Tak było w krajach, które dotychczas wprowadziły euro, i tak zapewne będzie w Polsce.

Ale prawdziwy problem leży gdzie indziej: zarobki i ceny w Polsce są znacznie niższe niż w bogatszych krajach Unii Europejskiej, z którymi polska gospodarka jest silnie powiązana. Na przykład kilogram szynki kosztuje w Warszawie około trzech razy taniej niż w Paryżu. Ta sytuacja nie może trwać wiecznie. I rzeczywiście: w okresie od 1 maja 2004 (dzień przystąpienia Polski do Unii Europejskiej) do 29 września 2008 wartość złotego liczona w euro wzrosła o 41,9%, a więc średnio rocznie rosła o 8,2%. Ponieważ w tym czasie inflacja w Polsce (liczona w złotych) i inflacja w strefie euro były na podobnym poziomie, oznacza to, że ceny w Polsce, liczone w euro, szybko doganiają ceny strefy euro. Podobnie jest z zarobkami.

Polskie ceny będą dalej upodabniać się do cen zachodnich, w miarę jak nasza gospodarka będzie coraz silniej związana z gospodarkami Europy Zachodniej i coraz bardziej do nich podobna. Wejście Polski do strefy euro zmieni sposób, w jaki się to odbywa: dziś wyrównywanie cen następuje przez wzrost wartości złotego w stosunku do euro, ale niemal bez inflacji (liczonej w złotych). Gdy zamiast złotego będziemy używać euro, wzrost cen w Polsce przybierze postać inflacji bezpośrednio widocznej dla każdego z nas, liczonej oczywiście w euro. Ta inflacja będzie dla polskiej gospodarki niekorzystna (inflacja zawsze jest niekorzystna), ale będzie bez zasadniczego znaczenia, gdyż chodzi tu tylko o nową formę już istniejącego zjawiska, jakim jest wyrównywanie się cen w Europie.

Podsumowanie

Przyjęcie euro przez Polskę będzie miało jeden bardzo ważny skutek dla naszej gospodarki: zniknie ryzyko kursowe w obrotach ze strefą euro, co spowoduje ogromny spadek ceny, po jakiej Polska może pozyskiwać kapitał z zagranicy. I to jest zasadnicza przyczyna, dla której Polska powinna jak najwcześniej przystąpić do strefy euro. Inne konsekwencje przyjęcia euro, czy to korzystne (jak likwidacja konieczności wymiany walut), czy nie (jak przewidywalny wzrost inflacji czy likwidacja polityki pieniężnej NBP), będą dużo mniej ważne.

Czytaj też

Reklama

6 KOMENTARZE

  1. kawalek drugiej strony ryzyka
    Skubi,

    argumenty za EUR sa w zasadzie znane, ale dobrze, ze je przystepnie zestawiles.

    Ja sam tez jestem za wejsciem dla strefy EUR, ale chyba nie mozna przemilczec, ze wiele zjawisk prezentowanych przez Ciebie jako argumenty “za” ma rowniez swoja druga strone…

    Nie jestem finansista, ale pare z nich sprobuje przytoczyc:

    1) Ryzyko jest nie tylko sposobem tracenia pieniedzy, jest rowniez sposobem ich zarabiania.

    Kazda transakcja z ryzykiem moze byc (w tym wycinkowym zakresie) traktowana jako gra o sumie zerowej (jeden zarabia to, co drugi traci).
    Co dla jednego jest obawa straty, dla drugiego bywa nadzieja na zysk. Wyrasta na tej glebie cala masa graczy, od indywidualnych (pokerzysci, gracze w totka, gracze gieldowi, zwlaszcza tzw. lewarowcy) az po wielkie instytucje finansowe (w tym glowni aktorzy obecnego krachu…).

    Instytucje profesjonalnie (choc nie zawsze bezblednie) handlujace lub zarzadzajace ryzykiem maja oferte i dla tych, ktorzy ryzyka staraja sie uniknac nawet w zamian za pewna, z gory obliczalna strate (typowy przyklad – skladka ubezpieczeniowa), i dla tych, ktorzy lubia ryzykowac (od kasyn az po rozne futures i zaawansowane derywaty od derywatow…).

    To ogolnie rzecz biorac calkiem spora galaz gospodarki. Ktos moze powiedziec, ze pasozytnicza, ergo zbedna. Ale gdyby tak calkiem nie byla potrzebna, to przeciez by nie powstala. Ludzie oczekuja wysokiej efektywnosci swoich oszczednosci, w tym skladek emerytalnych, ludzie oczekuja tez mozliwie wysokich odszkodowan w zamian za mozliwie niskie skladki ubezpieczeniowe.

    2. Polityke pieniezna prowadzi sie w interesie tego, kto ma na nia decydujacy wplyw (w naszych czasach – “drukuje pieniadze”). Centralizacja tej kompetencji powoduje przesuniecie ogniw decyzyjnych na inny szczebel struktury.

    W odniesieniu do strefy Euro oznacza ona, ze decydujacy wplyw na te polityke ma kilka najsilniejszych gospodarek tej strefy. Z punktu widzenia mniejszych graczy, jak my, w niektorych warunkach oznacza to wieksza stabilnosc, w innych sytuacjach – realizacje interesow niekoniecznie zbieznych z naszymi.

    Na moim blogu probowalem wyjasnic, co mial na mysli Mikke, zamawiajac 5 piw w ubieglym tygodniu. Nie podzielam jego obaw, osobiscie uwazam, ze jednak przewazaja argumenty “za”, jednak nie kazdy musi podzielac te prognoze.

    To jest tak jak na gieldzie – kiedy jedni sprzedaja, inni biora sie do kupowania…

    Ot, kolejny element ryzyka do zagospodarowania.

    3. Obnizenie marzy kredytowej wskutek unifikacji waluty oznacza wprawdzie, ze za otrzymywany kredyt nie musimy (nawet nie mozemy) przeplacic, ale tez tym samym odpada nasza szczegolna atrakcyjnosc jako kredytobiorcy, najlepiej placacego za pozyczane mu pieniadze.
    W wyscigu po kredyt, tak nam potrzebny, stajemy w kolejce na jednakowych prawach z innymi. Liczy sie juz tylko nasza wiarygodnosc kredytowa.
    Do tej pory, w zamian za ten dodatkowy koszt lub dodatkowe ryzyko, jednak mielismy wybor – ustawic sie po drozszy kredyt w zlotowkach albo po ten bardziej ryzykowny w EUR czy CHF.

    I znow – cos za cos, czyli kolejny element ryzyka do zagospodarowania…

    Serdecznosci

    • NIe ma drugiej strony ryzyka
      Estimado, nie zgadzam się zupełnie z Twoim postem. Nie ma drugiej strony ryzyka, o której piszesz.

      Tak samo jak nie ma drugiej strony kosztów procesowych (nie ma drugiej strony honorarium adwokata): gdyby dało się rozwiązywać spory bez procesów, byłby to dla społeczeństwa czysty zysk. Faktycznie się nie da, dlatego zapewne ty, estimado, nie zginiesz zgłodu. Tak samo jak ja, pracując w finansach, też z głodu nie zginę.

      Ale eliminowanie przynajmniej niektórych procesów (chociażby przez pisanie prawa i umów na tyle jasne, żeby mniej było przypadków wątpliwych), to czysty zysk. Tak samo jest z eliminowaniem ryzyka finansowego. Ryzyko finansowe jest stałym elementem ludzkiej działalności, tak samo jak procesy. Ale jeśli jakiś element tego ryzyka da się wyeliminować, to czysty zysk.

      Obnizenie marzy kredytowej wskutek unifikacji waluty oznacza wprawdzie, ze za otrzymywany kredyt nie musimy (nawet nie mozemy) przeplacic, ale tez tym samym odpada nasza szczegolna atrakcyjnosc jako kredytobiorcy, najlepiej placacego za pozyczane mu pieniadze.
      To nie prawda. Dałem w artykule uproszczony przykład, w którym była mowa tylko o ryzyku kursowym. W praktyce przedsiębiorstwa płacą za kredyt więcej, stosownie do ryzyka. Kredyt dla przedsiębiorstwa zawsze jest droższy od kredytu hipotecznego, a ten ostatni zawsze jest droższy od kredytu międzybankowego WIBOR czy LIBOR, który dałem za przykład. Może się zdarzyć, że przedsiębiorstwo polskie zapłaci więcej niż niemieckie, bo banki uznają, że polski rynek jest niestabilny (a więc jest stosunkowo duże ryzyko, że polskie przedsiębiorstwo upadnie bez własnej winy). To, jak drogo polskie firmy będą płacić za kredyt, zależeć będzie od wyceny tego ryzyka.

      Ale dodawanie tu jeszcze dodatkowo ryzyka kursowego jest po prostu kosztem, który nie przynosi absolutnie nic, a kosztuje potwornie drogo.

       
      • Skubi, jak sie rzeklo,
        Skubi,

        jak sie rzeklo, zgadzam sie z teza Twojego tekstu i az sie pale do strefy EUR, a nawet widze w tym swoj prywatny interes.
        Jako czlowiek czynny w znacznej mierze w eksporcie uslug ciezko dostaje w d… na przychodach w slabej walucie zagranicznej i kosztach w mocnych zlotowkach. Przewrocilo sie na tym niestety rowniez kilka innych firm eksportujacych, w ktorych zarabialem a to jako doradca, a to jako czlonek rady nadzorczej…

        Ale bez gniewu, Skubi, przy calym szacunku i sympatii:

        Po pierwsze, Twoj argument o zbednosci taksy adwokackiej oraz innych instrumentow posrednictwa w wymianie, choc w jakichs modelowych rozwazaniach moze i sluszny, pochodzi albo z lamusa roznych XIX-wiecznych utopijnych teorii spoleczno-gospodarczych, albo z ulotki antyglobalistycznej (!).

        Gdyby “pociagnac” ten argument bezkompromisowo az do jego logicznych konsekwencji, wnet dojechalibysmy do szkodliwosci pieniadza w jego funkcjach posrednika wymiany, powszechnego ekwiwalentu etc. etc.

        Przeciez jego uzywanie to zbedne zawracanie glowy i koszt – o ilez prosciej byloby wymieniac towar za towar, nie placac przy tym haraczu nie tylko bankom, ale przede wszystkim samemu wladcy, ktory najpierw skwapliwie zastrzegl i wyegzekwowal swoj monopol w emisji pieniadza, potem systematycznie obnizal zawartosc kruszcu w monecie, potem zaczal drukowac pieniadze papierowe, ktore wkrotce oderwal od parytetu zlota i teraz drukuje wg swojego widzimisie, systematycznie wywlaszczajac tych, ktorzy juz zdazyli go zarobic…

        Jesli wiec chcesz konsekwentnie eliminowac zbedne koszty wymiany, to po calosci – zlikwiduj zlotowki, ale i euro rowniez, bo jaka miedzy nimi roznica? Po cholere komu pieniadze?

        Po drugie, przestanmy zartowac i zostawmy juz jakies pieniadze w obiegu, zastanowmy sie tylko nad iloscia niezbednych walut.

        Swego czasu w PRL wprowadzono i rygorystycznie egzekwowano absolutna jednowalutowosc obrotu. Nie bede sie rozwodzil nad tym, komu i czemu to mialo sluzyc. I co? Na szczescie, choc scigane, istnialy dolary i inne waluty, na ktore przestawiali sie ludzie, nadmiernie kantowani przez emitenta owczesnych zlotowek.

        Z drugiej strony, dosc podobne skutki na skale globalna miala nadmierna dolaryzacja obrotu swiatowego, bedaca podobnym, tyle ze faktycznym monopolem. A kazdy monopol to instrument przynajmniej potencjalnego wyzysku.

        Nie mozna wiec ot tak, wzruszeniem ramion skwitowac argumentu Mikkego w jego istotnym sensie.

        Prawny lub faktyczny monopol jednej waluty to tez element ryzyka, i to element mogacy niekiedy miec dramatyczne skutki.

        Nie namawiam, zeby ze strachu zamykac sie w getcie zlotowki, prosze tylko, zebysmy nie zapuszczali sie entuzjastycznie w dosc demagogiczne tezy o jednostronnosci ryzyka i samych plusach monopolu walutowego…

        Serdecznosci

      • Skubi, skoro wolno pytac
        i to z widokami na rzeczowa odpowiedz, to prosilbym Cie o krotkie wyjasnienie, dlaczego pare krajow, i to majacych opinie niezle liczacych jak GB czy Szwecja, trzyma sie jednak swojej waluty narodowej? Czy popelniaja istotny blad czy maja swoje powody?

        Pytanie nie jest z tych zlosliwych, ot po prostu, zeby poznac opinie innych, przedstawione przez fachowca.

        Pozdrawiam

        P.S. Sorry, to mialo wisiec bezposrednio pod Twoim artykulem, czyli na samym dole.

        • Te kraje racji nie mają; ale ich sytuacja jest i tak inna
          Jest duża różnica między sytuacją Polski, a sytuacją bogatych krajów. U nas kapitału bardzo brak, a w Unii jest go sporo. Dlatego dla nas przyjęcie euro, to przede wszystkim dostęp do dużych ilości taniego kapitału.

          Dla Szwecji i Wielkiej Brytanii, przyjęcie euro to ułatwienie wymiany międzynarodowej. To ogólna optymalizacja wszystkiego. Dziś bank otrzymujący depozyty w jednej walucie (GBP lub EUR) powinien, dla uniknięcia ryzyka kursowego, raczej pożyczać w tej walucie. A więc mamy zasadę "każdy zostaje u siebie" (wymiania jest utrudniona). Przy ujednoliceniu waluty tego problemu nie będzie. A to zwiększy obulną skuteczność systemu.

          Tak samo przy ujednoliceniu waluty jeśli ktoś, produkując dla całej strefy euro, będzie chciał ulokować produkcję w GB, też będzie mu łatwiej przewidzieć koszty.

          To wszystko się liczy i dla tego wszystkiego warto wprowadzać euro. Ale to wszystko pikuś w porównaniu z zyskami, jakie Polska otrzyma z szybkiego przyjęcia euro.

          Jestem przekonany, że Szwecja myli się, nie przyjmując euro. To jest błąd Szwedów (decyzja została podjęta w referendum), ale tylko błąd, nie katastrofa. W przypadku Polski rezygnacja z euro byłaby katastrofą.

          W GB sytuacja jest bardziej skomplikowana: Londyn, to wielkie międzynarodowe centrum finansowe. Nie wiem, jakie skutki miałaby wspólna waluta dla tej działalności. Proszę to "nie wiem" brać w znaczeniu podstawowym (nie wiem, nie mam danych, nie przemyślałem sprawy). Ale dla całej reszty brytyjskiej gospodarki byłby to plus, tak jak dla Szwecji.