Reklama

dedykuję Autoce/ Autorowi/ Autorom (aleście namieszali!) tego tekstu – zamiast komentarza

dedykuję Autoce/ Autorowi/ Autorom (aleście namieszali!) tego tekstu – zamiast komentarza

Reklama

Pan Ignacy Lajkonik po wydarzeniach z wulkanem namiętności przez dłuższy czas nie mógł dojść do siebie. Owszem, wulkan udało się ugasić, na miejsce jego erupcji przyjechało paru oficjeli, żeby przed kamerami pogratulować sobie nawzajem udanej akcji gaśniczej (o harcerzach i wiadrach z wodą jakoś się nie zgadało), a pagórek pozostały po wulkanie na drugi dzień został spłaszczony przez Płaszczaków i obsiany trawą przez Trawników ze służb miejskich. Szły wybory samorządowe i wszystko musiało być na glanc, a nie, żeby się coś wypuczało w najmniej odpowiednim miejscu, widocznym z ulicy.

Wszystko to napełniało pana Ignacego głębokim niesmakiem, mimo że samo gaszenie i harcerzy wspominał dość mile. Postanowił sobie jednak, że będzie unikać centrum handlowego oraz okolic – i w tym kierunku dalej niż mieszkanie pani Chandry jego noga nie postanie. Którego to postanowienia dotrzymywał twardo. Dlatego właśnie przeprosił się z bazarkiem i znowu zaczął robić zakupy właśnie tam, na warzywnym straganie pana Modesta i nie tylko. Jak ktoś znał targowy placyk jak własną kieszeń – tak, jak pan Lajkonik – to doskonale wiedział, do kogo zajrzeć, żeby dostać najlepsze rzeczy – pieczywo, nabiał, owoce i warzywa, skarpety czy budziki.

Tego dnia jednak pan Ignacy przyszedł na bazar po dłuższej przerwie i nawet on nie potrafił powiedzieć, skąd wzięło się stoisko zaraz z brzegu – niby nie w eksponowanym miejscu, nie w pierwszym rzędzie, ale jednak każdy wchodzący kierował spojrzenie w tamtą stronę. Niektórzy zwalniali kroku i podchodzili do nowego straganu, niektórzy prychali albo po prostu przyspieszali i szli dalej w swoich sprawach. Pan Lajkonik nie zwolnił, ale i nie prychnął; zakonotował sobie w pamięci, żeby sprawdzić, co też tam można nabyć i najpierw odbył zwyczajową rundkę po bazarze. Poutyskiwał sobie wspólnie z panem Modestem na rzeczywistość, politykę i (innych) klientów, nabył dwa bakłażany (wymoczone w osolonej wodzie, a następnie upieczone na nasmarowanej tłuszczem blasze – palce lizać) i inne warzywa, tudzież dwa kilo jabłek (w tym szarej renety, która wykrzywiała buzię przy jedzeniu, ale którą pan Ignacy i jego siostrzeniec pasjami uwielbiali). Odwiedził jeszcze parę miejsc, zanim zdecydował się wrócić do dziwnego straganu.

Właściwie trudno powiedzieć, co było w tym stoisku dziwnego. Na pewno nie sama konstrukcja, typowych blaszanych „szczęk”, ani też rozłożone na nim towary – przezroczyste, foliowe torebki, kolorowe tekturowe pudełka czy też buteleczki. Może sprzedawca? Mężczyzna w nieokreślonym wieku, robiący wrażenie niesłychanie uprzejmego i pomocnego… ale właśnie: robiący wrażenie, ponieważ kiedy pan Lajkonik usiłował przyjrzeć się jego twarzy, czuł, że wzrok sam ześlizguje się na bok, nie pozwalając na rozpoznanie rysów. Mimo to pan Ignacy podszedł, zaczekał aż poprzedni klient załatwi swoje sprawunki, po czym grzecznie się przywitał i zapytał, co też można tutaj dostać?

– Aaa – radosnym głosem powiedział sprzedawca – pan u nas po raz pierwszy? To dzień dobry, co ja mówię – dzień świetny, albo nawet doskonały! Mamy wszystko w najlepszym gatunku! Już, już mówię, co mianowicie; otóż otrzyma pan u nas… ( – A ilu was właściwie jest? – pomyślał sobie pan Ignacy) …szczęście, radość i zadowolenie. To nasze trzy główne produkty. Widzę, że pan jest znawcą, wyczuwam zafascynowanie Orientem – o, proszę, tutaj mamy czystą nirwanę z Dalekiego Wschodu w torebkach do zaparzania. Jeżeli zaś szanowny pan życzy sobie czegoś bliżej rzeczywistości, to polecam świetne tao, w pastylkach albo rozpuszczalne, jedna saszetka na pół litra przegotowanej wody. A może pan palący? W takim razie z Bliskiego Wschodu towar premium, kadzidełko w stylu kismet, jedno wystarczy na dobre cztery godziny determinizmu. I jak się to panu podoba?

Pana Lajkonika zatkało. Kiedy już odchrząknął z lekkim zakłopotaniem i tym samym się odetkał, powiedział niepewnie: – Wie pan, to wszystko są rzeczy dość… ostateczne. A ja myślałem o czymś powszednim. O, na przykład: mam ostatnio kłopoty z zasypianiem…
– Ach, sny! – rozpromienił się tamten – Mamy, oczywiście, że mamy! Wspaniałe marzenia, w kolorze, stereo, a nawet surround, o lataniu, sny bohaterskie, powroty do przeszłości, a tutaj – ściszył nieco głos i mrugnął znacząco do pana Ignacego – sny z dodatkiem pieprzu, rozumiemy się? Od osiemnastu lat… –
Pan Lajkonik zastanowił się chwilę – To znaczy, że można sobie dowolnie ustalić, o czym się będzie śnić? – zapytał.
– Noo, kto może, to może – nadął się z lekka sprzedawca – ale w czym rzecz, bo widzę, że pan się zainteresował tematem?

Pan Lajkonik rozejrzał się wokół, po czym przechylił ponad rozłożonym towarem i wyszeptał rozmówcy kilka słów na ucho. Tamten zrobił mądrą minę, przewrócił oczyma i powiedział: – Da się zrobić. Ma pan coś… cokolwiek, najlepiej zdjęcie?
Pan Ignacy grzebał chwilę w portfelu, po czym z najgłębszych jego zakamarków wyciągnął pognieciony kartonik i wręczył sprzedawcy. Tamten odwrócił się ku wnętrzu straganu, coś wcisnął, coś przekręcił, dało się słyszeć ciche buczenie, dźwięk wzniósł się na chwilę do wizgu i ucichł. Pan ze straganu ponownie obrócił się ku Lajkonikowi i wręczył mu foliową torebeczkę z różowawym proszkiem. – Proszę bardzo – powiedział – należy się …siąt złotych. Przyjął zapłatę i z ukłonami pożegnał pana Ignacego.

Ten pospiesznie skierował się ku wyjściu z bazaru, nie mogąc się już doczekać zamówionego snu. W pewnym momencie jednak poczuł, że ktoś przytrzymuje go za łokieć, odwrócił się, zniecierpliwiony, i zobaczył pana Modesta. Starszy pan stał z zasępioną miną, kręcąc głową.
– Panie Ignacy, po co to panu? – zapytał.
Pan Lajkonik pokręcił głową w osłupieniu – Ale co pan… O co panu… Przecież ja…
Pan Modest zacisnął na chwilę usta, po czym wyjaśnił:
– Pani Ignacy kochany, ja tu stoję jak dzień długi, z warzywami, pan przecież wie. A ci tam – pokazał ruchem głowy stragan ze szczęściem, radością i snami – stoją tu od dobrego tygodnia z hakiem. I wie pan co? Przychodzą do nich różni – starzy, młodzi, faceci, babki. Widzę ich potem, jak tu przychodzą – i nikt z nich się nie uśmiecha. No nikt – łapiesz pan? Jedni wyglądają, jakby tydzień nie spali, wzrok błędny, oczy podkrążone, inni zapłakani… Jedna kobita przyleciała o coś błagać tamtych – zmiął pod nosem nieprzystojne określenie – to ją wyśmiali, że sama chciała. Panie Ignacy, nie słyszałem, o czym żeście gadali z tym młodym, ale proszę, niechże pan nie próbuje… –

Pan Lajkonik opuścił głowę i westchnął. Głęboko westchnął i rozdzierająco. A potem podniósł wzrok i smętnie się uśmiechnął. – Dziękuję, panie Modeście kochany – powiedział cicho. I wysypał różowy proszek do kratki ściekowej nieopodal. Pan Modest, usatysfakcjonowany, uścisnął mu dłoń i pobiegł truchcikiem do swojego stoiska, przy którym już tupała w nawierzchnię zirytowana jego nieobecnością klientka. A pan Lajkonik poszedł ciężkim krokiem do swojego mieszkania. Wszedł, rzucił zakupy byle gdzie i powlókł się do ulubionego fotela. To znaczy – wróć, chciał powlec się do fotela, ale po drodze rzucił okiem na ekran komputera. Zamiast wygaszacza ekranu widniała na nim migająca koperta! Pan Ignacy Lajkonik poczuł, jak wstępują w niego nowe siły. Uśmiechnął się, machnął ręką i poszedł czytać najnowszą pocztę z dalekich Indii.


__________________

Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Reklama

26 KOMENTARZE

  1. prochy
    Trochę jest niepokojące że Lajkonik wygrzebywał zdjęcie z tak dalekich zakamarków portfela. Czyżby tam była podobizna nielegalna w świetle jego obecnej sytuacji uczuciowej? Jakaś Doda, czy jeszcze gorzej?
    Jeśli tak, to rezygnacja z tajemnego proszku byłaby słuszna, choć trochę szkoda.

  2. prochy
    Trochę jest niepokojące że Lajkonik wygrzebywał zdjęcie z tak dalekich zakamarków portfela. Czyżby tam była podobizna nielegalna w świetle jego obecnej sytuacji uczuciowej? Jakaś Doda, czy jeszcze gorzej?
    Jeśli tak, to rezygnacja z tajemnego proszku byłaby słuszna, choć trochę szkoda.

  3. Pięknie dziękuję za dedykację.
    Dla autora, autorki, autorów – potrójnie cenna. Strasznie się cieszę, że Cię zainspirowałam i to już czwarta wartość:)
    Piękny, trafny komentarz do “Dłoni”. Piszę Ci małe coś w odpowiedzi, mam nadzieję że niebawem znajdę czas, by dokończyć szkic. Postaram się dopłynąć z tym na Wyspę.

  4. Pięknie dziękuję za dedykację.
    Dla autora, autorki, autorów – potrójnie cenna. Strasznie się cieszę, że Cię zainspirowałam i to już czwarta wartość:)
    Piękny, trafny komentarz do “Dłoni”. Piszę Ci małe coś w odpowiedzi, mam nadzieję że niebawem znajdę czas, by dokończyć szkic. Postaram się dopłynąć z tym na Wyspę.

  5. Postanowiłem porzucić z okazji Pana POWROTU
    moją maseczkę skromności i przyznać się Panu – ja też jestem łasy na ludzi, którzy doceniają taki styl (i ich opinie).

    Co do wyciągania, Pan wie, że stoję otworem przed Czytelnikami i nader rzadko zabraniam wyciągać ze swoich słów to, co im w duszy gra. Wymiana poglądów to jest, zdaje się.

    Będę patrzył, jak Pan startuje, tylko proszę zachować wszelkie procedury i zawczasu wywiedzieć się co do miejsca lądowania. Po drodze są różne Miński i Witebski, wystarczy słówko od pilota.

  6. Postanowiłem porzucić z okazji Pana POWROTU
    moją maseczkę skromności i przyznać się Panu – ja też jestem łasy na ludzi, którzy doceniają taki styl (i ich opinie).

    Co do wyciągania, Pan wie, że stoję otworem przed Czytelnikami i nader rzadko zabraniam wyciągać ze swoich słów to, co im w duszy gra. Wymiana poglądów to jest, zdaje się.

    Będę patrzył, jak Pan startuje, tylko proszę zachować wszelkie procedury i zawczasu wywiedzieć się co do miejsca lądowania. Po drodze są różne Miński i Witebski, wystarczy słówko od pilota.