Reklama

Pan Ignacy Lajkonik stanął przed drzwiami swojego mieszkania i włożył wolną dłoń do kieszeni, by na ślepo poszukać kluczy. Wolna dłoń była wolna tylko w teorii, wisiała na niej bowiem siatka z zakupami, ale ta lżejsza. Druga dłoń kurczowo przytrzymywała wielką torbę, wyładowaną po brzegi cięższymi zakupami, w tym kilkoma bakłażanami, nabytymi na straganie niezawodnego pana Modesta. Prawdę mówiąc, pan Lajkonik ledwie dotarł do swojego bloku i z trudnością wdrapał się po schodach – tego dnia zrobił naprawdę solidne sprawunki. Ale też jak można się było oprzeć powabowi pysznych jesiennych jabłek, smakowitych championów, złotych rubinów czy wytrawnej szarej renety? Albo wielkich, żółtych gruszek lukasówek? A brukselka, szanowny Czytelniku, przyrządzana al dente, z zasmażką lub bez? A wspomniane już bakłażany, grillowane lub podsmażane? A może byśmy tak wrócili do pana Ignacego, bo stoi, biedak, pod drzwiami, i gmera w kieszeni?

Na szczęście podczas kiedy my zachwycaliśmy się kulinarnymi urokami jesieni, pan Lajkonik dogrzebał się do kluczy. Bardzo nie lubił ich gubić, ponieważ jakakolwiek zmiana w tym względzie wytrącała go z równowagi. O, proszę, klucz od górnej zasuwy – z prostokątnym łebkiem, wypolerowanym do gładkości od używania, a znowu klucz od zamka przy klamce w dotyku chropawy, z frezowaną powierzchnią, od domofonu zaś błyszczący nowością, bo po ostatnim remoncie zamek wymieniono, a od piwnicy – długi i nietypowy… Każdy z nich miał swoje miejsce w pęczku i pan Ignacy czuł się pewniej, kiedy potrafił rozpoznać je dotykiem nawet w najciemniejszą, bezksiężycową noc. Ale oto już nasz bohater trafił do dziurki, otworzył drzwi, wszedł i zamknął je za sobą celnym wierzgnięciem, a teraz już zmierzał pewnie do kuchni, by rozpakować łupy.

To znaczy, tak mu się tylko wydawało, że zmierza pewnie. Mały kubek jogurtu, chwiejący się na szczycie największej torby, wybrał sobie akurat tę chwilę, żeby wychylić się i wypaść z wdziękiem na płytki kuchennej podłogi. W ten sposób pan Lajkonik stracił chwilowo możliwość przyrządzenia pysznego sosu cacyki (z dodatkiem ogórka i czosnku, ma się rozumieć) do bakłażanów, za to zyskał wspaniały biały kleks na kuchennej podłodze. Nie był jednak w stanie docenić jego piękna, ponieważ widok zasłaniała mu wspomniana już torba z zakupami… I cóż za pech – albowiem nieszczęsny pan Ignacy wdepnął prawą nogą w wysmakowane dzieło sztuki (o smaku jogurtu) i pojechał naprzód jak gwiazda tańcząca na lodzie. Szczęście w nieszczęściu, że nie wypuścił przy tym zakupów i – jeszcze większe szczęście – nawet się nie wywrócił.

Ale w życiu i w opowiadaniach o panu Lajkoniku nie ma tak, żeby podobne wypadki nie miały żadnych konsekwencji, o nie! Dlatego też pan Ignacy, owszem, odzyskał równowagę, ale w tym celu musiał się o coś oprzeć, za coś złapać… a tym czymś okazała się stojąca na kuchennym blacie kuchenka mikrofalowa. Mało używana, dodajmy; pomimo kawalerskiego (do pewnego momentu) stylu życia pan Lajkonik bynajmniej nie szedł na łatwiznę w sprawach kulinarnych. Kuchenka jednak stała pod szafką, ponieważ otrzymał ją swego czasu w prezencie od pani Moniki z rodziną i sądził, że prezent wypada prezentować. A teraz, kiedy musiał wrócić do pionu, kuchenka okazała się jak znalazł. Zahaczył łokciem o blat, a dłonią trafił we frontową ściankę sprzętu, wciskając na ślepo kilka przycisków naraz i jednocześnie popychając ją w bok, ku niewielkiemu kuchennemu radioodbiornikowi, którego używał nieporównanie częściej od kuchenki, wychodząc z założenia, że audycje w programie II lub III sprzyjają kulinarnemu skupieniu. Mikrofala trafiła w radio, zarazem na wyświetlaczu błysnęły chaotycznie światełka, coś zapiszczało, zaskwierczało, pomiędzy dwoma urządzeniami przeskoczył efektowny łuk elektryczny, radio omalże zaświeciło własnym światłem i wyłączyło się. Kuchenka takoż.

Pan Lajkonik obserwował to wszystko bezradnie, w nader niewygodnej pozycji, z zakupami przyciśniętymi do torsu, w szerokim wykroku, podpierając się jedną ręką. Pozbierał się jednak szybko, odstawił zakupy w bezpieczne miejsce i opanował sytuację: niedocenione podłogowe dzieło sztuki zostało zlikwidowane za pomocą mopa i ręczników kuchennych, kuchenka i radio po sprawdzeniu okazały się, o dziwo, sprawne… Nic nie wskazywało, by wydarzenie miało w jakimkolwiek stopniu wpłynąć na życie pana Ignacego. A jednak! Po popołudniu obfitującym w wydarzenia kulinarne, których Czytelnikom oszczędzę, albowiem nie nazywam się Pawłow, nadszedł błogi wieczór. Pan Lajkonik popijał herbatę z sokiem malinowym, przeglądał leniwie ulubione strony w Internecie i był przekonany, że w najbliższym czasie czeka go tylko miły dzień z panią Chandrą, kiedy usłyszał pukanie w szybę.

Pukanie dochodziło wyraźnie z balkonu, na który tego dnia pan Ignacy jako żywo nie wychodził. Nie było już na nim żadnych kwiatków do podlewania, pranie na szczęście suszyło się w suszarni, a karmnika jeszcze pan Lajkonik nie wystawił, z braku potrzeby. Nie zamykał również na balkonie wrogów ani znajomych, z kolei potencjalny włamywacz nie pukałby w okno, tylko raczej poczekał, aż gospodarz pójdzie spać albo w ogóle opuści lokal… Kto więc pukał?!? Ignacy Lajkonik podszedł ostrożnie do balkonowych drzwi i odchylił zasłonę.

Rzeczywistość nie powinna go zaskakiwać, w końcu wierni Czytelnicy pamiętają, jakie przygody pan Ignacy przeżywał. Nieczęsto jednak zdarza się, żeby zobaczyć na własnym balkonie zaparkowany latający talerz, a przed nim – parę zielonych stworów, wyglądających całkiem tak jak na filmach. Chude, antropoidalne istoty wzrostu metr dwadzieścia stały przed przeszklonymi drzwiami, okazując całkiem po ludzku irytację i zniecierpliwienie. Pan Lajkonik czym prędzej chwycił za klamkę i otworzył drzwi, mając głowę pełną kwiecistych zwrotów – „Witamy na Ziemi, przybysze, to mały krok dla was, ale wielki dla ludzkości…” – ale błyskawicznie o nich zapomniał, kiedy usłyszał, jak brzmią pierwsze słowa niesamowitego gościa.

– No, nareszcie. Co tak długo?! – zdenerwowanym tonem zapytał ten z lewej.
– Ależ, szanowne u-u-ufoludki… – zająknął się pan Ignacy, po czym z pewnym opóźnieniem dotarło do niego, że wszystko rozumie, więc dodał, zdumiony: – To wy mówicie po naszemu?
– No masz – cierpko powiedział ten z lewej do tego z prawej, obraźliwie pomijając pana Lajkonika – Nadają od ponad stu lat w kosmos dźwięk, niewiele krócej obraz, i jeszcze się dziwią, że ktoś ma siłę i ochotę uczyć się tych ich barbarzyńskich narzeczy!
– Taa, a ten rasizm! – zgorszył się ten z prawej – „ufoludki” do nas! Przecież żadne z nas „ufoludki”, tylko normalni Kalfotranie! A ten tu będzie nas szkalował takim określeniem!
Pan Ignacy śledził tę wymianę zdań, pozostając w stanie całkowitego osłupienia, które jednak dość szybko zaczęło ustępować miejsca starannie ukrytemu rozgoryczeniu, a nawet wkurzeniu.

– ¬Szanowni… Kalfotranie! – rzucił w końcu z nadzieją, że dobrze zapamiętał nazwę…
– Nie! KalfotrAAnie! – poprawił z urazą niższy Kalfotranin – Jeżeli już!
– Przybyliście na Ziemię, witam was serdecznie – ciągnął niezrażony pan Lajkonik – Zechciejcie określić cel swojego przybycia. Czy chcecie ostrzec nas przed kosmicznym niebezpieczeństwem? A może przekazać część swojej wiedzy? Szerzyć pokój i wzajemny międzyplanetarny szacunek?
Kalfotranie popatrzyli po sobie i parsknęli szyderczym śmiechem. Zupełnie już zdegustowany pan Ignacy stał w milczeniu, mając coraz większą ochotę zamknąć z hukiem drzwi od balkonu i nie reagować na ewentualne dalsze pukanie w szybę. Tymczasem przybysze wyśmiali się do woli, a potem wyższy z nich podniósł dłoń i zmaterializował na niej błyszczący kryształ.

– Dwadzieścia bicykli temu dostaliśmy nadprzestrzenne wezwanie z tego sektora – oznajmił – Głośne i wyraźne wezwanie, cytuję: „Znakomity wielogwiazdkowy hotel dla gwiezdnych wędrowców, ze wszystkimi udogodnieniami, zaprasza w swoje progi. Promocja! Pierwsi klienci, którzy zgłoszą się i przedstawią niniejsze ogłoszenie, otrzymują tysiącbicyklowy pobyt za darmo!” Miejsce się zgadza, nasz empater określił je z dokładnością do dwóch prdeli. No więc jak, widzę, że jesteśmy pierwsi – tu rozejrzał się prowokacyjnie po pokoju – chociaż tych udogodnień to za dużo tu nie ma… Ale co tam, darmo, to darmo. Darowanemu gwyrtlowi nie patrzy się w skrzetle, co nie?
Pan Lajkonik po raz kolejny tego wieczoru zaniemówił. Przyglądał się tylko w milczeniu niecodziennym gościom, a przez głowę przelatywały mu z szybkością błyskawicy myśli: „Wezwanie? Kuchenka i radio! Zwarcie! Pomyłka! Zbieg okoliczności! Zadrażnienie! Incydent na szczeblu międzyplanetarnym!”, a potem bardziej już składnie: „Załagodzić, za wszelką cenę załagodzić, inaczej ludzkość straci szansę kontaktu!”

– Ależ tak, zapraszam w nasze skromne progi! – powiedział, odzyskując mowę i pozorny spokój – Oczywiście, że to my, tylko przyznam się panom, że nie spodziewaliśmy się odzewu tak szybko…
Goście weszli, włączywszy uprzednio w swoim pojeździe kamuflaż i alarm („Bo to wiadomo, czego się spodziewać na takiej dzikiej planecie?!”) i zaczęli wybrzydzać. Że spanie nie takie, oni przywykli zwieszać się na spoczynek głową na dół ze specjalnej grzędy… Że w łazience odświeżaczy jonowych nie ma, a na wodę z kranu mają ostrą alergię… Że kuchnia słabo wyposażona, a w ogóle co to za barbarzyńskie obyczaje, podawać posiłek niezmiksowany i bez rurki do łatwego i przyjemnego wessania (tu pana Lajkonika trafił po cichu wielki i przepotężny szlag, ponieważ odżałował i podał gościom grillowane bakłażany i inne specjały, przygotowane tego popołudnia na następny dzień z panią Chandrą)… Że co to za zabawa bez snoozyki… nie, nie muzyki, a właśnie snoozyki, proszę nas nie poprawiać… we wszystkich pasmach, a nie tylko między głupimi szesnastoma a dwudziestoma tysiącami herców… Skocz, no, koleżko po snoozer do bryczki… (po włączeniu urządzenia kosmici poweseleli, ale zarazem rozwyły się psy i rozmiauczały koty na całym osiedlu)… No i może gospodarz coś by polał, bo jak to tak o suchej kwipie siedzieć?

Pan Lajkonik z popłochem pomyślał tylko „Ale co oni piją??!?!”, nie dał jednak po sobie poznać tego popłochu, tylko z olimpijskim spokojem wstał i spytał grzecznie: – A czego się napijecie, szanowni goście? – i tu po raz kolejny został zaskoczony, ponieważ spodziewał się, że w odpowiedzi zażądają jakiegoś całkowicie egzotycznego alkoholu, i to wysokoprocentowego; tymczasem niższy przybysz rzucił okiem w kierunku kuchni, oko musiało być najwyraźniej wyposażone w jakiegoś rentgena, ponieważ niedbale machnął trójpalczastą ręką i powiedział: – Niech będzie Pieskafe Instant, daj ze dwanaście łyżeczek na kubek. Tylko dobrze osolony! „Toż mi po kofeinie chałupę na strzępy rozniosą!” przeraził się pan Ignacy, ale posłusznie zaserwował rozpuszczalną kawę… o, przepraszam, to porównanie wysoce krzywdzące dla każdej kawy… w dwóch kubeczkach. Kosmici wypili, jednocześnie beknęli i wrzasnęli chórem: – No, teraz się zabawimy!!!

Następnego dnia przed południem całkiem konwencjonalnie zadzwoniono do drzwi. To pani Chandra wpadła się przywitać i zapytać, czy przypadkiem do popołudniowego obiadku nie trzeba przygotować jakiegoś pysznego deseru. Na widok pobojowiska i kosmitów zwisających z żyrandola lekko ją zatkało, ale kiedy pan Lajkonik konspiracyjnym szeptem opowiedział jej o wszystkim, odblokowało ją, i to dość konkretnie. Już – z błyskiem w oku – sięgała parasolką ku żyrandolowi , już na usta cisnęły jej się hinduskie przekleństwa, gdy nagle zamarła wpół gestu. Pan Ignacy poskoczył ku niej, przekonany, że to jakaś nowa sztuczka nieproszonych gości, ale w tym momencie jego ukochana odwróciła się na pięcie i wybiegła z mieszkania.

A w porze obiadowej (dwaj przybysze jeszcze spali) do balkonu dobił następny latający talerz, tylko większy. Bezszelestnie wyszli z niego dwaj następni kosmici. Przypominali z wyglądu tych pierwszych, tyle że mieli po dwie pary rąk, byli raczej opalizująco fioletowi, no i wyżsi – mniej więcej wzrostu pana Lajkonika. Grzecznie poczekali na balkonie, aż pan Ignacy otworzy drzwi i zacznie się sumitować, że pierwsi klienci już skorzystali z promocyjnej oferty, po czym delikatnie acz stanowczo odsunęli go na bok, weszli do środka i wycelowali w poprzedników przyrząd przypominający miniaturową krzyżówkę kruka z biureczkiem. „Zieloni” momentalnie zostali zamknięci w przezroczystych pęcherzach, które powoli i dostojnie uniosły się w powietrze i popłynęły w kierunku statku nowych przybyszów. Żaden z nich nie przejął się wrzaskami uwięzionych „Mama? Dziadek?! Wypuśćcie nas! Nooo!!!”

Kiedy dwa bąble zniknęły już z pola widzenia, a okrzyki ich lokatorów ucichły, tęższy z nowoprzybyłych stanął przed panem Lajkonikiem i skłonił się, krzyżując obie pary dłoni na piersiach. W głowie pana Ignacego zabrzmiały słowa: „Czcigodny Laahj-konn-ing! Dziękujemy za przyjęcie i przechowanie naszych potomków zdrowych i całych, a zarazem wyrażamy najgłębszy wstyd z powodu ich postępowania. To kolejny raz, kiedy bezprawnie zdejmują ogranicznik z napędu swojego statku, wypuszczają się dalej niż na dozwolony parsek od macierzystej planety i naciągają nieświadomego tubylca, by ich ugościł. Nie było żadnego wezwania, żadnego hotelu i żadnej promocji, tylko pojedynczy, przypadkowy impuls nadprzestrzenny. Przepraszamy za zachowanie naszych potomków i obiecujemy, że na tej planecie już się to nie powtórzy! W dowód naszych najlepszych kalfotrańskich intencji proponujemy ci, o czcigodny cudzoziemcze, naprawę szkód wyrządzonych podczas tego ubolewania godnego incydentu.” A drugi (druga?) przybysz(ka) dodał(a) gorzko i zdecydowanie mniej uroczyście: „I do tego pomalowali się na zielono. Na zielono! Skandal, panie kochany!”

Ostatnie dni tak już przyzwyczaiły pana Lajkonika do wydarzeń niebywałych i nietypowych, że nawet specjalnie nie zdębiał. Uśmiechnął się natomiast i kiwnął głową, że tak, owszem, zgadza się na naprawę. Nic już nie mówiąc, przybysze zakrzątnęli się wokół niedużej skrzynki, z której wylał się wodospad srebrnych drobinek, okrywając połyskliwym płaszczem całe mieszkanie… a kiedy spełzł z powrotem do swojego schronienia, wszystko wyglądało tak, jakby faktycznie poprzedniego wieczoru nikt nie odwiedził pana Ignacego. W dodatku na kuchence i w okolicach stał parujący i roztaczający feerię zapachów obiad, tak jak go pan Lajkonik poprzedniego dnia ugotował. Gospodarz rozejrzał się po pokoju i skonstatował, że goście – wraz z niegrzecznymi dziećmi – ulotnili się po angielsku. Ale w drzwiach stała już uśmiechnięta od ucha do ucha pani Chandra.

Pan Ignacy nie od razu zrozumiał, że to właśnie jej zawdzięcza pozbycie się nieprzyjemnych gości. Kiedy jednak zjedli obiad, swoją drogą, smakujący nieziemsko, a potem deser – przygotowany przez piękną Hinduskę, a potem nie mogli już wepchnąć w siebie nic, niezależnie od tego, jak by było pyszne, pani Chandra przyznała mu się do wykonania „jednego telefonu, gdzie trzeba”. – O, a gdzie trzeba? – zainteresował się żywo pan Lajkonik – I skąd miałaś numer, jeżeli to nie tajemnica?
– Nie, no skąd, żadna tajemnica – powiedziała skromnie jego piękniejsza połowa. I wyciągnęła z torebki sczytany egzemplarz przewodnika „Autostopem przez Galaktykę”. W przygaszonym świetle błysnęły żywszym blaskiem litery, układające się w napis „NIE PANIKUJ”.

Reklama
Poprzedni artykułNie pajac biłgorajski i pierwsza szklana RPIII, ale Gliński lewicy…
Następny artykułPryszcz na dupie to jest dżuma XXI wieku

12 KOMENTARZE

  1. znów frykasy!
    Fajne, wesołe i lekkie opowiadanko. Z takich które łatwo się czyta, ale zapewne trudno pisze.
    Przygniatają mnie jak zwykle niezwykłe ekscesy kulinarne Lajkonika. Bo ja,  kiedy chcę zrobić wrażenie na ulubionym gościu,  to daję kaszę, kawał mięcha i ogórki ze słoika.Nic bardziej skomplikowanego mi nie wychodzi.
    Puenta wygląda jak doczepiona po dłuższym zbędnym namyśle. Coś jak wrzutka reklamowa na koniec filmu.
    Ale może tylko tak mi się wydaje. W każdym razie niestety nie znam lepszej.

    • No, bywało trudniej.
      Najważniejsze to mieć jasną wizję, możliwie od początku do końca, czyli puenty, a potem zaraz drugie to wena. Żeby być gotowym do pisania, jak złapie.

      Lajkonik w ogóle od początku miał umieć gotować, w końcu wielu było sławnych kuchmistrzów, to i swojego do tego pocztu dodam.

      Co do puenty, jestem z lekka zaskoczony; tzn. nie chciałem tak zostawiać fabuły, że deus ex machina rodzice się zjawili, zabrali wredne dzieciaki i po sprawie. Skądś się musieli dowiedzieć, dokąd tym razem rozwydrzone potomstwo zawędrowało. A klimat z kosmitami, którzy mają te same problemy, co ludzie na Ziemi, wydał mi się na tyle podobny do "Autostopem przez Galaktykę" Adamsa, żeby w ten sposób to spuentować.

  2. znów frykasy!
    Fajne, wesołe i lekkie opowiadanko. Z takich które łatwo się czyta, ale zapewne trudno pisze.
    Przygniatają mnie jak zwykle niezwykłe ekscesy kulinarne Lajkonika. Bo ja,  kiedy chcę zrobić wrażenie na ulubionym gościu,  to daję kaszę, kawał mięcha i ogórki ze słoika.Nic bardziej skomplikowanego mi nie wychodzi.
    Puenta wygląda jak doczepiona po dłuższym zbędnym namyśle. Coś jak wrzutka reklamowa na koniec filmu.
    Ale może tylko tak mi się wydaje. W każdym razie niestety nie znam lepszej.

    • No, bywało trudniej.
      Najważniejsze to mieć jasną wizję, możliwie od początku do końca, czyli puenty, a potem zaraz drugie to wena. Żeby być gotowym do pisania, jak złapie.

      Lajkonik w ogóle od początku miał umieć gotować, w końcu wielu było sławnych kuchmistrzów, to i swojego do tego pocztu dodam.

      Co do puenty, jestem z lekka zaskoczony; tzn. nie chciałem tak zostawiać fabuły, że deus ex machina rodzice się zjawili, zabrali wredne dzieciaki i po sprawie. Skądś się musieli dowiedzieć, dokąd tym razem rozwydrzone potomstwo zawędrowało. A klimat z kosmitami, którzy mają te same problemy, co ludzie na Ziemi, wydał mi się na tyle podobny do "Autostopem przez Galaktykę" Adamsa, żeby w ten sposób to spuentować.

  3. Z pewnym opóźnieniem,
    acz nie umysłowym. Bardzo dzień dobry się cieszę, tym bardziej że niedziela.
    Widać, że Mozart i Bach Panu służą, aż strach dla konkurencji pomyśleć, co będzie, gdy przerzuci się Pan na muzyczne wsparcie XX wieku.
    Niebywała spójność formy i treści z rozmachem, który, mimo rozmiarów, się nie narzuca. Powtarzam, i za sto lat będzie można czytać z podobną przyjemnością. Wszechstronność jest wieczna.

    Miłego kurowania się niedzielą i Boże, coś Polskę, Panu zapłać.

  4. Z pewnym opóźnieniem,
    acz nie umysłowym. Bardzo dzień dobry się cieszę, tym bardziej że niedziela.
    Widać, że Mozart i Bach Panu służą, aż strach dla konkurencji pomyśleć, co będzie, gdy przerzuci się Pan na muzyczne wsparcie XX wieku.
    Niebywała spójność formy i treści z rozmachem, który, mimo rozmiarów, się nie narzuca. Powtarzam, i za sto lat będzie można czytać z podobną przyjemnością. Wszechstronność jest wieczna.

    Miłego kurowania się niedzielą i Boże, coś Polskę, Panu zapłać.