Reklama

Pan Ignacy Lajkonik raźno zszedł po schodkach, zaciągnął się ciepłym, letnim powietrzem i skierował swoje kroki na niewielki bazar, który jakimś cudem wytrzymywał konkurencję z dużym sklepem

Pan Ignacy Lajkonik raźno zszedł po schodkach, zaciągnął się ciepłym, letnim powietrzem i skierował swoje kroki na niewielki bazar, który jakimś cudem wytrzymywał konkurencję z dużym sklepem francuskiej sieci Cherchons, zwanym przez okolicznych sprzedawców „Szerszeniem”, bo też zanosiło się, że podobnie jak ten drapieżny owad, „wykosi z okolicy całą kąkuręcje”, jak mawiał z kwaśną miną pan Modest, handlujący nowalijkami.

Do niego właśnie kierował się pan Lajkonik, spragniony smaku młodej marchewki, kalarepki i rzodkiewki, jak też wrażeń towarzyszących chrupaniu powyższych podczas czytania ulubionych poezji Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Rzodkiewka doskonale komponowała się również z żółtym serem tylżyckim, pokrojona w plasterki, z odrobiną soli i pieprzu, na skibce ciemnego chleba, z towarzyszeniem herbaty z sokiem malinowym… o, rozkoszy! Pan Ignacy na samą myśl o takim śniadaniu mistrzów poczuł, jak cieknie mu ślinka, przełknął ją i przyspieszył kroku.

Pan Modest rozchmurzył się nieco na widok stałego klienta, ale nie za bardzo – ot, na tyle, żeby klient widział, że sprzedawca sobie go ceni. Jednocześnie zbytnia wesołość mogłaby sugerować, że interesy sprzedawcy idą dobrze, a to groziło zainteresowaniem się przez zawistnych sąsiadów i niezapowiedzianą kontrolą Straży Miejskiej, inspekcji sanitarnej lub Urzędu Skarbowego. Na szczęście pan Ignacy doskonale wiedział, że zasępione oblicze pana Modesta nie oznacza tragedii w rodzinie, więc przystanął, przywitał się i zagaił, jak zwykle, o pogodzie, że to już lato i jarzynki rosną, a czym te ostatnie były nawożone, końskim, czy krowim, ale wyrośnięte, nie żeby przerośnięte, co to, to nie, i w smaku dojrzałe, jakby te tutaj były takie same, panie kochany, spróbuj pan tych obok, lepiej mi wyglądają, ja mam oko, panie, dwadzieścia lat już tym handluję.

Pan Lajkonik przebierał więc i wybierał, co samo w sobie też było częścią przyjemności z kupowania, a tymczasem za jego plecami nabierał ekspresji i mocy następujący dialog:

– Babcia! Obiecałaś!
– Nno tak… ale nie tutaj.
– Draczego! Ja bym chciał taki!
– Misiu, kupię ci prezencik, ale nie tutaj dobrze? Babcia z Misiem pójdą do sklepu i kupią…
– Tam nie ma takich! Obiecałaś!

Pan Ignacy odwrócił się. Naprzeciwko straganu pana Modesta rozłożyła swoje rzeczy na turystycznym stoliku rodzina Chińczyków. Najwięcej było tu ciepłej, bawełnianej bielizny w łagodnych odcieniach różu, błękitu i żółci, ale były także plastikowe zabawki, figurki dziwnie przypominające amerykańskich superbohaterów, plastikowe pistolety i zestawy „kowbojskie”, „policyjne” oraz „wojskowe”, a zupełnie z boku leżały ręczniki i jeden przedziwny, kiczowaty chiński smok z papier-mache, wielkości niedużego kota.

To właśnie przed smokiem stała pani Fredzia, sąsiadka z klatki obok, z wnukiem Tobiaszkiem, zwanym w rodzinie Misiem, i rozpaczliwie próbowała odwieść go od pomysłu kupienia chińskiej zabawki. Jej sokoli mimo wieku wzrok napotkał badawcze spojrzenie pana Lajkonika i konfuzja zmieniła się w ulgę. – Panie Ignacy kochany, może pan mi pomoże przekonać Misia, żeby nie brać tego paskudztwa? Obiecałam mu prezent na urodziny, ale przecież nie to, już bym wolała jakiś samochód albo co…

Pan Lajkonik podszedł do chińskiego stoiska. Znał z widzenia małżeństwo, które tutaj sprzedawało, a ponieważ był częstym gościem u pana Modesta, po kilku tygodniach Azjaci zaczęli mu się kłaniać, na co pan Ignacy, jako człowiek uprzejmy, zawsze odpowiadał uchyleniem kapelusza lub skinieniem głowy. I uśmiechem – ponieważ pan i pani z Chin zawsze się do niego uśmiechali.

– Pani Fredziu kochana, a co to się stało? – zapytał – Młody człowiek chce smoka, to kupić mu smoka. Lepszy smok niż pistolet –. Sąsiadka najwyraźniej nie oczekiwała takiego obrotu spraw, bo załamała ręce w geście przerażenia. – Panie Ignacy, jak to tak, od skośnych, żółtków kupować? I to jeszcze taką paskudę? – Chińczycy najwyraźniej mieszkali w Polsce już wystarczająco długo, żeby zrozumieć, o co chodzi pani Fredzi, bo miny mieli niewyraźne. Pan Lajkonik uznał za stosowne interweniować – Eee, pani Fredziu, paskuda, nie paskuda, jak chce, to mu kupić. Niech się uczy konsekwencji, jak za dwa dni mu się znudzi, pani mu powie, chciałeś, to masz. A tak poza tym, te samochodziki, co pani by chciała w sklepie kupić, to co, myśli pani, że gdzie produkują? W Pabianicach? Teraz wszystko jest made in china! – ściszył głos do konfidencjonalnego szeptu – A tak między nami, wie pani co, po co od razu tak do ludzi skośnymi i żółtkami rzucać?

Misio i Chińczycy spojrzeli na pana Ignacego z wdzięcznością, pokonana pani Fredzia wysupłała z portfela dwa banknoty dwudziestozłotowe, mamrocząc pod nosem coś nieżyczliwego zabrała kolorowego smoka i odeszła, ciągnąc zachwyconego wnuka. Pan Lajkonik już odwracał się do pana Modesta, kiedy poczuł, że ktoś delikatnie przytrzymuje go za rękaw. To była chińska sprzedawczyni, która uśmiechała się przyjaźnie i wtykała w dłoń panu Ignacemu podłużny pakuneczek. Nasz bohater, zaskoczony, przyjął nieoczekiwany prezent i porwawszy swoje rzodkiewki, marchewkę, kalarepę, a także pół kilo kaszubskich truskawek (palce lizać, panie kochany, od szwagra kolegi, co ma gospodarstwo pod Kartuzami!), uciekł do domu.

W domu okazało się, że pakunek zawiera niedużą, bambusową makatkę z kilkoma linijkami zgrabnych chińskich znaczków. W przeciwieństwie do wyszczerzonego, kolorowego smoka wyglądała ona bardzo skromnie i stylowo. Pan Ignacy pomyślał sobie, że musi podziękować Chińczykom, powiesił makatkę w dużym pokoju, zaraz koło wejścia i odtąd zawsze podziwiał jej dyskretny, dalekowschodni wdzięk.

Zawsze trwało jakieś pół roku, do wizyty siostrzeńca pana Ignacego, Karola, który został zaproszony na przepyszną pomidorową z koperkiem (jak być może niektórzy pamiętają, do zwabienia Karola z wizytą wystarczyłby sam koperek). Tym razem rodzinny obiadek miał być szczególny, ponieważ Karol przyszedł z nową dziewczyną, Pauliną. Wszystko szło pięknie, dopóki po obiedzie Paulina nie zauważyła chińskiej makatki. Podeszła do niej, przekrzywiła głowę, przyjrzała się. Popatrzyła na pana Lajkonika z namysłem, potem na makatkę. – Panie Ignacy… – powiedziała z wahaniem – pan wie, co tu jest napisane? Bo u nas na wydziale jest chiński lektorat i ja już trzeci rok chodzę… – Nie wiem, a co jest? – zainteresował się gospodarz. Paulina, przesuwając dłoń wzdłuż linijek tekstu, zacytowała: „Dom przyjaciela. Nie palić, nie rabować, nie gwałcić. Ludzi oszczędzić i wynagrodzić.”

Po zakończonej wizycie całkowicie zaskoczony pan Lajkonik stanął przed makatką i przez chwilę myślał: zostawić ją tam, gdzie wisi, czy zdjąć? A może oddać ofiarodawcom? – Eee tam – pomyślał sobie w końcu – ładnie wygląda, niech wisi! A jego wewnętrzny głos rozsądku tym razem wyjątkowo nic nie powiedział, tylko pokiwał głową z uznaniem.
 

______
Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku) .Opublikowany na witrynie www.kontrowersje.net . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Reklama
Poprzedni artykułCzy ktoś widział je? Gdzie się podziały? Matko Boska! Umarły?
Następny artykułSondaż

24 KOMENTARZE

  1. Zwlekałam z wizytą u Pana
    Zwlekałam z wizytą u Pana Lajkonika czekając na sposobną chwilę, kiedy to Słońce za chmurą i wiatr zimny zawieje. Dobrze zrobiłam jak się okazało. Pan Lajkonik doprowadził mnie do pionu. On wie co jest w życiu ważne. Dziękuję.:) Lajkoniku laj, laj, poprzez cały kraj, kraj…:)

  2. Zwlekałam z wizytą u Pana
    Zwlekałam z wizytą u Pana Lajkonika czekając na sposobną chwilę, kiedy to Słońce za chmurą i wiatr zimny zawieje. Dobrze zrobiłam jak się okazało. Pan Lajkonik doprowadził mnie do pionu. On wie co jest w życiu ważne. Dziękuję.:) Lajkoniku laj, laj, poprzez cały kraj, kraj…:)