Reklama

piątek, 13 luty 2009

Od kilku dni konkurują ze sobą ostro dwa najnowsze newsy: atak (?) pracowników Lufthansy na Jana Rokitę oraz niechlubne łatki na nieskazitelnym życiorysie ministra Czumy.


piątek, 13 luty 2009

Od kilku dni konkurują ze sobą ostro dwa najnowsze newsy: atak (?) pracowników Lufthansy na Jana Rokitę oraz niechlubne łatki na nieskazitelnym życiorysie ministra Czumy.

Pan minister został powołany przez premiera Tuska na chybcika, po równie pośpiesznym odwołaniu poprzedniego ministra sprawiedliwości, profesora Ćwiąkalskiego. Na temat pana Czumy powstaje ostatnio taka masa historii i niezweryfikowanych oskarżeń, że trudno to dzisiaj komentować. Poczekajmy na konkrety. Pewne jest jedynie to, że premier padł ostatecznie ofiarą własnej słabości, a mianowicie strachu przed opinią publiczną. Sondażowe słupki nie powinny stanowić podstawy dla podejmowania ważnych politycznych decyzji, ponieważ obywatele mają prawo pomylić się w swoich ocenach. Premier, dla odmiany, mylić się nie powinien. Za jakiś czas Minister Czuma straci zapewne swoje stanowisko, co będzie okrzyknięte przez opozycję kolejną porażką rządu, a Donald Tusk znajdzie się w ślepej uliczce, bo nowego kandydata przyjdzie mu chyba szukać na Księżycu.

Newsem, który wzbudził mieszane uczucia komentatorów, jest awantura w samolocie Lufthansy z udziałem państwa Rokitów. Amatorskie nagranie z aparatu telefonicznego ukazuje zamazaną szamotaninę wewnątrz kabiny samolotowej, skąd słyszymy dramatyczny krzyk byłego posła: “Niemcy biją Polaka! Rodacy, pomóżcie mi. Pomóżcie!”
Według relacji pani Nelli Rokity, mąż stanął w obronie jej sponiewieranego, przez NIEMIECKĄ stewardessę, płaszcza i kapelusza. Ową rycerską postawę oceniła jednak bardzo sceptycznie ekipa pokładowa, w efekcie czego pan Jan został powalony brutalnie na podłogę, skuty w kajdanki oraz siłą wyprowadzony z pokładu samolotu przez NIEMIECKICH policjantów. Wobec tak nieoczekiwanego obrotu sprawy, Pani Nelli również opuściła samolot, aby służyć mężowi za tłumacza na lotniskowym posterunku, gdzie pan Jan został przy okazji obrzucony (po NIEMIECKU) niecenzuralnymi wyzwiskami. Incydent miał miejsce w Monachium, między północą, a godziną 4 rano.

Kiedy przypominam sobie prokuratorski ton posła Rokity w komisji rywinowskiej, trudno mi uwierzyć, że ten sam człowiek jest zdolny do tak żałośnie histerycznej reakcji z powodu jakiegoś elementu garderoby. Przyznaję, że jego teatralne odejście z polityki w połowie ubiegłego roku, na oczach milionów telewidzów (w trakcie nieistniejącego już programu redaktora Morozowskiego “Bohater tygodnia”) było głęboko zastanawiające. Patetyczne tłumaczenie tej zaskakującej decyzji, jako dowodu miłości dla wstępującej do PiS u małżonki ( Rokita był wówczas filarem sławetnego gabinetu cieni w PO) pasuje już nieco lepiej do klimatu afery samolotowej.

Po dłuższej refleksji przychodzą mi do głowy dwie możliwe hipotezy; A) jako zwierzę polityczne z krwi i kości, pan Jan Maria Rokita, niedoszły premier z Krakowa, kontynuuje mozolnie utkaną intrygę w formie darmowej reklamy, poprzedzającej spektakularny comeback na bardzo POLSKĄ scenę polityczną; B) patologiczny związek z ekscentryczną Nelli kompletnie odebrał mu rozum.

Ostateczna konkluzja rysuje się niezwykle optymistycznie: jeśli to są najważniejsze newsy dotyczące naszego kraju to znaczy, że doganiamy już neutralnie bezproblemową Szwajcarię i niedługo, w czołówkach wszystkich gazet, poczytamy sobie o zagubionym gdzieś na pastwisku dzwonku przez naszą rodzimą Krasulę. Hej!

Autor: Pistacjowy Kosmita

Reklama