Reklama

Polacy ? jak sobie czytam komentarze ? zgodzą się na euro pod dwoma generalnie warunkami:
1. Wymiana złotego na euro odbędzie po jak najkorzystniejszym kursie dla Kowalskiego i Nowaka

Polacy ? jak sobie czytam komentarze ? zgodzą się na euro pod dwoma generalnie warunkami:
1. Wymiana złotego na euro odbędzie po jak najkorzystniejszym kursie dla Kowalskiego i Nowaka
2. W niedługiej perspektywie nasze wynagrodzenia w euro będą porównywalne do wynagrodzeń w krajach starej Unii.

Na początek zapożyczę cytata: ?Jeśli nasze pensje zbliżą się, a nie oddalą od pensji Europy, o takich samych oczywiście nie ma mowy, to wchodzimy do Euro. Jeśli nie, to zarówno Euro jak i cała ta Unia mi powiewa i absolutnie nie godzę się na to…?

Zacznę od tego co grozi naszym zarobkom i ich rynkowej (realnej jak kto woli) wartości, wypłacanym ? jak na razie w złociszach:
1. Przy średnim wynagrodzeniu w Polsce 3216 zł [1] i dzisiejszym kursie ?, zarabiamy przeciętnie 687 ?. Spadek wartości złotówki przed wejściem do strefy euro o 15% (15% jak chcą niektórzy to dopuszczalna granica wahań złotego w ERM II, inni wolą ustalenia ERM I ? wahania +/-2,25%) oznacza spadek siły nabywczej naszych wynagrodzeń. Analogicznie wzrost wartości PLN może oznaczać wzrost siły nabywczej wynagrodzeń pod jednym warunkiem, że nie zmienią się równocześnie pozostałe parametry, np. ceny produktów i usług. Ceny produktów mogą zmienić w zależności od ? hłe hłe ? kursu złotego w stosunku do euro. Wzrost wartości euro (a więc relatywny spadek wartości złotówki) spowoduje wzrost cen towarów w PLN, w których np. wkład surowców, technologii czy patentów kupowanych w euro jest relatywnie wysoki. Silny złoty jest jak wiadomo niekorzystny dla eksporterów, o ile w kosztach produkcji udział wydatków w euro nie jest znaczący. Relatywnie silny złoty w momencie przyjęcia euro, to relatywnie wyższa siła nabywcza wynagrodzeń, ale także relatywnie wyższe koszty pracy już przeliczone w euro, a więc niższa konkurencyjność polskich producentów. Tych zależności jest mniej więcej tyle, ile wzajemnych powiązań w procesach gospodarczych Polski i reszty świata. Chcę tylko nieśmiało zwrócić uwagę, że co będzie korzystne dla Kowalskiego nie musi być korzystne dla Nowaka. A w związku z tym oczekiwania, że i Kowalskiemu i Nowakowi zrobi się dobrze jest mrzonką. Pomijam już fakt, że niektórzy ?przedsiębiorcy? będą chcieli skorzystać na okazji by pierdynkąć cenę w górę bez żadnej przyczyny ? ale na nich są sposoby (fiskalno-karne).

Złożoność i liczba procesów gospodarczych jest taka, że mówienie, że rząd ma wyliczyć tak żeby się opłacało i było fajnie jest delikatnie mówiąc nieporozumieniem. Nieporozumieniem wynikającym z istoty gospodarki rynkowej, którym jest ryzyko działalności gospodarczej ? to po pierwsze. Nie ma już centralnego planisty jak za czasów PRL, który wiedział, że społeczeństwo potrzebuje w kolejnym roku o 10% pralek Frania więcej (1984 r.), kiedy od 20 lat cały świat prał w automatach. Zdaje się, że niektórym przydał by się powrót do przeszłości ? tak dla przypomnienie jak fajnie było, gdy myślała za nas władza. Kapitalizm TAK, ale ryzyko NIE zdają się mówić co poniektórzy.

Drugim nieporozumieniem jest to, że rolą polityki gospodarczej w gospodarce rynkowej nie jest tworzenie super planu, który jest realizowany przez przedsiębiorstwa, ale tworzenie wytycznych i określanie kierunków rozwoju na podstawie planów poszczególnych przedsiębiorstw, branży, działów gospodarki [3]. Mówiąc oględnie plan tworzy się od dołu a nie od góry. To przedsiębiorcy powinni wyznaczyć korzystny kurs euro dla siebie, każdy z osobna i na tej podstawie rząd może podjąć działania, które ten kurs powinny zapewnić przy przyjmowaniu euro. Jakoś nie słyszałem, żeby Lewiatan, BCC, jakaś izba gospodarcza albo inna jurna organizacja przedsiębiorców przedstawiła rządowi opracowanie, w którym wskazywałaby na konkretną wartość parametrów makroekonomicznych, które powinny być osiągnięte przy wchodzeniu do strefy euro. To jak to cholera jest, rząd ma się wycofywać z regulacji w gospodarce, ale jak trwoga to do Boga ? czytaj: ?niech rząd coś zrobi?. Zdaje się, że te kanapowe organizacje są tylko po to żeby między kumplami przyznawać sobie nagrody biznesmena roku (w tym roku przydałaby się nagroda dupka roku). Słychać tylko lament, że lichwiarze oszukali na opcjach. A prawda zdaje się jest taka, jak ktoś przytomnie w TV zauważył, że 1/3 została naciągnięta, 1/3 po prostu wtopiła ? normalne ryzyko, a 1/3 postradała rozum obstawiając opcje ?call? i angażując w opcje kapitał obrotowy ponad wartość przychodów ze sprzedaży. Ja wiem, sam podpisywałem się pod ukróceniem działań finansistów i udupienia ich tam gdzie prawo na to pozwala. Zdania nie zmieniam. Ale nie będę płakał nad bucami, którzy po zakrapianych obiadkach wyłączyli rozum i śnili o łatwej kasie. Mogę usprawiedliwić emeryta ? dozorcę, który daje się wciągnąć w piramidkę pana Henia. Ale mam żałować wyjadaczy rynkowych ? menadżera, prezesa firmy? Może potrzebna była naturalna selekcja. Szkoda tylko, że tak naprawdę po dupie dostaną nie finansiści-naciągacze i prezesi upadających firm, ale zwykli pracownicy, jakby to prozwiązkowo nie zabrzmiało.
2. W lusterku jesteśmy ładni, młodzi ale niestety nie bogaci. Co więc z tymi naszymi zarobkami? Czy Kowalski gorzej pracuje od Johansona? Ależ nie, wystarczy popatrzeć na Polaków pracujących na zachodzie. Wszak stanowią konkurencję. Nie dość, że są tak samo wydajni to jeszcze tańsi. Więc jednak na zachodzie można a u nas nie? Dlaczego? Dlaczego w Polsce mamy zarobki jakie mamy? No to prześledźmy parę wskaźników Polski i Unii za 2007 r.[4]
PKB per capita (Unia 27 krajów) = 100 (porównawczo)
PKB (Stara Unia 15) = 111,6
PKB Polski = 53,6

Z czegoż to ach z czegóż wynika, taka rozbieżność produktu krajowego na łeb? Zobaczmy dalej:

Stopa zatrudnienia (27)=65,4
Stopa zatrudnienia (15)= 66,9
Stopa zatrudnienia Polska=57,0
Dane GUS wskazują, że w wieku 15+ czynnych zawodowo jest 53% Polaków. Czyli 47% jest utrzymywanych przez te 53% Do tego uwzględnijcie szczyle wieku do 15 roku życia, objęte co prawda obowiązkiem alimentacyjnym, ale też muszące jeść, ubrać się itd.

Stopa zatrudnienia osób starszych (27)=44,7
Stopa zatrudnienia osób starszych (15)=46,6
Stopa zatrudnienia osób starszych Polska=29,7
Tu pośrednio macie odpowiedź ile kosztuje nas dokarmianie wcześniejszych emerytów.

Wydajność pracy (27)=100
Wydajność pracy (15)=110,2
Wydajność pracy Polska=65,8
I tu jest też hund begraben. Ten wskaźnik jest syntetyczny. Wpływa na niego wiele czynników W podręcznikach ekonomii najczęściej wymienia się:
techniczne uzbrojenie miejsc i stanowisk pracy (automatyzacja procesów produkcji), kwalifikacje pracowników, jakości przedmiotów pracy, produktywność i warunki pracy. Nie mam pod ręką opracowań, które mogłyby porównać te wskaźniki analityczne, ale stawiam dolary przeciwko orzechom, że w każdym z nich nasz kraj wypadłby grubo poniżej wskaźników unijnych.

Pośrednio można spojrzeć na jeszcze jeden wskaźnik w dłuższym okresie czasu wpływający na konkurencyjnośćx i wydajność pracy – udział wydatków na badania i rozwój do PKB. W Polsce 0,56 w krajach 15-tki UE 1,91. Resztę można potraktować opisowo. Proszę przyjrzeć się technologii budowy autostrad w Polsce i Niemczech. Proszę przyjrzeć się technologii w budownictwie, transporcie kolejowym, w rolnictwie. W tym ostatnim dodajcie sobie KRUS ? ewenement dobrodziejstwa państwa wobec grupy i tak otrzymujących dopłaty do swojej produkcji.

Chcecie fajnych porównań? To porównajcie sobie dwie podobne firmy, urzędy, instytucje w Polsce i np. w Finlandii, Norwegii czy Francji. Porównajcie sobie jaki dochód przynosi 1 pracownik w Euro. Temat na pracę doktorską gotowy.
Dodajmy do tego kulturę pracy. Jak ktoś ma wątpliwości proszę wejść do pierwszego lepszego urzędu lub spróbować oddać zakupiony towar.
Oczywiście w lusterku każdy z nas jest uczciwy, pracowity, nigdy nie zachachmęcił papieru ni ołówka z firmy, nie urwał się z pracy szybciej, nie był na zwolnieniu na paluszek i główkę. Podobnie jak piszący te słowa nie wysłał tego tekstu z pracy.

Źrodła:
[1] Dane o wynagrodzeniach w styczniu 2009 r. GUS. 17 lutego 2009 r.
[2] The Wall Street Journal.Polska, 16.01.2009 r.
[3] Polityka gospodarcza. Pod red. H. Ćwiklińskiego. Wyd UG. Gdańsk 2004.
[4] Dane Ministerstwa Gospodarki

Reklama

60 KOMENTARZE

  1. Po pierwsze co to znaczy faktyczna wartość pracy?
    Klasyczna teoria mówi o wartości pracy wynikającej z jej ceny równowagi. A więc w sytuacji gdy podaż pracy równoważy popyt na pracę. Teoretycznie wynagrodzenie może rosnąć tak długo, aż znajdować się będzie ktoś kto za twoją pracę będzie skłonny więcej zapłacić, a ty będziesz gotowa przyjąć jego ofertę. W praktyce bywa różnie. Gdy budowałem dom (2007) ceną równowagi na pracę budowlańców było np. 40 zł/m2 glazury, wylewek itp. Ale byli i tacy którzy cenili się po 60 zł/m2 i więcej i też mieli zamówienia. Dwa różne punkty względnego zrównoważenia popytu i podaży wynikające z faktu , że oferowano usługi o różnej jakości i dla różnych klientów. Nie mniej można powiedzieć, że rynek wycenia wartość ich pracy i ta cecha ma charakter obiektywny.

    Problem powstaje, gdy mamy arbitralnie wyceniać wartość pracy w sytuacji w której np. państwo zakłóca mechanizm równoważenia się popytu i podaży. Przykładem jest służba zdrowia. Popyt zostaje “sztucznie napompowany” przez system gwarantujący dostęp do usiug zdrowotnych w oderwaniu od możliwości sfinansowania tych usług przez państwo. Im bardziej gówniany system ubezpieczeń zdrowotnych, tym “napompowanie popytu” względem podaży większe i w rezultacie tym większy niedobór środków finansowych w systemie. Taka sytuacja jest w Polsce. Punkt “równowagi” wyznaczony jest wobec tego arbitralnie poprzez “głodowe” zarobki służby zdrowia. Taka jest cena powszechnego dostępu do ochrony zdrowia i trzeba to otwarcie wreszcie powiedzieć. Ile powinni zarabiać lekarze widać po prywatnych klinikach gdzie występuje “natutalne” równoważenie popytu i podaży. Co ciekawe kolejki do specjalistów w prywatnych klinikach świadczą, że cena usług mogłaby jeszcze poszybować w górę, ale nie robi się tego z różnych względów (nie pora jednak teraz dywagować dlaczego). Ta sama zasada dotyczy całej budżetówki.

    Zakłócenia w rynkowym wyznaczaniu wysokości zarobków (wartości pracy) mają też miejsce np. w górnictwie. Tu związki zawodowe potrafią sztucznie wywindować wynagrodzenia w górę pod groźbą rozpierduchy w Warszawie. Ich wartość zarobków z reguły rynek weryfikuje w dół, o ile nie ma okresowego wzrostu popytu na węgiel. Im większa siła związków zawodowych tym rynkowa równowaga będzie bardziej zakłócona na plus na węglokopów oczywiście.

    Przeprasam za tem przydługi wywód, ale chcę być dobrze zrozumiany. Bo jak słucham tu i ówdzie, ża każda grupa zawodowa chce mieć ileś tam procent powyżej średniej krajowej, to się uprzejmie pytam – to kto ma bladź zarabiać poniżej średniej?

    Co nam grozi? To co napisalem wyżej:
    1. Możliwość złego rozegrania partii walutowej przed przyjęciem euro i spadek realnej wartości wynagrodzeń przeliczonych w euro (ood 2,25 do 15% w zależności od tego jaki wariant wybierze rząd).
    2. Wzrost cen, przy stałych zarobkach z powodu jak wyżej.
    3. Wzrost cen dokonany przez nieuczciwych producentów nie znajdujący odzwierciedlenia we wzroście kosztów.
    Z tym jednak rząd powinien sobie poradzić. Uczmy się na błędach sąsiadów.

    A jedynym lekarstwem na gonienie zarobków niemieckich czy holenderskich jest wzrost PKB i wzrost wartości składników określających wydajność pracy.

    I na koniec. Kura może oczekiwać prostych odpowiedzi, ale tych odpowiedzi nie ma! Może uwierzyć cwaniakom, bo tak łatwiej. Tak jak łatwiej zagrać było w opcje niż samemu skalkulować ryzyko. Tzn. jes inne proste wyjście. Nazywa się to komunizm wojenny. Testował to już Lenin. Wtedy nadrzędność zastosowanych instrumentów “ekonomicznych” była gwarantowana przez CzeKa, a bankierzy wisieli równo na gałęziach.

    • Proste
      recepty, zaćma na oczach, bo moje możebyć ukrzywdzone. W tej rozmowie na Kontrowersjach brakowało spojrzenia na problem, były tylko interesy własne Nowaków i Kowalskich. O tak, one sa niezmiernie ważne, nie wolno ich lekceważyć, ale one są tu i teraz, a nie w wyabstrahowanej przestrzeni, gdzie nic od niczego nie zależy.
      Przyjmij moje uznanie,

  2. Po pierwsze co to znaczy faktyczna wartość pracy?
    Klasyczna teoria mówi o wartości pracy wynikającej z jej ceny równowagi. A więc w sytuacji gdy podaż pracy równoważy popyt na pracę. Teoretycznie wynagrodzenie może rosnąć tak długo, aż znajdować się będzie ktoś kto za twoją pracę będzie skłonny więcej zapłacić, a ty będziesz gotowa przyjąć jego ofertę. W praktyce bywa różnie. Gdy budowałem dom (2007) ceną równowagi na pracę budowlańców było np. 40 zł/m2 glazury, wylewek itp. Ale byli i tacy którzy cenili się po 60 zł/m2 i więcej i też mieli zamówienia. Dwa różne punkty względnego zrównoważenia popytu i podaży wynikające z faktu , że oferowano usługi o różnej jakości i dla różnych klientów. Nie mniej można powiedzieć, że rynek wycenia wartość ich pracy i ta cecha ma charakter obiektywny.

    Problem powstaje, gdy mamy arbitralnie wyceniać wartość pracy w sytuacji w której np. państwo zakłóca mechanizm równoważenia się popytu i podaży. Przykładem jest służba zdrowia. Popyt zostaje “sztucznie napompowany” przez system gwarantujący dostęp do usiug zdrowotnych w oderwaniu od możliwości sfinansowania tych usług przez państwo. Im bardziej gówniany system ubezpieczeń zdrowotnych, tym “napompowanie popytu” względem podaży większe i w rezultacie tym większy niedobór środków finansowych w systemie. Taka sytuacja jest w Polsce. Punkt “równowagi” wyznaczony jest wobec tego arbitralnie poprzez “głodowe” zarobki służby zdrowia. Taka jest cena powszechnego dostępu do ochrony zdrowia i trzeba to otwarcie wreszcie powiedzieć. Ile powinni zarabiać lekarze widać po prywatnych klinikach gdzie występuje “natutalne” równoważenie popytu i podaży. Co ciekawe kolejki do specjalistów w prywatnych klinikach świadczą, że cena usług mogłaby jeszcze poszybować w górę, ale nie robi się tego z różnych względów (nie pora jednak teraz dywagować dlaczego). Ta sama zasada dotyczy całej budżetówki.

    Zakłócenia w rynkowym wyznaczaniu wysokości zarobków (wartości pracy) mają też miejsce np. w górnictwie. Tu związki zawodowe potrafią sztucznie wywindować wynagrodzenia w górę pod groźbą rozpierduchy w Warszawie. Ich wartość zarobków z reguły rynek weryfikuje w dół, o ile nie ma okresowego wzrostu popytu na węgiel. Im większa siła związków zawodowych tym rynkowa równowaga będzie bardziej zakłócona na plus na węglokopów oczywiście.

    Przeprasam za tem przydługi wywód, ale chcę być dobrze zrozumiany. Bo jak słucham tu i ówdzie, ża każda grupa zawodowa chce mieć ileś tam procent powyżej średniej krajowej, to się uprzejmie pytam – to kto ma bladź zarabiać poniżej średniej?

    Co nam grozi? To co napisalem wyżej:
    1. Możliwość złego rozegrania partii walutowej przed przyjęciem euro i spadek realnej wartości wynagrodzeń przeliczonych w euro (ood 2,25 do 15% w zależności od tego jaki wariant wybierze rząd).
    2. Wzrost cen, przy stałych zarobkach z powodu jak wyżej.
    3. Wzrost cen dokonany przez nieuczciwych producentów nie znajdujący odzwierciedlenia we wzroście kosztów.
    Z tym jednak rząd powinien sobie poradzić. Uczmy się na błędach sąsiadów.

    A jedynym lekarstwem na gonienie zarobków niemieckich czy holenderskich jest wzrost PKB i wzrost wartości składników określających wydajność pracy.

    I na koniec. Kura może oczekiwać prostych odpowiedzi, ale tych odpowiedzi nie ma! Może uwierzyć cwaniakom, bo tak łatwiej. Tak jak łatwiej zagrać było w opcje niż samemu skalkulować ryzyko. Tzn. jes inne proste wyjście. Nazywa się to komunizm wojenny. Testował to już Lenin. Wtedy nadrzędność zastosowanych instrumentów “ekonomicznych” była gwarantowana przez CzeKa, a bankierzy wisieli równo na gałęziach.

    • Proste
      recepty, zaćma na oczach, bo moje możebyć ukrzywdzone. W tej rozmowie na Kontrowersjach brakowało spojrzenia na problem, były tylko interesy własne Nowaków i Kowalskich. O tak, one sa niezmiernie ważne, nie wolno ich lekceważyć, ale one są tu i teraz, a nie w wyabstrahowanej przestrzeni, gdzie nic od niczego nie zależy.
      Przyjmij moje uznanie,

  3. Po pierwsze co to znaczy faktyczna wartość pracy?
    Klasyczna teoria mówi o wartości pracy wynikającej z jej ceny równowagi. A więc w sytuacji gdy podaż pracy równoważy popyt na pracę. Teoretycznie wynagrodzenie może rosnąć tak długo, aż znajdować się będzie ktoś kto za twoją pracę będzie skłonny więcej zapłacić, a ty będziesz gotowa przyjąć jego ofertę. W praktyce bywa różnie. Gdy budowałem dom (2007) ceną równowagi na pracę budowlańców było np. 40 zł/m2 glazury, wylewek itp. Ale byli i tacy którzy cenili się po 60 zł/m2 i więcej i też mieli zamówienia. Dwa różne punkty względnego zrównoważenia popytu i podaży wynikające z faktu , że oferowano usługi o różnej jakości i dla różnych klientów. Nie mniej można powiedzieć, że rynek wycenia wartość ich pracy i ta cecha ma charakter obiektywny.

    Problem powstaje, gdy mamy arbitralnie wyceniać wartość pracy w sytuacji w której np. państwo zakłóca mechanizm równoważenia się popytu i podaży. Przykładem jest służba zdrowia. Popyt zostaje “sztucznie napompowany” przez system gwarantujący dostęp do usiug zdrowotnych w oderwaniu od możliwości sfinansowania tych usług przez państwo. Im bardziej gówniany system ubezpieczeń zdrowotnych, tym “napompowanie popytu” względem podaży większe i w rezultacie tym większy niedobór środków finansowych w systemie. Taka sytuacja jest w Polsce. Punkt “równowagi” wyznaczony jest wobec tego arbitralnie poprzez “głodowe” zarobki służby zdrowia. Taka jest cena powszechnego dostępu do ochrony zdrowia i trzeba to otwarcie wreszcie powiedzieć. Ile powinni zarabiać lekarze widać po prywatnych klinikach gdzie występuje “natutalne” równoważenie popytu i podaży. Co ciekawe kolejki do specjalistów w prywatnych klinikach świadczą, że cena usług mogłaby jeszcze poszybować w górę, ale nie robi się tego z różnych względów (nie pora jednak teraz dywagować dlaczego). Ta sama zasada dotyczy całej budżetówki.

    Zakłócenia w rynkowym wyznaczaniu wysokości zarobków (wartości pracy) mają też miejsce np. w górnictwie. Tu związki zawodowe potrafią sztucznie wywindować wynagrodzenia w górę pod groźbą rozpierduchy w Warszawie. Ich wartość zarobków z reguły rynek weryfikuje w dół, o ile nie ma okresowego wzrostu popytu na węgiel. Im większa siła związków zawodowych tym rynkowa równowaga będzie bardziej zakłócona na plus na węglokopów oczywiście.

    Przeprasam za tem przydługi wywód, ale chcę być dobrze zrozumiany. Bo jak słucham tu i ówdzie, ża każda grupa zawodowa chce mieć ileś tam procent powyżej średniej krajowej, to się uprzejmie pytam – to kto ma bladź zarabiać poniżej średniej?

    Co nam grozi? To co napisalem wyżej:
    1. Możliwość złego rozegrania partii walutowej przed przyjęciem euro i spadek realnej wartości wynagrodzeń przeliczonych w euro (ood 2,25 do 15% w zależności od tego jaki wariant wybierze rząd).
    2. Wzrost cen, przy stałych zarobkach z powodu jak wyżej.
    3. Wzrost cen dokonany przez nieuczciwych producentów nie znajdujący odzwierciedlenia we wzroście kosztów.
    Z tym jednak rząd powinien sobie poradzić. Uczmy się na błędach sąsiadów.

    A jedynym lekarstwem na gonienie zarobków niemieckich czy holenderskich jest wzrost PKB i wzrost wartości składników określających wydajność pracy.

    I na koniec. Kura może oczekiwać prostych odpowiedzi, ale tych odpowiedzi nie ma! Może uwierzyć cwaniakom, bo tak łatwiej. Tak jak łatwiej zagrać było w opcje niż samemu skalkulować ryzyko. Tzn. jes inne proste wyjście. Nazywa się to komunizm wojenny. Testował to już Lenin. Wtedy nadrzędność zastosowanych instrumentów “ekonomicznych” była gwarantowana przez CzeKa, a bankierzy wisieli równo na gałęziach.

    • Proste
      recepty, zaćma na oczach, bo moje możebyć ukrzywdzone. W tej rozmowie na Kontrowersjach brakowało spojrzenia na problem, były tylko interesy własne Nowaków i Kowalskich. O tak, one sa niezmiernie ważne, nie wolno ich lekceważyć, ale one są tu i teraz, a nie w wyabstrahowanej przestrzeni, gdzie nic od niczego nie zależy.
      Przyjmij moje uznanie,

  4. Po pierwsze co to znaczy faktyczna wartość pracy?
    Klasyczna teoria mówi o wartości pracy wynikającej z jej ceny równowagi. A więc w sytuacji gdy podaż pracy równoważy popyt na pracę. Teoretycznie wynagrodzenie może rosnąć tak długo, aż znajdować się będzie ktoś kto za twoją pracę będzie skłonny więcej zapłacić, a ty będziesz gotowa przyjąć jego ofertę. W praktyce bywa różnie. Gdy budowałem dom (2007) ceną równowagi na pracę budowlańców było np. 40 zł/m2 glazury, wylewek itp. Ale byli i tacy którzy cenili się po 60 zł/m2 i więcej i też mieli zamówienia. Dwa różne punkty względnego zrównoważenia popytu i podaży wynikające z faktu , że oferowano usługi o różnej jakości i dla różnych klientów. Nie mniej można powiedzieć, że rynek wycenia wartość ich pracy i ta cecha ma charakter obiektywny.

    Problem powstaje, gdy mamy arbitralnie wyceniać wartość pracy w sytuacji w której np. państwo zakłóca mechanizm równoważenia się popytu i podaży. Przykładem jest służba zdrowia. Popyt zostaje “sztucznie napompowany” przez system gwarantujący dostęp do usiug zdrowotnych w oderwaniu od możliwości sfinansowania tych usług przez państwo. Im bardziej gówniany system ubezpieczeń zdrowotnych, tym “napompowanie popytu” względem podaży większe i w rezultacie tym większy niedobór środków finansowych w systemie. Taka sytuacja jest w Polsce. Punkt “równowagi” wyznaczony jest wobec tego arbitralnie poprzez “głodowe” zarobki służby zdrowia. Taka jest cena powszechnego dostępu do ochrony zdrowia i trzeba to otwarcie wreszcie powiedzieć. Ile powinni zarabiać lekarze widać po prywatnych klinikach gdzie występuje “natutalne” równoważenie popytu i podaży. Co ciekawe kolejki do specjalistów w prywatnych klinikach świadczą, że cena usług mogłaby jeszcze poszybować w górę, ale nie robi się tego z różnych względów (nie pora jednak teraz dywagować dlaczego). Ta sama zasada dotyczy całej budżetówki.

    Zakłócenia w rynkowym wyznaczaniu wysokości zarobków (wartości pracy) mają też miejsce np. w górnictwie. Tu związki zawodowe potrafią sztucznie wywindować wynagrodzenia w górę pod groźbą rozpierduchy w Warszawie. Ich wartość zarobków z reguły rynek weryfikuje w dół, o ile nie ma okresowego wzrostu popytu na węgiel. Im większa siła związków zawodowych tym rynkowa równowaga będzie bardziej zakłócona na plus na węglokopów oczywiście.

    Przeprasam za tem przydługi wywód, ale chcę być dobrze zrozumiany. Bo jak słucham tu i ówdzie, ża każda grupa zawodowa chce mieć ileś tam procent powyżej średniej krajowej, to się uprzejmie pytam – to kto ma bladź zarabiać poniżej średniej?

    Co nam grozi? To co napisalem wyżej:
    1. Możliwość złego rozegrania partii walutowej przed przyjęciem euro i spadek realnej wartości wynagrodzeń przeliczonych w euro (ood 2,25 do 15% w zależności od tego jaki wariant wybierze rząd).
    2. Wzrost cen, przy stałych zarobkach z powodu jak wyżej.
    3. Wzrost cen dokonany przez nieuczciwych producentów nie znajdujący odzwierciedlenia we wzroście kosztów.
    Z tym jednak rząd powinien sobie poradzić. Uczmy się na błędach sąsiadów.

    A jedynym lekarstwem na gonienie zarobków niemieckich czy holenderskich jest wzrost PKB i wzrost wartości składników określających wydajność pracy.

    I na koniec. Kura może oczekiwać prostych odpowiedzi, ale tych odpowiedzi nie ma! Może uwierzyć cwaniakom, bo tak łatwiej. Tak jak łatwiej zagrać było w opcje niż samemu skalkulować ryzyko. Tzn. jes inne proste wyjście. Nazywa się to komunizm wojenny. Testował to już Lenin. Wtedy nadrzędność zastosowanych instrumentów “ekonomicznych” była gwarantowana przez CzeKa, a bankierzy wisieli równo na gałęziach.

    • Proste
      recepty, zaćma na oczach, bo moje możebyć ukrzywdzone. W tej rozmowie na Kontrowersjach brakowało spojrzenia na problem, były tylko interesy własne Nowaków i Kowalskich. O tak, one sa niezmiernie ważne, nie wolno ich lekceważyć, ale one są tu i teraz, a nie w wyabstrahowanej przestrzeni, gdzie nic od niczego nie zależy.
      Przyjmij moje uznanie,

  5. Po pierwsze co to znaczy faktyczna wartość pracy?
    Klasyczna teoria mówi o wartości pracy wynikającej z jej ceny równowagi. A więc w sytuacji gdy podaż pracy równoważy popyt na pracę. Teoretycznie wynagrodzenie może rosnąć tak długo, aż znajdować się będzie ktoś kto za twoją pracę będzie skłonny więcej zapłacić, a ty będziesz gotowa przyjąć jego ofertę. W praktyce bywa różnie. Gdy budowałem dom (2007) ceną równowagi na pracę budowlańców było np. 40 zł/m2 glazury, wylewek itp. Ale byli i tacy którzy cenili się po 60 zł/m2 i więcej i też mieli zamówienia. Dwa różne punkty względnego zrównoważenia popytu i podaży wynikające z faktu , że oferowano usługi o różnej jakości i dla różnych klientów. Nie mniej można powiedzieć, że rynek wycenia wartość ich pracy i ta cecha ma charakter obiektywny.

    Problem powstaje, gdy mamy arbitralnie wyceniać wartość pracy w sytuacji w której np. państwo zakłóca mechanizm równoważenia się popytu i podaży. Przykładem jest służba zdrowia. Popyt zostaje “sztucznie napompowany” przez system gwarantujący dostęp do usiug zdrowotnych w oderwaniu od możliwości sfinansowania tych usług przez państwo. Im bardziej gówniany system ubezpieczeń zdrowotnych, tym “napompowanie popytu” względem podaży większe i w rezultacie tym większy niedobór środków finansowych w systemie. Taka sytuacja jest w Polsce. Punkt “równowagi” wyznaczony jest wobec tego arbitralnie poprzez “głodowe” zarobki służby zdrowia. Taka jest cena powszechnego dostępu do ochrony zdrowia i trzeba to otwarcie wreszcie powiedzieć. Ile powinni zarabiać lekarze widać po prywatnych klinikach gdzie występuje “natutalne” równoważenie popytu i podaży. Co ciekawe kolejki do specjalistów w prywatnych klinikach świadczą, że cena usług mogłaby jeszcze poszybować w górę, ale nie robi się tego z różnych względów (nie pora jednak teraz dywagować dlaczego). Ta sama zasada dotyczy całej budżetówki.

    Zakłócenia w rynkowym wyznaczaniu wysokości zarobków (wartości pracy) mają też miejsce np. w górnictwie. Tu związki zawodowe potrafią sztucznie wywindować wynagrodzenia w górę pod groźbą rozpierduchy w Warszawie. Ich wartość zarobków z reguły rynek weryfikuje w dół, o ile nie ma okresowego wzrostu popytu na węgiel. Im większa siła związków zawodowych tym rynkowa równowaga będzie bardziej zakłócona na plus na węglokopów oczywiście.

    Przeprasam za tem przydługi wywód, ale chcę być dobrze zrozumiany. Bo jak słucham tu i ówdzie, ża każda grupa zawodowa chce mieć ileś tam procent powyżej średniej krajowej, to się uprzejmie pytam – to kto ma bladź zarabiać poniżej średniej?

    Co nam grozi? To co napisalem wyżej:
    1. Możliwość złego rozegrania partii walutowej przed przyjęciem euro i spadek realnej wartości wynagrodzeń przeliczonych w euro (ood 2,25 do 15% w zależności od tego jaki wariant wybierze rząd).
    2. Wzrost cen, przy stałych zarobkach z powodu jak wyżej.
    3. Wzrost cen dokonany przez nieuczciwych producentów nie znajdujący odzwierciedlenia we wzroście kosztów.
    Z tym jednak rząd powinien sobie poradzić. Uczmy się na błędach sąsiadów.

    A jedynym lekarstwem na gonienie zarobków niemieckich czy holenderskich jest wzrost PKB i wzrost wartości składników określających wydajność pracy.

    I na koniec. Kura może oczekiwać prostych odpowiedzi, ale tych odpowiedzi nie ma! Może uwierzyć cwaniakom, bo tak łatwiej. Tak jak łatwiej zagrać było w opcje niż samemu skalkulować ryzyko. Tzn. jes inne proste wyjście. Nazywa się to komunizm wojenny. Testował to już Lenin. Wtedy nadrzędność zastosowanych instrumentów “ekonomicznych” była gwarantowana przez CzeKa, a bankierzy wisieli równo na gałęziach.

    • Proste
      recepty, zaćma na oczach, bo moje możebyć ukrzywdzone. W tej rozmowie na Kontrowersjach brakowało spojrzenia na problem, były tylko interesy własne Nowaków i Kowalskich. O tak, one sa niezmiernie ważne, nie wolno ich lekceważyć, ale one są tu i teraz, a nie w wyabstrahowanej przestrzeni, gdzie nic od niczego nie zależy.
      Przyjmij moje uznanie,

  6. Po pierwsze co to znaczy faktyczna wartość pracy?
    Klasyczna teoria mówi o wartości pracy wynikającej z jej ceny równowagi. A więc w sytuacji gdy podaż pracy równoważy popyt na pracę. Teoretycznie wynagrodzenie może rosnąć tak długo, aż znajdować się będzie ktoś kto za twoją pracę będzie skłonny więcej zapłacić, a ty będziesz gotowa przyjąć jego ofertę. W praktyce bywa różnie. Gdy budowałem dom (2007) ceną równowagi na pracę budowlańców było np. 40 zł/m2 glazury, wylewek itp. Ale byli i tacy którzy cenili się po 60 zł/m2 i więcej i też mieli zamówienia. Dwa różne punkty względnego zrównoważenia popytu i podaży wynikające z faktu , że oferowano usługi o różnej jakości i dla różnych klientów. Nie mniej można powiedzieć, że rynek wycenia wartość ich pracy i ta cecha ma charakter obiektywny.

    Problem powstaje, gdy mamy arbitralnie wyceniać wartość pracy w sytuacji w której np. państwo zakłóca mechanizm równoważenia się popytu i podaży. Przykładem jest służba zdrowia. Popyt zostaje “sztucznie napompowany” przez system gwarantujący dostęp do usiug zdrowotnych w oderwaniu od możliwości sfinansowania tych usług przez państwo. Im bardziej gówniany system ubezpieczeń zdrowotnych, tym “napompowanie popytu” względem podaży większe i w rezultacie tym większy niedobór środków finansowych w systemie. Taka sytuacja jest w Polsce. Punkt “równowagi” wyznaczony jest wobec tego arbitralnie poprzez “głodowe” zarobki służby zdrowia. Taka jest cena powszechnego dostępu do ochrony zdrowia i trzeba to otwarcie wreszcie powiedzieć. Ile powinni zarabiać lekarze widać po prywatnych klinikach gdzie występuje “natutalne” równoważenie popytu i podaży. Co ciekawe kolejki do specjalistów w prywatnych klinikach świadczą, że cena usług mogłaby jeszcze poszybować w górę, ale nie robi się tego z różnych względów (nie pora jednak teraz dywagować dlaczego). Ta sama zasada dotyczy całej budżetówki.

    Zakłócenia w rynkowym wyznaczaniu wysokości zarobków (wartości pracy) mają też miejsce np. w górnictwie. Tu związki zawodowe potrafią sztucznie wywindować wynagrodzenia w górę pod groźbą rozpierduchy w Warszawie. Ich wartość zarobków z reguły rynek weryfikuje w dół, o ile nie ma okresowego wzrostu popytu na węgiel. Im większa siła związków zawodowych tym rynkowa równowaga będzie bardziej zakłócona na plus na węglokopów oczywiście.

    Przeprasam za tem przydługi wywód, ale chcę być dobrze zrozumiany. Bo jak słucham tu i ówdzie, ża każda grupa zawodowa chce mieć ileś tam procent powyżej średniej krajowej, to się uprzejmie pytam – to kto ma bladź zarabiać poniżej średniej?

    Co nam grozi? To co napisalem wyżej:
    1. Możliwość złego rozegrania partii walutowej przed przyjęciem euro i spadek realnej wartości wynagrodzeń przeliczonych w euro (ood 2,25 do 15% w zależności od tego jaki wariant wybierze rząd).
    2. Wzrost cen, przy stałych zarobkach z powodu jak wyżej.
    3. Wzrost cen dokonany przez nieuczciwych producentów nie znajdujący odzwierciedlenia we wzroście kosztów.
    Z tym jednak rząd powinien sobie poradzić. Uczmy się na błędach sąsiadów.

    A jedynym lekarstwem na gonienie zarobków niemieckich czy holenderskich jest wzrost PKB i wzrost wartości składników określających wydajność pracy.

    I na koniec. Kura może oczekiwać prostych odpowiedzi, ale tych odpowiedzi nie ma! Może uwierzyć cwaniakom, bo tak łatwiej. Tak jak łatwiej zagrać było w opcje niż samemu skalkulować ryzyko. Tzn. jes inne proste wyjście. Nazywa się to komunizm wojenny. Testował to już Lenin. Wtedy nadrzędność zastosowanych instrumentów “ekonomicznych” była gwarantowana przez CzeKa, a bankierzy wisieli równo na gałęziach.

    • Proste
      recepty, zaćma na oczach, bo moje możebyć ukrzywdzone. W tej rozmowie na Kontrowersjach brakowało spojrzenia na problem, były tylko interesy własne Nowaków i Kowalskich. O tak, one sa niezmiernie ważne, nie wolno ich lekceważyć, ale one są tu i teraz, a nie w wyabstrahowanej przestrzeni, gdzie nic od niczego nie zależy.
      Przyjmij moje uznanie,

  7. Płoną ma lica
    Dziękuję za słowa pochwały. Mile łechcą moją próżność. Nadełem się jak żaba i chodzę po domu dumny jak paw. Jeżeli udało mi się kogoś przekonać, że nie ma prostych rozwiązań to mnie cieszy. Pozostaję z szacunkiem dla czytajacych, komentujących i głosujących. Dziękuję wszystkim znaczy się.

  8. Płoną ma lica
    Dziękuję za słowa pochwały. Mile łechcą moją próżność. Nadełem się jak żaba i chodzę po domu dumny jak paw. Jeżeli udało mi się kogoś przekonać, że nie ma prostych rozwiązań to mnie cieszy. Pozostaję z szacunkiem dla czytajacych, komentujących i głosujących. Dziękuję wszystkim znaczy się.

  9. Płoną ma lica
    Dziękuję za słowa pochwały. Mile łechcą moją próżność. Nadełem się jak żaba i chodzę po domu dumny jak paw. Jeżeli udało mi się kogoś przekonać, że nie ma prostych rozwiązań to mnie cieszy. Pozostaję z szacunkiem dla czytajacych, komentujących i głosujących. Dziękuję wszystkim znaczy się.

  10. Płoną ma lica
    Dziękuję za słowa pochwały. Mile łechcą moją próżność. Nadełem się jak żaba i chodzę po domu dumny jak paw. Jeżeli udało mi się kogoś przekonać, że nie ma prostych rozwiązań to mnie cieszy. Pozostaję z szacunkiem dla czytajacych, komentujących i głosujących. Dziękuję wszystkim znaczy się.

  11. Płoną ma lica
    Dziękuję za słowa pochwały. Mile łechcą moją próżność. Nadełem się jak żaba i chodzę po domu dumny jak paw. Jeżeli udało mi się kogoś przekonać, że nie ma prostych rozwiązań to mnie cieszy. Pozostaję z szacunkiem dla czytajacych, komentujących i głosujących. Dziękuję wszystkim znaczy się.

  12. Płoną ma lica
    Dziękuję za słowa pochwały. Mile łechcą moją próżność. Nadełem się jak żaba i chodzę po domu dumny jak paw. Jeżeli udało mi się kogoś przekonać, że nie ma prostych rozwiązań to mnie cieszy. Pozostaję z szacunkiem dla czytajacych, komentujących i głosujących. Dziękuję wszystkim znaczy się.

  13. Rzeknę tak
    Ładna metafora tyle, że trochę przydługa, a ja nie będę stawał w szranki literackie, co najwyżej połliterackie. Wolę polemikę z konkretnym fragmentem tekstu.
    Przykład subiektywnych doświadczeń P.S. z Irlandii mógłbym potraktować unikiem – ja napisałem o Norwegii czy Francji. Nie w tym rzecz. W Finlandii, która uznawana jest za przykład sprawności urzędniczej i instytucjoonalnej też pewnie znajdziesz jakiś przykład , w którym pani X będzie akurat miała muchy w nosie i cię potraktuje na odwal się, a w Niemczech trafisz na zakład pracy (np. komunalny) w którym obowiązywać będzie zasada “czy się stoi…”. Takimi przykładami można się przerzucać to usranej śmieci i nic z tego nie wynika. O kulturze pracy świadczą własnie zarobki w tych krajach.

    Co do twoich złośliwości dotyyczących wskaźników i mało eleganckiego podsumowania, to przypomina mi twój wywód wyświechtane przywoływanie poglądu dotyczącego statystyk (są kłamstwa, wielkie kłamstwa i statystyki, albo ja nie piję, ty pijesz 10 litrów alkoholu, to statystycznie pijemy razem 5 litrów). To taka pop inteligencja. Łatwe, nośne w przekazie i całkiem do dupy w kontekście rzeczywistej wiedzy naukowej.

  14. Rzeknę tak
    Ładna metafora tyle, że trochę przydługa, a ja nie będę stawał w szranki literackie, co najwyżej połliterackie. Wolę polemikę z konkretnym fragmentem tekstu.
    Przykład subiektywnych doświadczeń P.S. z Irlandii mógłbym potraktować unikiem – ja napisałem o Norwegii czy Francji. Nie w tym rzecz. W Finlandii, która uznawana jest za przykład sprawności urzędniczej i instytucjoonalnej też pewnie znajdziesz jakiś przykład , w którym pani X będzie akurat miała muchy w nosie i cię potraktuje na odwal się, a w Niemczech trafisz na zakład pracy (np. komunalny) w którym obowiązywać będzie zasada “czy się stoi…”. Takimi przykładami można się przerzucać to usranej śmieci i nic z tego nie wynika. O kulturze pracy świadczą własnie zarobki w tych krajach.

    Co do twoich złośliwości dotyyczących wskaźników i mało eleganckiego podsumowania, to przypomina mi twój wywód wyświechtane przywoływanie poglądu dotyczącego statystyk (są kłamstwa, wielkie kłamstwa i statystyki, albo ja nie piję, ty pijesz 10 litrów alkoholu, to statystycznie pijemy razem 5 litrów). To taka pop inteligencja. Łatwe, nośne w przekazie i całkiem do dupy w kontekście rzeczywistej wiedzy naukowej.

  15. Rzeknę tak
    Ładna metafora tyle, że trochę przydługa, a ja nie będę stawał w szranki literackie, co najwyżej połliterackie. Wolę polemikę z konkretnym fragmentem tekstu.
    Przykład subiektywnych doświadczeń P.S. z Irlandii mógłbym potraktować unikiem – ja napisałem o Norwegii czy Francji. Nie w tym rzecz. W Finlandii, która uznawana jest za przykład sprawności urzędniczej i instytucjoonalnej też pewnie znajdziesz jakiś przykład , w którym pani X będzie akurat miała muchy w nosie i cię potraktuje na odwal się, a w Niemczech trafisz na zakład pracy (np. komunalny) w którym obowiązywać będzie zasada “czy się stoi…”. Takimi przykładami można się przerzucać to usranej śmieci i nic z tego nie wynika. O kulturze pracy świadczą własnie zarobki w tych krajach.

    Co do twoich złośliwości dotyyczących wskaźników i mało eleganckiego podsumowania, to przypomina mi twój wywód wyświechtane przywoływanie poglądu dotyczącego statystyk (są kłamstwa, wielkie kłamstwa i statystyki, albo ja nie piję, ty pijesz 10 litrów alkoholu, to statystycznie pijemy razem 5 litrów). To taka pop inteligencja. Łatwe, nośne w przekazie i całkiem do dupy w kontekście rzeczywistej wiedzy naukowej.

  16. Rzeknę tak
    Ładna metafora tyle, że trochę przydługa, a ja nie będę stawał w szranki literackie, co najwyżej połliterackie. Wolę polemikę z konkretnym fragmentem tekstu.
    Przykład subiektywnych doświadczeń P.S. z Irlandii mógłbym potraktować unikiem – ja napisałem o Norwegii czy Francji. Nie w tym rzecz. W Finlandii, która uznawana jest za przykład sprawności urzędniczej i instytucjoonalnej też pewnie znajdziesz jakiś przykład , w którym pani X będzie akurat miała muchy w nosie i cię potraktuje na odwal się, a w Niemczech trafisz na zakład pracy (np. komunalny) w którym obowiązywać będzie zasada “czy się stoi…”. Takimi przykładami można się przerzucać to usranej śmieci i nic z tego nie wynika. O kulturze pracy świadczą własnie zarobki w tych krajach.

    Co do twoich złośliwości dotyyczących wskaźników i mało eleganckiego podsumowania, to przypomina mi twój wywód wyświechtane przywoływanie poglądu dotyczącego statystyk (są kłamstwa, wielkie kłamstwa i statystyki, albo ja nie piję, ty pijesz 10 litrów alkoholu, to statystycznie pijemy razem 5 litrów). To taka pop inteligencja. Łatwe, nośne w przekazie i całkiem do dupy w kontekście rzeczywistej wiedzy naukowej.

  17. Rzeknę tak
    Ładna metafora tyle, że trochę przydługa, a ja nie będę stawał w szranki literackie, co najwyżej połliterackie. Wolę polemikę z konkretnym fragmentem tekstu.
    Przykład subiektywnych doświadczeń P.S. z Irlandii mógłbym potraktować unikiem – ja napisałem o Norwegii czy Francji. Nie w tym rzecz. W Finlandii, która uznawana jest za przykład sprawności urzędniczej i instytucjoonalnej też pewnie znajdziesz jakiś przykład , w którym pani X będzie akurat miała muchy w nosie i cię potraktuje na odwal się, a w Niemczech trafisz na zakład pracy (np. komunalny) w którym obowiązywać będzie zasada “czy się stoi…”. Takimi przykładami można się przerzucać to usranej śmieci i nic z tego nie wynika. O kulturze pracy świadczą własnie zarobki w tych krajach.

    Co do twoich złośliwości dotyyczących wskaźników i mało eleganckiego podsumowania, to przypomina mi twój wywód wyświechtane przywoływanie poglądu dotyczącego statystyk (są kłamstwa, wielkie kłamstwa i statystyki, albo ja nie piję, ty pijesz 10 litrów alkoholu, to statystycznie pijemy razem 5 litrów). To taka pop inteligencja. Łatwe, nośne w przekazie i całkiem do dupy w kontekście rzeczywistej wiedzy naukowej.

  18. Rzeknę tak
    Ładna metafora tyle, że trochę przydługa, a ja nie będę stawał w szranki literackie, co najwyżej połliterackie. Wolę polemikę z konkretnym fragmentem tekstu.
    Przykład subiektywnych doświadczeń P.S. z Irlandii mógłbym potraktować unikiem – ja napisałem o Norwegii czy Francji. Nie w tym rzecz. W Finlandii, która uznawana jest za przykład sprawności urzędniczej i instytucjoonalnej też pewnie znajdziesz jakiś przykład , w którym pani X będzie akurat miała muchy w nosie i cię potraktuje na odwal się, a w Niemczech trafisz na zakład pracy (np. komunalny) w którym obowiązywać będzie zasada “czy się stoi…”. Takimi przykładami można się przerzucać to usranej śmieci i nic z tego nie wynika. O kulturze pracy świadczą własnie zarobki w tych krajach.

    Co do twoich złośliwości dotyyczących wskaźników i mało eleganckiego podsumowania, to przypomina mi twój wywód wyświechtane przywoływanie poglądu dotyczącego statystyk (są kłamstwa, wielkie kłamstwa i statystyki, albo ja nie piję, ty pijesz 10 litrów alkoholu, to statystycznie pijemy razem 5 litrów). To taka pop inteligencja. Łatwe, nośne w przekazie i całkiem do dupy w kontekście rzeczywistej wiedzy naukowej.

  19. Co ty pieprzysz?
    Tu chodzi o podnoszenie cen przez jednego producenta a nie konkurencję cenową między różnymi producentami. Przyczepiłeś się jak pijany płotu.

    Na Słowacji wprowadzono ustawę przewidującą kary i zaostrzone kontrole dla podmiotów podwyższających ceny bezpośrednio przed i po wprowadzeniu euro i pomimo początkowego jazgotu części producentów nic specjalnego się nie stało. Średnio rozgarnięty kontroler jest w stanie wychwycić nawet przy wyrywkowej kontroli czy cena danego produktu wzrosła pod wpływem wzrostu kosztów czynników produkcji czy nie. Nie ma mowy o powrocie do cen urzędowych tylko o okresowych działaniach o charakterze prewencyjnym chroniących konsumentów.

  20. Co ty pieprzysz?
    Tu chodzi o podnoszenie cen przez jednego producenta a nie konkurencję cenową między różnymi producentami. Przyczepiłeś się jak pijany płotu.

    Na Słowacji wprowadzono ustawę przewidującą kary i zaostrzone kontrole dla podmiotów podwyższających ceny bezpośrednio przed i po wprowadzeniu euro i pomimo początkowego jazgotu części producentów nic specjalnego się nie stało. Średnio rozgarnięty kontroler jest w stanie wychwycić nawet przy wyrywkowej kontroli czy cena danego produktu wzrosła pod wpływem wzrostu kosztów czynników produkcji czy nie. Nie ma mowy o powrocie do cen urzędowych tylko o okresowych działaniach o charakterze prewencyjnym chroniących konsumentów.

  21. Co ty pieprzysz?
    Tu chodzi o podnoszenie cen przez jednego producenta a nie konkurencję cenową między różnymi producentami. Przyczepiłeś się jak pijany płotu.

    Na Słowacji wprowadzono ustawę przewidującą kary i zaostrzone kontrole dla podmiotów podwyższających ceny bezpośrednio przed i po wprowadzeniu euro i pomimo początkowego jazgotu części producentów nic specjalnego się nie stało. Średnio rozgarnięty kontroler jest w stanie wychwycić nawet przy wyrywkowej kontroli czy cena danego produktu wzrosła pod wpływem wzrostu kosztów czynników produkcji czy nie. Nie ma mowy o powrocie do cen urzędowych tylko o okresowych działaniach o charakterze prewencyjnym chroniących konsumentów.

  22. Co ty pieprzysz?
    Tu chodzi o podnoszenie cen przez jednego producenta a nie konkurencję cenową między różnymi producentami. Przyczepiłeś się jak pijany płotu.

    Na Słowacji wprowadzono ustawę przewidującą kary i zaostrzone kontrole dla podmiotów podwyższających ceny bezpośrednio przed i po wprowadzeniu euro i pomimo początkowego jazgotu części producentów nic specjalnego się nie stało. Średnio rozgarnięty kontroler jest w stanie wychwycić nawet przy wyrywkowej kontroli czy cena danego produktu wzrosła pod wpływem wzrostu kosztów czynników produkcji czy nie. Nie ma mowy o powrocie do cen urzędowych tylko o okresowych działaniach o charakterze prewencyjnym chroniących konsumentów.

  23. Co ty pieprzysz?
    Tu chodzi o podnoszenie cen przez jednego producenta a nie konkurencję cenową między różnymi producentami. Przyczepiłeś się jak pijany płotu.

    Na Słowacji wprowadzono ustawę przewidującą kary i zaostrzone kontrole dla podmiotów podwyższających ceny bezpośrednio przed i po wprowadzeniu euro i pomimo początkowego jazgotu części producentów nic specjalnego się nie stało. Średnio rozgarnięty kontroler jest w stanie wychwycić nawet przy wyrywkowej kontroli czy cena danego produktu wzrosła pod wpływem wzrostu kosztów czynników produkcji czy nie. Nie ma mowy o powrocie do cen urzędowych tylko o okresowych działaniach o charakterze prewencyjnym chroniących konsumentów.

  24. Co ty pieprzysz?
    Tu chodzi o podnoszenie cen przez jednego producenta a nie konkurencję cenową między różnymi producentami. Przyczepiłeś się jak pijany płotu.

    Na Słowacji wprowadzono ustawę przewidującą kary i zaostrzone kontrole dla podmiotów podwyższających ceny bezpośrednio przed i po wprowadzeniu euro i pomimo początkowego jazgotu części producentów nic specjalnego się nie stało. Średnio rozgarnięty kontroler jest w stanie wychwycić nawet przy wyrywkowej kontroli czy cena danego produktu wzrosła pod wpływem wzrostu kosztów czynników produkcji czy nie. Nie ma mowy o powrocie do cen urzędowych tylko o okresowych działaniach o charakterze prewencyjnym chroniących konsumentów.