Reklama

Jedna z blogerek, która bynajmniej nie jest moją przyjaciółką, a tym bardziej nie kocha mnie wygrzebała fragment spisanej na gorąco relacji.

Jedna z blogerek, która bynajmniej nie jest moją przyjaciółką, a tym bardziej nie kocha mnie wygrzebała fragment spisanej na gorąco relacji. Relacja spisana w 1983 roku, kiedy jeszcze nie było PO i PiS. Ja wklejam całą treść, bez komentarza. Tym co się pasjonują Sierpniem 80, ale nie medialnym, czy politycznym napieprzaniem, tylko rzeczywistym fenomenem i splotem 1000 zdarzeń, które złożyły się na końcowy efekt polecam gorąco. Zwłaszcza polecam zestawienie treści z autorem, który też mnie nie lubi, a ja jego. Efekt może być fascynujący. Tekst jest swego rodzaju perełką, naprawdę warto przeczytać.

Waldemar Kuczyński.

Reklama

DROGA DO STOCZNI GDAŃSKIEJ.
W sobotę 23 sierpnia 1980 r., wracając koło szóstej po południu do domu, zauważyłem w
uliczce niedaleko bloku pomarańczowego Fiata z czterema mężczyznami w środku.
Zauważyłem go dzięki nawykowi popatrywania za siebie i zwracania uwagi na
samochody ruszające za mną, jadące za mną zbyt długo lub stojące z ludźmi w środku,
jak ten. Bezpieka! Ale na kogo ta przyczajona “pluskwa” poluje? Na mnie? Ja wracam
bez “ogona”. Więc może nie na mnie? W tych latach ruch opozycyjny był już tak duży, że
nie znaliśmy się wszyscy między sobą i w osiedlu mógł być ktoś z naszych, o kim nie
wiedziałem. Minąłem samo- chód i nikt z niego za mną nie poszedł, ale to jeszcze nie był
test. Śledzono mnie dostatecznie często, by niektóre metody rozpoznać, a mieszkając tu
od lat, dobrze odkryłem sposób rozlokowania obserwatorów i samochodów, kiedy
nakładano mi obstawę. W miejscu, skąd widać klatkę schodową, stawiano “piechura” z
radiotelefonem, który zawiadamiał, czy wszedłem do domu i czy z niego wychodzę.
Piechur był niewidoczny, ale był, bo gdy wyjeżdżałem samochodem, wówczas z tej
uliczki, jakbyśmy byli związani nicią, wyjeżdżał pierwszy samochód ekipy
inwigilacyjnej. Drugi wyjeżdżał z uliczki równoległej, dwieście metrów dalej wzdłuż
ruchu ulicznego. Podjeżdżając do niej, widziałem go zwykle tam stojącego. Nikt więc
teraz nie musiał wysiadać i iść za mną.
Podchodząc do domu, nie wiedziałem, że tego dnia pojawił się szczególny powód
nałożenia mi obstawy. Oczywisty był powód ogólny: potężny strajk na Wybrzeżu i
rosnące z godziny na godzinę napięcie w kraju; nadzieja i odwaga, ale także niepokój i
niepewność. Nie wydawało mi się jednak, aby z tego tylko powodu zaczęto mnie śledzić.
Choć więc nie wątpiłem, że ta mandarynka włoskiej licencji jest na usługach bezpieki, to
nie przejąłem się jej obecnością. W tych zresztą czasach gierkowskiej koegzystencji z
opozycją posiadanie obstawy nie przestraszało tak, jak na przykład po roku 1968. Wtedy
mogło być nawet początkiem długawej odsiadki w więzieniu, podczas gdy od roku 1976 –
poza kilkoma uwięzieniami na parę miesięcy – można było oczekiwać rewizji,
przesłuchania i ewentualnie “posadzenia na cztery osiem” (48 godzin). Do takich represji
już przywykliśmy i właściwie zostały one przez opozycję zaakceptowane jako element
niepisanego traktatu o współistnieniu. Do czterdziestu ośmiu godzin nie awanturowano
się o zatrzymanych, a posiada- nie w biografii takich kontaktów z SB było nawet
uważane za atrybut dżentelmena czy damy opozycyjnej.
Po wejściu do mieszkania Halina – moja żona – popatrzyła na mnie tak, że od razu
domyśliłem się ważnej wiadomości. Spojrzała wesoło, więc i wiadomość była dobra. I
jeszcze taka mina, gdy patrzy się na kogoś ważnego. “Waldek, wzywa cię stocznia” –
powiedziała trochę z namaszczeniem, które miało być żartobliwe, ale zabrzmiało
poważnie. Waga informacji odebrała żartobliwemu tonowi żartobliwą wymowę. Miałem
wrażenie, że jest dumna, że wezwanie “Stamtąd” trafiło do naszego mieszkania.
Widziałem radość, że przekazuje mi tę informację pierwsza. Wiadomość była tak
szokująca, że zderzyła się z moją wyobraź- nią. Wiedziałem, że Tadeusz Mazowiecki i
Bronisław Geremek dotarli do Stoczni, ale przecież oni pojechali w misji symbolicznej,
żadnej innej. Mieli zawieźć strajkującym “List 64”, ogłoszony 20 sierpnia i przez swoją
obecność podkreślić solidarność z nimi, zadeklarowaną w Liście. Tak tę misję
pojmowałem i sądziłem, że tak pojmowali ją inni. I pewno słusznie, choć po tych
pragmatycznych głowach mogły snuć się nadzieje dalej idące. Ale w chwili wyjazdu
chyba nie konkretne pomysły i zamiary.
– Nie wygłupiaj się Halina, tylko mów o co chodzi – powiedziałem zniecierpliwiony.
– Nie wygłupiam się, mówię serio. Był Szymon Jakubowicz i powiedział, że jutro rano
lecicie do Gdańska samolotem rządowym, z gwarancją bezpieczeństwa i że masz o ósmej
przyjechać do Artura Hajnicza, u którego będzie na ten temat zebranie.
Stałem obok stołu, opierając o niego rękę i byłem ogłuszony. Ogłuszony zalewem
odczuć, takich myśli embrionalnych, które dopiero muszą się ukształtować, a tu nie
mogły, bo było ich za wiele naraz. Byłbym nieszczery mówiąc, że zew z Gdańska wywołał
we mnie jedynie ładne reakcje. Pierwszą był strach. “Nie jedź tam, nie jedź” –
krzyczał we mnie jakiś głos. Bałem się narastającej lawiny wydarzeń, nie pierwszy
zresztą raz od wybuchu fali strajkowej w początku lipca. Bałem się o siebie i rodzinę. Ale
także o “Polskę KOR-owską”, Polskę niezależnej prasy, wydawnictw, kursów
naukowych, łagodnej represji policyjnej. Polskę, w której realizował się unikalny układ
koegzystencji władzy z ruchem opozycyjnym, wcale niemałym, wpływającym na
poczynania rządzących, odświeżającym życie publiczne, wyprostowującym ludzi, ale za
słabym, by samodzielnie zagrozić systemowi. Polskę, której pięć lat było dla mnie wtedy
najlepszym okresem w życiu. Ta delikatna równowaga rozpadała się teraz z dnia na
dzień. Polska KOR-owska odchodziła w przeszłość. Więcej, miałem poczucie, że ginie,
że nadchodzi zawierucha, która pochłonie wszystko, co stworzono w ostatnich latach i
zostawi gołe pole, na którym za jakiś czas ktoś znów zacznie coś majstrować.
Wkrótce po strajku lubelskim odbyło się zebranie części KOR-u i jego
współpracowników na temat sytuacji i działań Powiedziałem wtedy, że byłoby najlepiej,
gdyby strajki wygasły, ponieważ wstrząsnęły już systemem dostatecznie, by wytrącić go z
marazmu, a jeszcze mu nie zagroziły. Jeżeli natomiast to się stanie, będziemy mieli
dramat i regres zamiast postępu. Moje poglądy nikogo oczywiście nie przekonały, a z
perspektywy sam uważam je za błędne. Dramat co prawda przeżyliśmy, ale w
rzeczywistość krajową i świadomość społeczną wszczepione zostało wiele nowych
pierwiastków, które nie pozwolą cofnąć społeczeństwa do zniewolenia, jak za Gomułki i
Gierka. Tak to oceniam dziś. Wtedy jednak moje pragnienia kierowały się dość wyraźnie
pod prąd nadchodzącej rewolucji. I z takim podkładem psychicznym dosięgnęło mnie
wezwanie z Gdańska. Zapraszało do oka cyklonu w chwili, gdy pragnąłem znaleźć
spokojną przystań. Teraz musiałem się przełamać, bo wiedziałem, że tam pojadę. Od
początku, jak tylko usłyszałem wiadomość. To było wezwanie nie do odrzucenia. To był
rozkaz, poparty sankcją moralną, gorszą od wszystkich niebezpieczeństw centralnego
wtedy miejsca w Polsce, jakim była sala BHP w Stoczni Gdańskiej. W tej potrzebie
musiało się stanąć. W potrzebie setek tysięcy strajkujących na Wybrzeżu i milionów w
głębi kraju, dojrzewających do strajku z godziny na godzinę. W potrzebie ludzi, którzy
odważyli się upomnieć o rzeczy ważne a nieobecne w realiach krajowych, o wolność
słowa, suwerenność społeczeństwa i demokratyzację państwa. O te wartości, których brak
kaleczy, bo skazuje na życie z kompleksem niewolnika. O to, czego nieobecność
doświadczałem sam od dwudziestu lat, gdy popadłem w konflikt z systemem. Odmowa
byłaby zaprzaństwem, kapitulacją wobec lękowej mentalności, jaką tak zwany socjalizm
realny zaszczepia w każdym, kto żyje w jego zasięgu, przyznaniem, że to, przeciw czemu
byłem, jest nieprzezwyciężalne nie tylko na zewnątrz, lecz we mnie samym, przyznaniem
w sytuacji decydującej. Testem. Oblać go, znaczyło oblać dwadzieścia lat własnej
przeszłości i resztę, która została.
Pamiętam z grudnia 1970 roku zdjęcie opublikowane w „Żołnierzu Wolności”. Para
młodych, sympatycznych ludzi. Ona w kurtce i spodniach marynarskiego kroju. Przez
rękę przewieszone jakieś odzienie, mógł być to jej płaszcz. On bez spodni, w marynarce i
wychodzącej spod niej koszuli. W ręce pewno te spodnie i także płaszcz. Pod zdjęciem
podpis: “Osobnicy z marginesu społecznego z towarami zagrabionymi w sklepach
gdańskich”. Patrzyłem na nich jak urzeczony. Naszą świadomość w 1970 roku określała
pamięć o zdławionym powstaniu robotników poznańskich. Parę miesięcy po nim
przyszedł Październik 1956 roku, ale zostało przekonanie, że we frontalnym, siłowym
starciu z władzą się przegrywa. A ci z Wybrzeża wygrali i to było wydarzenie z trudem
mieszczące się w głowie. Przez to zderzenie faktu ze świadomością robotnicy Gdańska i
Szczecina jawili się nam w Warszawie, niespokojnej ale bojaźliwej, ciągle tkwiącej przed
Grudniem, jako ludzie z innego, lepszego materiału. Podziwialiśmy ich czyn, aleśmy ich
nie widzieli. Tkwili za dymną zasłoną prasy i telewizji. I oto teraz patrzyłem w twarze
pary gdańskich “kosmitów”. Nie wiem, kim byli i w jakich okolicznościach ich
schwytano. Dla mnie nie byli rabusiami, lecz twarzą bałtyckiej rewolty. W tę sobotę, pól
pokolenia od tamtych wydarzeń obserwowanych z daleka, wzywano mnie, bym
dopomógł jej “drugiej zmianie”. Twarze z „Żołnierza Wolności” stały mi w oczach.
Gdzieś pod warstwą lęku poczułem nieprawdopodobną satysfakcję, że “to” trafiło na
mnie, że wezmę udział w tej walce.
Wieczorem jechałem do Hajnicza. Ubecka mandarynka o dziwo została na miejscu.
Myślałem o robocie, która nas czekała, o roli, jakiej nikt nie zagrał w historii socjalizmu
realnego na tej ogromnej połaci kuli ziemskiej, a myśmy mieli to zrobić. Sądziłem wtedy,
że będąc wszystkimi sympatiami po robotniczej stronie, staniemy się jednak swoistymi
mediatorami w konflikcie. Idea ekspertów strajkowych wisiała co prawda w powietrzu
już przed strajkiem gdańskim. Nie pojawiła się dzięki inteligencji, lecz przez to, że ruch
strajkowy, dojrzewając politycznie, prze- chodząc od rewindykacji płacowych do bardziej
skomplikowanych postulatów ekonomicznych i instytucjonalnych, napotkał barierę
kwalifikacji. Odczuł potrzebę fachowej porady. Pierwsi zgłosili ją robotnicy z Ursusa,
chcący utrwalić strukturę strajkową w postaci niezależnej Komisji Robotniczej. Wśród
postulatów Komisji był dodatek drożyźniany, koncepcja automatycznego weryfikowania
płac zależnie od wzrostu kosztów utrzymania. Zbigniew Bujak, szef strajkowy “Ursusa”,
chciał mieć ją skonsultowaną z ekonomistami. Eksperci czekali więc już w przed- pokoju
rewolucji. Ale wtedy byłem bardziej pod wpływem logiki “Listu 64” z 20 sierpnia, w
którym autorzy, solidaryzując się na gruncie wartości z robotnikami, na płaszczyźnie
pragmatyczno-politycznej apelowali do obu stron o zapobieżenie eskalacji konfliktu i
wzywali rząd do negocjacji z Międzyzakładowymi Komitetami Strajkowymi. List był
więc w niektórych sformułowaniach wyrazem intencji mediacyjnych. To było oczywiste,
ponieważ opracowany został przez środowiska TKN, DiP, KiK, które mniej lub bardziej
zdecydowanie uprawiały opozycję wobec władz i systemu, lecz nie cechowały się
radykalizmem. Postawy mediacyjne były więc tu popularne. Okazało się jednak szybko,
że rewolucja w fazie strajkowej erupcji nie zgłasza zapotrzebowania na taką rolę, że w
starciu dwu potężnych sił nie ma miejsca dla mediujących jednostek, choćby
rozporządzały najwspanialszymi intelektami, że trzeba wybrać dla siebie stronę i dopiero
wybrawszy ją, opowiedziawszy się za nią, zrozumiawszy granice swobody, można zrobić
coś, by strony wyszły ze zwarcia kompromisem. Później, po powstaniu “Solidarności”,
mediatorzy odegrali pewną rolę w rozładowywaniu sytuacji konfliktowych. Największym
sukcesem była akcja Stefana Bratkowskiego na rzecz uwolnienia Jana Narożniaka i Piotra
Sapieły aresztowanych w końcu listopada 1980 r. w związku z powielaniem w lokalu
Zarządu Regionalnego NSZZ “Solidarność” Mazowsze tajnej instrukcji prokuratora
generalnego o metodach walki z opozycją. Inne mediacje miały drugorzędne znaczenie.
Bardziej skuteczna była działalność ludzi kompromisu, identyfikujących się z którąś ze
stron. To doświadczenie dopiero musieliśmy zdobyć. Zdobyliśmy je – jedni łatwiej, inni
trudniej – znalazłszy się wewnątrz strajku, w polu działania jego praw i psychologii. Jacek
Kuroń powiedział kiedyś, że tylko ten uważa, iż strajkiem można łatwo manipulować, kto
nie widział go na oczy. Wtedy, w wigilię wyjazdu do stoczni, byliśmy jeszcze w kręgu
nieco megalomańskiego mitu o skuteczności wpływania słowem – to znaczy
instrumentem naszego środowiska – na świadomość i zachowania społeczne. Pierwsze
doświadczenia ze strajkiem nauczyły nas pokory i zrozumienia swego miejsce.
Myślałem i o tych “gwarancjach bezpieczeństwa” i “rządowym samolocie”. Trochę to
uspokajało. Trochę, bo jeśli nawet takie zapewnienia dano, to mogły być od ręki cofnięte.
Ale nie to mnie zajmowało. Gwarancje dla ludzi jadących pomagać drugiej stronie, dla
ludzi od lat z systemem skłóconych, których jeszcze dwa dni wcześniej zatrzymywała
Służba Bezpieczeństwa i robiła rewizje w ich mieszkaniach, to był fenomen nie z tej
socjalistycznej realności, świadectwo zmian zapowiadających postawienie świata, w
którym żyliśmy, na głowie. Po prostu bajka. Od perspektyw ponurych podziemi Pałacu
Mostowskich do gwarancji bezpiecznej podróży pod skrzydła Wałęsy i to wszystko na
przestrzeni dwu dni. Mózg się gotował.
U Hajnicza zastałem poza nim: Tadeusza Kowalika, Bohdana Cywińskiego, Andrzeja
Wielowieyskiego, Szymona Jakubowicza, Ryszarda Bugaja, Adama Kerstena. Wszyscy
byli pod wrażeniem wiadomości, którą tego dnia przekazał telefonicznie Kowalikowi
Bronisław Geremek ze stoczni gdańskiej, choć nie wiem, czy reagowali podobnie jak ja,
czy inaczej. Geremek powiedział, że konieczny jest przyjazd do stoczni kilku osób, które
dopomogłyby MKS-owi w rokowaniach z Komisją Rządową, jako eksperci. Wzywani
byli oprócz Kowalika: Cywiński, Wielowieyski, Jadwiga Staniszkis i ja. Jadwigi wśród
nas nie było, bo tego dnia wyruszyła samodzielnie samochodem do Gdańska. Geremek
powiedział też, że potrzebny jest prawnik i dał w tej sprawie wolną rękę Kowalikowi.
Jego wybór padł na docenta L. K. i okazał się niefortunny. Po przyjeździe do stoczni L.
K. zorientował się, że mamy być doradcami strony robotniczej, a nie mediatorami.
Dotarło do niego – jak i do nas – że postulat pierwszy, stworzenia Wolnych Związków
Zawodowych jest najważniejszy. Nie zamierza się od niego odstąpić, nie stanowi on
elementu przetargowego do odpuszczenia. W tej sytuacji L. K. zrezygnował. Zastąpił go
z powodzeniem przybyły wkrótce prof. Jerzy Stembrowicz, a także prof. Andrzej
Stelmachowski i mecenas Jan Olszewski. Bronek dodał, że mamy gwarancję
bezpieczeństwa i zarezerwowane bilety na poranny samolot w niedzielę. Wiadomość o
rządowym samolocie okazała się bajką, słojem, w jakie obrasta informacja,
przekazywana z ust do ust. Wkrótce okazało się, że bajka jest bogatsza. O tym, jak doszło
do telefonu Geremka, dowiedziałem się już w stoczni, a dalszych szczegółów dopiero
podczas wieczornych odtwarzań wydarzeń w Jaworzu, obozie internowania. Robiliśmy to
w stałym gronie. Opowiadali Mazowiecki i ja, a po przywiezieniu w końcu stycznia 1981
r. Geremka i Andrzeja Celińskiego, także oni. Wyciągali z nas zwierzenia Jerzy Jedlicki,
Andrzej Drawicz, Aleksander Małachowski i Stefan Amsterdamski. Gdy opuszczałem
Jaworze, doszliśmy do konfliktu rejestracyjnego w listopadzie 1980 r., zyskując sobie
przy okazji wśród kolegów, nie uczestniczących w tych wykopaliskach, ironiczną i
nieszacowną ksywę “Biura Politycznego”. Ale to się przydało, odświeżyło pamięć.
Pozwoliło rozkleić trochę faktów sprasowanych przez ogrom wydarzeń tego wielkiego
półtorarocza.
Mazowiecki i Geremek dotarli do stoczni bez większych kłopotów w sobotę 23 sierpnia
rano. Mieli jakieś drobne trudności ze strażą robotniczą przy wejściu, ponieważ
stoczniowcy starali się zapobiec przenikaniu do wewnątrz osób niepożądanych, a oni byli
nie znani. Potem zaprowadzono ich do Wałęsy. Powiedzieli, że przyjeżdżają z Warszawy
i przywożą list 64 intelektualistów, solidaryzujących się ze strajkiem. Lech przyjął ich
bardzo życzliwie, lecz sarn list nieco zbagatelizował. Powiedział coś w tym rodzaju:
“Tak, tak my już wiemy o tym liście z «Wolnej Europy», ale co moglibyście zrobić dla
nas tak konkretnie?”
Od czwartku 21 sierpnia sytuacja się zmieniła. Tego dnia Barcikowski podjął rozmowy z
MKS Szczecin na temat tamtejszych 36 postulatów. W piątek rano „Głos Wybrzeża”
doniósł o zastąpieniu Pyki, dotychczasowego przewodniczącego Komisji Rządowej w
Gdańsku, przez Jagielskiego. Jagielski próbował jeszcze krótko taktyki swego
poprzednika: rozmawiania z Komitetami Strajkowymi poszczególnych zakładów,
ignorowania MKS i rozbijania solidarności strajkujących, ale było oczywiste, że ta
taktyka się załamała. Szesnaście zakładów rozmawiających dotąd z Pyką, wróciło do
MKS. Faktem, który, jak się wydaje, o tym przesądził, była historia komunikatu z
separatystycznych negocjacji tej siedemnastki i Komisji Rządowej. W kluczowym
fragmencie uzgodnionego tekstu były sformułowania bardzo niejasne, dające się od biedy
zinterpretować jako zgoda na nowe związki zawodowe. Dla negocjujących z Pyką był to
główny powód zadowolenia i legitymacja uzasadniająca ich secesję z MKS. Komisja
Rządowa zobowiązała się przygotować na końcowe posiedzenie ostateczny dokument,
wprowadzając co najwyżej korekty stylistyczne. Kiedy jednak miało dojść do podpisu,
owa stylizacja zaszokowała i wzburzyła strajkujących. Punkt pierwszy brzmiał teraz
dokładnie jak obietnice Gierka sprzed paru dni. Było to oczywiste nadużycie, świadectwo
lekceważenia partnera i elementarnych reguł negocjacji, jaskrawy wyraz złej woli, jeszcze
jedna obraza ludzi, dodana do tych nagromadzonych od lat i to w chwili, gdy
powiedziawszy wreszcie dość, oczekiwali szczególnie uczciwości intencji i
poszanowania własnej godności. O dalszych rozmowach nie było mowy. Pykę
zdymisjonowano, lecz trudno powiedzieć, czy dlatego, że stracił wiarygodność u
strajkujących, czy dlatego, że nie zadowolił mocodawców, obiecując za dużo w punkcie
pierwszym. Myślę, że chodziło raczej o to drugie. Stał się w oczach strajkowej
publiczności uosobieniem aparatczyka, chcącego ich “wykolegować”. Jego odejście
powitano z radością i skwitowano natychmiast dowcipem, że “Wałęsa chodzi po stoczni i
sobie pyka, a Pyka chodzi po Warszawie i się wałęsa”. Nominacja Jagielskiego
wzmocniła też strajkujących, których determinacja słabła wraz z przeciąganiem się braku
widoków na uznanie MKS przez władze i rozpoczęcie z nim negocjacji. W czwartek
objawy kryzysu psychicznego były tak wyraźne, że Wałęsa, przemawiając następnego
dnia na Plenum MKS, stwierdził, iż “od wczoraj sytuacja trochę się skomplikowała,
ludzie są zmęczeni, część chce wyjść. Wypuszczamy na 4-5 godzin do domu”.1/ W
piątek nadzieja odżyła, następny kryzys pojawił się prawie dokładnie w tydzień później.
Perspektywę rozmów przyjęto powszechnie z ogromną ulgą, bo otwierała nadzieję na
zakończenie strajku, zmniejszenie niepokoju i niepewności dających się już we znaki, a
także była źródłem satysfakcji dla MKS, uznanego wreszcie za naczelną władzę
strajkującego regionu i partnera. Wałęsa czuł to samo, ale oprócz tego duży niepokój i
rozterkę. Doskonale rozumiejąc strajk i panując nad nim wiedział, że zbliża się
decydujący etap batalii, rozmowy przy stole, wymagające nieco innych kwalifikacji.
Sytuacja była dla niego zupeb1ie nowa, a odpowiedzialność ogromna. Nie czuł się wobec
niej tak pewnie jak wtedy, gdy przemawiał do delegatów załóg czy publiczności przed
bramą. Zwierzając się nam, powiedział: “Wiedziałem dokładnie, co mam robić, dopóki
nie zgodzili się rozmawiać. A teraz nie wiem i musicie mi pomóc”. Potrzebował więc
pomocy i stąd to pytanie do Mazowieckiego i Geremka. Dowód jego wrodzonych
talentów politycznych, trzeźwej oceny własnych możliwości i umiejętności chwytania w
lot okazji, korzystania z pomocy innych. Nie wiem, czy w tym momencie mieli oni już
omówiony zamiar stworzenia Komisji Ekspertów. Bardziej prawdopodobne jest, że idea
ta, tkwiąca, jak pisałem, w powietrzu, przybrała dopiero wówczas sprecyzowaną postać.
Geremek odpowiedział mniej więcej tak: “Panie Lechu, mają się zacząć rozmowy z
Jagielskim, może by powołać zespół ekspertów, który pomógłby MKS-owi w
negocjacjach. Można by tu ściągnąć ludzi z Warszawy”. Wałęsa bez wahania zgodził się,
dał im wolną rękę w doborze osób, a także powie- dział, że MKS załatwi z wojewodą
gdańskim, Kołodziejskim, gwarancję bezpiecznego przyjazdu dla nas.2/ Kołodziejski dał
takie zapewnienie, przypuszczam, po uzgodnieniu przynajmniej z JagieIskim, a być może
z Warszawą. Przypuszczenie to opieram wyłącznie na znajomości logiki działania władz
terenowych, które nie podejmują ważnych decyzji bez aprobaty zwierzchników. A to była
ważna decyzja. Nie wiem, czy gwarancja dotyczyła Gdańska, Warszawy, czy też była
nieokreślona. Do nas dotarcia tak, jakby dotyczyła także Warszawy. Jakie mogły być
motywy zgody na żądanie MKS – za chwilę.
Skład Komisji Ekspertów ustalili Mazowiecki i Geremek. Sądzę, że brali pod uwagę
kryterium przydatności merytorycznej i politycznej bliskości. Chcieli, by Komisja była
zwarta, potrafiła współpracować ze sobą i by w toku negocjacji nie doszło w niej do
konfliktów. Będąc ludźmi opozycji, lecz i kompromisu, takich właśnie dobrali
współpracowników. Wybrali głównie przyjaciół, do których mieli zaufanie. Wybór był w
zasadzie trafny. Pracowaliśmy zgodnie. Jedynym konfliktem, bez szczególnych
następstw, był sprzeciw Jadwigi Staniszkis wobec propozycji zawarcia w porozumieniu
klauzuli o uznaniu przez Związek kierowniczej roli PZPR w państwie. Ja znalazłem się
na liście, po- nieważ znał mnie Geremek z pracy Komisji Programowej TKN, a także
dzięki książce “Po wielkim skoku”, którą przeczytał Mazowiecki podczas urlopu, tuż
przed wybuchem strajków i która zrobiła na nim wrażenie. Osobiście znaliśmy się wtedy
słabo. Zaprzyjaźniła nas dopiero rewolucja, a szczególnie „Tygodnik Solidarność”.
Nie pamiętam dokładnie dyskusji u Hajnicza. Próbowaliśmy rozmawiać o tym, co jest
możliwe do uzyskania i o naszej roli. Postulaty MKS znaliśmy słabo, najlepiej te
najważniejsze, polityczne. Rozmowa ograniczyła się do nich. Zachowałem wrażenie, że
krąg naszej wyobraźni pozostawał wyraźnie za biegiem wydarzeń. Tkwiliśmy w
atmosferze Warszawy, gdzie ruch strajkowy po kilku krótkotrwałych kulminacjach
przygasał, a równocześnie doszło do kontrataku władz przeciwko środowisku
opozycyjnemu. Od 20 sierpnia po południu zaczęły się aresztowania członków i
współpracowników KOR. zataczające coraz szerszy krąg. Układ sił oceniany z tego
miejsca wyglądał inaczej niż dla naszych dwu przyjaciół w Stoczni. W tym miejscu i
momencie wydawało się, że uzyskać można niewiele, natomiast wiele stracić. Tak
sądziłem ja i Bugaj. Wątpię, by opinia pozostałych znacznie się różniła od naszej.
Punkt pierwszy postulatów gdańskich wyglądał na nieosiągalny. Jeszcze nie
zobaczyliśmy tego drugiego realizmu, realiów strajku, determinacji ludzi dążących do
stworzenia gigantycznej organizacji samoobrony przed samowolą wyobcowanego
państwa, związku zawodowego pracowników komunizmu. Jeszcze tkwiliśmy wyłącznie
w realiach geopolityki i systemu jako jej od- bicia. A w Polsce były już wtedy dwa
realizmy. Tylko na razie oddzielone: jeden w pasie Wybrzeża, drugi w głębi kraju.
Wydawało się, że to, co w tym punkcie można uzyskać, wybiega niewiele ponad wolne
wybory do rad zakładowych i wejście do nich przywódców strajkowych. Do żadnych
konkluzji nie doszło. Rano mieliśmy spotkać się na lotnisku. Po zebraniu pojechałem do
Tadeusza Kowalika, u którego czekał na nas Karol Modzelewski. Czas Karola – mojego
młodzieńczego idola, założyciela Klubu Politycznego na Uniwersytecie Warszawskim w
1962 roku – miał dopiero przyjść. Człowiek z jego temperamentem, talentami i biografią
nie mógł znaleźć się poza ruchem. Ale tego dnia czuł się za burtą. “Tak bardzo Wam
zazdroszczę, że tam jedziecie – mówił – nie macie pojęcia, jak chciałbym jechać z Wami”.
Miał chyba nadzieję, że zaproponujemy mu dołączenie i pewno żal, że tego nie
zrobiliśmy. W opozycji drugiej połowy lat siedemdziesiątych dominował pogląd, że
punktem odniesienia działań jest społeczeństwo, a nie władza, że główny cel to
niezależna samoorganizacja społeczna poza instytucjami systemu, a nie namawianie
rządzących do ich reform. Idea samoorganizacji dała świetne rezultaty. Lecz miała zły
skutek uboczny, który do Sierpnia nie dawał o sobie znać, bo ruch, chuć o wiele większy
niż w przeszłości, był ciągle zbyt mały, aby wpływać na układ sił we władzach i ich
poczynania. W rezultacie utrwaliło się przekonanie, iż wzgląd na odbiór naszych działań
przez władze nie może być miarą ich celowości. Miarą była wyłącznie skuteczność w
dziele samoorganizacji społecznej, a wprowadzanie do dyskusji tego drugiego elementu
źle widziano. Stało się atrybutem ugodowca, człowieka bojaźliwego i tkwiącego ciągle w
iluzjach rewizjonizmu. Po Sierpniu, w zupełnie nowej sytuacji, to przeświadczenie,
schemat myślowy dobrze pasujący do poprzedniego okresu, zaciążyło moim zdaniem na
polityce Związku i wielu jego wybitnych postaci. Lekceważenie procesów zachodzących
we władzach pod wpływem własnych działań sprawiało, że integrowaliśmy je wokół
pomysłu rozprawy ze Związkiem. Podczas gdy można było pogłębiać istniejące wśród
nich podziały, szukać sojuszników, partnerów dla wypracowania trwalszego modus
vivendi lub choćby utrudniać zjednoczenie wokół pałki. Nie podzielaliśmy tej
opozycyjnej mody ani przedtem, ani szczególnie w tych dniach dramatycznej zmiany
sytuacji, burzliwego rodzenia się masowego ruchu zdolnego wstrząsnąć systemem, a
nawet mu zagrozić. Karol również. Dlatego sądzę, że rozumiał i uznawał przyczynę
naszej rezerwy. Wiedział, że jest nią jego przeszłość, jego nazwisko – symbol. Symbol
bezkompromisowego przeciwnika systemu, ukształtowany wiele lat wcześniej i ciągle
żywy w świadomości drugiej strony, mimo bardzo długiej pauzy w działalności
społecznej. I mimo tego, że odmienił go upływ czasu, jak i nas. Na system patrzył jak
przed laty, podczas dyskusji w Klubie Politycznym, lecz możliwości zmiany oceniał
ostrożnie. Dał temu wyraz wcześniej, w liście otwartym do Gierka, krytykowanym ostro
w opozycji za ugodowość. W tę sobotę był też ostrożny, może bardziej niż my. Rozumiał,
że jego uczestnictwo w rokowaniach po stronie robotniczej, może dać dodatkowy
argument propagandzie i tym we władzy, którzy chcieli rozstrzygnąć siłą. Sposób wyjścia
z konfliktu był wtedy niejasny. Zależał nie tylko od potęgi strajku i zachowań
strajkujących, ale także od układu sił we władzach, balansującego od konfrontacji do
ugody. Nie wolno zatem było – poza absolutną koniecznością – robić niczego, co by
mogło, choćby niewiele, przesunąć ten układ w złym kierunku. Dlatego z nami nie
pojechał. Ponadto mieliśmy ograniczone uprawnienia w doborze ludzi. Decyzja zależała
od Mazowieckiego i Geremka. Oni byli na miejscu i wiedzieli lepiej. W ocenie stawki do
wygrania Karol był bardzo ostrożny. Nie pamiętali jego argumentacji ani konkretnych
propozycji, które dał nam na piśmie. Była tam idea instytucjonalizacji ruchu strajkowego
w postaci rad pracowniczych, ciał bardziej samorządowych niż związkowych,
wyłonionych w drodze wolnych wyborów przez załogi. Postulat utworzenia Wolnych
Związków Zawodowych uważał za nierealny, jak inni tkwiący poza klimatem strajku.
Wśród osób, z którymi rozmawiałem w tych dniach, Jacek Kuroń czuł chyba najlepiej,
cóż to za wiatr wieje z Wybrzeża i wygraną widział ogromną. A – przecież i on w
ostatniej chwili zwątpił. “Mówiłem Adamowi – wspominał potem – by jechał do stoczni
przekonać ich, że ten punkt pierwszy jest nie do uzyskania. Na szczęście obu nas
zamknęli”. Michnik zgodził się, lecz zamiast do stoczni powędrował do paki. Gdyby
pojechał, nic by nie wskórał, a najpewniej zrezygnowałby po powąchaniu gdańskiego
powietrza. Determinacja strajkujących w sprawie związkowej nie dawała nikomu szans
opozycji. Można było polubić to, co “nierealne” – zresztą dawało się lubić od pierwszego
wejrzenia – lub wracać do domu. Karol powiedział, że gdyby okazał się potrzebny,
przyjedzie do Stoczni. Wezwania nie dostał, ale po paru dniach przyjechał sam, ciągle z
bagażem warszawskiej atmosfery i tą propozycją rad pracowniczych. Wtedy nie odegrał
jeszcze żadnej roli.
Noc miałem bezsenną, rano zmęczony ruszyłem na lotnisko. Do torby oprócz rzeczy
osobistych wrzuciłem “Po wielkim skoku” jeszcze w wydaniu NOW-ej i rocznik
statystyczny. Pomyślałem, że mogą się przydać w pracy i przy jakiejś pogadance dla
strajkujących. Z rodziną pożegnałem się jak przed każdą podróżą, Halinie powiedziałem
tylko, że wrócimy w chwale albo zasiedlimy na lata państwowe mamry, jeśli nie gorzej.
Wsiadłem do taksówki. Ubecka mandarynka ruszyła za nami. A jednak!
Pod kasami biletowymi na Okęciu byli już wszyscy. Także Adam Kersten, który nas
odprowadzał, ale nie mógł niestety widzieć, co stało się, gdy przechodziliśmy przez
kontrolę biletów i bagaży. Sądził, że odlecieliśmy bez przeszkód. W różnych miejscach
sali biletowej grupki mężczyzn w sile wieku obserwowały nas bez specjalnego
kamuflażu. Było ich chyba z piętnastu. Prawdziwa gwarancja bezpieczeństwa. “Kochani,
mamy potężną obstawę” – powiedziałem zamiast dzień dobry. “Widzimy, widzimy –
spokojnie” – odpowiedział Andrzej Wielowieyski, taszczący wielką czarną teczkę
dokumentnie wypchaną. Na pewno roiło się w niej od kanapek przyrządzonych przez
żonę. Z teczki Andrzeja zawsze można było wytargać jakąś kanapkę, choćby sprzed paru
dni.
Była ubecja, biletów zarezerwowanych nie było. Więc je kupiliśmy. Trochę czasu
upłynęło na wzajemnym taksowaniu się z tajniakami. Rozmowa nie szła, jakieś żarty,
podenerwowanie. Wreszcie pora odlotu. Przechodziłem pierwszy przez kontrolę biletów.
Pan w przyzwoitym garniturze, średnim wieku i bez wy- razu poprosił mnie do środka.
Zażądał dowodu i otwarcia torby. Wziął “Po wielkim skoku”, popatrzył, włożył z
powrotem, “Panie Kuczyński, przykro mi, ale zmuszony jestem przerwać pański lot” –
powiedział spokojnie. Na taki moment nigdy nie jest się przygotowanym, nawet go
oczekując. Słowa, które wtedy padają, zawsze uderzają obuchem. Dowód zatrzymał i
kazał przejść do poczekalni. Byłem przekonany, że powodem jest ta nieszczęsna książka i
kląłem się najgorszymi słowami. Dopiero teraz wyszło, jak bardzo mi zależało na tym
locie. “Ja tu będę kiblował, a oni polecą!”. Bo byłem przekonany, że tamci polecą. A tu
nagle z kabiny wychodzi Bohdan Cywiński. Okrągła gęba czerwona z podniecenia i też
bez dowodu. “Zatrzymali?” – pytam. “Zatrzymali”. Odetchnąłem. Przestałem oklinać
siebie i książkę. W każdym razie nie ja jestem winien, lecz wojewoda Kołodziejski. Po
chwili byliśmy znów razem. Bez dowodów. Cywil w towarzystwie milicjanta
zaprowadził nas do małego pokoju w budynku lotniska. Milicjant usiadł przy drzwiach.
Milczał. Byliśmy pod strażą. Czas płynął, samolot odleciał. Po przeszło godzinie wszedł
cywil, który przedstawił się jako pułkownik MSW. Nazwiska nie pamiętam. Wysoka,
smukła postać. Zapadłe policzki, twarz jak z filmów Bergmana, trochę niesamowita.
Zapamiętałem dobrze jego słowa. Powiedział: “Proszę panów, Służba Bezpieczeństwa
otrzymała informację, że siły antypaństwowe zdecydowały wykorzystać wasz lot dla
swoich celów. Dlatego zostaliście zatrzymani. Ale teraz sytuacja się wyjaśniła i jeśli
sobie życzycie, możecie kontynuować lot najbliższym samolotem. Dowody zaraz
dostaniecie z powrotem, a bilety, jeżeli zdecydujecie się lecieć, proszę mi dać, to je
przestemplujemy”. Zadałem mu złośliwe pytanie: “Czy pan pułkownik może nam
zagwarantować, że siły antypaństwowe nie wykorzystają dla swoich celów naszego
lądowania w Gdańsku?” Popatrzył, uśmiechnął się rozumiejąco, pomilczał i ociągając się
odpowiedział: “Tak… tak, to mogę panom zagwarantować. Oby lot państwa był w
interesie tego kraju”, a po chwili jeszcze: “Ten konflikt trzeba rozładować, koniecznie
rozładować”.
Wkrótce byliśmy wolni. W poczekalni podszedł do nas milicjant, uśmiechnięty, trochę
podekscytowany: “Panowie, wiemy, że lecicie do Wałęsy, my naprawdę myślimy to
samo, co oni, to już dłużej tak być nie może. Ci zresztą – pokazał ręką na ciągle obecnych
tajniaków – też myślą to samo, tylko się jeszcze boją”. On się przestawał bać, dla nas zaś,
zaskoczonych mile tym niezwykłym gestem, był to dowód, że wyzwoleńcza fala z
Wybrzeża owiewa już niezdecydowaną Warszawę. Potem jakaś kawa w bufecie ciągle z
taksującą nas obstawą, rozmowy, żartem, ale z nutą na serio, czy aby ten samolot z nami
wyląduje w Gdańsku i wreszcie lot. Wstyd przyznać, pierwszy raz byłem w samolocie.
Po niespełna godzinie podchodziliśmy do lądowania. Na obrzeżu lotniska spory rząd
wojskowych namiotów. Obstawa obiektu, a pewno i fragment pogotowia
konfrontacyjnego.
Gwarancja pułkownika z Warszawy działała. Śladu obstawy. Mogą jeszcze zwinąć po
drodze, ale wygląda na to, że nas puścili do Lecha. Dlaczego? Samo przerwanie lotu nie
przeszkodziłoby oczywiście w dotarciu do stoczni. Przyjechało tam wielu ludzi z
Warszawy. Trzeba by więc nas aresztować, co też załatwiało sprawę połowicznie, bo
najważniejsi – Mazowiecki i Geremek – byli już na miejscu. Skoro zaś formowała się przy
MKS i tak instytucja “osób wspomagających strajk” (np. Konrad Bieliński wydawał
„Solidarność”, Ewa Milewicz wykonywała różne prace administracyjne, Bogdan
Borusewicz był faktycznym doradcą Prezydium, podobnie prawnik gdański Leszek
Kaczyński itp.), to mógł być też wyłoniony z nich zespół ekspertów. Władze centralne
najpierw w ogóle nie chciały rozmawiać ze strajkującymi, wyręczając się dyrekcjami
zakładów, potem zgodziły się na negocjacje indywidualne z Zakładowymi Komitetami
Strajkowymi, stawiając początkowo wstępne warunki polityczne odcięcia się od KOR i
KPN. Potem z nich zrezygnowały. Wreszcie uznały MKS-y. Najchętniej oczywiście
rozmawiałyby bez udziału “osób wspomagających”, ponieważ mogłyby wtedy
skuteczniej wykorzystać przy stole własną przewagę fachowych kwalifikacji, a także
umiejętności manipulacyjne. Widać to najlepiej, gdy porównuje się teksty porozumienia
gdańskiego i szczecińskiego. Rola osób wspomagających i ekspertów w Szczecinie była
bez porównania mniejsza niż w Gdańsku. Porozumienie Szczecińskie, szczególnie w
punkcie związkowym, jest o wiele mniej precyzyjne, dające się łatwiej wyinterpretować
przeciwko stronie robotniczej, słabsze jako prawna gwarancja wywalczonych praw. A
trzeba pamiętać, że ten gorszy wynik negocjacji mógłby być jeszcze gorszy gdyby nie to,
że nawet na odległość, mimo przerw w łączności, Gdańsk przez kontakty osobiste działał
usztywniająco na robotniczych negocjatorów w Szczecinie. On nadawał ton. Władze
dobrze zdawały sobie sprawę, że Szczecin jest słabszym odcinkiem, na którym mogą
ponieść mniejszą porażkę. Spektakularnym dowodem tej świadomości była sobota 30
sierpnia, kiedy przerwano połączenie telefoniczne z Gdańska, gdzie jeszcze trwały
negocjacje, do Szczecina, gdzie już podpisywano porozumienie, podczas gdy łączność
telefoniczna ze Szczecina do Gdańska działała. Myśmy słyszeli, co mówią oni, oni nie
słyszeli, co my mówimy. Byłoby oczywiście błędem twierdzenie, że negocjacyjna siła
MKS gdańskiego wzięła się wyłącznie z powołania Komisji Ekspertów. Nawet gdyby jej
w ogóle nie było, Gdańsk byłby o wiele trudniejszym orzechem do zgryzienia dzięki
temu, że wielu przywódców strajkujących miało doświadczenia z działalności
opozycyjnej w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, bardzo tam żywej. Ale i Komisja
miała niewątpliwie swój duży udział. “Zapytałem Mazowieckiego – wspomina Lech
Bądkowski w «Przypisach dnia» w „Zapisie”, pisząc o ekspertach – do kiedy możemy
liczyć tu na ich obecność i pomoc (niepokoiłem się, co będzie, jeśli wkrótce wyjadą;
wnosili oni ład i rozwagę, tym samym zwiększali siłę MKS). Mazowiecki, spokojnym jak
zawsze głosem, powiedział «Będziemy wam towarzyszyli do końca»”. Lepiej byłoby
więc dla władz, gdyby ekspertów i osób wspomagających zabrakło. Ale strajk ich
potrzebował i ława dla tej kategorii ludzi tak lub inaczej zapełniłaby się w pokoju
Prezydium MKS. Kalkulacja mogła więc być taka, że skoro i tak się to stanie, lepiej, by
zasiedli na niej ludzie z umiarkowanego nurtu opozycji niż z nurtów bardziej
radykalnych. Słowa pułkownika MSW na lotnisku w Warszawie dowodzą, że robiono
sobie większe nadzieje, niż chcieliśmy spełnić. Liczono pewno, że będziemy bardziej
mediować i rozładowywać konflikt, niż zabiegać o prawa robotnicze i społeczne. Ale
zarazem potwierdzają one powyższe przypuszczenia.
Byliśmy więc w Gdańsku. Strajk był wokół nas, choć jedyny dotąd dowód niezwykłego
stanowiły te wojskowe namioty na skraju lotniska. Ale już się to czuło. Telefon z lotniska
do stoczni. Zaraz po nas jadą. Przyjechały dwie taksówki pracujące dla MKS.
Ruszyliśmy. Prawie normalnie. Ludzie chodzą, taskają torby, pchają wózki, jakaś para się
całuje, dziadki siedzą na ławkach, psy biegają. Kręcimy głowami na prawo i lewo,
szukamy łapczywie tego strajku. Oczywiście jest. Im gęstsze zabudowania, tym wyraźniej
dostrzegalny brak komunikacji i mały ruch samo- chodowy. Stacje benzynowe w
Trójmieście nie sprzedają benzyny na skutek zablokowania przez władze. Nasi
taksówkarze dostają przydziały ze źródeł MKS. “Panie – mówi kierowca – tu wszędzie
rządzi MKS”. Brzmi to trochę niesamowicie. Nigdzie go nie widać, a rządzi. Tylko te
puste torowiska, w najdalszej perspektywie żadnego tramwaju. Jedyny ślad miasta
zastygłego w proteście. Potem, już blisko stoczni, jeszcze nieruchome dźwigi. Takie
ogromne ptaki, stojące od wielu dni bez ruchu. Paręset metrów przed bramą czeka
Geremek. Wysiadają Kowalik, chyba też Wielowieyski i idą pieszo. My ruszamy.
Mijamy dwa milicyjne radiowozy. Dowód, że władza nad tym miastem jest jeszcze ciągle
podzielona. Przed bramą dużo ludzi, rozstępują się powoli, patrzą na ludzi w środku z
rezerwą; nasi czy “Oni”? Uśmiechamy się, machamy rękami. Biorą nas za swoich, pewno
za delegatów z kolejnego zakładu popierającego strajk. Brawa. Brama umajona, portrety
papieża, na lewo kilkumetrowy krzyż i masa kwiatów. Znicze. Tu będzie pomnik. Straż
strajkowa otwiera bramę, jeszcze krótka uliczka do budynku BHP. Wokół pełno
stoczniowców. Niebieskie drelichy, chodzą, siedzą na trawnikach, czytają ulotki, gazety,
słuchają radia, leżą twarzami do słońca. Czekają.
Jest Tadeusz Mazowiecki, witamy się. “Zaraz Wam wszystko opowiem, to jest
niesamowite, ale teraz idźcie się zarejestrować”. Przy wejściu do budynku spory tłum.
Przeciskamy się. W holu, gdzie szatnia, działa strajkowa administracja. Pliki bibuły,
odręczna wywieszka: “Tu zgłasza się represje MO i SB”. Do- stajemy kwitki do stołówki
i przede wszystkim legitymacje strajkowe. Na mojej napisane: ekspert ekonomiczny
MKS. Jestem ekspertem. Ale co to będzie znaczyć? marzec-kwiecień 1983
Przypisy:
1/ Cytowane za: “Przebieg strajku okupacyjnego w Stoczni Gdańskiej im. Lenina w
dniach 14-31 sierpnia 1980 r.” (opr. Adam Orchowski) w: Almanach Punkt nr 12,
Gdańsk. Wydawnictwo Morskie, grudzień 1980 r.
2/ Wśród tematów rozmów opracowanych 23 sierpnia (sobota) przez Prezydium MKS na
rozmowy wstępne z wojewodą Kołodziejskim był punkt (4) brzmiący: “Możliwość
dojechania do Gdańska ekspertów”. W toku rozmów, które odbyły się tego dnia po
południu w stoczni, Kołodziejski powiedział, że żadne przeszkody z dojazdem nie będą
robione i poprosił o “imienną listę”, żeby osobom zaproponowanym przez MKS
rzeczywiście można było zapewnić swobodny dojazd”. Patrz: Lech Bądkowski, “Przypisy
dnia (z dzienników gdańskich 14 VIII – 1 IX 1980)”, Zapis nr 17, Warszawa 1981,
wydanie londyńskie s. 79.
Źródło:
Waldemar Kuczyński, DROGA DO STOCZNI GDAŃSKIEJ (Wspomnienia eksperta
MKS – część I), Aneks nr 31/1983 r., s.83-100 oraz “Agonia Systemu” – Presspublica
1996 str.50.

Reklama
Poprzedni artykułO mały włos Prezydent
Następny artykułDla wszystkich
Matka Kurka
Młody, wysportowany, inteligentny, przystojny, czuły mąż i ojciec. Geniusz i wirtuoz klawiatury, błyskotliwy analityk rzeczywistości wszelakiej. Kochany i rozchwytywany, bezkompromisowy, skromny, wyrozumiały. 1. Ulubiona potrawa: żur na zakwasie. 2. Ulubiona kapela: muzyka z tamtych lat. 3. Ulubiony kolor: brak danych. 4. Ulubione słowo: ja. Wolny, żonaty, pijący daltonista.

20 KOMENTARZE

    • Byłeś pierwszą osobą Ojcze
      Byłeś pierwszą osobą Ojcze milicjancie, która przyszła mi na myśl gdy zastanawiałam się kto mógłby mi pomóc rozszyfrować inicjały L.K. Nie musiałam pytać jak widać.
      Dlaczego niestety? Komu zepsułeś zabawę? Chyba nikt nie pomyślał, że chodziło o Lecha Kaczyńskiego.

      Dziękuję:)

      • Słabo znasz ludzi – Droga Jasmine. A już tych życzliwych
        Rodaków – najmniej.
        Wszyscy,którzy się tam pchali – na uroczyste obchody – powinni rozejrzeć się wokół i zobaczyć,bo widać gołym okiem,że słowo solidarność jest ostatnim z określeń na aktualny stan stan społeczeństwa.Podzielonego jak nigdy.
        To IM się się udało – i nic poza tym.

    • Byłeś pierwszą osobą Ojcze
      Byłeś pierwszą osobą Ojcze milicjancie, która przyszła mi na myśl gdy zastanawiałam się kto mógłby mi pomóc rozszyfrować inicjały L.K. Nie musiałam pytać jak widać.
      Dlaczego niestety? Komu zepsułeś zabawę? Chyba nikt nie pomyślał, że chodziło o Lecha Kaczyńskiego.

      Dziękuję:)

      • Słabo znasz ludzi – Droga Jasmine. A już tych życzliwych
        Rodaków – najmniej.
        Wszyscy,którzy się tam pchali – na uroczyste obchody – powinni rozejrzeć się wokół i zobaczyć,bo widać gołym okiem,że słowo solidarność jest ostatnim z określeń na aktualny stan stan społeczeństwa.Podzielonego jak nigdy.
        To IM się się udało – i nic poza tym.

  1. Zagadki już nie ma
    bo Ojciec zdemaskował, ale nie umniejsza to wrażenia, że warto było przeczytać.
    Było frapujące, że w jednym miejscu był prawnik L.K., a w drugim Leszek Kaczyński, frapujące właśnie z powodu tej niekonsekwencji.

    Ale mniejsza z tym. To, co zostało powiedziane przez funkcjonariuszy na lotnisku i to, co powiedział taksówkarz – to jest esencja.

  2. Zagadki już nie ma
    bo Ojciec zdemaskował, ale nie umniejsza to wrażenia, że warto było przeczytać.
    Było frapujące, że w jednym miejscu był prawnik L.K., a w drugim Leszek Kaczyński, frapujące właśnie z powodu tej niekonsekwencji.

    Ale mniejsza z tym. To, co zostało powiedziane przez funkcjonariuszy na lotnisku i to, co powiedział taksówkarz – to jest esencja.

  3. No ja jednak czytałem ten
    No ja jednak czytałem ten tekst zupełnie inaczej. W dużym skrócie czytałem go tak, że autor tego tekstu z 1983 roku, dziś wielu rzeczy by nie powtórzył, wręcz zaszczułby współczesnego twórcę, a tę permanentną esbecką inwigilację uznał za wykonywanie obowiązku wobec państwia, które było legalne, uznawane przez ONZ i tak dalej. Ten ongiś piszący z taką słuszną pogardą dla szpicli, dziś nie pozwoliłby ich rozliczyć i nawet bandyckich emerytury nie sprowadzał do przyzwoitego poziomu. Dla tego pana 27 lat temu nie było strasznego, zawistnego, tchórzliwego Kaczora, ale Leszek Kaczyński. Geremek i Mazowiecki bali się spełnienia 1 postulatu MKS i w ogóle byli mało mile widziani, a ich list intelektualistów (lol, że tak powiem), został odebrany jako sranie w banie. Najbardziej obrazoburcze jest to, jak Bogu dziękował Kuczyński, że Michnik z Kuroniem nie dojechali, bo ci stanowczo nie chcieli denerwować wielkiego polskiego “patrioty” co przeszedł szlak bojowy do Berlina i drugiego generała honoru. Mniej więcej tak przeczytałem ten tekst. I na koniec zadałem sobie pytanie, co tak radykalnie zmieniło optykę pana Kuczyńskiego? Odpowiedzi nie chce mi się szukać, bo dla mnie to klasycznym przypadek. Wystarczy przypomnieć, że to były minister, czy ktoś tam i że to obecny płynący z nurtem, albo nawet wyprzedzający nurt włazidup z Warszawki.

    • Ależ w 1983 roku było już kilku ,,szaleńców” którzy
      przewidywali upadek ,,najlepszego z ustrojów”.Nawet ze szczegółami,bo martwili się – co potem?
      Ponieważ trwają gorączkowe poszukiwania ,nowych,lepszych , bohaterów Siepnia pragnę zwrócić uwagę na postać Nieznanego Esbeka – który tak dozował dopływ warszawskich doradców,że dotarli ci,którzy ,według niego oczywiście ,powinni tam (w Gdańsku) się znaleźć. Czyż to nie Machiavelli naszych czasów? Albo raczej ,,na miarę naszych możliwości”.Jak Miś.

  4. No ja jednak czytałem ten
    No ja jednak czytałem ten tekst zupełnie inaczej. W dużym skrócie czytałem go tak, że autor tego tekstu z 1983 roku, dziś wielu rzeczy by nie powtórzył, wręcz zaszczułby współczesnego twórcę, a tę permanentną esbecką inwigilację uznał za wykonywanie obowiązku wobec państwia, które było legalne, uznawane przez ONZ i tak dalej. Ten ongiś piszący z taką słuszną pogardą dla szpicli, dziś nie pozwoliłby ich rozliczyć i nawet bandyckich emerytury nie sprowadzał do przyzwoitego poziomu. Dla tego pana 27 lat temu nie było strasznego, zawistnego, tchórzliwego Kaczora, ale Leszek Kaczyński. Geremek i Mazowiecki bali się spełnienia 1 postulatu MKS i w ogóle byli mało mile widziani, a ich list intelektualistów (lol, że tak powiem), został odebrany jako sranie w banie. Najbardziej obrazoburcze jest to, jak Bogu dziękował Kuczyński, że Michnik z Kuroniem nie dojechali, bo ci stanowczo nie chcieli denerwować wielkiego polskiego “patrioty” co przeszedł szlak bojowy do Berlina i drugiego generała honoru. Mniej więcej tak przeczytałem ten tekst. I na koniec zadałem sobie pytanie, co tak radykalnie zmieniło optykę pana Kuczyńskiego? Odpowiedzi nie chce mi się szukać, bo dla mnie to klasycznym przypadek. Wystarczy przypomnieć, że to były minister, czy ktoś tam i że to obecny płynący z nurtem, albo nawet wyprzedzający nurt włazidup z Warszawki.

    • Ależ w 1983 roku było już kilku ,,szaleńców” którzy
      przewidywali upadek ,,najlepszego z ustrojów”.Nawet ze szczegółami,bo martwili się – co potem?
      Ponieważ trwają gorączkowe poszukiwania ,nowych,lepszych , bohaterów Siepnia pragnę zwrócić uwagę na postać Nieznanego Esbeka – który tak dozował dopływ warszawskich doradców,że dotarli ci,którzy ,według niego oczywiście ,powinni tam (w Gdańsku) się znaleźć. Czyż to nie Machiavelli naszych czasów? Albo raczej ,,na miarę naszych możliwości”.Jak Miś.

  5. Kuczyński jest zabawny.
    Kuczyński jest zabawny. Obecnie gardzi “SB-eckim cuchnącym szambem zgromadzonym w IPN” i najchętniej by IPN zlikwidował. Ale na swojej stronie internetowej robi poważny wyjątek od tej zasady i dokonuje wnikliwej lustracji swojego byłego kolegi który na niego donosił. Lustracji, dodajmy, w całości opartej na materiałach IPN. Kuczyński pisze:

    “Zapomniał bym o tym człowieku, gdybym nie znalazł w Wikipedii kłamliwego, pseudo-encyklopedycznego zapisu na jego temat, w którym on sam lub jakiś jego gorący orędownik zrobił go bohaterem walki z komuną. Moja generalna niechęć do grzebania w kloace SB-ckiej została pokonana przez tą niewyobrażalną bezczelność.”

    Wspaniały przykład dwójmyślenia.

  6. Kuczyński jest zabawny.
    Kuczyński jest zabawny. Obecnie gardzi “SB-eckim cuchnącym szambem zgromadzonym w IPN” i najchętniej by IPN zlikwidował. Ale na swojej stronie internetowej robi poważny wyjątek od tej zasady i dokonuje wnikliwej lustracji swojego byłego kolegi który na niego donosił. Lustracji, dodajmy, w całości opartej na materiałach IPN. Kuczyński pisze:

    “Zapomniał bym o tym człowieku, gdybym nie znalazł w Wikipedii kłamliwego, pseudo-encyklopedycznego zapisu na jego temat, w którym on sam lub jakiś jego gorący orędownik zrobił go bohaterem walki z komuną. Moja generalna niechęć do grzebania w kloace SB-ckiej została pokonana przez tą niewyobrażalną bezczelność.”

    Wspaniały przykład dwójmyślenia.