Reklama

Nic chcę nikogo zdenerwować i nie

Nic chcę nikogo zdenerwować i nie chciałbym, żeby mnie denerwowano, dlatego na wstępie wprowadzam pewne wyraźne zastrzeżenia. Szczegółów sprawy niemieckiego ministra co splagiatował pracę doktorską nie znam i nie o nim będzie ten tekst. Nie mam pojęcia co za jeden, kto za nim stoi, czy bije żonę, czy może leży plackiem przed podobizną Najświętszej Panienki. Doczytałem się jedynie kilku zrębów sprawy i zastrzegam, że na podstawie tych zrębów wyrażam opinię, nie zgłaszając żadnych pretensji do szerszej wiedzy. To co wyczytałem wygląda następująco. Facet skopiował fragmenty cudzych opracowań, nie zrobił żadnych przypisów, nie podał źródeł. Akurat to jedno jest pewne, ponieważ tego nie kwestionuje sam „facet”. Rzecz wyszła na światło dzienne, co ciekawe po kilku latach. Tym razem takich „ciekawostek” komentował nie będę, chociaż jak zwykle w przypadki w podobnych promocjach nie wierzę, prędkość żółwia, skuteczność gilotyny. Kanclerz Merkel przez wiele dni broniła ministra, zaś on sam bronił się dziwnymi tłumaczeniami o zaniedbaniu i nie zdawaniu sobie sprawy z konsekwencji tego co robi. Żeby dopełnić i przystosować się do polskiego krajobrazu trzeba jeszcze dodać opinię tak zwanego środowiska, sondaż na telefon sobie daruję i właściwie to jest bezpośrednią przyczyną mojego zainteresowania tematem oraz główną treścią tekstu. Ponad 50 tysięcy niemieckich naukowców podpisało się pod listem protestacyjnym w sprawie ministra, naukowcom chodziło o to, że kanclerz Merkel broni kogoś, kto popełnił niedopuszczalną w nauce rzecz. Co mnie takiego ciekawi w tej sprawie? Po pierwsze i jak już wspomniałem, odzew środowiska. U nas pewien polityk nawet nie splagiatował, tylko udawał, że napisał i obronił pracę magisterską. Zgadywać nie chcę, ale jako żywo nie przypominam sobie listów protestacyjnych naukowców i innych lubianych, a przecież listy protestacyjne obok schabowego są polskim daniem głównym. Listów zabrakło, w każdym razie podpisów dyżurnych protestujących, zaś sam kłamca został prezydentem na następną kadencję z niebotycznym poparciem 54%. Sprawa „magistra” Kwaśniewskiego trwała parę miesięcy, sąd uznał, że wszystko jest w porządku, powtórki wyborów nie będzie, media zamilkły na długie lata w kwestii tego i wielu innych oszustw Kwaśniewskiego, ze słynną golenią na czele.

Inny przykład z naszego podwórka. Pewien staruszek, który już wyraźnie wykazuje cechy stetryczenia, w jakich by się nie pojawił mediach tytułowany jest profesorem. Tymczasem mimo tego, że staruszek jest staruszkiem, zatem miał multum czasu na dorobienie się choćby najniższego tytułu naukowego przyznawanego w Polsce, czyli magistra, nie dochrapał się tego zaszczytu. Mimo wszystko stetryczałego staruszka, którego moce intelektualne spadły grubo poniżej magistra, hołubi się nie tylko jako naukowy, bo profesorski autorytet, ale jako moralnego egzegetę, co w przypadku kabotyńskiej postawy staruszka jest dość osobliwym zajęciem. Te różnice miedzy niemieckim i polskim podejściem do rzetelności naukowej są fascynujące. Wygląda na to, że w Niemczech z dnia na dzień można stać się nikim, a do tego jeszcze zostać niemal zlinczowanym przez własne środowisko, jeśli się ukradnie parę akapitów z cudzej pracy. W Polsce można kraść tytuły naukowe i w takich razach istnieją dwie kary albo dwie kadencje prezydentury w 40 milionowym kraju albo dożywotnia funkcja moralnego i naukowego autorytetu. Ktoś mógłby powiedzieć, że przepaść kulturowa i jakościowa, ale proszę się powstrzymać z tak pochopnymi wnioskami. Oto pewien student napisał 700 stron pracy magisterskiej, w której pojawiło się jedno zdanie pewnej staruszki, która w pracy występowała jako osobowe źródło informacji. Zdanie jak dla mnie zupełnie niepotrzebne, dotyczące głupiej plotki o sikaniu do chrzcielnicy, niemniej za ten cytat i bodaj jeszcze ze dwa cytaty już bardziej prawdopodobne, student został zlinczowany przykładniej niż niemiecki minister. Mało tego, do najstarszego uniwersytetu w Polsce polski nie-policyjny rząd wysłał komisję, która miała prześwietlić kadrę profesorską, z powodu nawet nie pracy magisterskiej, ale tych kilku nieszczęsnych cytatów.


Co odważniejsi profesorowie tłumaczyli, że praca jest prawdziwym fenomenem w polskich realiach magisterskich, po pierwsze nie ściągnięta z Internetu, po drugie objętościowo i źródłowo mogłaby obsłużyć połowę absolwentów z rocznika magistra, a te nieszczęsne cytaty mają się nijak do więcej niż poprawnej metodologii badań i imponującego zakresu badań. Nic nie pomogło, student najpierw wyleciał z pracy, potem został medialnie ukamienowany. Przez jakiś czas pracował w Biedronce, wreszcie na pocieszenie dostał jakąś niszową nagrodę od „oszołomów”. Ten nieszczęsny magister nie oszukiwał w swojej pracy, nie popełnił plagiatu, co najwyżej nadepnął na odcisk środowiskom, które tak gładko odpuściły kłamcy Kwaśniewskiemu i kabotynowi Bartoszewskiemu, natomiast magistrowi Zyzakowi nie wybaczą nigdy. I dopiero teraz można sobie uczciwie powiedzieć, że różnice kulturowe między Niemcami i Polską są wyraźne. W Niemczech środowiska naukowe nie dają żyć oszustom, w Polsce środowiska naukowe z oszustami i kabotynami trzymają sztamę, a linczują nieprzeciętnie ambitnych młodych magistrów, którzy nietykalności oszustów i kabotynów nie potrafią uszanować. Tyle o dymisji niemieckiego ministra i jeszcze raz przypominam o skromnych złożeniach tekstu. Nie mam pojęcia czy to był dobry, czy zły minister, nie wiem komu nadepnął na odcisk, że po latach takim zbiorowy jękiem się odezwało, wiem tylko, że popełnił naukową fuszerkę i zapłacił za to zasłużoną karę.

Reklama
Poprzedni artykułPalikot napina się jak może a żydzi wciąż nie mają kasy
Następny artykułWhat if?
Matka Kurka
Młody, wysportowany, inteligentny, przystojny, czuły mąż i ojciec. Geniusz i wirtuoz klawiatury, błyskotliwy analityk rzeczywistości wszelakiej. Kochany i rozchwytywany, bezkompromisowy, skromny, wyrozumiały. 1. Ulubiona potrawa: żur na zakwasie. 2. Ulubiona kapela: muzyka z tamtych lat. 3. Ulubiony kolor: brak danych. 4. Ulubione słowo: ja. Wolny, żonaty, pijący daltonista.

21 KOMENTARZE

  1. A czego się w PRL bis można spodziewać skoro wyższa kadra
    naukowa boi się lustracji jak diabeł święconej wody i zawsze drze mordę najgłośniej jak ktoś chce prześwietlić kto był przydupasem esbecji a kto nie. I nie chodzi mi o to,żeby wszystkich napiętnować tylko o to o co chodziło ś.p. prof. Wieczorkiewiczowi – ci co podpisywali lojalki za paszport a po powrocie zdawali G.. warte relacjie są OK,ale ci co niszczyli innych ludzi i/lub się zaprzedali systemowi to won.

    Pewnie TW Leopold miałby na ten pogląd inne zdanie,ale kij mu w okno i chór z nim 😉

  2. A czego się w PRL bis można spodziewać skoro wyższa kadra
    naukowa boi się lustracji jak diabeł święconej wody i zawsze drze mordę najgłośniej jak ktoś chce prześwietlić kto był przydupasem esbecji a kto nie. I nie chodzi mi o to,żeby wszystkich napiętnować tylko o to o co chodziło ś.p. prof. Wieczorkiewiczowi – ci co podpisywali lojalki za paszport a po powrocie zdawali G.. warte relacjie są OK,ale ci co niszczyli innych ludzi i/lub się zaprzedali systemowi to won.

    Pewnie TW Leopold miałby na ten pogląd inne zdanie,ale kij mu w okno i chór z nim 😉

  3. A czego się w PRL bis można spodziewać skoro wyższa kadra
    naukowa boi się lustracji jak diabeł święconej wody i zawsze drze mordę najgłośniej jak ktoś chce prześwietlić kto był przydupasem esbecji a kto nie. I nie chodzi mi o to,żeby wszystkich napiętnować tylko o to o co chodziło ś.p. prof. Wieczorkiewiczowi – ci co podpisywali lojalki za paszport a po powrocie zdawali G.. warte relacjie są OK,ale ci co niszczyli innych ludzi i/lub się zaprzedali systemowi to won.

    Pewnie TW Leopold miałby na ten pogląd inne zdanie,ale kij mu w okno i chór z nim 😉

  4. Wszystko na kupie
    Trochę bałaganu, wszystko na kupie: absolutorium Kwacha, tytuł profesorski Bartoszewskiego, plagiat niemieckiego ministra i praca Zyzaka – więc mały komentarz.

    Kwach zdał wszystkie wymagane egzaminy i nie obronił pracy magisterskiej. Studiował w trybie pięcioletnich studiów stacjonarnych, więc formalnie mógłby mieć prawo do używania zwrotu „mam wyższe wykształcenie” , gdyby obronił pracę magisterską. Z dzisiejszego punktu widzenia, gdy o wyższym wykształceniu mówi się już po ukończeniu studiów I stopnia (trzy letnie studia licencjackie) też nie mógłby mówić, bo ich zakończenie wieńczy obrona pracy dyplomowej. Dał więc ciała ewidentnie, naciągając sobie prawo do potrzeb przed wyborami.

    Bartoszewskiego tytułuje się profesorem prawem kaduka. Czytając jego biografię można wysnuć wniosek, że nie posiada nawet tytułu magistra. Złożył pracę, ale został skreślony z listy studentów. Dalej „wiki” milczy (ale to gówniane źródło, więc może pracę obronił).
    Wiki stwierdza: „W latach 1973–1982 i 1984–1985 prowadził, jako starszy wykładowca, wykłady historii najnowszej (ze szczególnym uwzględnieniem wojny i okupacji) w Katedrze Historii Nowożytnej Polski na Wydziale Nauk Humanistycznych Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.” To oznacza, że musiał mieć tytuł magistra albo KUL olał formalności.
    Smaczku dodaje fakt, że dalej jest napisane, że recenzował w Niemczech pracę doktorską, co z polskiego punktu widzenia przystoi samodzielnym pracownikom naukowym (z habilitacją).

    Z drugiej strony w niektórych krajach stopień doktora i odpowiedni recenzowany dorobek naukowy w postaci badań i publikacji wystarcza, aby objąć samodzielne stanowisko na uczelni, czyli profesorskie. Nie ma tytułu – jest stanowisko i zwyczajowo w Polsce na dr hab mówi się profesor (dawniej było to stanowisko docenta). W odróżnieniu od profesora tytularnego przed nazwiskiem nie pojawia się Prof. zw. dr hab. tylko dr hab prof (nazwa uczelni). Więcej z tym cyrku niż pożytku – jak zwykle w Polsce. Przez całą moją szkołę średnią nauczyciele kazali się tytułować profesorami. Więc to taka świecka tradycja. Polecam opowiadanie satyryczne E. Kishona o tytuologii w Austrii (bodajże ze zbioru „A fe, Dawidzie!”) Przy okazji, madame Kurdycka jak chce zwiększyć liczbę młodych samodzielnych pracowników naukowych, to może wpłynie, by recenzenci KBN nie trzymali po kilkanaście miesięcy monografii do recenzji, co powoli wchodzi w krew profesorom-recenzentom.

    Niemiecki minister dał dupy i tyle. W Polsce to też występuje i jeszcze do tego trzeba dorzucić bezkarne pisanie prac licenc., mgr i dr na zamówienie. Ale z tym przy odrobinie wyobraźni można sobie poradzić. Gorzej z poziomem absolwentów. Z doświadczenia wiem, że 30-40% opuszczających mury uczelni wyższych z tytułem licencjata to wtórni analfabeci. Te osobniki nie miały prawa ukończyć gimnazjum, nie mówiąc o maturze i uzyskaniu dyplomu wyższej uczelni. Te matoły nie potrafią poprawie sklecić zdania w mowie i piśmie. Schemat rozprawki, na który składa się wstęp, rozwinięcie i zakończenie jest dla nich czymś kompletnie niezrozumiałym. Jeden taki przysłał mi dzisiaj e-maila płacząc, że nie wie co ma począć, bo czwarty raz go oblałem. Ma do mnie pretensje… tak tak, to moja wina, bo sobie ubzdurałem, że musi odróżnić cenę od kosztu. Tymczasem w jego indeksie obok moich dwóch trój (z innych przedmiotów) stoją jak byk czwórki i piątki. Tak kształci się w Polsce przyszłe elity. Lepper przy nich będzie uchodził za symbol intelektualnego rozwoju klasy politycznej.

    Zyzakowi próbowano postawić zarzuty metodologiczne, ale jakoś tak nie do końca udanie. Kontrola na UJ mające potwierdzić poważne zarzuty metodologiczne, w świetle gówna, które w setkach przechodzi co roku pozytywnie przez recenzje jest kpiną. Nie czytałem książki Zyzaka, nie będę się wypowiadał. Zwolennikom politycznej poprawności mogę tylko zadedykować dwie rzeczy:
    1. Pierwsza poprawka do amerykańskiej Konstytucji.
    2. Cytat z Monachomachii I. Krasickiego: „Prawdziwa cnota krytyk się nie boi”.

    P.S. Miał być mały komentarz – skłamałem.

    • a propos symboli intelektualnego rozwoju…
      A Lepper posiada 3 doktoraty honorowe,
      W. Bartoszewski – 11 doktoratów honorowych,
      L. Wałęsa – 15 doktoratów honorowych,

      …Nie rozumiem dlaczego tylko jedną postać z powyższych, publicznie nazywa się profesorem.
      (przepraszam za nutę sarkazmu, mogącą wyrządzić komukolwiek przykrość) 🙂

  5. Wszystko na kupie
    Trochę bałaganu, wszystko na kupie: absolutorium Kwacha, tytuł profesorski Bartoszewskiego, plagiat niemieckiego ministra i praca Zyzaka – więc mały komentarz.

    Kwach zdał wszystkie wymagane egzaminy i nie obronił pracy magisterskiej. Studiował w trybie pięcioletnich studiów stacjonarnych, więc formalnie mógłby mieć prawo do używania zwrotu „mam wyższe wykształcenie” , gdyby obronił pracę magisterską. Z dzisiejszego punktu widzenia, gdy o wyższym wykształceniu mówi się już po ukończeniu studiów I stopnia (trzy letnie studia licencjackie) też nie mógłby mówić, bo ich zakończenie wieńczy obrona pracy dyplomowej. Dał więc ciała ewidentnie, naciągając sobie prawo do potrzeb przed wyborami.

    Bartoszewskiego tytułuje się profesorem prawem kaduka. Czytając jego biografię można wysnuć wniosek, że nie posiada nawet tytułu magistra. Złożył pracę, ale został skreślony z listy studentów. Dalej „wiki” milczy (ale to gówniane źródło, więc może pracę obronił).
    Wiki stwierdza: „W latach 1973–1982 i 1984–1985 prowadził, jako starszy wykładowca, wykłady historii najnowszej (ze szczególnym uwzględnieniem wojny i okupacji) w Katedrze Historii Nowożytnej Polski na Wydziale Nauk Humanistycznych Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.” To oznacza, że musiał mieć tytuł magistra albo KUL olał formalności.
    Smaczku dodaje fakt, że dalej jest napisane, że recenzował w Niemczech pracę doktorską, co z polskiego punktu widzenia przystoi samodzielnym pracownikom naukowym (z habilitacją).

    Z drugiej strony w niektórych krajach stopień doktora i odpowiedni recenzowany dorobek naukowy w postaci badań i publikacji wystarcza, aby objąć samodzielne stanowisko na uczelni, czyli profesorskie. Nie ma tytułu – jest stanowisko i zwyczajowo w Polsce na dr hab mówi się profesor (dawniej było to stanowisko docenta). W odróżnieniu od profesora tytularnego przed nazwiskiem nie pojawia się Prof. zw. dr hab. tylko dr hab prof (nazwa uczelni). Więcej z tym cyrku niż pożytku – jak zwykle w Polsce. Przez całą moją szkołę średnią nauczyciele kazali się tytułować profesorami. Więc to taka świecka tradycja. Polecam opowiadanie satyryczne E. Kishona o tytuologii w Austrii (bodajże ze zbioru „A fe, Dawidzie!”) Przy okazji, madame Kurdycka jak chce zwiększyć liczbę młodych samodzielnych pracowników naukowych, to może wpłynie, by recenzenci KBN nie trzymali po kilkanaście miesięcy monografii do recenzji, co powoli wchodzi w krew profesorom-recenzentom.

    Niemiecki minister dał dupy i tyle. W Polsce to też występuje i jeszcze do tego trzeba dorzucić bezkarne pisanie prac licenc., mgr i dr na zamówienie. Ale z tym przy odrobinie wyobraźni można sobie poradzić. Gorzej z poziomem absolwentów. Z doświadczenia wiem, że 30-40% opuszczających mury uczelni wyższych z tytułem licencjata to wtórni analfabeci. Te osobniki nie miały prawa ukończyć gimnazjum, nie mówiąc o maturze i uzyskaniu dyplomu wyższej uczelni. Te matoły nie potrafią poprawie sklecić zdania w mowie i piśmie. Schemat rozprawki, na który składa się wstęp, rozwinięcie i zakończenie jest dla nich czymś kompletnie niezrozumiałym. Jeden taki przysłał mi dzisiaj e-maila płacząc, że nie wie co ma począć, bo czwarty raz go oblałem. Ma do mnie pretensje… tak tak, to moja wina, bo sobie ubzdurałem, że musi odróżnić cenę od kosztu. Tymczasem w jego indeksie obok moich dwóch trój (z innych przedmiotów) stoją jak byk czwórki i piątki. Tak kształci się w Polsce przyszłe elity. Lepper przy nich będzie uchodził za symbol intelektualnego rozwoju klasy politycznej.

    Zyzakowi próbowano postawić zarzuty metodologiczne, ale jakoś tak nie do końca udanie. Kontrola na UJ mające potwierdzić poważne zarzuty metodologiczne, w świetle gówna, które w setkach przechodzi co roku pozytywnie przez recenzje jest kpiną. Nie czytałem książki Zyzaka, nie będę się wypowiadał. Zwolennikom politycznej poprawności mogę tylko zadedykować dwie rzeczy:
    1. Pierwsza poprawka do amerykańskiej Konstytucji.
    2. Cytat z Monachomachii I. Krasickiego: „Prawdziwa cnota krytyk się nie boi”.

    P.S. Miał być mały komentarz – skłamałem.

    • a propos symboli intelektualnego rozwoju…
      A Lepper posiada 3 doktoraty honorowe,
      W. Bartoszewski – 11 doktoratów honorowych,
      L. Wałęsa – 15 doktoratów honorowych,

      …Nie rozumiem dlaczego tylko jedną postać z powyższych, publicznie nazywa się profesorem.
      (przepraszam za nutę sarkazmu, mogącą wyrządzić komukolwiek przykrość) 🙂

  6. Wszystko na kupie
    Trochę bałaganu, wszystko na kupie: absolutorium Kwacha, tytuł profesorski Bartoszewskiego, plagiat niemieckiego ministra i praca Zyzaka – więc mały komentarz.

    Kwach zdał wszystkie wymagane egzaminy i nie obronił pracy magisterskiej. Studiował w trybie pięcioletnich studiów stacjonarnych, więc formalnie mógłby mieć prawo do używania zwrotu „mam wyższe wykształcenie” , gdyby obronił pracę magisterską. Z dzisiejszego punktu widzenia, gdy o wyższym wykształceniu mówi się już po ukończeniu studiów I stopnia (trzy letnie studia licencjackie) też nie mógłby mówić, bo ich zakończenie wieńczy obrona pracy dyplomowej. Dał więc ciała ewidentnie, naciągając sobie prawo do potrzeb przed wyborami.

    Bartoszewskiego tytułuje się profesorem prawem kaduka. Czytając jego biografię można wysnuć wniosek, że nie posiada nawet tytułu magistra. Złożył pracę, ale został skreślony z listy studentów. Dalej „wiki” milczy (ale to gówniane źródło, więc może pracę obronił).
    Wiki stwierdza: „W latach 1973–1982 i 1984–1985 prowadził, jako starszy wykładowca, wykłady historii najnowszej (ze szczególnym uwzględnieniem wojny i okupacji) w Katedrze Historii Nowożytnej Polski na Wydziale Nauk Humanistycznych Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.” To oznacza, że musiał mieć tytuł magistra albo KUL olał formalności.
    Smaczku dodaje fakt, że dalej jest napisane, że recenzował w Niemczech pracę doktorską, co z polskiego punktu widzenia przystoi samodzielnym pracownikom naukowym (z habilitacją).

    Z drugiej strony w niektórych krajach stopień doktora i odpowiedni recenzowany dorobek naukowy w postaci badań i publikacji wystarcza, aby objąć samodzielne stanowisko na uczelni, czyli profesorskie. Nie ma tytułu – jest stanowisko i zwyczajowo w Polsce na dr hab mówi się profesor (dawniej było to stanowisko docenta). W odróżnieniu od profesora tytularnego przed nazwiskiem nie pojawia się Prof. zw. dr hab. tylko dr hab prof (nazwa uczelni). Więcej z tym cyrku niż pożytku – jak zwykle w Polsce. Przez całą moją szkołę średnią nauczyciele kazali się tytułować profesorami. Więc to taka świecka tradycja. Polecam opowiadanie satyryczne E. Kishona o tytuologii w Austrii (bodajże ze zbioru „A fe, Dawidzie!”) Przy okazji, madame Kurdycka jak chce zwiększyć liczbę młodych samodzielnych pracowników naukowych, to może wpłynie, by recenzenci KBN nie trzymali po kilkanaście miesięcy monografii do recenzji, co powoli wchodzi w krew profesorom-recenzentom.

    Niemiecki minister dał dupy i tyle. W Polsce to też występuje i jeszcze do tego trzeba dorzucić bezkarne pisanie prac licenc., mgr i dr na zamówienie. Ale z tym przy odrobinie wyobraźni można sobie poradzić. Gorzej z poziomem absolwentów. Z doświadczenia wiem, że 30-40% opuszczających mury uczelni wyższych z tytułem licencjata to wtórni analfabeci. Te osobniki nie miały prawa ukończyć gimnazjum, nie mówiąc o maturze i uzyskaniu dyplomu wyższej uczelni. Te matoły nie potrafią poprawie sklecić zdania w mowie i piśmie. Schemat rozprawki, na który składa się wstęp, rozwinięcie i zakończenie jest dla nich czymś kompletnie niezrozumiałym. Jeden taki przysłał mi dzisiaj e-maila płacząc, że nie wie co ma począć, bo czwarty raz go oblałem. Ma do mnie pretensje… tak tak, to moja wina, bo sobie ubzdurałem, że musi odróżnić cenę od kosztu. Tymczasem w jego indeksie obok moich dwóch trój (z innych przedmiotów) stoją jak byk czwórki i piątki. Tak kształci się w Polsce przyszłe elity. Lepper przy nich będzie uchodził za symbol intelektualnego rozwoju klasy politycznej.

    Zyzakowi próbowano postawić zarzuty metodologiczne, ale jakoś tak nie do końca udanie. Kontrola na UJ mające potwierdzić poważne zarzuty metodologiczne, w świetle gówna, które w setkach przechodzi co roku pozytywnie przez recenzje jest kpiną. Nie czytałem książki Zyzaka, nie będę się wypowiadał. Zwolennikom politycznej poprawności mogę tylko zadedykować dwie rzeczy:
    1. Pierwsza poprawka do amerykańskiej Konstytucji.
    2. Cytat z Monachomachii I. Krasickiego: „Prawdziwa cnota krytyk się nie boi”.

    P.S. Miał być mały komentarz – skłamałem.

    • a propos symboli intelektualnego rozwoju…
      A Lepper posiada 3 doktoraty honorowe,
      W. Bartoszewski – 11 doktoratów honorowych,
      L. Wałęsa – 15 doktoratów honorowych,

      …Nie rozumiem dlaczego tylko jedną postać z powyższych, publicznie nazywa się profesorem.
      (przepraszam za nutę sarkazmu, mogącą wyrządzić komukolwiek przykrość) 🙂

  7. u nas jest więcej luzu w temacie uczciwości
    W Niemczech wygląda to inaczej ze względu na inne tradycje.
    Tamtejsi badacze od zawsze mieli fioła na punkcie absolutnej uczciwości, stąd ten szok gdy system zaczął się psuć.
    Pierwsza wyjątkowo poważna wpadka nastąpiła w 2002 roku, gdy młody geniusz niemieckiej nauki, cudowne dziecko fizyki, pewniak do nagrody Nobla etc, Hendrik Schoen został przyłapany na publikowaniu całkowicie zmyślonych wyników rewolucyjnych eksperymentów. Facet był niesamowicie płodny, przez dwa lata opublikował w czołowych czasopismach między innymi w “Nature” i “Science” ponad 80 artykułów.

    Powody takiej degradacji są te same co w Polsce i praktycznie wszędzie – przymus błyskawicznej kariery dla młodych zdolnych, brak czasu na prawdziwą działalność naukową z powodu nadmiaru zajęć dydaktycznych oraz zasada: “publikujesz albo giniesz”.
    Reakcja na podobne wpadki jest w Polsce słabsza z powodu przyzwyczajenia, u nas zawsze tolerowano umiarkowane ściąganie, dopisywanie w pracy fikcyjnych, wyżej postawionych autorów itp.
    Ogólnie mamy takie zjawiska narodowe jak ogromna tolerancja dla odpierdalania roboty w każdej dziedzinie życia i dożywotnia sława z powodu jakichś dawnych, jednostkowych osiągnięć.

  8. u nas jest więcej luzu w temacie uczciwości
    W Niemczech wygląda to inaczej ze względu na inne tradycje.
    Tamtejsi badacze od zawsze mieli fioła na punkcie absolutnej uczciwości, stąd ten szok gdy system zaczął się psuć.
    Pierwsza wyjątkowo poważna wpadka nastąpiła w 2002 roku, gdy młody geniusz niemieckiej nauki, cudowne dziecko fizyki, pewniak do nagrody Nobla etc, Hendrik Schoen został przyłapany na publikowaniu całkowicie zmyślonych wyników rewolucyjnych eksperymentów. Facet był niesamowicie płodny, przez dwa lata opublikował w czołowych czasopismach między innymi w “Nature” i “Science” ponad 80 artykułów.

    Powody takiej degradacji są te same co w Polsce i praktycznie wszędzie – przymus błyskawicznej kariery dla młodych zdolnych, brak czasu na prawdziwą działalność naukową z powodu nadmiaru zajęć dydaktycznych oraz zasada: “publikujesz albo giniesz”.
    Reakcja na podobne wpadki jest w Polsce słabsza z powodu przyzwyczajenia, u nas zawsze tolerowano umiarkowane ściąganie, dopisywanie w pracy fikcyjnych, wyżej postawionych autorów itp.
    Ogólnie mamy takie zjawiska narodowe jak ogromna tolerancja dla odpierdalania roboty w każdej dziedzinie życia i dożywotnia sława z powodu jakichś dawnych, jednostkowych osiągnięć.

  9. u nas jest więcej luzu w temacie uczciwości
    W Niemczech wygląda to inaczej ze względu na inne tradycje.
    Tamtejsi badacze od zawsze mieli fioła na punkcie absolutnej uczciwości, stąd ten szok gdy system zaczął się psuć.
    Pierwsza wyjątkowo poważna wpadka nastąpiła w 2002 roku, gdy młody geniusz niemieckiej nauki, cudowne dziecko fizyki, pewniak do nagrody Nobla etc, Hendrik Schoen został przyłapany na publikowaniu całkowicie zmyślonych wyników rewolucyjnych eksperymentów. Facet był niesamowicie płodny, przez dwa lata opublikował w czołowych czasopismach między innymi w “Nature” i “Science” ponad 80 artykułów.

    Powody takiej degradacji są te same co w Polsce i praktycznie wszędzie – przymus błyskawicznej kariery dla młodych zdolnych, brak czasu na prawdziwą działalność naukową z powodu nadmiaru zajęć dydaktycznych oraz zasada: “publikujesz albo giniesz”.
    Reakcja na podobne wpadki jest w Polsce słabsza z powodu przyzwyczajenia, u nas zawsze tolerowano umiarkowane ściąganie, dopisywanie w pracy fikcyjnych, wyżej postawionych autorów itp.
    Ogólnie mamy takie zjawiska narodowe jak ogromna tolerancja dla odpierdalania roboty w każdej dziedzinie życia i dożywotnia sława z powodu jakichś dawnych, jednostkowych osiągnięć.