Reklama

Moja opowieść zaplanowana została jako przeraźliwie smutna, w trakcie pisania okazała się wesoła, a skończyło się na tym, ze jest pouczająca.
Zaczyna się niewinnie…

Moja opowieść zaplanowana została jako przeraźliwie smutna, w trakcie pisania okazała się wesoła, a skończyło się na tym, ze jest pouczająca.
Zaczyna się niewinnie…
Ojcem Autyka był wędkarz z zawodu. Łowił ryby, wyprawiał łby, robił zdjęcia i zbywając trofea w sprzedaży wiązanej wychodził na swoje. Dobrze mu się wiodło. Gros czasu spędzał w Mongolii, gdzie łowiąc w Tuul gol miał najlepsze brania.
Na mongolskim brzegu też mu się poszczęściło – złowił Mongołkę i przywiózł ją do ojczyzny.
Niby taki zajęty wędkowaniem, znalazł jednak czas na prokreację i dziecko spłodził. Chłopca.
Mongołka powiła godnie, a malec dostał imię, które zaraz potem wszyscy zapomnieli.
Już po paru godzinach pobytu malca na tym bożym świecie było dla wszystkich jasne, że z dzieciakiem jest coś nie tak – nie miał odruchu ssania.
Matka Mongołka poradziła sobie z problemem zalewając usta chłopca ciekłym pokarmem. Gdy się zaczynał topić, przełykał płyn dla złapania oddechu.
Tak go karmiono do 3. roku życia. Warto zaznaczyć, że z jego ust nie padło żadne słowo. Nie reagował na słowa, nawet na komendy. Jak się nudził, to wył.
Na początku rodzice mieli nadzieję, ze skoro z matki Mongołki, to pewnie mongoł. Było gorzej. Był zatwardziałym autykiem.
Jakoś tak tuż przed trzecimi urodzinami potomka rodzice zauważyli, że ich pociecha zjada swoja książeczkę zdrowia. Zafascynowani obserwowali, jak pogryzł ją, przeżuł i połknął.
To nie był incydent, wkrótce zaczął regularnie zjadać walające się książki i pisma. Ojcu wrąbał 2 roczniki „Wiadomości Wędkarskich” i parę numerów „Przeglądu Sportowego”. Odżałowano, bo odkąd Autyk przeszedł na papier drukowany, zaczął się normalnie rozwijać. Nabierał wagi, zaczął nawet tyć.
Ale bo też i to tycie było okupione dużą ilością makulatury.
Okres intensywnego wzrostu chłopca szczęśliwym trafem przypadł na czasy WZWuK (Wielkiej Zmiany Warty u Koryta), kiedy to klasycy minionego ustroju stawali się niemodni, a ich oprawne w skórę dzieła będące chlubą bibliotek pospiesznie przeznaczano na makulaturę. Jedzenia dzieciak miał w bród.
W tym też czasie rodzice zauważyli kilka charakterystycznych nawyków żywieniowych swego syna.
Pierwszym z nich było odrzucanie dzieł już raz wcześniej spożytych.
Fortunny przypadek sprawił, ze Mongołce udało się dostać nieużywane egzemplarze „Historii PKWN – kurs krótki”. Po kilku kęsach dzieciak wypluł strawę, a wtedy ojciec przypomniał sobie, ze kilka miesięcy temu młodzian spożywał już tę pozycję, tylko oprawa była w innym odcieniu.
Rodzice wyciągnęli słuszny wniosek, ze Autykowi należy dawać świeżą makulaturę, innej jego organizm nie przyjmował.
Drugie ważne spostrzeżenie to wpływ trawionej literatury na życie duchowe chłopca.
Odkrycia dokonała babcia, oczywiście przypadkiem. Ta zacna niewiasta zbyt późno zareagowała na fakt, iż wnuk zjada jej książeczkę do nabożeństwa. Następnego dnia z radością zaobserwowała, że żarłok zaczyna klękać, oczy wznosić do nieba, a na jego twarzy maluje się miłość do Boga i nienawiść do ludzi. Po konsumpcji stał się katolikiem.
To spostrzeżenie sprawiło, że rodzice zaczęli bardziej starannie dobierać synowi strawę. Nie ograniczali się do dostarczania pokarmu, bo ważna stała się jego jakość, głównie wiedza i idee w nim zawarte.
Rzeczywiście, młodzian zawartość merytoryczną kumulował. Jej nagromadzenie sprawiło, ze zaczął katalogować, a później poszedł dalej katalogując według dziedzin. Co ciekawe, akumulacja obejmowała całe ciało z wyjątkiem głowy. Konkretniej z wyjątkiem mózgu (o ile go miał). Tak więc nauka o ziemi została skatalogowana w stopach. Manowce seksu oraz wszystko, co związane z hasłem Bóg, Honor, Ojczyzna – w przestrzeni międzypośladkowej. Harlequiny umieszczał pod sercem.
Zdaję sobie sprawę, że możecie powątpiewać w prawdziwość zaprezentowanych ustaleń. Gdybyście jednak widzieli jego zdjęcia RTG lub Tomografu, wasze wątpliwości na pewno by zniknęły, jak zniknęły moje. Wszystko było widać, cały dorobek przetrawionej i odłożonej w organizmie wiedzy.
Zresztą, wszystko to można było zaobserwować także w zachowaniu Autyka. Potrafił, po przyswojeniu egzemplarza „W lodach Arktyki”, pokazać zlodowaciałe oblicze, a głosem udatnie naśladował pękanie kry, tworzenie się gór lodowych i świst wichru w arktycznej pustce. Gdy spożył „Poradnik młodej matki”, wiernie odtwarzał mimikę rodzącej, jej jęki i bojowe okrzyki, pełne animuszu zawodzenie młodego ojca i wreszcie pierwszy krzyk niemowlęcia.
To był artyzm.
I tak też był odbierany przez otoczenie. Nie tylko przez sąsiadów i najbliższą rodzinę, bo doceniał go i hołubił cały świat artystyczny, bohema i krytycy literaccy.
Ale o tym w następnym odcinku.

Reklama

8 KOMENTARZE