Reklama

No cóż, zbliżamy się do końca tego niedługiego cyklu, cykliku wręcz. Nadchodzi ostatni dzień mojej wizyty w Ziemii Świętej. Dzień, który rozpocząłem bardzo wcześnie rano.

Jerozozolima. Ranek. No to jest nie fair. W dzień plus trzy dychy, a w nocy zimno jak w piekle. Na dodatek okazuje się że okna w moim pokoju są chyba nie do końca szczelne. Patrzę na zegarek – dopiero pół do szóstej. Nie no to już przesada. Muszę jeszcze pospać. Podbieram koc z łóżka obok i staram sie owinąć jak najszczelniej. Nie za wiele to daje, może i cieplej, ale za to niewygodnie. Już nie zasnę, trzeba wiedzieć kiedy człowiek musi się poddać. Wstaję z łóżka i szczękając zębami udaję się do łazienki. Tym razem przynajmniej mam jasność – nie będę się owijał w żadną togę, jest zdecydowanie za zimno na jakieś syndromy. Odkrywam, że YMCA to nie to samo co Dan Hotel w Tel-Aviv. Tu na ciepłą wodę muszę chwilę poczekać. Dwie chwile. Jest. Ciepła, ale bez przesady. Po prostu da się umyć, o rozgrzaniu się trza zapomnieć. Ubieram się szybko, starając się powstrzymać drżenie łydek. Średnio mi się udaje, szczerze mówiąc. Pakuję moje rzeczy do torby i jestem gotowy wyruszać. Ale może najpierw jakieś śniadanie. Jest już szósta, może jest szansa że uda mi się już coś wydębić w restauracji. Schodzę na dół, przechodząc koło recepcji, ze starego nawyku porywam trochę ulotek ze stojaka – zawsze będzie co poczytać przy śniadaniu. Ulotki okazują się być reklamówkami organizowanej przez hotel w przyszłym tygodniu Wigilii. Hmm. Typowe dania wigilijne – makaron z ananasem, mus bananowy i takie tam. Ale może to jest właśnie w Nowa twarz miastaporządku, a nie filecik z karpia. W końcu to tutaj, kilkadziesiąt kilometrów stąd urodził się ten szkrab, którego pamięć mamy świętować. Jak sobie człowiek uświadomi, że na naszych kartkach bożonarodzeniowych powinny widnieć nie szopki pokryte śniegiem, nie oszronione choinki, nie wymarznięte zwierzątka – ale właśnie jakieś wielbłądy, upał, półnadzy ludzie, z których pot spływa strumieniami – to jest to jakiś taki mały szoczek. Co innego na rozum zdawać sobie z tego sprawę, ale co innego siedzieć tu i odczuwać na własnej skórze. Choć akurat dzisiaj to mogłoby być nieco cieplej :D. Spotykam resztę wycieczki, wygląda na to, że nie tylko ja nie mogłem dzisiaj się wyspać. Jeden z kolegów informuje nas, że on na razie nie wraca do kraju – przedłuży swój pobyt do końca weekendu. Czyżby zachorował – nie, ten akurat facet znany jest ze swojego włóczykijstwa. Ale to powoduje, że pewnie będziemy mieli w naszej wycieczce dwa różne tempa – ja już mam naprawdę tylko kilka godzin, on spędzi tu jeszcze parę dni. Ech, jak ja mu zazdroszczę. Po śniadaniu niezwłocznie wyruszamy na miasto – tyle do zobaczenia a czasu tak mało!

Reklama

Jerozolima. Zwiedzamy. Na początek małe rozczarowanko – oczywiście wszystko pozamykane, więc na razie nie kupimy niezbędnych pamiątek, ale na to przyjdzie czas nieco później. Ponownie wchodzimy do starej części miasta przez bramę Jaffy. Ona jest najbliżej. Wraz ze wstającym słońcem okazuje się, że również nowoczesna część miasta wygląda wyjątkowo urokliwie. Robimy kilka fotek, gwałcąc przy okazji kilka zakazów, bo najładniejsze ujęcia będą z jakiegoś takiego murku, wystającego kilkadziesiąt metrów nad jakąś szeroką drogą. Ale pora już zagłębić się w historię. Najpierw cytadela, Mapa JerozolimyWieża Dawida. Monumentalna budowla wznosi się kilkanaście metrów powyżej placyku na którym stoimy. Na szczycie wieży powiewają flagi Izraela. Mnie to słabo rusza, ale inni turyści, zapewne z rodu Dawida, obfotografywują je z każdej strony. Ruszamy w prawo, jakoś tak znowu ciągnie nas do dzielnicy ormiańskiej. Spacerujemy wzdłóż murów, szukając wzrokiem pewnej knajpki. Okazuje się jednak zamknięta, więc ruszamy dalej. Staramy się znaleźć jakiś obluzowany kamyczek, choćby maciupki, który możnaby w domu zostawić na pamiątkę. Ale chyba nie my jedni wpadliśmy na ten pomysł, bo wszystko jest dokładnie wyślizgane, nic nie leży luzem. W końcu dochodzimy do cześci murów, na które można wejść i obejrzeć świat poza nimi. Naszym oczom ukazuje się przepiękny widok na Górę Oliwną. Pewnie nie muszę nikomu mówić co tam się ponoć działo, jaki ogród tam rośnie, więc niezwłocznie wyciągamy aparaty i zaczynamy cykanie. Ale coś nam lekko psuje kompozycję. Całe zbocze wzgórza, całą dolina jest pokryta jakby warstwą kamienia. Z tej odległości wygląda na dość jednolitą, lecz kiedy podchodzimy bliżej widać że to po prostu całe rzędu grobów. Cała dolina jest jednym wielkim cmentarzem. Czemu tu? W samym środku miasta taka nekropolia? Wyjaśnienie tego, jak większości rzeczy w tym mieście, możliwe jest tylko jeżeli znamy wierzenia ludów tu zamieszkujących. Otóż mniej więcej od IV wieku n.e. dolinę Cedronu widoczną przed nami część ortodoksyjnych Żydów mocno identyfikuje ze wspomianą w Piśmie doliną Sądu Ostatecznego. To tu mają stać dwa mosty, przez które przejść będą musieli wszyscy ludzie – kto wybierze most z papieru, też przeżyje, kto most z żelaza – ten zginie. Ortodoksi karzą więc grzebać się właśnie tutaj, coby w razie czego być jak najbliżej wydarzeń. Ale raczej wątpliwe jest, by słowa zapisane w Piśmie należało Góra Oliwnarozumieć dosłownie – bowiem historia Jozafata jest ciekawa i pouczająca. Otóż Jozafat był królem Królestwa Judy (które było kawałkiem Izraela podzielonego po śmierci Salomona), któremu co normalne w owych czasach zagroził obcy najazd. Król jednak zamiast ściągać całą armię przeciw licznej armii wrogów, zarządza post i udaje się do świątyni, coby odbyć dyskusję z Bogiem. Ten rzeczywiście odpowiada, informując Jozafata, by się nie martwił, bo ta walka jest Jego walką. Tak więc król z rańca zbiera swoją niezbyt liczną drużynę i wyrusza na spotkanie wojsk nieprzyjacielskich. Kiedy dojeżdża na miejsce, do doliny gdzie ma się rozegrać bitwa, okazuje się, że w obozie wroga właśnie trwają wewnętrzne walki – po prostu sami się wyrżnęli, a Jozafatowi pozostało tylko posprzątać. I tu jest rada jak wygrywać wojny – nie trzeba gromadzić wojsk i zbroić sie na potęgę. Trzeba tylko zadbać by w obozie wroga wybuchły niesnaski – wtedy zwycięstwo w kieszeni. Kto mądry do takiej stosuje się strategii. Ale wróćmy do naszej wycieczki. Wędrując wzdłóż murów powoli dochodzimy do bramy Gnojnej – podobno dawniej tędy właśnie miasto pozbywało się swoich, hmm, ekstrementów. W oddali na wzgórzu złoci się kopuła meczetu Al-Aksa, skąd ponoć Mahomet został przetransportowany do nieba. Stąd już tylko dwa kroki do Ściany Płaczu, gdzie kierujemy nasze kroki. Jeszcze tylko musimy się opędzić od gromady taksówkarzy, którzy w różnych językach (w tym w polskim oczywiście) namawiają nas na wycieczkę na szczyt Góry Oliwnej. Odmawiamy, bo zaczynamy sobie zdawać sprawę jak niewiele czasu nam pozostało. Zamiast tego ustawiamy się w kolejce do wejścia na teren uznany za jedno z najświętszych miejsc judaizmu. Tu czeka nas prześwietlenie, naszych aparatów fotograficznych, naszych laptopów, naszych telefonów. Wszystko musi być włączone i działać. Procedura mimo że bardzo dokładna przebiega sprawnie, i już po chwili możemy wejść na teren. Przed nami stoliczek cały wypełniony papierowymi kipami – to te małe czapeczki, zakładane na sam szczyt łepetyny. Każdy zakłada po jednej, krótka sesja zdjęciowa i już możemy rozpocząć naszą obserwację. A jest na co patrzeć. Ja czuję się szczerze mówiąc nieco obco tutaj. Po raz pierwszy od przyjazdu do Izraela, czuję że to miejsce nie jest dla mnie. Setki Żydów, z owiniętymi rzemieniami rękami, z ceremonialnymi rogami na czole, kołysze się w takt słyszanej tylko przez nich muzyki. Każdy z nich kołysze się sam, każdy sam szepcze słowa modlitwy, jednak wszystko razem sprawia wrażenie skoordynowanego tańca, którego znaczenie jest jednak Po Ścianą Płaczuprzede mną ukryte. Nagle któryś z modlących się młodzieńców zaczyna głośno intonować jakąś pieśń. Okoliczni pielgrzymi w czarno białych chustach podchwytują melodię, i zgodnym chórem śpiewają razem z nim. Przechodzą płynnie z jednej linii melodycznej w drugą, śpiew zaczyna rozbijać się na kolejno śpiewane przez poszczególnych ludzi kwestie. Jeden z nich zaczyna się obracać, najpierw powoli potem nieco szybciej. Coraz mocniej odczuwam, że jestem tu raczej ledwo tolerowanym intruzem. Sam o tym wiem, nic nie muszą robić. Nic nie muszą mówić. Miałem taki plan, że wezmę i wsadzę karteczkę. Niby nie wierzę, ale zaszkodzić nie zaszkodzi chyba. Ale teraz widzę cały bezsens takiego gestu – to po prostu nie wypada. Tym bardziej że sama ściana jest wypełniona zwartą celulozową masą, pozostałą po pokoleniach wsadzających tu swoje życzenia. Powoli opuszczamy to dziwne miejsce. Odpuścimy sobie wejście do podziemi, choć podobno warto zobaczyć. Ruszamy dalej. Teraz dobrze by było zobaczyć trochę tego orientu, wkroczyć na teren, gdzie dawniej stała Świątynia, a teraz królują meczety. Przechodzimy wąskimi uliczkami w stronę zaznaczonych na mapie wejść do zamkniętej dzielnicy – Wzgórza świątynnego. Jednak już kilkaset metrów od samej bramy zaczepiają nas jakieś łobuziaki. Informują, że tu raczej nie powinniśmy się kręcić. Nieco wystraszeni (ale my przecie chojraki, byle gówniarz nas nie przelęknie :D) kontunuujemy spacer w wybranym kierunku. Dochodzimy do samej bramy i tu info się potwierdza – nie możemy wejść. Wstęp tylko dla muzułmanów, w związku z trwajacymi w całej Autonomii niepokojami. Odchodzimy jak niepyszni, chłopaki które wcześniej nas ostrzegały, żegnają nas lekko szyderczym śmiechem. 

Jerozolima. Dzielnica muzułmańska. Trudno, trzeba się będzie zadowolić po prostu dzielnicą muzułmańską. Szybko przemykamy wąskimi uliczkami w stronę bramy Lwów – to tam zaczyna się Via Dolorosa – Droga Krzyżowa, to tędy stąpać miał Jezus z Nazarethu w swojej ostatniej podróży. Przy bramie znajduje się kolejne wejście do zamkniętej części miasta – tu jedank możemy zaglądnąć trochę za mur – w tym miejscu pod postacią zwykłej siatki i drutu kolczastego. W środku widać jedynie bidne chałupki, snującyPolska stacjach się jakby bez celu ludzi. Kilku chłopaków próbuje nas przekonać, że w tym miejscu robienie zdjęć jest płatne – po dolarze od sztuki, więc jak szybko wyliczają – jesteśmy im winni dychę. Po kilku metrach schodzą do piątki, potem dwójki, kiedy rezygnują zostaje z tego tylko 10 centów. Wchodzimy ponowie do miasta – podążając śladem kolejnych stacji Drogi Krzyżowej. Żaden z nas nie jest religijny, można by nawet części zarzucić pewien mocny dystans do tych spraw (temu kogo znam najlepiej), jednak czuje się tu jakąś przedziwną mistykę miejsca. Co jakiś czas napotykamy metalową tabliczkę, informującą nas że tu właśnie jest kolejna stacja. Stary obóz Rzymian. Kościół biczowania. Łuk Ecce Homo. Nie będę tu opisywał kolejnych stacji, bom niegodny, wielu przede mną zrobiło to lepiej. Dość powiedzieć że jak informują specjalne tablice, od czasu do czasu stąpamy po kamiennych płytach wydobytych spod ziemi, z głębokości kilku metrów, i są to właśnie te kKrzyże w pyleamienie, które leżały tutaj około roku 1 n.e. W pewnym momencie wita nas szereg napisów w ojczystym języku. Jedna ze stacji jak się okazuje została odnowiona przez polskich żołnierzy tułaczy, którzy z armią Andersa ewakuowali się tędy ze wschodu. Polska kaplica jest bardzo duża, a w środku znajduje się sklep z pamiątkami. Tu zwracają uwagę setki ozdobnych krzyży leżących pokotem na gołej podłodze. Masówka dla turystów, nie ma co się obcyndalać.

Bazylika Grobu Pańskiego. Wreszcie dochodzimy do tak poszukiwanej przez nas wcześniej Bazyliki Grobu Pańskiego. Najpierw wejście – szerokie schody, całe wyślizgane przez pielgrzymów, którzy ponoć pokonują je na kolanach. Tuż obok wznosi się strzelista wieża meczetu – naprawdę tu ciasno upakowane te wszystkie religie. Wchodzimy. Zaraz przy wejściu widzimy pielgrzymów całujących szeroki kamień leżący na pozłacanej podstawie. Według tradycji to właśnie kamień namaszczenia, gKamień Namaszczeniadzie leżało ciało Jezusa po zdjęciu z krzyża. Po prawej wejście na Golgotę (co się tłumaczy jako Miejsce Czaszek) – to wzgórze opisywane bardzo widowiskowo w Biblii, okazuje się być wielkim kawałem skały, po prostu olbrzymi kamol leżący niewiadomo skąd pośrodku pustyni. Skała ma około 6 metrów wysokości i cała jest obudowana Bazyliką. Na szczycie, gdzie prowadzą schody znaleźć można miejsce gdzie umieszczony był krzyż. Archeolodzy mówią, że skała jest pozostałością po nieco większej górze, eksploatowanej jako kamieniołom kilkaset lat przed Chrystusem. W czasach rzymskich skała znalazła sie w obrębie miasta, i wykorzystywano ją jako miejsce straceń. Wokół znaleziono pozostałości ogrodu. W sumie wszystko by się zgadzało – pismo mówi wszak że „w miejscu, gdzie Go ukrzyżowano, był ogród, w ogrodzie zaś nowy grób, w którym jeszcze nie złożono nikogo”. Jak wiadomo 70 lat później wybuchło powstanie na ziemiach Palestyny, które zostało krwawo stłumione przez Rzymian, sama Jerozolima zaś doszczętnie zniszczona. Z kształtu miasta opisanego w ewangeliach nie zostało prawie nic – to taka mała dygresja w związku z powstaniem warszawskim – nie byliśmy pierwsi, nie ostatni. W miejscu Jerozolimy została wielka kupa kamieni. Na tej kupie Rzymianie wybudowali po kilkudziesięciu latach miasto Aelia Capitolina. W miejscu gdzie teraz jesteśmy zbudowano świątynię Jowisza. Po kilkuset latach, gdy Chrześcijaństwo tryumfuje w rzymskim imperium, właściwie nikt już nie wie, gdzie miały miejsce te wszystkie wydarzenia, które czczą już miliony ludzi. Jak to się stało więc, ze teraz stoimy gdzie stoimy? Koło złotej gwiazdy znaczącej miejsce, gdzie stał złoty krzyż stanowiący pamiątkę śmierci Chrystusa? (Złoty krzyż nota bene został zakoszony przez Persów około roku 610, podczas ich „zwiedzania” okolicy). Otóż około 326 roku jak mówi tradycja (moja córka ma na imię Tradycja :D) przybyła do miasta cesarzowa Helena, szacowna małżonka cesarza Konstantyna. Przybywa z konkretną idee fix – znaleźć miesjce śmierci Zbawiciela. Cesarzowa wyposażona w nieograniczony kredyt rozpoczyna poszukiwania. Pomagają jej setki kapłanów i archeologów. W końcu udaje im się dotrzeć do wielowiekowej mapy, pokazującej rozkład miasta przed jego zrujnowaniem. Na jej podstawie cesarzowa wyznacza dokładny obszar poszukiwań. Wykupuje całą ziemię, burzy istniejące budynki, przekopuje grunt. W końcu oczom jednej z ekip ukazuje się skała Kalwarii, później grota grobowa. Kiedy zaczynają uprzątać teren odnajdują jeszcze bardziej zadziwiające znalezisko – w częściowo zasypanym rowie leżą trzy drewniane krzyże. No to już zakrawa na cud, więc całą komisja zbiera się by ustalić który z krzyży był narzędziem kaźni Jezusa. W końcu wpadają na genialny pomysł – przywołują kobietę, któGrób Jezusara znajduje się już w stanie agonalnym. Kolejno dotykają ją krzyżami, w końcu przy trzeciej próbie odzyskuje przytowność i wstaje. Cud! No cóż, tak cenne znalezisko nie może oczywiście pozostać w zabiedzonej miescinie jaką jest ówczesna Jerozolima – cesarzowa dzieli więc krzyż na trzy części – jedna z nich zostaje w świętym mieście, jedna jedzie do Rzymu, jedna do Konstantynopola. Oczywiście w miejscach przeznaczenia tych kawałków kler dochodzi do wniosku, że również nie ma sensu tzrymanie w całości takiego skarbu. Dzielą go na coraz mniejsze kawałki, i już dwadzieścia lat później w 347r. Św. Cyryl Jerozolimski zapisuje w swoich notatkach – „Cały świat jest pełen odłamków krzyża”. A handel relikwią kwitnie jak nigdy dotąd. O losach świątyni mógłbym tu opowiadać jeszcze pewnie i ze dwie godziny (np. Taki myk – klucze do bramy są zgodnie z tradycją w posiadaniu… muzułmanów – takie rozwiązanie zostało wprowadzone w celu pogodzenia drących się o ten zaszczyt przedstawicieli różnych wyznań chrześcijańskich). Ale zatrzymam się tylko na chwilkę przed samym Grobem. Kiedy odwiedzam to miejsce przed wejściem kłębi się niwypowiedziany tłum ludzi. Kolejka pokręcona jak trzy metry sznurka w kieszeni, przed samymi wrotami dwójka mnichów prawosławnych w regularnych odstępach czasu powtarza „next”, pielgrzymi wchodzą dwójkami do świętego sanktuarium Zmartwychwstania. Mają tam tylko kilka minut, inny mnich przegania ich po chwili, tak by pozwolić na wejście kolejnej parze. Ustawiam się w kolejce, jednak po 10 minutach rezygnuję – mój czas się już kończy, a nie wygląda bym się posunął choć o krok.

Powrót. Żegnam się więc powoli z tym zadziwiającym miejscem, i rozpoczynam mój sprint na parking, gdzie stoi nasz samochód. Jeszcze tylko krótki postój w sklepiku z pamiątkami (- ten Rosario najbardziej lubią pana rodacy, on ma tutaj w środku wodę z Jordanu), jeszcze odwiedziny w pełnym biegu w sklepie z zabawkami (właśnie urodziło się moje mniejsze, wypada coś przywiść, więc drewniana żyrafa (chyba żyrafa, może jednak wielbłąd?) za 60 USD będzie kurwa w sam raz). Czasu jest już naprawdę mało, wsiadamy w autko i nerwowo odliczamy minuty – trochę głupio byłoby się spóźnić na samolot, a droga do Tel-Avivu daleka. Jeszcze widzimy mur na granicy z Autonomią, niejasno przypominam sobie że przecież chciałem do Betlejem (to już po drugiej stronie wewnętrznej granicy), ale teraz już wiem że to było od początku nierealne, że w samej Jerozolimie powinienem jeszcze ze dwa dni pobyć, by naprawdę poczuć że ją „widziałem” Lecimya nie że tylko popatrzyłem. Wpadamy na lotnisko, kolejka do odprawy już się rozchodzi, to był naprawdę ostatni moment. Jeszcze krótka rozmowa z bezpieczniakiem (- Czy ktoś Panu coś przekazywał, czy dostał Pan jakiś prezent? – Nie – Wie Pan, czego się boimy. Że ktoś nieświadomie użyje Pana lub Pana bagaży do ataku na samolot…), jeszcze kontrola paszportowa, wsiadamy na pokład – i dopiero tu mam trochę czasu żeby to wszystko poukładać. Naprawdę warto było tu pojechać. Muszę tu wrócić, może za dwa tygodnie będzie okazja, chociaż pewnie nie, bo to jakoś święta już wypadną. Powoli zaczynam odczuwać zmęczenie, powoli zapadam w sen. Wracam do kraju.

 

PS. Pamiętacie moją rozmowę z młodym palestyńskim informatykiem? Odgrażał się, że niedługo świat znów usłyszy o Palestynie. W końcu nie poleciałem tam ponownie, bo po paru tygodniach zaczęły się zamieszki wśród Palestyńczyków, firma zabroniła nam wyjazdu do Izraela, od tej pory do nasi partnerzy przyjeżdzali do nas. A potem okazało się, że się nie dogadaliśmy, i już nie miałem okazji tam wrócić. Może jeszcze kiedyś. W końcu jeszcze czeka Nazareth. W końcu czeka Betlejem. W końcu czeka Morze Martwe.

PS2. Tuż a murami starego miasta, w dzielnicy ortodoksów mieści się piękny zabytkowy kościół kościoła Etiopskiego. Jakbym wiedział, że poświęcę Etiopii tyle czasu, to może bym się pofatygował, a tak znam tylko z opowiadań :D.

Reklama

10 KOMENTARZE