Reklama

Ostatni wpis z pierwszą częścią moich izraelskich peregrynacji zebrał korzystne recenzje, trza więc iść za ciosem. Poniżej ciąg dalszy, może też kogoś zainteresuje ta garść historii i spostrzeżeń.

Praca. Tel-Aviv po kilku zaledwie godzinach snu wita mnie ponownie jasnym słońcem. Nie powiem żeby było to przyjemne uczucie, zważywszy że każdy promyczek bezlitośnie wbija się w mój mózg. Nie ma rady, trzeba wstawać, za godzinę mam pierwsze spotkanie. Może w takim razie prysznic uratuje moje poobijane ego od rozsypki. Głowa boli zaskakująco słabo, spodziewałem się gorszych skutków wczorajszej eskapady. Szybki prysznic, koszula na grzbiet, dwa razy na odlew po pysku – jestem znowu w formie. Nawet zdążę na śniadanie. Jedziemy przez całe miasto, oczywiście zabłądziliśmy. Okazuje się, że niezauważenie wyjechaliśmy z Tel-Avivu i obecnie znajdujemy się na takiej samej ulicy, ale w miasteczku Ramat-Gan, stanowiącym coś w rodzaju Wieliczki dla Krakowa, czy Raszyn dla Warszawy – niby osobno, ale nie wiadomo kiedy jesteś już poza miastem. Telefon do kolegów z zaprzyjaźnionej firmy izraelskiej kieruje nas na właściwą drogę lepiej niż GPS, w który zaopatrzony jest samochód. Ogólnie zaskakuje nas niewielka liczba samochodów – jak na ilość biznesu widoczną na ulicach, po drogach kręci się naprawdę mało aut. Chyba że autochtoni lepiej niż my radzą sobie z omijaniem nielicznych korków. Pierwsze spotkanie. Ci Żydzi naprawdę mają łby nie od parady. Soft który piszą jest naprawdę porządny, specjaliści zaskakująco dobrze zorientowani. Z której strony nie spojrzeć – respect. Mają to poukładane. Następne spotkanie, znowu jakieś dziewczyny opowiadają jak robią te swoje klocki. Następne spotkanie. Tym razem wiceprezes, który okazuje się być Żydem rodem z Iranu, czego się nie da nie zauważyć – twarz jak żywcem wycięta z komiksów Satrapi (kto nie czytał, naprawdę polecam, kawał dobrej literatury, mimo że to rysuneczki). Ja już powoli odlatuję, a to dopiero druga. Widzę że koledzy radzą sobie nieco lepiej ode mnie, pewnie się oszczędzali wczoraj, cwaniaki. Nawet im nie przeszkadza, że punkty z dyskusji zapisujemy z numerkami po prawej stronie. Wreszcie lunch. Knajpa niedaleko, i to ciekawa knajpa. Wnętrze restauracjiMłodzi pracownicy z lokalnych biur siedzą przy stolikach, przy których zamontowano ekrany dotykowe. Wszystko spięte w sieć, możesz szamać luncha i pograć w warcaby z kimś ze stolika obok. Fajne. Przy okazji wreszcie czas na normalne rozmowy. – Skąd jesteś? – Z Krakowa. – O, u nas wszyscy wiedzą gdzie jest Kraków! – Pewnie z wycieczek do Auschwitz? – Ee? – No nie jeździcie do obozu? – Nooo niektórzy jeżdżą, ale Kraków jest słynny, bo tylko raz w historii nasz klub piłkarski miał szansę dostać się do Ligi Mistrzów, i wtedy przegrał właśnie z Wisłą Kraków. – Hmm. Nie przypominam sobie tego, ale udaję, że to równie słynne u nas. Nie mówię mu, że wtedy i tak przesrali swoją szansę w następnym meczu. Przynoszą jakieś lokalne przysmaki, trzeba ostro popieprzyć, żeby zaczęło być jadalne. – Czy u was pracują jacyś Palestyńczycy? – Nie, chyba nie. – A dlaczego? – W sumie nie wiem. Chyba nie mają odpowiednich kwalifikacji. – Żaden? – No może jacyś mają, ale nie składają do nas podań. – A jakby jakiś złożył, to byście go przyjęli? – Żaden nie składa.

Reklama

Droga. Jedziemy szeroką autostradą w kierunku Jerozolimy. Godzina akurat kiepska, wszyscy wypadają z Tel-Avivu po pracy. Korki na autostradzie niesamowite, ale Polak potrafi. Omijamy wszystkich frajerów stojących w kolejce do kolejnych zjazdów, zaopatrzeni w mapę drogową zakupioną w kiosku. Albo jednak mapa nie jest tak dokładna jak podejrzewaliśmy, albośmy się zagapili (ja byłem pilotem, więc to drugie jak najbardziej prawdopodobne) – dość że nie trafiamy na odpowiedni zjazd, i zanim się orientujemy jesteśmy prawie w Aszkelonie. Mijamy sobie jakieś zakłady jądrowe, i dopiero któraś tablica budzi nas z letargu – znowu błądzimy. I tu już nie ma żartów – zaraz będziemy w strefie Gazy. W tył zwrot się nie za bardzo da zrobić, jakaś dziwna ta autostrada. Decydujemy więc po prostu skręcić w pierwszą lepszą drogę w lewo, może jakoś dojedziemy. To była dobra decyzja, zobaczymy coś więcej niż duże miasto i autostradę. Boczne drogi już bardziej zaniedbane, niż to dotąd widzieliśmy. Przedzieramy się przez kolejne miasteczka, dziwne załamania drogi. Wokół stosy skał, jakieś beczki nie wiadomo po co porozrzucane tu i ówdzie. Od czasu do czasu mijamy jakieś obiekty, wyglądające na gospodarstwa rolne, ale jacyś strażnicy pilnują wjazdów. Generalnie trochę pachnie tu Meksykiem, jakoś dziko się zrobiło. YMCA w JerozolimieNa dodatek powoli robi się ciemno. Zatrzymujemy się na popas (właściwie to na wysik, ale hadko pisać o tym :D) przy jakiejś przydrożnej knajpce. Wokół rośnie jakaś niemrawa roślinność, choć przy bliższych oględzinach widać, że tak sama z siebie to pewnie by nie rosła. Wokół pustynia, tutaj ktoś doprowadził rurki z wodą, podziurawione nieregularnie na całej długości. Taki zraszacz domowej roboty. Koniec przerwy, jedziemy dalej, chcemy przecie jeszcze dziś spojrzeć na Jerozolimę. Powoli dojeżdżamy w jej okolice, nawet odnajdujemy naszą zagubioną autostradę numer 1, prowadzącą z Tel-Avivu. Dokładnie w chwili, gdy zaszło słońce, podjeżdżamy pod nasz hotel. Choć hotel to chyba niezbyt właściwe słowo – to dom YMCA (łaaaajemsijem, ooooo łaaaaajemsijem), czyli chrześcijańskie przytulisko w świętym mieście.

Jerozolima. Wreszcie. Miasto, które miało w historii tyle różnych nazw, że spokojnie można się zgubić. Jeruszalaim, jak nazywają je Żydzi znaczy Miasto Pokoju. Brzmi to lekko sarkastycznie, zważywszy na to, że od ładnych kilku tysięcy lat ciężko znaleźć jakieś dłuższe okresy w których panował tu spokój. Bardziej pasuje tu nazwa arabska – Al-Quds czyli Święte Miejsce. Miejsce jest święte dla Żydów, święte dla Chrześcijan, święte dla Muzułmanów. Nic dziwnego, że przez cały czas przedstawiciele wszystkich wyznań wydzierają sobie nawzajem ten niewielki kawałek ziemi. Ostatnim aktem tego przedstawienia było zajęcie miasta przez wojska izraelskie w 1967 roku po wojnie sześciodniowej, mimo przyznania Jerozolimy Autonomii palestyńskiej. Jeżeli ktokolwiek myśli, że możliwe jest pokojowe rozwiązanie roblemu Jerozolimy, to moim skromnym zdaniem myli się – to jest problem z rodzaju tych nierozwiązywalnych. Tu każdy ma rację. Tu wzajemne krzywdy narastały nie latami, lecz tysiącami lat. Tu każdy nienawidzi każdego, choć wypada mówić co innego. Tu nie ma mowy o jakichś odszkodowaniach, tu nie chodzi o kasę. Izraelczycy nie odpuszczą o krok, bo tu od granicy wschodniej do morza są dwa kroki. Palestyńczycy nie ustąpią o krok, bo to kultura, w której kto się cofa, ten się hańbi. Za wiele już ofiar, za wiele krzywd po obydwu stronach by się można było wycofać. Ale wróćmy do miasta. Już późno, ale mamy nadzieję że jeszcze to i owo da się zobaczyć. Poza tym jesteśmy już głodni. Najpierw prysznic w pokoju. Potem krótka sesja przed lustrem. Ubrany tylko w ręcznik oglądam się w lustrze. Czy ja dobrze wyglądałbym w takiej todze? Ortodoks spotkany wieczoremCzy mógłbym być jakimś biblijnym herosem? Może Janem Chrzcicielem? Te podkrążone oczy chyba ładnie by się komponowały. Nie zauważyłem, a minęło ponad pół godziny, a ja cały czas myślę o tym samym. Czy to już syndrom Jerozolimski? Chyba jeszcze za mało czasu tu spędziłem, nie ma mowy, bym już zachorował.

Syndrom Jerozolimski to choroba, która dotyka ludzi tylko i wyłącznie w tym mieście. Często chorują ludzie, którzy mają o sobie wysokie mniemanie, więc przy mojej wybitnej skromności (wszystko mam największe, nawet skromność :D) jestem idealną ofiarą. Ludzie dotknięci syndromem to zwykle turyści, którzy po przyjeździe do Jerozolimy zaczynają zachowywać się co najmniej dziwnie. Zwykle zaczynają się utożsamiać z postaciami z Tory lub Biblii, święcie wierzyć że są nimi. Najczęściej Żydzi myślą że są Mojżeszem, Samsonem albo królem Dawidem. Wśród Chrześcijan najczęściej spotyka się Jezusów i Janów Chrzcicieli. Rok w rok do Jerozolimskich szpitali psychiatrycznych trafia kilkaset przypadków, zwykle około 200 osób. W 1969 roku pewien Australijczyk, protestant, w przypływie religijnego uniesienia postanowił wygnać niewiernych muzułmanów z miasta. Drogą do tego miało być spalenie meczetu Al-Aksa, do czego niezwłocznie przystąpił. Oczywiście efektem podpalenia były kilkudniowe, krwawe zamieszki. Inna pani, starszawa Angielka, codziennie przez kilka tygodni wychodziła na Górę Oliwną, przekonana, że lada chwila przechodzić będzie Mesjasz, więc parzyła mu herbaty. Inny Izraelita postanowił przestawić Ścianę Płaczu na właściwe miejsce, gdyż uznał że powinna stać nieco dalej. Jako że był Samsonem, miało mu to pójść dość łatwo – to w końcu tylko parę kroków. U wielu ludzi syndrom jest tylko pogłębieniem wcześniejszych schorzeń. Mikołaj Gogol przybył do miasta pędzony wewnętrznym głosem, który mu to nakazywał, po tym miał odzyskać wenę twórczą. Weny nie odzyskał, za to powrócił z Jest uliczka z Jerozolimie...Jerozolimy w takim stanie psychicznym, że zagłodził się na śmierć w ciągu kilku następnych lat. Inni to ludzie przyjeżdżający do miasta w poszukiwaniu mistycznych przeżyć – i na miejscu znajdujący coś zupełnie innego – tętniącą życiem metropolię, pełną konfliktów, samochodów, handlu, blichtru różnych wyznań. Szok powoduje ucieczkę w skrajny fanatyzm. Klasycznym przypadkiem był pewien naukowiec z Niemiec, który w religijnym szale zniszczył obrazy w Bazylice Grobu Pańskiego, wykrzykując obelgi pod adresem mnichów i turystów. Ostatnim rodzajem chorych to ludzie jak ja – pierwszy lepszy, po prostu przyjechał do miasta i dostaje korby. Najpierw zaczyna się obsesyjnie myć i obcinać paznokcie – wszak czystość to podstawa (czy mój prysznic się kwalifikuje?), potem ubierają się w prześcieradła lub poszewki, i idą nauczać w miasto. Czym prędzej zrzucam więc mój ręcznik, ubieram się i ruszam w miasto, czas coś zjeść – jak syndrom ma mnie dopaść do i tak dopadnie, nie zaszkodzi więc najpierw coś zjeść.

Wieczorna Jerozolima. Pozamykane ekskluzywne sklepy, mieszczące się w odrestaurowanych budynkach na głównej ulicy prowadzącej do bramy Jaffy. Budynki zostały całkowicie rozebrane, kamienie odnowione i następnie budynki złożono z powrotem do kupy. Numery na ścianachStąd na niektórych nie otynkowanych murach widać całe szeregi liczb – oznaczających rząd, ścianę, miejsce w którym leżał kamień przed wyjęciem go z zabytku. Przechodzimy przez bramę i wpadamy w granice starej Jerozolimy. Mamy przewodnik, w przewodniku mapa, nie ma możliwości coby się zgubić. Walimy prosto przed siebie, potem w prawo i już jesteśmy. Chyba jednak skręciliśmy nie w tą uliczkę, bo ona skręca niby w prawo, ale prowadzi w lewo i potem długo prosto. Dochodzimy do muru, to zdecydowanie nie o to nam chodziło. Na każdym rogu wiszą ponad głowami czerwone tablice z cytatami z którejś ze świętych ksiąg. Chcemy trafić do Bazyliki Grobu, ale kręcimy się w kółko. Stara Jerozolima jest bardzo mała, zaskakująco wręcz mała. Trudno sobie wyobrazić, że te wszystkie wydarzenia miały miejsce na tak małym terenie. W końcu poddajemy się, dłużej nie ma sensu błądzić. Postanawiamy znaleźć jakąś knajpkę, i wrócić do hotelu. Może rano pójdzie nam lepiej. Zwiesiliśmy nosy na kwintę, i idziemy przez miasto. Nagle zaczepia nas młody Arab, zwijający swój sklepik, mieszczący się na parterze budynku. Sklepik ma wszystkiego z 10 metrów kwadratowych, u nas nawet kiosk ruchu by się nie zmieścił. Na tej powierzchni facet ma z pół miliona różnych szpargałów – czapeczki, chusty, szachy, skrzyneczki, noże, koszulki, drzewka, zdjęcia, mapy, dosłownie wszystko. Zachęca do zakupów, jednak widzi że cóś jesteśmy nie w sosie. Gdy dowiaduje się że szukamy Grobu, kieruje nas w malusieńką uliczkę, której szczerze mówiąc nawet nie zauważyliśmy (- Trzeba skręcić koło sklepu u Iwana, czy u Miszy, już nie pamiętam, rosyjski jednak). Tabliczki na każdym krokuPonieważ jest już grubo po dziesiątej, zastajemy niepozorną bramę do najświętszego miejsca Chrześcijaństwa całkowicie i nieodwołalnie zamkniętą. Cóż – teraz już przynajmniej wiemy gdzie szukać. Wracamy do sklepiku Araba, teraz już nieco w lepszych humorach. Wkrótce nawiązuje się swobodna rozmowa, szczególnie że okazuje się, że facet jest z wykształcenia programistą. Krótka rozmowa o kompach, jak to w branży (może Wam się tez to przydarza – moja żona mnie non stop opierdziela jak zaczynamy gadać o prockach, algorytmach, sofcie itp. – podobno to jest nudne dla postronnych, ale coś trudno mi w to uwierzyć :D). Później zbaczamy w rozmowie na lokalny konflikt – czemu będąc programista pracuje w podłym sklepiku? Bo nie ma pracy. Jak to nie ma pracy, jak Izrael jest jednym z największych na świecie producentów softu? Nie ma pracy dla Palestyńczyków w tej branży. Jest uznana za strategiczną dla bezpieczeństwa państwa, więc przyjmują tylko zaufane osoby. A nie ma firm palestyńskich? Może i są, ale zamówień nie ma. Cała gospodarka jest izraelska, wysokie technologie nie są potrzebne do obsługi firm produkujących plecione koszyki i tym podobne. A tym się zajmują firmy palestyńskie. Mógłby się przenieść do innego kraju islamskiego, w takiej Arabii Saudyjskiej pracy dla informatyków jest po uszy. Ale – rzecze – nasi wrogowie tylko na to czekają. Pokazuje nam swój sklepik – wiecie że moglibyśmy dostać za ten kawałek milion dolarów? Zbliżamy się do sklepikuTyle ostatnio nam oferowała agencja wykupu gruntów w Jerozolimie. Ta agencja jest powołana oficjalnie po to, by odrestaurowywać stare budynki w świętym mieście. Ale naprawdę chodzi o to, by wykupić naszą ziemię, tak by w Jerozolimie nie został żaden muzułmanin. Ale to miejsce należy do mojego ojca, należało do mojego dziadka, wcześniej do jego dziadka i jego dziadka! Jesteśmy tu od wieków, i nigdy się nie wyniesiemy, bo to nasza ziemia, ukochana. Nasz rozmówca powoli wpada w oratorski zapał – Żydzi weszli tu bezprawnie, zajęli nasze domy, wyrzucili naszych braci i siostry. – Czy nie ma żadnej możliwości, by usiąść i się porozumieć? – Co? Ja wiem, że wy w Polsce nienawidzicie Rosjan! Oni napadali na was kilka razy. Jakbyście się czuli, gdyby Rosjanie zajęli waszą ziemię, schańbili wasze siostry, ukradli waszą własność? Przecież nie można takich rzeczy wybaczyć! Arab jest już wyraźnie podekscytowany, widać jak jego oczy miotają pioruny, cała twarz staje się napięta. W tej sytuacji nie informuję go, że moja rodzina musiała uciekać ze Lwowa, że w Krakowie znowu nas dogonili, zniszczyli dom i zajęli całą ziemię. Jeszcze wyjdę na człowieka bez honoru, przecie nie lecę z karabinem na Moskwę. Rozmowa robi się coraz bardziej nieprzyjemna. Kiedy nasz rPlan Jerozolimy - prostyozmówca informuje nas, że niedługo świat znowu usłyszy o Palestynie, bo ten ogień nigdy nie zgaśnie, zaczynamy się żegnać. Rozmowa rozmową, ale w brzuchu burczy.

Jerozolima. Dzielnica ormiańska. Święte miasto podzielone jest na cztery części, z których każda ma własną specyfikę, własny klimat. Dzielnica ormiańska wypada jak dla mnie najkorzystniej – nie jest tak odpicowana jak żydowska, ale nie tak zaniedbana jak muzułmańska. Niby tu też chrześcijanie, ale mniej kościołów, mniej sklepów z różańcami (Rosario tla ciepie? Tanio!) niż w dzielnicy chrześcijańskiej. Czuć tu atmosferę starości, choć nie tak nachalną jak w innych rejonach. Myśleliśmy że o tej porze, to nam już tylko jakieś kebaby zostaną, ale nie – niebawem Ormiańskie rozkosze podniebienianatrafiamy na przytulną knajpkę usytuowaną w piwnicy. Jest tylko mały problem – cała sala zajęta przez ormiańskich biesiadników, niektórzy już widać mocno w czubie mają. Wygląda że dla nas już miejsca nie będzie. Nic bardziej mylnego – zaczepiony barman (można by powiedzieć karczmarz, bo jako żywo mi takie słowo przed oczami stanęło, gdym na niego spojrzał) kieruje nas do bocznej Sali, która okazuje się być małym muzeum sztuki ormiańskiej. Na ścianach w niewielkich gablotach wiszą przezacne eksponaty – broń, kilimy, obrazy, rzeźby. Na podłodze skrzynie wypełnione różnym zabytkowym drobiazgiem. Znowu uśmiecha się do nas szczęście – jako że karczmarz 😀 zajęty jest obsługą dużej sali, nam przydziela swoją młodszą koleżankę. Koleżanka taka, że jakby nam zwykłe parowki sprzedała, to byśmy byli święcie przekonani, żeśmy właśnie niespotykany rarytas zjedli. Tak trudno nam było oczy przenieść na talerze. Choć przyznać trzeba, że to cośmy dostali zdecydowanie warte było większej Szczegół ze ścianyuwagi niż byliśmy skłonni poświęcić, bo jedzonko pyszne było. Kiedy knajpa zaczyna się opróżniać, i na nas przychodzi pora. Do dziś nie wiem ile zapłaciliśmy, nikt nie zwracał uwagi na rachunek :D. Ale humory nam się zdecydowanie polepszyły. Wspólnie decydujemy, że jutrzejszy dzień poświęcimy w całości na zwiedzanie – przed nami Via Dolorosa, przed nami Bazylika, przed nami Ściana Płaczu, może nawet Meczet. A samolot już koło szóstej wieczorem, więc naprawdę musimy się śpieszyć. Szczególnie, jeśli chcemy jeszcze podjechać do Betlejem. O tym może następnym razem. Na razie jest już strasznie późno, pora już zrobić siusiu i spać. Może nawet zważywszy na miejsce gdzie śpimy, powinniśmy zmówić paciorek? Się zobaczy.

Reklama

12 KOMENTARZE

  1. Zachwyt…
    Przyznaję się bez bicia,że szukam Twoich postów.:)Może jednak się skusisz i opublikujesz je jako cykl,żebym mogła mieć je wszystkie w kupie?:)
    Mam Przyjaciela Żyda z Hajfy,pochodzi z rodziny ortodoksów.Dla rodziny nie żyje,wyprawiono Mu pogrzeb,tak jak starszej siostrze,która wyszła za mąż za katolika,żeby w końcu zostać ateistką.Ale ja nie o tym chciałam,tym bardziej,że wszystko czego dowiedziałam się na temat Izraela od Jakuba (Jest Żydem mesjanistycznym) ma wymiar osobisty więc cytować Go nie mogę.Może napiszesz coś na ten temat kiedyś?Ja tak ładnie nie umiem,chociaż sporo na ten temat wiem.:(
    Wracając do meritum DZIĘKUJĘ.:)Dziękuję za Wszystkie teksty i czekam z niecierpliwością na kolejne.:)Wraz z Tobą przemierzam tamten kraj…

  2. Zachwyt…
    Przyznaję się bez bicia,że szukam Twoich postów.:)Może jednak się skusisz i opublikujesz je jako cykl,żebym mogła mieć je wszystkie w kupie?:)
    Mam Przyjaciela Żyda z Hajfy,pochodzi z rodziny ortodoksów.Dla rodziny nie żyje,wyprawiono Mu pogrzeb,tak jak starszej siostrze,która wyszła za mąż za katolika,żeby w końcu zostać ateistką.Ale ja nie o tym chciałam,tym bardziej,że wszystko czego dowiedziałam się na temat Izraela od Jakuba (Jest Żydem mesjanistycznym) ma wymiar osobisty więc cytować Go nie mogę.Może napiszesz coś na ten temat kiedyś?Ja tak ładnie nie umiem,chociaż sporo na ten temat wiem.:(
    Wracając do meritum DZIĘKUJĘ.:)Dziękuję za Wszystkie teksty i czekam z niecierpliwością na kolejne.:)Wraz z Tobą przemierzam tamten kraj…

  3. Ano można dostać na głowę w
    Ano można dostać na głowę w Ziemi Świętej dla trzech wielkich religii, wzajemnie się zwalczających. Na pewno nie jesteś Żydem? Pytam bo zdradzasz pewne cechy charakterystyczne dla nacji, inteligencję i megalomanię. Z drugiej strony widzę też dystans do siebie i autoironię, czyli cechy wybitnie polskie i to mnie trochę myli. Tak czy siak Szalom kimkolwiek jesteś.

    • Po setkach lat…
      Po setkach lat popierdzielania po tej ziemi wszystkich możliwych armii i narodów, nikt z nas nie wie na pewno co w jego żyłach płynie. A co do wyraźnych cech narodowych, to muszę powiedzieć, że moim skromnym zdaniem cechy narodowe nie istnieją. Istnieją tylko stereotypy. Więc – Saalam 😀

      • Nie w tym rzecz, ja bardzo
        Nie w tym rzecz, ja bardzo chciałbym być Żydem, ze wszystkich marzeń to jedno jest dla mnie najważniejsze, poza synem, ale to po kilku rozmowach z żoną uważam za abstrakcję. Chciałbym jako megaloman mieć ten laur w kolekcji. Z tymi cechami narodowymi to się nie będę wykłócał, bo ile mogę, ale uprę się tylko przy swoim, że są takowe. Na przykład Włosi notorycznie trąbią klaksonami, machają rękami i gwiżdżą na laski, zwłaszcza blondynki, co w Anglii byłoby nie do pomyślenia, oczywiście jako zjawisko masowe, bo mówimy przecież o cechach narodowych nie indywidualnych. Szwedzi segregują śmieci do 5 pojemników, Polacy jeśli nawet to i tak MPO zwali to wszystko na jedną kupę i pod las. Są cechy narodowe, stereotypy też, są. Jeden z nich to twierdzenie, że nie ma cech narodowych :). Pozdrawiam.

  4. Ano można dostać na głowę w
    Ano można dostać na głowę w Ziemi Świętej dla trzech wielkich religii, wzajemnie się zwalczających. Na pewno nie jesteś Żydem? Pytam bo zdradzasz pewne cechy charakterystyczne dla nacji, inteligencję i megalomanię. Z drugiej strony widzę też dystans do siebie i autoironię, czyli cechy wybitnie polskie i to mnie trochę myli. Tak czy siak Szalom kimkolwiek jesteś.

    • Po setkach lat…
      Po setkach lat popierdzielania po tej ziemi wszystkich możliwych armii i narodów, nikt z nas nie wie na pewno co w jego żyłach płynie. A co do wyraźnych cech narodowych, to muszę powiedzieć, że moim skromnym zdaniem cechy narodowe nie istnieją. Istnieją tylko stereotypy. Więc – Saalam 😀

      • Nie w tym rzecz, ja bardzo
        Nie w tym rzecz, ja bardzo chciałbym być Żydem, ze wszystkich marzeń to jedno jest dla mnie najważniejsze, poza synem, ale to po kilku rozmowach z żoną uważam za abstrakcję. Chciałbym jako megaloman mieć ten laur w kolekcji. Z tymi cechami narodowymi to się nie będę wykłócał, bo ile mogę, ale uprę się tylko przy swoim, że są takowe. Na przykład Włosi notorycznie trąbią klaksonami, machają rękami i gwiżdżą na laski, zwłaszcza blondynki, co w Anglii byłoby nie do pomyślenia, oczywiście jako zjawisko masowe, bo mówimy przecież o cechach narodowych nie indywidualnych. Szwedzi segregują śmieci do 5 pojemników, Polacy jeśli nawet to i tak MPO zwali to wszystko na jedną kupę i pod las. Są cechy narodowe, stereotypy też, są. Jeden z nich to twierdzenie, że nie ma cech narodowych :). Pozdrawiam.