Reklama

Autor z naciskiem zaznacza, że na jego widzenie świata i w efekcie powstanie niniejszego tekstu wpłynął fakt, że autor od połowy sierpnia znajduje się

Autor z naciskiem zaznacza, że na jego widzenie świata i w efekcie powstanie niniejszego tekstu wpłynął fakt, że autor od połowy sierpnia znajduje się na diecie. Niewątpliwie wpłynęło to na autora postrzeganie i wyostrzyło mu zmysły na pewne sprawy, wcześniej niedostrzegane lub pomijane.

Reklama

W połowie sierpnia z licznych i ważkich powodów zdecydowałem się rozpocząć dietę. Siedzący tryb życia i pracy, jak również wrodzone lenistwo wykluczyły inną, bardziej aktywną formę pozbycia się zbędnych kg tu i ówdzie, a zwłaszcza ówdzie. Uprzedzając liczne pytania rozgorączkowanych Czytelników płci obojga – jest to dieta Żet Pe (Żryj Połowę), z dodanymi trzema zerami – zero słodyczy (cukru), zero tłuszczu (masło, mixy etc.), zero alkoholu (zwłaszcza piwa i wysokoprocentowych) – i na razie działa dość przyzwoicie.

Abstrahując jednak od przyziemnych i wymiernych efektów diety, pokusiłem się po kilku tygodniach o refleksję dotyczącą tego, co pomaga i przeszkadza w utrzymywaniu reżimu (nie)jedzenia. Niewątpliwie pomaga pora roku, obfitująca w zastępujące słodycze owoce. Pomaga również ograniczenie wizyt u wszystkich odnóg rodziny, które za punkt honoru uważają ciągłe podawanie na stół w kolejności: śniadanie, II śniadanie, III śniadanie, lunch, obiad, deser, podwieczorek, kolacja, podkurek…

Dla niniejszego tekstu o wiele istotniejsze jest to, co przeszkadza. Otóż jedną z najbardziej dokuczliwych rzeczy dla autora na diecie jest telewizja. A dokładniej – wszystko, co w TV wiąże się z jedzeniem. Zerknijmy w program na sobotę (kiedy zacząłem pisać ten tekst): TVP1 – 08:15 – „Kuchnia z Okrasą”, Polsat – 10:15 – „Ewa gotuje”, TVN – 10:55 i TVN7 – 09:05 ¬– „Pascal – po prostu gotuj”. Około południa pałeczkę przejmują TV Polonia – 12:05 – „Makłowicz w podróży” i Puls – 14:30 – „Gotuj jak Mistrz”, a potem wchodzimy już w popołudniowe pasmo seriali i wieczorny prime time. Tej lawiny kulinarnych pokus nie równoważy marne 20 minut rozpoczynającego poranne pasmo w TVP1 o 06:40 rano (!) programu „Schudnij” ani „Akademia fitnessu i kulturystyki” (09:25) w niszowym, dostępnym jedynie w kablówkach Tele 5.

Co więcej, znakomita większość programów teoretycznie neutralnych, porannych wywiadów i rzeczy typu „mydło i powidło” („Pytanie na śniadanie”, „Kawa czy herbata”) wykorzystuje formułę miłego spotkania przy stoliku… na którym oprócz gustownych filiżanek piętrzy się półmisek ciast, ciastek, w Tłusty Czwartek obowiązkowo pączków. A co dopiero reklamy jedzenia, które osobie postronnej przelatują przez mózg na zasadzie dzisiaj weszło-dzisiaj wyszło, ale już autorowi na diecie uruchamiają ślinianki i żołądek, mimo że autor wie doskonale, że 90% efektów, błysków, pianek na kawie i piwie, leniwych, gęstych strumieni czekolady, przelatujących przez ekran au ralenti owoców i słodyczy… słowem, 90% tego, co w reklamach najbardziej kuszące, to efekty z komputera i/lub inne, niekoniecznie jadalne środki.

Zresztą autor jest w tej dobrej sytuacji, że stać go na refleksję i… ekhhmm, ekhm… silną wolę, która przeciwstawia się tej zmasowanej propagandzie. Ale już np. ludzie sporo młodsi, myślę tu o dzieciach – nie. Skutkuje to coraz wyższym odsetkiem dzieci z otyłością (w ciągu ostatnich 20 lat wzrósł on w Polsce trzykrotnie), a jeżeli mielibyśmy równać do Europy, to najchętniej nie w tym względzie – już 25% dzieci w UE ma nadwagę.

Co z tym zrobić? Amerykańskie National Bureau of Economic Research doszło do wniosku, że całkowite wycofanie z TV reklam fast-food zmniejszyłoby liczbę otyłych dzieci o kilkanaście procent. Wszyscy wiemy, jak potrafią wyglądać amerykańskie nastolatki (i dorośli). Może czas skorzystać z doświadczeń zza oceanu, zanim jeszcze doszliśmy do ich poziomu? I może w związku z tym, że jeszcze na nim nie jesteśmy, wystarczyłoby tylko ograniczenie ilości? Ze swojej strony mógłbym postulować jeszcze ograniczenia w porze nadawania – wiadomo, że jedzenie wieczorem jest dla człowieka najbardziej szkodliwe, a reklamy różnych gorących kubków i słodyczy pojawiają się i po 22:00…

Czas na wnioski – szanowny Czytelniku, jeżeli masz zamiar przejść na dietę albo też ma taki zamiar ktoś z Twoich bliskich, moja podstawowa rada brzmi: Żryj Połowę, czyli znacznie ogranicz konsumpcję – również telewizji. A najlepiej przerzuć się na czas diety całkowicie na kontrowersje.net.

________
Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany na witrynie www.kontrowersje.net . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Reklama

24 KOMENTARZE

  1. Żryj tyle co zawsze
    Ruszaj się!
    I nie tam żadne siłownie, rowerki domowe, fitnes cluby.
    Nawet nie nordic walking. Normalne bieganko. Tylko nie trucht jakbyś biegł do komory gazowej. Jak widzę tych z nadwagą, którzy biegną wolniej niż ja chodzę to …a zresztą nieważne.
    Mój zrzut to 2-3 kg w trzy tygodnie przy normalnym jedzeniu. No może trochę mniej słodyczy.
    Tyle, że trzeba narzucić sobie reżim treningowy, a to jak wiadomo bywa trudniejsze niż dietka.

      • Tylko przy tak szybkich zrzutach radziłbym jednak
        robić to pod kontrolą dietetyka. Szkoda katować organizm. I upierdliwie będę doradzał rozpoczęcie bieganka. Organizm co prawda będzie domagał się więcej kalorii, ale przynajmniej uniknie się anemii.
        A po pewnym czasie będzie można sobie bezkarnie pofolgować z lodami, szarlotką i takie tam.

        • Pod kontrolą dietetyka
          już próbowałem. Jakoś nie potrafię w takim przypadku wzbudzić w sobie silnej woli, żeby dotrzymać diety – mam poczucie, że jestem do czegoś zmuszany.

          Co do katowania, to próbowałem również diety kopenhaskiej, to dopiero jest katowanie. Obecną znoszę dużo lepiej, nie ma żadnych ujemnych skutków so far. Jem też to, co zwykle, tylko – połowę. No i 3 x zero, jak napisałem.

          W każdym razie dziękuję za troskę.

  2. Żryj tyle co zawsze
    Ruszaj się!
    I nie tam żadne siłownie, rowerki domowe, fitnes cluby.
    Nawet nie nordic walking. Normalne bieganko. Tylko nie trucht jakbyś biegł do komory gazowej. Jak widzę tych z nadwagą, którzy biegną wolniej niż ja chodzę to …a zresztą nieważne.
    Mój zrzut to 2-3 kg w trzy tygodnie przy normalnym jedzeniu. No może trochę mniej słodyczy.
    Tyle, że trzeba narzucić sobie reżim treningowy, a to jak wiadomo bywa trudniejsze niż dietka.

      • Tylko przy tak szybkich zrzutach radziłbym jednak
        robić to pod kontrolą dietetyka. Szkoda katować organizm. I upierdliwie będę doradzał rozpoczęcie bieganka. Organizm co prawda będzie domagał się więcej kalorii, ale przynajmniej uniknie się anemii.
        A po pewnym czasie będzie można sobie bezkarnie pofolgować z lodami, szarlotką i takie tam.

        • Pod kontrolą dietetyka
          już próbowałem. Jakoś nie potrafię w takim przypadku wzbudzić w sobie silnej woli, żeby dotrzymać diety – mam poczucie, że jestem do czegoś zmuszany.

          Co do katowania, to próbowałem również diety kopenhaskiej, to dopiero jest katowanie. Obecną znoszę dużo lepiej, nie ma żadnych ujemnych skutków so far. Jem też to, co zwykle, tylko – połowę. No i 3 x zero, jak napisałem.

          W każdym razie dziękuję za troskę.

  3. Otóż ja już boję się
    odpowiadać, bo nic ostatnio Pani nie odpowiada w moich wywnętrzeniach.

    Nastraszony efektem Yo-yo w jednej z polskich reklam, popijam dietę wodą stołową bez dodatków, herbatą przeróżną, również miętową, kawą i od czasu do czasu lampką czerwonego wytrawnego wina, najchętniej chilijskiego syrah (albo jak kto woli shiraz), co zalecają Francuzi, zresztą bez znaczenia, czy ktoś się odchudza, czy nie.

  4. Otóż ja już boję się
    odpowiadać, bo nic ostatnio Pani nie odpowiada w moich wywnętrzeniach.

    Nastraszony efektem Yo-yo w jednej z polskich reklam, popijam dietę wodą stołową bez dodatków, herbatą przeróżną, również miętową, kawą i od czasu do czasu lampką czerwonego wytrawnego wina, najchętniej chilijskiego syrah (albo jak kto woli shiraz), co zalecają Francuzi, zresztą bez znaczenia, czy ktoś się odchudza, czy nie.

  5. Witaj quackie, towarzyszu niedoli…
    Ja zacząłem o miesiąc wcześniej z podobnym “programem”, zmuszony przez władzę zwierzchnią, czyli żonę…
    Obecnie ważę o 14 kg mniej niż w połowie lipca.
    Jeśli wytrzymam do końca, a nie mam wyjścia, bo baba jest upierdliwa, to dojdę za miesiąc do “przepisowej” masy 80 kg i będę piękny… Bo młody to już nigdy nie bedę…

  6. Witaj quackie, towarzyszu niedoli…
    Ja zacząłem o miesiąc wcześniej z podobnym “programem”, zmuszony przez władzę zwierzchnią, czyli żonę…
    Obecnie ważę o 14 kg mniej niż w połowie lipca.
    Jeśli wytrzymam do końca, a nie mam wyjścia, bo baba jest upierdliwa, to dojdę za miesiąc do “przepisowej” masy 80 kg i będę piękny… Bo młody to już nigdy nie bedę…