Reklama

 Wokół wielkich wydarzeń narastają często wielkie mity.

 Wokół wielkich wydarzeń narastają często wielkie mity. Takim chwytliwym wstępem, który zresztą rzadko mi się zdarza, zacznę swój dzisiejszy tekst, poświęcony głównie historii pewnego wielkiego wydarzenia oraz mitom i faktom, które wydarzenia dotyczą. Co może być wielkim wydarzeniem? Wiele rzeczy, np. wielka wojna, albo wielki kryzys. O wojnie pisać nie będę, napiszę za to o Wielkim Kryzysie. Po co pisać o wydarzeniu, które miało miejsce dawno temu i o którym wszyscy wszystko wiedzą? No właśnie po to, by ktoś się czegoś dowiedział, bo "wiedza" o tamtym kryzysie sprowadza się zwykle do stwierdzenia, że był on wynikiem błędów i wypaczeń gospodarki dzikokapitalistycznej, a zakończył się dzięki prezydentowi Rooseveltowi, który zaprowadził Nowy Ład. W sumie stwierdzenie jest prawdziwe, ale nie do końca, bo choć kryzys był wynikiem błędów i wypaczeń, to nie były to błędy wolnego rynku, a Nowy Ład nie tylko nie zakończył kryzysu, ale przyczynił się do jego rozpoczęcia. Tak, dobrze czytacie, do rozpoczęcia. Mało kto wie, że w latach trzydziestych świat przeżywał dwie recesje, nie jedną. Pierwsza z nich, wszystkim dobrze znana, miała miejsce w latach 1929-1933, a druga, o której istnieniu mówi się dziwnym trafem znacznie mniej, trwała w latach 1937-1938. Zacznijmy jednak od początku, czyli od pierwszej recesji i od tego, co do niej doprowadziło.

By zrozumieć Wielki Kryzys trzeba cofnąć się do czasów I wojny światowej. Jak wiadomo przed rozpoczęciem tej wojny najczęściej praktykowanym ustrojem był tzw. dziki kapitalizm. W dzikim kapitalizmie państwo wprawdzie odgrywało pewną rolę, w niektórych krajach ( USA, Wielka Brytania ) mniejszą, w innych ( bismarckowskie Niemcy, carska Rosja ) większą, nie była to jednak rola tak wielka jak obecnie. Instytucje państwowe, takie jak bank centralny, nie mogły np. "ratować" gospodarki poprzez zwiększenie podaży pieniądza, bo pieniądz był sztywno związany ze złotem. Zmieniło się to w czasie I wojny światowej, gdy USA i inne kraje zrezygnowały z parytetu ze względu na rosnące wydatki wojenne. Budowa nowych czołgów i produkcja coraz bardziej śmiercionośnej broni nie jest przecież tania, a zapotrzebowanie na te zabawki jest duże, bo "ojczyzna w potrzebie". Trzeba więc skądś wziąc pieniądze, ale skąd? Podatnikom nie można było ich zabrać, bo nawet w tamtych wyjątkowo patriotycznych czasach trudno byłoby przekonać ich, by wyskakiwali ze swoich oszczędności i składali się na nowy myśliwiec. Zresztą podatki płaciło wtedy niewiele osób, bo miliony ludzi musiało walczyć na frontach, co zresztą stwarzało kolejny wydatek – jakoś trzeba było tych ludzi utrzymać. Co w tej sytuacji mógł zrobić rząd? Mógł pożyczyć pieniądze, ale banki miały ograniczoną ich ilość – w końcu je też obowiązywał standard złota. No właśnie, złoto… Właściwie to po co nam jakieś złoto? Może pusty pieniądz jest gorszy od pieniądza mającego pokrycie, ale jak już zostało powiedziane "ojczyzna w potrzebie", więc jeśli ojczyzna potrzebuje pieniędzy, to będzie je miała. Standard złota zawieszono i zaczęto od razu drukować pieniądze na pokrycie wojennych wydatków. Wojna dobiegła jednak końca, zaczęło się normalne życie, a wraz z nim inflacja, która zaczyna dawać o sobie znać. Politycy zrozumieli, że system pustego pieniądza jest na dłuższą metę nie do utrzymania i postanowili wrócić do systemu waluty złotej, który wcześniej całkiem dobrze działał.

Reklama

Tu właśnie zaczęły się problemy, bo decydenci w USA, czy Wielkiej Brytanii postanowili udać, że wojny i wydrukowanych w czasie jej trwania pieniędzy nie było i w związku z tym powrócili do przedwojennego kursu wymiany swoich walut na złoto. Pieniądze, a raczej "pieniądze" jednak były, co sprawiło, że tylko część pieniędzy mogła mieć pokrycie. To, a także polityka banków centralnych ( w tym amerykańskiego Fed, który powstał na rok przed wojną ) sprawiło, że wartość pieniądza malała, a jego ilość rosła. Zbyt duża ilość forsy bez pokrycia zawsze rodzi przykre skutki i nie inaczej było tym razem. W gospodarce realnej doszło do kryzysu nadprodukcji, a na Wall Street powstała bańka spekulacyjna, która pękła w czarny czwartek, w 1929 roku. Wtedy to "inwestorzy" zaczęli panicznie wyprzedawać swoje akcje, by móc spłacić kredyty, które zaciągali, by akcje kupić. Po co kupowali aż tyle akcji, że musieli się zadłużyć? Liczyli po prostu na ciągły wzrost ich cen. Ale terminy spłaty kredytów gonią, więc akcje trzeba w końcu sprzedać, a jeśli wszyscy sprzedają mniej więcej w tym samym czasie, to ich wartość maleje, a nie rośnie. Nieodpowiedzialność "inwestorów" doprowadziła wielu z nich do bankructwa, a kryzys przedostał się do gospodarki realnej. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, w końcu nie był to pierwszy krach w historii, można było przejść nad tym do porządku dziennego i wyciągnąć lekcję na przyszłość. Tym razem stało się jednak inaczej, bo w Stanach działała nowa instytucja, instytucja banku centralnego, czyli Fed. Urzędnicy z Rezerwy Federalnej chcieli "uratować" gospodarkę, która przeżywała problemy w dużej mierze właśnie przez ich wcześniejszą politykę. Co więc urzędnicy mogli zrobić? Mieli do wyboru dwie rzeczy: nie robić niczego i czekać aż rynek wróci do równowagi i na miejsce bankrutów przyjdą nowe firmy, albo zacząć działać i grzebać przy podaży pieniądza. Pierwsze opcja byłaby w wypadku Fed najrozsądniejsza, nic nie robiąc przynajmniej nie zepsuliby nic więcej, Fed wybrał jednak opcję drugą. To oznaczało kolejność dokonania kolejnego wyboru: albo dalsze zwiększanie podaży pieniądza, co oznaczałoby odsunięcie recesji w czasie kosztem gwałtownego wzrostu inflacji, albo ograniczenie podaży, co oznaczało, że recesję będziemy mieli już.

Fed ponownie wybrał opcję numer dwa, co nie było rozwiązaniem najlepszym, drugie rozwiązanie też nie było jednak dobre, bo kryzys powstał właśnie przez nadmiar pustego pieniądza. Doszło do deflacji, która nie powstała jednak w sposób naturalny ( gdyby rynek sam oczyścił się z nadmiaru "waluty" nie byłoby tragedii, w końcu takie rzeczy miały już miejsce ), powstała w sposób sztuczny, jako efekt centralnego planowania i ingerencji polityków w podaż pieniądza. Takie centralne planowanie zawsze przynosi złe efekty, bo ani rząd, ani bank centralny nie mogą wiedzieć ile dokładnie pieniądzy powinno być w gospodarce i jakie konkretnie powinny być stopy procentowe, nie mają dostatecznej ilości danych, by móc to sprawdzić i mieć 100% pewności, że ustalają stopę właściwą. Mimo wszystko decyzja Fed nie była najgorszą decyzją z możliwych, niestety oprócz banku centralnego gospodarkę chciał ratować także prezedent Hoover. Hoover znany jest z tego, że chciał zostawić rynek w spokoju i pozwolić mu na samodzielny powrót do równowagi, tymczasem jest to kłamstwo. Hoover był zwyczajnym etatystą, kolejnym politykiem, któremu zdawało, że jak popchnie rzekę, to szybciej popłynie i że gdy będzie się wtrącał do gospodarki, to gospodarka rozkwitnie. W związku z tym postanowił gospodarkę "ratować", przepychając przez Kongres tzw. ustawę Smootha-Hawley’a, wprowadzającą wysokie cła na towary importowane z zagranicy. W założeniu ustawa miała wspomóc dotknięte kryzysem przedsiębiorstwa amerykańskie, a w rezultacie uderzyła nie tylko w amerykańskich importerów, ale też w eksporterów, bo inne kraje w odwecie i w obawie o swoją gospodarkę, również zaczęły nakładać wysokie cła antyimportowe, co doprowadziło światowy handel do całkowitego upadku. Zaczęła narastać kolejna fala bankructw i tym razem bankrutowały także zdrowe firmy, dotknięte protekcjonizmem. Lawinowo rosło bezrobocie, podupadła przeludniona i skazana na mniejszy popyt wieś, a kryzys rozprzestrzenił się na wszystkie państwa świata.

W końcu Amerykanie pozbyli się Hoovera, a w jego miejsce wybrali prezydenta co najmniej równie złego, który do dziś jest uważany jednak za kogoś, kto uratował świat. Franklin Delano Roosevelt obiecał swoim wyborcom Nowy Ład, w którym państwo naprawi błędy. Czyje błędy? Błędy państwa, bo to państwo doprowadziło do kryzysu najpierw pompując na rynek bezwartościowy "pieniądz", potem podaż pieniądza dość nieudolnie i pospiesznie ograniczając, a w końcu protekcjonistyczną polityką zabijając światowy handel i doprowadzając w ten sposób miliony ludzi do nędzy. Teraz to "państwo" miało, oczywiście za pieniądze tych podatników, który jeszcze nie zbankrutowali, ratować gospodarkę. Oprócz podwyżki podatków ponownie porzucono standard złota, co pozwoliło w razie potrzeby znów drukować, a nawet skonfiskowano złoto obywatelom. Oczywiście za odszkodowaniem, wypłaconym w papierkach bez pokrycia. Ktoś może powiedzieć, że mimo wszystko Roosevelt gospodarce pomógł, bo dzięki robotom publicznym bezrobocie zmalało i kryzys się skończył. Faktycznie, już na początku 1933 roku kryzys wyraźnie osłabł, coraz więcej ludzi miało pracę, a giełda notowała rekordowe i niespotykane od lat wzrosty. Czy stało się to jednak dzięki Rooseveltowi? Jeśli tak, to należy go uznać za cudotwórcę, bo musiałoby to oznaczać, że jego program zadziałał natychmiastowo. Mało tego, wyglądało to tak, jakby kryzys przestraszył się nowego prezydenta i uciekł. Być może jednak stało się inaczej i być może poprawa sytuacji gospodarczej wiązała się z tym, że Roosevelt objął urząd w momencie, gdy kryzys osiągnął swoje dno i się od tego dna odbił. Oznaczałoby to, że Roosevelt cudotwórcą nie był, a większa ingerencja państwa w gospodarkę nie była potrzebna. Zresztą dogmat mówiący o tym, że państwo może pomóc gospodarce wydając więcej pieniędzy jest błędny, bo przecież państwo pieniędzy nie ma i musi je prędzej, czy później odebrać podatnikom, co gospodarce przecież nie pomaga. W przypadku państwa Nowego Ładu było tak samo.

Tezę mówiącą, że to nie Roosevelt pokonał kryzys potwierdza zresztą inny kryzys, o którym pisałem we wstępie. Pierwsze oznaki nowej recesji pojawiły się już w 1936 roku, a ona sama rozpoczęła się rok później i trwała rok. O tej recesji nie mówi się wiele, a jeśli już to tylko w paru słowach, stwierdzając, że była przerwą w boomie spowodowanym New Dealem. Prawda jest jednak taka, że to nie była żadna przerwa, to była klęska New Dealu. PKB spadło o 3%, giełda o 49%, ponownie wzrosło bezrobocie i znów wracał kryzys, który potrwałby pewnie znacznie dłużej, gdyby nie przedwojenne zbrojenia. Wprawdzie w 1938 roku Ameryka trwała w izolacji, a Chambarlein machał Anglikom przed nosem monachijskim świstkiem, ale faktem jest, że nakłady na zbrojenia w tym czasie wzrosły. Taki Chamberlein był bowiem pacyfistą, ale nie był idiotą i doskonale wiedział ile warte są zapewnienia Hitlera o tym, że zadowoli się Czechosłowacją. Liczył jednak na to, że Hitler uspokoi się po Monachium na dłużej, a Zachód będzie miał więcej czasu na przygotowanie się do obrony. Tak się oczywiście nie stało, wojna przyszła szybciej niż się spodziewano i problem kryzysu zszedł na dalszy plan. Bezrobocie już nikomu nie groziło, bo znów "ojczyzna w potrzebie" wzywała na front, w związku z czym brakowało rąk do pracy. Po wojnie przystąpiono do odbudowy i keynesizm wrócił, ale znów poniósł spektakularną klęskę. Jego pierwsze załamanie miało miejsce w latach sześćdziesiątych, a drugie, które wyniosło do władzy m. in. panią Thatcher i przyniosło gospodarce chwilę normalności, w latach siedemdziesiątych. I teraz mamy kolejne załamanie gospodarki opartej na głupim i szkodliwym przekonaniu, że pieniądz jest bogactwem i że im więcej zrobimy "pieniędzy", tym lepiej. Przekonanie to wróciło z winy Greenspana, który w 2001 roku zapobiegł recesji. Gdyby nie zapobiegał mielibyśmy tę recesję dawno za sobą i byłaby ona mniej szkodliwa od obecnej. Niestety Greenspan gospodarkę "ratował", w związku z czym odsunął recesję w czasie o parę lat, kosztem zwiększenia jej siły oraz kosztem osłabienia siły nabywczej pieniądza.

Dziś znów powtarzamy stare błędy, które doprowadziły do wielkiego kryzysu. Znów państwo napełniło gospodarkę pustym pieniądzem, a gdy odczuliśmy tego skutki zaczęliśmy panicznie szukać nowego Roosevelta, który nas "uratuje". Amerykanie znaleźli Obamę, który zachowuje się jeszcze bardziej nieodpowiedzielnie niż jego mentor i którego "New Deal" nie doprowadzi do wyjścia z kryzysu, ale do jego pogłębienia, ewentualnie do przygaśnięcia teraz i powrotu z większą siłą za parę lat. Powtarzane są błędy Greenspana z 2001 roku, choć sam Greenspan zrozumiał już i przyznał, że błąd popełnił. A skoro powtarzane są błędy, to powtórzone lub pogłębione będą skutki. Chyba, że rządy i banki centralne zrozumieją wreszcie, że to ich dotychczasowa polityka jest winna i że polityka ta zbankrutowała. Nie można układać kolejnych planów "ratunkowych" i nie można dłużej drukować nowych pieniędzy, to nie jest polityka antykryzysowa, ale leczenie kaca klinem. Skutek będzie taki, że klin będzie musiał być coraz większy, aż w końcu doprowadzi do wyniszczenia organizmu. Potrzebny jest detoks, czyli koniec z interwencjonizmem i im szybciej politycy to zrozumieją, tym lepiej dla wszystkich.

Reklama

165 KOMENTARZE

  1. Bardzo dobry post, zgadzam
    Bardzo dobry post, zgadzam się prawie ze wszystkim ALE:

    Rządząca USA oligarchia to nie głupcy. Oni doskonale wiedzą, że obecne działania Obamy przedłużą kryzys i nie rozwiążą żadnego społecznego problemu. Stawką jednak nie jest powszechny dobrobyt, tylko zachowanie władzy finansistów.

    Kondycja ogólnoludzka przypomina obecnie tę ze schyłku średniowiecza, kiedy feudałowie tracili majątki (a zatem władzę) na rzecz pierwszych “kapitalistów”.

    W 2007 roku ok. 40% PKB USA generowały instytucje finansowe, doszło do takiego absurdu, że ok. 1% PKB stanowiły prowizje brokerskie!

    Nawet w krajach “zacofanych” jak Polska prawie każda działalność gospodarcza jest opodatkowana nie tylko przez rząd, ale i bank.

    Oddanie władzy ludowi poprzez uwolnienie pieniądza to koniec Goldmanów, Morganów, Fedów itd. a na naszym zadupiu Unicreditów, Fortisów i innych poborców podatku.

    Działania centralne służą zawsze utrzymaniu władzy oligarchii a masy ogłupia się mediami. Straszy się wyimaginowanymi zagrożeniami a potem wprowadza centralne plany.

  2. Bardzo dobry post, zgadzam
    Bardzo dobry post, zgadzam się prawie ze wszystkim ALE:

    Rządząca USA oligarchia to nie głupcy. Oni doskonale wiedzą, że obecne działania Obamy przedłużą kryzys i nie rozwiążą żadnego społecznego problemu. Stawką jednak nie jest powszechny dobrobyt, tylko zachowanie władzy finansistów.

    Kondycja ogólnoludzka przypomina obecnie tę ze schyłku średniowiecza, kiedy feudałowie tracili majątki (a zatem władzę) na rzecz pierwszych “kapitalistów”.

    W 2007 roku ok. 40% PKB USA generowały instytucje finansowe, doszło do takiego absurdu, że ok. 1% PKB stanowiły prowizje brokerskie!

    Nawet w krajach “zacofanych” jak Polska prawie każda działalność gospodarcza jest opodatkowana nie tylko przez rząd, ale i bank.

    Oddanie władzy ludowi poprzez uwolnienie pieniądza to koniec Goldmanów, Morganów, Fedów itd. a na naszym zadupiu Unicreditów, Fortisów i innych poborców podatku.

    Działania centralne służą zawsze utrzymaniu władzy oligarchii a masy ogłupia się mediami. Straszy się wyimaginowanymi zagrożeniami a potem wprowadza centralne plany.