Reklama

Zanim zacznę, pamiętać należy, że jak wykazałem poprzednio nic nie da się dowieść, a wartości absolutne nie istnieją. Skoro to już wiemy możemy poczynić kilka ryzykownych założeń:

Zanim zacznę, pamiętać należy, że jak wykazałem poprzednio nic nie da się dowieść, a wartości absolutne nie istnieją. Skoro to już wiemy możemy poczynić kilka ryzykownych założeń:
Ludzie mają coś takiego jak preferencje, tzn. chcieliby by raczej stało się coś niż coś innego i wtedy będą zadowoleni, czasem spełnienie tych preferencji błędnie utożsamia się z ogólnie rozumianym dobrem.
Ludzie chcą spełnić swoje preferencje, często są one ze sobą sprzeczne. Jak najlepszą realizacją tych preferencji często zajmuje się polityka. Pojawiają się koncepcje dotyczące preferencji godnych realizacji oraz tych które należy powściągnąć jako złe.
Jedna z tych koncepcji głosi np. że najlepiej realizacji ludzkich pragnień służy tzn. kapitalizm/wolny rynek. Koncepcja ta wdaje się nie w pełni prawdziwa, bowiem można sobie wyobrazić ingerencję państwa która w większym stopniu przyczynia się do zaspokojenia ludzi, jednak przyjmowany stopień etatyzmu preferowany przez koncepcje antykapitalistyczne również zazwyczaj nie przyczynia się do zwiększenia możliwości efektywnej realizacji preferencji ludzi. To jak mniej więcej najefektywniej realizować preferencje myślę że może zostać poznane na tzw. drodze naukowej. Problem pojawia się gdy w grę ktoś dorzuca wartości (które jak wykazywałem w poprzednich tekstach są nonsensem;). W przypadku wolnego rynku, liberartarianin powiedzieć może, że może i pomoc społeczna rzeczywiście pomoże pewnym grupom wyjść z ubóstwa i wzrośnie w ten sposób czysto utylitarnie pojmowana przyjemność (czytaj realizacja preferencji), naruszona jednak zostanie przez redystrybucję wartość jaką jest prawo własności. Nie możemy niestety ustalić słowami jaka wartość jest ważniejsza, więc olejmy libertarian. Poza tym przy mierzeniu utylitarnej wartości pojawia się kwestia „suwaka”, tzn. ustalenia czyja preferencja jest ważniejsza i mocy preferencji poszczególnych jednostek. Nie da się tego ustalić bez odwołania się do wartościowania, a skoro wartościowanie jest nieuzasadnialne, olejmy także pogląd, że spełnienie pedofila jest gorsze od spełnienia heteroseksualisty. (Warto tu wspomnieć o „wolności aż do granicy cudzej wolności”, np. kiedy to wolność pedofila narusza wolność dziecka, a nawet gdy dziecko chce, można uznając go za podczłowieka wymagać zgody prawnego opiekuna na stosunek. Mimo swojej logicznej elegancji i płaszczyka neutralności, pogląd ten jest nieuzasadniony gdyż za wartość uznaje wolność). Pozostaje nam odwołanie się do czysto mierzalnych bezstronnych wskaźników „naukowych” np. zaspokojenia ośrodka przyjemności w mózgu. Nie znam się na tym, zapewne ustalenia głównego miernika byłoby trudne ze względu na skomplikowanie tego co określam tu preferencjami, niemniej jednak myślę, że dałoby się przyjąć pewien stan mózgu za realizację preferencji a inny stan za niezrealizowanie ich.
Pozostaje jednak pytanie czy celem naszym powinna być najpełniejsza realizacja preferencji? Wybrałem się na tę myślową wycieczkę ze względu, że wiele doktryn właśnie taką realizację uznaje za swój cel. Pominąłem jednak jak do tej pory pewne ważne rozróżnienie.
Otóż są preferencje odnośnie zaspokojenia swoich przyjemności, oraz preferencje odnośnie sposobu zaspokajania preferencji przez całe społeczeństwo (tzw. poglądy polityczne). Realizując pierwsze możemy np. uszczęśliwić ludzi wbrew ich woli. Realizując drugie, staramy się odzwierciedlić ich poglądy tworząc tzw. demokrację (temat który gdzieś już poruszałem-jest idiotyczny pomysł by przedstawicielstwo odzwierciedlało nie poglądy, a cechy społeczeństwa-stąd parytet płci).

A propos demokracji słyszałem, że jest w stanie się ona ustabilizować jedynie przy pewnym pułapie dochodów na głowę, inaczej upada. Ciekawe… Niestety nie zajmuję się dogłębnie politologią naukową a czysto poetyckimi rozważaniami, więc pozwolę sobie na śmiałe hipotezy odnośnie tego faktu. Wynika stąd niezbicie, że pewne fakty empiryczne, mają przełożenie w „rzeczywistości” ideowej. Zresztą to żadne odkrycie, wszak przykłady druku, trójpolówki a zresztą… Inaczej: Przy ryzykownym założeniu, że ludzie zamożni nie chcą oddać władzy jak stać się mogło, że głos teraz ma najpospolitszy biedak? Czyżby wpływ idei? Walcząc z królem i wyznając wolność podpieraną równością, burżuazja musiała przyznać tę wolność także pospólstwu? Tutaj raczej przyda się wspomniany związek między demokratyzacją a dobrobytem. Więc w wyniku rozwoju naukowo-gospodarczo-społecznego, doszło do tego że ludzie biedni mogli się zająć czymś innym niż zdobywanie pożywienia? Tylko czemu równe prawa mają także osoby nadal na skraju śmierci głodowej? Konieczność konsekwentnej realizacji haseł którymi się posługiwano? Nie do końca satysfakcjonuje mnie takie rozwiązanie, więc wymyśliłem inne: Dobra dają ludziom możliwości. Przy niewielkiej ilości dóbr, mało ludzi ma możliwości. Jeżeli jest ich mało to łatwiej im się dogadać. Stąd w krajach trzeciego świata powstają monopartyjne władze. Jeśli zaś dóbr mamy dużo, wtedy trudniej o zgodę. Tylko dlaczego grupy zamożnych w swojej rywalizacji miałyby szukać poparcia wśród ubogich zamiast stworzyć system oligarchiczny? Hmm, znowu pozostaje mi się odwołać do sfery ideowej: może miało to związek z konkretną sytuacją historyczną i wspomnianą walką z królem, może dawny „człowiek zamożny” to dzisiaj większość z nas. Może jest w ludziach dążność do działania według własnej woli, gdy tylko mamy zaspokojone podstawowe potrzeby. To by też tłumaczyło dlaczego dzieci nie mają praw wyborczych-nie potrafią same zaspokoić swoich podstawowych potrzeb (mówienie o tym że nie są racjonalne jest niemądre-kierując się racjonalnością należałoby wprowadzić technokrację, najlepiej jakiejś sztucznej inteligencji;). Chcąc więc działać według własnej woli, chcemy także współdecydować o rzeczach wspólnych, a powstanie demokracji byłoby naturalnym spełnieniem tego pragnienia. Przedstawicielstwo ukłonem w stronę efektywności systemu.

Reklama
Reklama

2 KOMENTARZE