Reklama

Przed wielu laty pojechałem z moją przyjaciółką, świeżo obronioną doktor nauk technicznych, na wakacje na wieś. Żartobliwie zwracaliśmy się do siebie – “szanowna pani doktor” i “drogi magistrze”.

Przed wielu laty pojechałem z moją przyjaciółką, świeżo obronioną doktor nauk technicznych, na wakacje na wieś. Żartobliwie zwracaliśmy się do siebie – “szanowna pani doktor” i “drogi magistrze”.
Gospodyni, u której wynajmowaliśmy kwaterę rozgłosiła po wsi, ze zjechali do niej na letniaki – lekarka i aptekarz. W tamtych latach to była wyjątkowa okazja dla mieszkańców, do ośrodka zdrowia kilkadziesiąt kilometrów, czasu na dojazdy zawsze brakuje, a tu jak z nieba tacy fachowcy i to z samej Warszawy.
Nieświadomi niczego, nie zwracaliśmy początkowo uwagi na liczne wypowiedzi o stanie swego zdrowia, wygłaszane przez gospodynię, jej rodzinę oraz przypadkowo napotkanych mieszkańców. Na delikatne i zawoalowane prośby o poradę odpowiadaliśmy w miarę swej skromnej i całkowicie teoretycznej wiedzy. Po pewnym czasie jednak do naszej gospodyni zaczęli zgłaszać się potencjalni pacjenci z widocznymi schorzeniami.
Przerażeni odmówiliśmy wszelkiej pomocy, kierując wszystkich i namawiając na wizytę u lekarza. Wtedy usłyszeliśmy -“a co to za dochtorka, co się na wrzodach nie zna, a ten pigularz nawet maści przyłożyć nie umie”. Wyjeżdżaliśmy z bardzo miłej zresztą wioski z poczuciem jakbyśmy kogoś rozmyślnie oszukali.
Prawdopodobnie mieszkańcy wzięli nas za zadzierających nosa i pragnących chwalić się nieposiadanymi tytułami mieszczuchów. Nasze tłumaczenia, że przyjaciółka jest doktorem, ale od inżynierii sanitarnej, a ja antropologiem kultury, nikogo nie przekonały.
Podobnie ma się sprawa z profesorem Władysławem Bartoszewskim. Ten wybitny i niezwykle zasłużony dla Polski historyk, polityk i działacz społeczny nie ma dyplomu ukończenia studiów wyższych. Ale nie ma go nie dlatego, że jest głupi, albo mu się napisać pracy magisterskiej nie chciało, jak to u niektórych słynnych spin doktorów ostatnio w modzie, tylko mu na to wpierw naziści, a potem komuniści nie pozwolili.
Maturę zdał w 1939. Od października 1941 do początku 1944 studiował polonistykę na tajnym Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Warszawskiego. W grudniu 1948 został przyjęty na trzeci rok polonistyki na Wydziale Humanistycznym UW. Studia zostały przerwane aresztowaniem w grudniu 1949 i pięcioletnim pobytem w więzieniu. W listopadzie 1958 został przyjęty na studia polonistyczne na Wydziale Filologicznym UW w trybie eksternistycznym. Złożył na ręce prof. Juliana Krzyżanowskiego pracę magisterską, jednak decyzją rektora UW został w październiku 1962 skreślony z listy studentów. Posiada jednak nieformalny tytuł profesorski nadany mu decyzją rządu Bawarii, gdzie wykładał na uniwersytetach w latach 1983-1990.
Wielokrotnie na forach internetowych, przeciwnicy profesora Bartoszewskiego oceniają go negatywnie z powodu tego, iż jego tytuł profesorski nie jest taki, jak np. panów Kaczyńskich, tzn. podparty politycznie i merytorycznie zgodnymi z zasadami marksizmu-leninizmu i ideologią socjalistyczną pracami naukowymi.
Ze, nie wypromował odpowiedniej liczby, miernych jak w/w doktorantów, a wreszcie, że nie podlizywał się władzy o niepodważalnie należne mu zaszczyty. Profesor działał, walczył z komuną, pracował na rzecz porozumienia międzynarodowego, pisał i publikował. Lista jego dokonań na patriotycznej niwie jest ogromna.

Dlatego myślę, ze wyśmiewanie i deprecjonowanie jego osoby z powodu luk w formalnym wykształceniu, nazywanie “maturzystą”, czy “gimnazjalistą” jest nikczemnością. A tytuł profesora, jest podobnie jak doktora, przypisany nie tylko do jednego znaczenia. Do dziś gdy spotykam mych nauczycieli z liceum im. B. Prusa, z sentymentem nazywam ich profesorami, mimo, ze nie wszyscy mieli tytuł magistra.
Myślę też, ze podważanie czyiś praw do tytułów, choćby nawet nieformalnych i czysto honorowych, wynika z własnego bardzo niskiego poczucia wartości, zawiści i znakomicie wyhodowanego przez komunę konfliktu; inteligent ? robol z podstawówką, a podkręcanego ostatnio przez zwolenników partii brata człowieka, którego dokonania naukowe są tematem drwin, co też jest mocno niesmaczne.
Paweł Ilecki [tylko magister]

Reklama
Reklama

90 KOMENTARZE

  1. Heh
    Profesora Bartoszewskiego lubię i szanuję, słucham Go z przyjemnością i bardziej liczy się dla mnie co i jak mówi niż papierki, zwłaszcza że on się faktycznie starał formalne wykształcenie uzyskać – a nie jak niektórzy postanowił się nie chrzanić, bo jest ósmym cudem świata i niczego go już na studiach nie nauczą. W dodatku skoro “prof.” ma za wykłady na uniwersytecie to jego “prof.” jest równie dobre jak “prof.” pewnego speca od marksistowskiego prawa pracy, którego tytułem naukowym jest “dr hab.” a “prof.” to mu uczelnia dała.

    Każdy student profesorów paru w życiu spotkał i doskonale wie że różni są bardzo. Tytuł naukowy (a w niektórych przypadkach naukawy) nie świadczy ani o inteligencji, ani o kulturze osobistej, ani o fachowości. Przyjmuję do wiadomości fakt, że niektórzy mają tytułu kompleks, a inni się na tytuł snobują. Wiem że zjawisko istnieje, ale jest dla mnie niepojęte, przecież wystarczy popatrzeć i posłuchać i od razu wiadomo kto zacz…

    I jeszcze w kwestii kultury osobistej: już w pracy miałam do czynienia z jednym panem profesorem, żeby nie było – zwyczajnym, który miał o sobie tak wygórowane mniemanie, że nie z każdym życzył sobie rozmawiać. I jak mnie zobaczył ubraną w garsonkę to się uprzejmie kłaniał, a jak przyszedł w piątek i miałam na sobie dżinsy to już nie, mimo że – przynajmniej w moim pojęciu – ja to byłam ta sama ja. A jak chciał żeby mu recepcjonistka wezwała taksówkę to stawał tyłem do niej i chęć powrotu do instytutu taksówką deklarował ścianie.”Dzień dobry” na wejściu do biura zresztą też nie raczył bo to indywidualny zaszczyt był (tego dnia miałam komplet obserwacji bo wszedł akurat jak szłam po kawę, a wychodził jak odnosiłam filiżankę 😛 ). I żal mi było dziewczyny okropnie, bo po takim potraktowaniu miała łzy w oczach. Ale wielce utytułowany buc od strony d*** oczu nie miał, więc nic nie zauważył, a nawet jakby to co go jakaś recepcjonistka i jej uczucia obchodzą.

  2. Heh
    Profesora Bartoszewskiego lubię i szanuję, słucham Go z przyjemnością i bardziej liczy się dla mnie co i jak mówi niż papierki, zwłaszcza że on się faktycznie starał formalne wykształcenie uzyskać – a nie jak niektórzy postanowił się nie chrzanić, bo jest ósmym cudem świata i niczego go już na studiach nie nauczą. W dodatku skoro “prof.” ma za wykłady na uniwersytecie to jego “prof.” jest równie dobre jak “prof.” pewnego speca od marksistowskiego prawa pracy, którego tytułem naukowym jest “dr hab.” a “prof.” to mu uczelnia dała.

    Każdy student profesorów paru w życiu spotkał i doskonale wie że różni są bardzo. Tytuł naukowy (a w niektórych przypadkach naukawy) nie świadczy ani o inteligencji, ani o kulturze osobistej, ani o fachowości. Przyjmuję do wiadomości fakt, że niektórzy mają tytułu kompleks, a inni się na tytuł snobują. Wiem że zjawisko istnieje, ale jest dla mnie niepojęte, przecież wystarczy popatrzeć i posłuchać i od razu wiadomo kto zacz…

    I jeszcze w kwestii kultury osobistej: już w pracy miałam do czynienia z jednym panem profesorem, żeby nie było – zwyczajnym, który miał o sobie tak wygórowane mniemanie, że nie z każdym życzył sobie rozmawiać. I jak mnie zobaczył ubraną w garsonkę to się uprzejmie kłaniał, a jak przyszedł w piątek i miałam na sobie dżinsy to już nie, mimo że – przynajmniej w moim pojęciu – ja to byłam ta sama ja. A jak chciał żeby mu recepcjonistka wezwała taksówkę to stawał tyłem do niej i chęć powrotu do instytutu taksówką deklarował ścianie.”Dzień dobry” na wejściu do biura zresztą też nie raczył bo to indywidualny zaszczyt był (tego dnia miałam komplet obserwacji bo wszedł akurat jak szłam po kawę, a wychodził jak odnosiłam filiżankę 😛 ). I żal mi było dziewczyny okropnie, bo po takim potraktowaniu miała łzy w oczach. Ale wielce utytułowany buc od strony d*** oczu nie miał, więc nic nie zauważył, a nawet jakby to co go jakaś recepcjonistka i jej uczucia obchodzą.

  3. Heh
    Profesora Bartoszewskiego lubię i szanuję, słucham Go z przyjemnością i bardziej liczy się dla mnie co i jak mówi niż papierki, zwłaszcza że on się faktycznie starał formalne wykształcenie uzyskać – a nie jak niektórzy postanowił się nie chrzanić, bo jest ósmym cudem świata i niczego go już na studiach nie nauczą. W dodatku skoro “prof.” ma za wykłady na uniwersytecie to jego “prof.” jest równie dobre jak “prof.” pewnego speca od marksistowskiego prawa pracy, którego tytułem naukowym jest “dr hab.” a “prof.” to mu uczelnia dała.

    Każdy student profesorów paru w życiu spotkał i doskonale wie że różni są bardzo. Tytuł naukowy (a w niektórych przypadkach naukawy) nie świadczy ani o inteligencji, ani o kulturze osobistej, ani o fachowości. Przyjmuję do wiadomości fakt, że niektórzy mają tytułu kompleks, a inni się na tytuł snobują. Wiem że zjawisko istnieje, ale jest dla mnie niepojęte, przecież wystarczy popatrzeć i posłuchać i od razu wiadomo kto zacz…

    I jeszcze w kwestii kultury osobistej: już w pracy miałam do czynienia z jednym panem profesorem, żeby nie było – zwyczajnym, który miał o sobie tak wygórowane mniemanie, że nie z każdym życzył sobie rozmawiać. I jak mnie zobaczył ubraną w garsonkę to się uprzejmie kłaniał, a jak przyszedł w piątek i miałam na sobie dżinsy to już nie, mimo że – przynajmniej w moim pojęciu – ja to byłam ta sama ja. A jak chciał żeby mu recepcjonistka wezwała taksówkę to stawał tyłem do niej i chęć powrotu do instytutu taksówką deklarował ścianie.”Dzień dobry” na wejściu do biura zresztą też nie raczył bo to indywidualny zaszczyt był (tego dnia miałam komplet obserwacji bo wszedł akurat jak szłam po kawę, a wychodził jak odnosiłam filiżankę 😛 ). I żal mi było dziewczyny okropnie, bo po takim potraktowaniu miała łzy w oczach. Ale wielce utytułowany buc od strony d*** oczu nie miał, więc nic nie zauważył, a nawet jakby to co go jakaś recepcjonistka i jej uczucia obchodzą.

  4. Heh
    Profesora Bartoszewskiego lubię i szanuję, słucham Go z przyjemnością i bardziej liczy się dla mnie co i jak mówi niż papierki, zwłaszcza że on się faktycznie starał formalne wykształcenie uzyskać – a nie jak niektórzy postanowił się nie chrzanić, bo jest ósmym cudem świata i niczego go już na studiach nie nauczą. W dodatku skoro “prof.” ma za wykłady na uniwersytecie to jego “prof.” jest równie dobre jak “prof.” pewnego speca od marksistowskiego prawa pracy, którego tytułem naukowym jest “dr hab.” a “prof.” to mu uczelnia dała.

    Każdy student profesorów paru w życiu spotkał i doskonale wie że różni są bardzo. Tytuł naukowy (a w niektórych przypadkach naukawy) nie świadczy ani o inteligencji, ani o kulturze osobistej, ani o fachowości. Przyjmuję do wiadomości fakt, że niektórzy mają tytułu kompleks, a inni się na tytuł snobują. Wiem że zjawisko istnieje, ale jest dla mnie niepojęte, przecież wystarczy popatrzeć i posłuchać i od razu wiadomo kto zacz…

    I jeszcze w kwestii kultury osobistej: już w pracy miałam do czynienia z jednym panem profesorem, żeby nie było – zwyczajnym, który miał o sobie tak wygórowane mniemanie, że nie z każdym życzył sobie rozmawiać. I jak mnie zobaczył ubraną w garsonkę to się uprzejmie kłaniał, a jak przyszedł w piątek i miałam na sobie dżinsy to już nie, mimo że – przynajmniej w moim pojęciu – ja to byłam ta sama ja. A jak chciał żeby mu recepcjonistka wezwała taksówkę to stawał tyłem do niej i chęć powrotu do instytutu taksówką deklarował ścianie.”Dzień dobry” na wejściu do biura zresztą też nie raczył bo to indywidualny zaszczyt był (tego dnia miałam komplet obserwacji bo wszedł akurat jak szłam po kawę, a wychodził jak odnosiłam filiżankę 😛 ). I żal mi było dziewczyny okropnie, bo po takim potraktowaniu miała łzy w oczach. Ale wielce utytułowany buc od strony d*** oczu nie miał, więc nic nie zauważył, a nawet jakby to co go jakaś recepcjonistka i jej uczucia obchodzą.