Reklama

Każdy sobie święto skrobie i raczej jest nudno niż podniośle, raczej są to imieniny u cioci, niż watra w Pieninach.

Każdy sobie święto skrobie i raczej jest nudno niż podniośle, raczej są to imieniny u cioci, niż watra w Pieninach. W zasadzie ciężko mi się doczepić do tej bezpłciowej aury święta 4 czerwca, ponieważ ten klimat oddaje w 100% i jeszcze z kawałkiem, to co czułem w 1989 roku. Co może czuć siedemnastolatek żyjący w świecie The Dors, Lecha Janerki, punkowskiej i hipisowskiej subkultury? Zlewać system, system jako taki, każdy z osobna i wszystkie razem. Być może wstyd się przyznać, ale w 1989 roku kompletnie było mi obojętnym, czy gazetę napisze Urban, czy Michnik (dziś też), czy ministrem obrony będzie Kiszczak, czy ktoś, kto nie zabijał ludzi. Czy prezydentem będzie Jaruzelski czy Wałęsa, czy premierem ma zostać Rakowski, czy też Mazowiecki?

Reklama

W 1989 roku bez względu jak ten rok oceniamy i podsumujemy, zdradą elit, niepokalaną jutrzenką swobody, czy też gorzko-słodkim kompromisem, liczyło się coś innego i tego chyba nikt nie podważy. Zmiana się liczyła, 1989 rok był rokiem zmiany, dziejowej zmiany i zapoczątkował kolejne zmiany, takiego wydarzenia mam nadzieję już za życia mojego pokolenia nie przeżyjemy, bo to by oznaczało, że wracamy do punktu wyjścia. Mimo całej historycznej doniosłości i niewątpliwego historycznego przełamania, mnie w 1989 roku było wszystko jedno i dziś ciarki mi przechodzą na samą myśl o tym, jak nędznie skończylibyśmy gdyby moje młodociane, kontestujące myślenie, było powszechnym. Na szczęście nie było powszechnym, chociaż wcale nie było też takie odosobnione, około 40% społeczeństwa powiedziało, mam to w „d”.

Wtedy nie wiedziałem dlaczego mam to wszystko gdzieś, wtedy za mnie wiedzieli idole muzyczni i zakazani autorzy książek, mnie pozostawało przyjąć te stanowiska jako swoje i trzymać się wytycznych. Po 20 latach wiem co mną powodowało i to był PRL, bardziej olewania systemu nauczył mnie PRL, niż Brygada Kryzys, czy Siekiera. Idole muzyczni tylko ubierali w słowa i dźwięki rzeczywistość, która uczyła olewania wszystkiego, nie tylko systemu:

Szare domy w szarym mieście
w szarych domach szarzy ludzie
szare komórki
toną w szarej ułudzie
szare myśli szare twarze
szara rasa szara masa
monotonne szare życie
beznadziejna szara trasa
bo to czyściec szary
tu życie ma smak kary
tu jest samo dno
tu widać całe zło
szary błękit nieba
szara biel i czerwień flag
szara beznadzieja
szaro szaro szaro tak (…)

Gdyby mnie spytać jak pamiętam PRL, to właśnie tak, jako szarą beznadzieję, ale z drugiej strony taki siedemnastolatek jak ja, z prowincjonalnego miasteczka, urodzony i żyjący w PRL przyjmował wszelkie absurdy tego systemu jako rzecz naturalną. Nie wolno było mieć maszyny do pisania, bez autoryzacji MO, klient żebrzący pod sklepem był stałym obrazem, czytanie zakazanych książek było po prostu zakazane, jedna TV, jedna prasa, jedna partia i przyjaźń ze Związkiem Radzickim, to wszystko było dla mnie oczywiste. Co więcej nie czułem potrzeby zmian, rozumując w najprostszy i głupi jednocześnie sposób. Wałęsa i cała ta Solidarność nie sprawi, że się obudzimy w innej niż szarej Polsce – tak rozumowałem. Patrzyłem na szare ulice, szare domy, szare samochody w trzech modelach, szarych niemal jednakowo ubranych ludzi i kompletnie mi wisiało, kto tą szarością będzie zarządzał. Nie miałem pojęcia czym jest demokracja, wolne media, wolny rynek, kredyt, działalność gospodarcza, tego nikt mnie nie nauczył, bo o tym w prowincjonalnym miasteczku nikt nie miał pojęcia.

Przełom w moim myśleniu nastąpił po pierwszej zagranicznej wycieczce do Berlina, kiedy jeszcze stał mur, ale już od strony zachodniej, głównie kontestująca niemiecka młodzież, kuła przecinakami żelbeton. Jednak nie to zrobiło na mnie wrażenie największe, przeciwnie ten obraz nie zrobił na mnie żadnego wrażenia, prawdziwy szok przeżyłem na widok kolorów. Od urodzenia systemowy, ale i genetyczny daltonista nagle zobaczył kolory. Gdzie się nie obejrzałem było kolorowo, zupełne przeciwieństwo liryczne, poezji Tomka Lipińskiego. Kolorowe ulice, kolorowe samochody, aluminiowe witryny, kolorowo opakowane najbardziej banalne produkty, ohydne, ale kolorowe napoje w plastikowych butelkach i kolorowe, pełne guziczków magnetofony typu „jamnik”.

Moja podróż do Berlina była końcem kontestacji, od tego momentu zaczęło mi zależeć na tym, aby zdobywać kolorowe rzeczy. Nie trzeba chyba poświęcać sporo miejsca temu jak bardzo płytkie było to zachłyśniecie zachodnim stylem życia, który dziś nie robi na mnie żadnego wrażenia, jednak wtedy nie mogłem się inaczej zachować. Czułem się jak Indianin, któremu pokazano paciorki i grzmiące kije, długie noże i białą kobietę i nie żałuję tego płytkiego zauroczenia, myślę że nie było lepszej terapii na wschodni PRL niż zachodni konsumpcjonizm. Zobaczyć, dotknąć i zapragnąć czegoś kolorowego, pierwszy stopień do demokracji? Głupio brzmi, ale tak to dziś widzę. Nie wzniosłe idee, nie akademickie dysputy, nie wartości narodowe, religijne i świeckie, ale mnie daltonistę demokracji nauczyły kolory i marzenia o materialnych kolorowych dobrach.

Nie mam pojęcia czy w 1989 roku skończył się komunizm, nie wiem nawet czy komunizm kiedykolwiek się w Polsce zaczął, wiem natomiast, że w 1989 roku zaczął zdychać PRL i zaczęła konać szarość. Tego przełomu nikt mi nie spaskudzi, bo to był dla mnie wielki przełom, pełen kolorów w kolorowych TV na pilota i na raty – szok. Psuć święta nie chcę, jednak poważę się na tezę, że Polaków z PRL wyciągnął w pierwszej fazie otępienia realnym socjalizmem, nie Wałęsa, JPII, czy inne wielkie idee, ale paszport i podróż do kolorowego konsumpcjonizmu. Mówię rzecz jasna o masach, nie indywidualnościach i wcale się tej terapii nie wstydzę, uważam ją za coś naturalnie skutecznego.

W tej chwili jesteśmy jako „masa” na zupełnie innym etapie rozwoju, mamy te same problemy co zachód i tak samo postrzegamy większość problemów, moje dziecko jadąc do Berlina, czy Wiednia nie rozdziawia buzi na widok witryny ze słodyczami. Moje dziecko otwiera buzię jak widzi morze w Chorwacji, czy podziemia Wieliczki. Po tych 20 latach mamy rewolucję: mentalną, stylistyczną, kolorystyczną, mamy wolność, demokrację, paszporty, dziesiątki możliwych wyborów i naprawdę nie warto się śmiać z tych banałów, ponieważ to są banały nieodzowne w życiu cywilizowanego społeczeństwa. A polityka, system? No cóż tu się we mnie nic nie zmieniło, nadal olewam, tyle że w kontrolowany sposób. Chodzę od jakiegoś czasu na te wybory, aby z szarej politycznej masy wybrać coś najmniej szarego, coś co się zgubi, a nie wyróżni między kolorami.

Reklama

88 KOMENTARZE