Reklama

Mój przedsiębiorczy Ojciec postarał się o karpia na święta całe kilka miesięcy wcześniej. Umieścił go jak to było kiedyś w zwyczaju – w wannie.

Mój przedsiębiorczy Ojciec postarał się o karpia na święta całe kilka miesięcy wcześniej. Umieścił go jak to było kiedyś w zwyczaju – w wannie. Zapraszałem kolegów, aby podziwiali wielką rybę.

– Ale ma „garp” powiedział jeden z moich kolegów i tak karp o wdzięcznej nazwie Garp stał się członkiem rodziny. Prawda, miał być złożony w ofierze świątecznej tradycji, co nie przeszkadzało traktować go jak domownika, co najmniej jak psa.

Po kilku dniach, kiedy rodzina zaczęła odrobinę cuchnąć ojciec opracował plan, który miał pozwolić na bezkolizyjne kąpiele, bo z Garpem kąpać się nikt odwagi nie miał.

Podejrzewaliśmy, że ma wysuwane zęby, ale mimo iście medycznych oględzin obalających tą teorię nikt odwagi na wspólne kąpiele nie nabrał. Rodzina składała się z siedmiu osób, więc Garp lądował w misce dość często. Ojciec łapał go gołymi rękoma za każdym razem upuszczając ślizgiego Garpa na podłogę. Nie szczerzył wysuwanych zębów ze złości jak żeśmy przypuszczali, tylko podskakiwał zabawnie łapiąc powietrze szeroko rozdymając skrzela. Potrafił wyłazić z miski i Ojciec znajdował go w przedpokoju obok maszyny do szycia Łuczniczka, na której nasza Babcia szyła i łatała.

Przypuszczaliśmy, że maszyna do szycia w jakiś szczególny sposób zmusza Garpa do przebywania w jej towarzystwie. Maszyna miała „nożny” napęd, na którym zwyczajowo leżał Garp kołysając się na nim jak na huśtawce. Wydawało się, że lubi też gruby dywan w pokoju mojej siostry, bo leżał na nim spokojnie nie wierzgając jak ryby mają w zwyczaju, kiedy zabraknie im wody.

Przez dwa miesiące Garp uciekał Ojcu z rąk, czasami kilkakrotnie w ciągu dnia, wyłaził z miski i wyskakiwał z wanny człapiąc coraz szybciej do pokoju siostry, która ucząc się na ziemi leżąc na dywanie karmiła go okruszkami świeżego chleba. Co chwila ktoś wchodził do łazienki, w której był również klozet i wołał do Garpa: jak się masz stary, co u ciebie stary, chcesz na spacerek, może na huśtawkę?

Kilkakrotnie starszy brat wyniósł go na podwórze strasząc znienacka koleżanki przy trzepaku albo kolegów bawiących się na ławce w „pomidora”.

Nawet Ojciec po przyjściu z pracy wchodził od razu do łazienki i witał Garpa zwyczajowym: ty masz dobrze, że nie musisz chodzić do pracy.

Pewnego dnia zamiast zwyczajowego powitania dało się słyszeć z łazienki donośny krzyk, od którego zadrżały szyby.

– Gdzie jest kuuurwaaa karp?
Spojrzałem na brata. – Ja pier papier, został w piaskownicy – zapiszczał brat i jak echo odpowiedział mu Ojciec.

– W ja-kiej-kur-wa-pia-sko-wni-cy, co?
Brat na boso rzucił się z drugiego pietra pięciostopniowymi susami po schodach na podwórze. Otworzyłem okno, które wychodziło na piaskownice. Garp spokojnie stał w kupce piasku nie poruszając się. – W dupę jeża, no w dupę jeża to koniec – wyjąkałem cicho stojąc przy oknie. Brat skoczył do piaskownicy jak sportowiec, podniósł karpia go do góry jak puchar zwycięstwa i krzyknął: żyje, on żyje. Okręcił się wokół własnej osi i w kilka sekund później Garp pływał w wannie jakby nic się nie stało.

Zamknąłem powoli drzwi od pokoju chcą uniknąć widoku bratowej egzekucji. Przytknąłem ucho do wzorzystej szyby, przez którą nie było nic widać.

– Długo tam był? Zapytał Ojciec. Nie przeklinał, nie krzyczał, uszu bratu nie powyrywał, tylko stał i zdziwiony wpatrywał się w karpia.

– No ile? Brat zaczął się jąkać. Próbował sobie przypomnieć, ale nie wiedział czy powiedzieć prawdę.

– Go, go, go, no, go…
– Co tam mruczysz?
– Chy, chyba z go, godzinę.
– O święta torpedo, niech mnie kurwa gęś kopnie żem porządnego karpia kupił.
I poszedł się kąpać jak nigdy o tej porze w zwyczaju nie miał.

Kiedy wielkimi krokami zbliżały się święta nikogo już nie dziwiły wizyty Garpa w pokoju siostry na dywanie, w przedpokoju a nawet w kuchni gdzie Matka rzucała mu skórki od chleba. Chwytał małe kawałki i wracał do łazienki.

W czwartkowy teatr telewizji, który Ojciec oglądał, Garp lądował w misce z ciepłą wodą, do której Ojciec wsadzał nogi gapiąc się w naszego czarno-białego ametysta a Garp w jego wielkie czarne paluchy, które cmokał z widoczną rozkoszą. Święta minęły, jedne i drugie i trzecie. Garp znalazł się na stałe w misce, z której mógł wychodzić kiedy chciał, nie zamykano już drzwi w żadnym pokoju aby swobodnie mógł wędrować. Przeżył naszego Ojca, który zażyczył sobie, aby po śmierci Garpa, włożyć mu go do trumny.

– Może i ryby są zdrowe – mówił zamykając po raz ostatni oczy – ale nie ważcie się nigdy, przenigdy…i kupcie mu kurwa żonę…

I wyzionął ducha.

Reklama
Poprzedni artykułPlenum Komitetu Centralnego SLD namaściło kolegę Wileckiego Tadeusza
Następny artykułInaczej się nie da…czyli życzenia

8 KOMENTARZE

    • To był wielki dylemat…
      … czy Garpowi kupić żonkę, bo przecież mogłaby się mu nie spodobać. Z drugiej strony Garp był młody więc zachodziło prawdopodobieństwo, że będziemy mieć w domu cały tabun garpów wędrujących po śliskich podłogach. Miejsca było mało i trzeba by było biedne dzieci wypuszczać do jeziora na pastwę rybaków. Niemową się chyba urodził bo nic do nas nie chciał mówić, więc o zdanie sensu go pytać nie było i tak Garp żył w celibacie do końca swych dni.

      • Nawet w Wigilię nie
        Nawet w Wigilię nie przemówił? Biedny Garp…A żonka jaka bądź, na bezrybiu i rak ryba, jakby nie było.Zresztą…i tak miał szczęście w nieszczęściu, że trafił do Was, bo inaczej to..strach się bać na samą myśl. I jeszcze te dzieci na pastwę…

        Pozdrawiam i dziękuję za tekst, za ten też.:)

    • To był wielki dylemat…
      … czy Garpowi kupić żonkę, bo przecież mogłaby się mu nie spodobać. Z drugiej strony Garp był młody więc zachodziło prawdopodobieństwo, że będziemy mieć w domu cały tabun garpów wędrujących po śliskich podłogach. Miejsca było mało i trzeba by było biedne dzieci wypuszczać do jeziora na pastwę rybaków. Niemową się chyba urodził bo nic do nas nie chciał mówić, więc o zdanie sensu go pytać nie było i tak Garp żył w celibacie do końca swych dni.

      • Nawet w Wigilię nie
        Nawet w Wigilię nie przemówił? Biedny Garp…A żonka jaka bądź, na bezrybiu i rak ryba, jakby nie było.Zresztą…i tak miał szczęście w nieszczęściu, że trafił do Was, bo inaczej to..strach się bać na samą myśl. I jeszcze te dzieci na pastwę…

        Pozdrawiam i dziękuję za tekst, za ten też.:)