Reklama
Dzisiejszy wpis, choć w bólach powstał, ładnie łączy mi kilka wątków, które już na tym blogu wcześniej się pojawiły. Ostatnio opowiadałem historię pewnego wojskowego inżyniera na usługach amerykanów, i dziś opowiem analogiczną historię, analogiczną biografię, lecz nie sprzed 300 lat, a całkiem współczesną. Tak współczesną, ze główny bohater jeszcze żyje i ma się nienajgorzej, mimo dziewięćdziesiątki na karku.

 
Zaczniemy naszą opowieść w Łodzi, około roku 1919. Wtedy właśnie rozpoczął swoje życie na tym padole łez mały Zdzisław Starostecki. Mieszkał na ulicy Kilińskiego, kilka domów od Jan Kozielewskiego, który jeszcze później pojawi się w tej opowieści. Niedługo po urodzeniu dziecka rodzina Starosteckich przeniosła się do Grudziądza, do rodzinnego majątku, który według planu miął w przyszłości przejąć najnowszy członek rodziny. Choć jako że ojciec naszego bohatera był zawodowym oficerem, rodzina zmieniała miejsce zamieszkania jeszcze kilkukrotnie. Lata mijały, przeszła szkoła, a ojciec kilkunastoletniego Zdzisława zdecydował, iż jako oficerski syn, powinien zaliczyć Korpus Kadetów – i tam właśnie przyjęto naszego bohatera, który przenosi się do Chełma by odbyć niezbędny staż. Widok Łodzi - lata powojenneW tym właśnie mieście zastaje Zdzisława Starosteckiego wybuch wojny. Oczywiście młody kadet został niezwłocznie zmobilizowany i trafił do dowodzonej przez generała Kleeberga SGO „Polesie”. W tej armii młodziak dostał niezwykle odpowiedzialne zadanie zaopatrywania ostatniego polskiego walczącego samolotu w paliwo – chłopak dostał motor, kanistry, i dowoził za pomocą tego wypasionego sprzętu paliwo dla samolotu. Niezbyt długo potrwało, zanim nie miał już czego wozić – paliwo skończyło się całkowicie i samolot został uziemiony. Walczył w ramach tej armii aż do bitwy pod Kockiem, jak się uważa ostatniej bitwy wojny obronnej w ’39. W tej bitwie Zbigniew Starostecki dostaje się do niewoli niemieckiej, skąd jednak niezwłocznie ucieka, i poprzez boczne drogi przedostaje się do rodzinnej Łodzi, gdzie jego ojciec był jednym z organizatorów podziemnego ruchu oporu. 
 
Młody chłopak dzięki kontaktom ojca zostaje członkiem Służby Zwycięstwu Polski, i bierze udział w kilku akcjach dywersyjnych. Ale to nie jest to, młodzi zdemobilizowani żołnierze marzą o walce z bronią w ręku, przeciwko okrutnemu okupantowi. Starostecki wytrzymuje do zimy 1940, jednak w grudniu postanawia przedostać się do Francji, która nominalnie znajduje się w stanie wojny z Niemcami, i gdzie organizowane są polskie oddziały. Młody człowiek wyrusza więc drogą przez Słowację i Węgry, przedzierając się wraz z przewodnikiem górskimi ścieżkami. W jednej z uczęszczanych przez szmuglowanych żołnierzy dolin spotyka się ze wzmiankowanym wcześniej Janem Kozielewskim, razem spędzają trochę czasu w punkcie przerzutowym. Jednak przewodnicy donoszą, że trasa którą mieli się przedzierać na Zachód jest obserwowana przez wojsko niemieckie, i obydwaj młodzi ludzie zostają cofnięci, gdyż dalsza droga byłaby zbyt niebezpieczna. O tym że doszło do tego spotkania obydwaj bohaterowie przypomną sobie dopiero grubo po wojnie, gdy spotkają się w gronie weteranów by rozprawiać o dawnych dziejach. Ale na razie młody Starostecki musi wybrać inną trasę do wolnej części Europy. Wybiera drogę przez okupowany przez Sowietów Lwów, Karpaty i dalej przez Węgry. Wszystko szło dobrze aż do granicy sowiecko – węgierskiej, gdzie młody chłopak zostaje ujęty przez NKWD. Zostaje z marszu uznany za szpiega USA (czemu USA pozostaje tajemnicą :D) i skazany na osiem lat łagru.
 
Jak tysiące rodaków w tym czasie Starostecki zostaje wywieziony do rąbania lasu nad Peczorą (niezwłocznie podjęta próba ucieczki zakończyła się skatowaniem młodzieńca i dodatkowymi dwoma latami łagru), później zmieniają mu przydział na kopalnię złota na Kołymie. Również i z tego obozu Starostecki próbuje uciekać, jednak jak sam przyznaje – po kilkunastu godzinach błądzenia w błocie, i znoszenia na skórze tysięcy insektów, powrócił do obozu, Kopalnia Kołymagdzie jego koledzy wciąż ukrywali fakt jego zniknięcia – więc całe zdarzenie nie miało żadnych konsekwencji.
 
W tym samym łagrze odsiadywał swoją karę Aleksander Swanidze, nazywany przez współwięźniów „przyjacielem Stalina”. Obaj mężczyźni zaprzyjaźnili się, choć Starostecki przyznaje, że do dziś nie wie czemu stary wiarus polubił takiego młokosa jak on. W każdym razie podczas gdy młody organizm naszego bohatera dziesiątkowany był normalnymi w obozie zjawiskami – kurzą ślepotą, awitaminozą, skrajnym głodem leczonym jedzeniem trawy i korzonków – dane mu było wysłuchiwać niekończących się opowieści o sowieckiej wierchuszce. Dopiero po pewnym czasie wytłumaczył młodemu to, co dla więźniów ze Wschodu było oczywiste – że jest szwagrem Stalina. Opowiedział mu o pewnym szczególe, który był dla niego całkowicie pewny – że jego siostra nie umarła śmiercią naturalną, lecz została zamordowana na rozkaz Stalina. Sam Aleksander trafił do oflagu razem z żoną Marią (pisała w swoim dzienniku – "Co za analityczna inteligencja, co za niezwykła psychika" – rzeczywiście psychika niezwykła) na fali wielkiej czystki w początkach 1940, oskarżony o "zmowę z państwami wrogimi ZSRR". Swanidze nie doczekał wyjścia na wolność, został rozstrzelany w sierpniu 1941 (jego żona również zginęła w łagrze, nieco później, w marcu 1942), kiedy do niewoli dostał się wychowywany przez niego syn Stalina – Jakow.
 
W tymże samym sierpniu 1941 dochodzi do nieoczekiwanego zdarzenia – Anders u Stalinapodpisana zostaje umowa polsko – sowiecka, umożliwiająca polakom osadzonym w łagrach syberyjskich wyjście na wolność w ramach amnestii, i dołączenie do tworzonej armii polskiej. W łagrze pojawiła się polska komisja werbująca żołnierzy, i młody Starostecki znów może służyć jako polski żołnierz. Nasz bohater wraz z armią Andersa trafia do Kazachstanu, gdzie nowoutworzona armia poddawana jest szkoleniu, a następnie po konflikcie Andersa z dowództwem sowieckim – bierze udział w ewakuacji do Iranu.
 
Już latem 1942 Starostecki przyjęty zostaje do podchorążówki w Iraku, skąd trafia do 4 pułku pancernego „Skorpion” – zostaje „pancerniakiem”, członkiem elity armii polskiej. Poznaje też swoją przyszłą żonę Irenę – również przedtem zesłaną w głąb Rosji po zajęciu Kresów. Pułk pancerny szkoli się na amerykańskim sprzęcie, i po krótkim epizodzie w Egipcie, zostaje przerzucony na Sycylię i dalej, do Neapolu. WCzołg Sherman Europie bowiem sytuacja zmieniła się już Plan ostatecznej bitwy o Monte Cassinodiametralnie, alianci zaczynają szeroką ofensywę, która ostatecznie pogrzebie III Rzeszę. W marcu 1944 pułk trafia w rejon klasztoru Monte Cassino, obsadzonego przez doborowe jednostki niemieckie. Po załamaniu się ataku prowadzonego przez Gurkhów wchodzących w skład armii alianckiej, do ataku na klasztor przydzielony zostaje II Korpus Polski, którego częścią jest i „Skorpion”. Nasi pancerniacy mają do wykonania niezwykle ważne zadanie – oczyszczenie pobliskich wzgórz, z których ostrzał artyleryjski skutecznie dziesiątkuje kolejne ataki aliantów. Szczególnie ponurą sławę ma wzgórze Widmo (the Hallow), którego zdobycie polecono oddziałowi Jana Kochanowskiego, pod którego komendą znalazł się także Starostecki. Ponosząc ciężkie straty (jak cały polski II Korpus, nie czas tu i wiesce na pełny opis bitwy, a obfituje on w ciekawostki, jak np. najsilniejszy żołnierz w polskiej armii – niedźwiedź Wojtek :D) oddział zbliżał się do wzgórz, o które walczył razem z dziesiątkowanymi strzelcami karpackimi. Porucznik Kochanowski opowiedział później Melchiorowi Wańkowiczowi, iż razem ze swoim oddziałem wspomógł strzelców, dzięki czemu udało się zająć wzgórze i utrzymać je do przybycia posiłków. Jednak Starostecki wiele lat później uzupełnił tą relację – według jego wersji Kochanowski miał w decydującym momencie uznać dalszy atak za niecelowy i nakazać odwrót. Młody Starostecki jednak sprzeciwił się decyzji dowódcy, oznajmiając, że w tej sytuacji przejmuje dowodzenie. Doszło do szarpaniny, Kochanowski cKlasztor Benedyktynówhciał uniemożliwić młodszemu oficerowi kontakt z innymi maszynami. W końcu po otrzymaniu sierpowego oddał mikrofon, i natarcie czołgów było kontynuowane i zakończone zwycięstwem. Wersję Starosteckiego potwierdził wiele lat potem inny weteran – Tadeusz Trejdosiewicz, również świadek tych dramatycznych wydarzeń. Tak czy tak, ostatecznie do historii przeszedł Kochanowski, który po bitwie rozmawiał z Wańkowiczem, a ten umieścił w swojej najsłynniejszej relacji z bitwy jego wersję, bez wspominania o Starosteckim i jego roli.
 
Minął miesiąc od wydarzeń koło opactwa benedyktynów, pułk Starosteckiego dotarł do Bolonii, i w walce o to miasto nasz bohater zostaje ciężko ranny w nogę. Jakimś cudem lekarze uratowali ją przed Odznaka 4 pułkuamputacją, ale rana będzie się mu dawała we znaki do końca życia. Leczenie nogi trwało około roku, i koniec wojny zastał Starosteckiego na obczyźnie, w szpitalu, w stopniu porucznika. Ponieważ Polska zgodnie z uzgodnieniami aliantów dostała się w strefę wpływów sowickich, których dobrze już poznał wcześniej, Starostecki decyduje o osiedleniu się w Londynie, razem z żoną. Zapisał się na studia, handel zagraniczny – ale okazało się, że takie wykształcenie nie bardzo gwarantuje pracę młodemu Polakowi. A tymczasem urodziło się jedno dziecko, drugie… Coś trzeba było zmieniStarosteckić, i Starostecki zdecydował o kolejnych przenosinach – tym razem za ocean, do USA. I tutaj dotychczasowe wykształcenie okazało się mało przydatne, nasz bohater musiał podjąć się pracy tokarza. Później zmienił pracę na kreślarza. Pracując na tym niezwykle odpowiedzialnym odcinku, jednocześnie podjął studia inżynierskie. To okazało się strzałem w dziesiątkę – odnalazł w sobie żyłkę do techniki. Studia trwały siedem długich lat, gdy cała rodzina musiała odmawiać sobie wszystkiego. Ale po zakończeniu studiów przyszła nagroda – podanie złożone do Centrum Badań Obronnych Armii USA, po wielomiesięcznej procedurze sprawdzającej zostało rozpatrzone pozytywnie. Polski inżynier rozpoczął pracę w tym elitarnym ośrodku, początkowo zajmując się budową pocisków do dział zdolnych do przenoszenia głowic jąrdowych. Potem rakiety przeciwpancerne, do czego znów konieczne było podniesienie kwalifikacji – dodatkowe studia z dziedziny balistyki. Kolejny projekt – rakiety zdolne zestrzeliwać radzieckie MIGi na dużych wysokościach. Starostecki zostaje szefem kilkudziesięcioosobowego zespołu projektującego radar i głowice do rakiet do zwalczania samolotów. Kiedy prace były już mocno zaawansowane, okazało się, że wyniki są dużo lepsze niż oczekiwano. Mamy lata osiemdziesiąte, i okazuje się że doświadczenia z projektowania systemu zespółu pod kierownictwem polskiego inżyniera są idealne do zajęcia się kolejnuym projektem – pocisku który jest zdolny do zestrzelenia nie tylko samolotu – ale nawet dużo mniejszych i szybszych celi – rakiet balistycznych. Na początku lat osiemdziesiątych była to absolutna rewolucja – znacząco zmieniała układ sił w ewentualnej wojnie jądrowej. Nowy system, który dostaje najwyższy priorytet w badaniach, „Phased Array Tracking to Intercept of Target” (matrycowo fazowane śledzenie przechwytujące cel 😀 ) rozwija się gwałtownie. W niedługim czasie powstają różne wersje systemu, System Patriotna który składa się stacja radarowa (śledząca cele), centralny komputer (obliczający trajektorie nadlatujących pocisków i przesyłający dane do przeciw-pocisku, tak by skierować go w odpowiednie miejsce) oraz wyrzutni – no co robi wyrzutnia to pisać nie będę :D. Pojedyncza instalacja systemu PATRIoT może śledzić i zniszczyć nawet sto celi jednocześnie, całość obsługuje 24 żołnierzy. Duży power generalnie, i to od momentu powstania utrzymywany w tajemnicy. Mimo że to system czysto obronny, zdecydowanie był od momentu swojego powstania bardzo niebezpieczny dla Sowietów – nic więc dziwnego, że prace Starosteckiego wzbudzały ciekawość wszystkich wywiadów po wschodniej stronie żelaznej kurtyny.
 
I tu następuje kolejny arcyciekawy epizod z tego życiorysu. Na horyzoncie ukazuje się bowiem jeden z asów polskiego wywiadu w Ameryce – Zdzisław Przychodzeń. Po przybyciu do USA zakłada w Palo Alto niewielką firmę, zajmującą się wszystkim i niczym – jako przykrywkę dla swoich rzeczywistych działań. Wynajmuje także mieszkanie – zupełnym przypadkiem 😀 w tym samym domu, gdzie zamieszkuje wraz z żoną (Ruth) główny inżynier firmy „Systems Controls” – odpowiedzialnej za wytwarzanie głowicy pocisków PATRIoT – James Harper. Kiedy James dzielnie pracuje nad wytwarzaniem tajnej broni USA, jego żona coraz bardziej zbliża się do przystojnego sąsiada z Polski. Najpierw tenis, potem wspólne obiady pod nieobecność męża. Przychodzeń udaje elektronika, i to ciekawego elektronika, którego interesują te przekombinowane schematy nad którymi ślęczy wieczorami ten nudziarz – mąż Ruth. Niestety jest w stanie pokazać tylko kilka mało ważnych schematów, i sąsiad jest wyraźnie rozczarowany. Coraz bardziej wpadająca w ten związek Ruth, aby zadowolić ciekawskiego przystojniaka, namawia męża, aby przyjął ją do pracy w swojej firmie. Moja luba też mi co chwilę proponuje to samo, więc rozumiem przez co musiał przejść inżynier, a więc nic dziwnego że w końcu się złamał – zatrudniając żonę do jakichś tam dorywczych prac. Ta tak organizowała sobie zajęcia, że niestety czasu jej nie wystarczało na zrobienie swoich zajęć w normalnych godzinach pracy – musiała zostawać bidula dłużej. Gdy wszyscy już opuścili biuro, podkradała rysunki i podrzucała je na noc sąsiadowi. Ten spędzał pracowicie noc, kopiując schematy, które potem Ruth odnosiła do biura – bo ona, pracowita jak pszczółka, przychodziła do pracy zawsze jako pierwsza. Pech chciał, że 17 spośród wykradzionych schematów miało na sobie podpis Starosteckiego jako dysponenta dokumentu. A wykradziony materiał był naprawdę przedni – tak przedni że po przekazaniu do Warszawy, od razu został przekazany do Moskwy, podobnież na biurko samego Andropowa. Rysunki były tak precyzyjne, że nikt z wywiadu polskiego nie chciał uwierzyć w autentyczność – podejrzewano podstęp Amerykanów, którzy mogliby chcieć wytworzyć w Sowietach złudne przekonanie o posiadaniu przez USA cudownej broni. Rysunki krążyły po różnych pracownikach polskiego wywiadu, i w końcu stwierdzono ich całkowitą autentyczność. Ale przy okazji w posiadanie rysunków wszedł jeden z pracowników wywiadu polskiego, który pracował dla USA – i w ten sposób wieść o posiadaniu przez wrogą ekipę planów systemu PATRIoT dotarła do Stanów. Oczywiste było, że donoszący o tym podwójny agent nie mógł nie wspomnieć o figurujących na schematach podpisach z polskim nazwiskiem. I właśnie wtedy w biurze Starosteckiego pojawili się smutni panowie z FBI, prosząc o rozmowę w obecności szefa ochrony technicznej obiektu. Polskiego inżyniera czekał teraz żmudny proces wyjaśniania, dlaczegóż to polski wywiad wszedł w posiadanie rysónków z podpisem polskiego inżyniera. Skojarzenie jest oczywiste, więc nasz bohater musiał być naprawdę przekonujący. W każdym razie po jakimś czasie amerykańskie służby wpadły na trop pracownicy z Palo Alto romansującej z polskim agentem. Podpułkownik Zdzisław Przychodzeń uciekł z Ameryki dosłownie w ostatniej chwili, ścigany przez służby kontrwywiadowcze. Udało mu się uciec, jednak został zaocznie osądzony i skazany na śmierć – ten wyrok ciągle jest aktualny (czyli miał nieco więcej szczęścia niż inny polski as wywiadu – Zacharski, którego złapano na identycznym procederze Starosteckidotyczącym innych rakiet – Minuteman). Aresztowano również małżeństwo, które dopuściło do wycieku informacji.
 
Kilka lat później pierwsza generacja systemu PATRIoT zostaje ukończona – w ’87 kończy się projekt, i kończy się również zawodowa kariera Starosteckiego – przechodzi on na zasłużoną emeryturę otoczony powszechnym szacunkiem (zamieszkał na Florydzie, w sąsiedztwie Kuklińskiego). W ’89 system staje się jednym z elementów wyposażenia armii USA, a później również innych ich sojuszników. W ’91 USA atakują po raz pierwszy Irak, który w odwecie wystrzeliwuje rakiety w kierunku Izraela. I tu następuje niespodzianka dla świata – wystrzelone rakiety zostają w dużym procencie zniszczone przez tajną broń na terenie Izraela – system PATRIoT (później najwcześniejsze, entuzjastyczne dane o prawie stuprocentowej sprawności systemu zostały znacznie obniżone, lecz mimo to raczej nikt nie kwestionuje jego skuteczności). Do Starosteckiego sypią się gratulacje, specjalne listy pisze prezydent, Kongres, dowództwo wojskowe. Sam bohater nie jest szczególnie zaskoczony – jak mówi – „Tak to po prostu miało działać”. Przez kolejne lata Starostecki otrzymuje coraz to nowe odznaczenia od kolejnych prezydentów Polski – odznaczali go kolejno Wałęsa, Kwaśniewski i Kaczyński. Jednocześnie nasz bohater awansuje, aż do stopnia pułkownika – a to tylko dlatego, że w 2007 roku Starosteckizostała przegłosowana w Sejmie ustawa ograniczająca do stopnia pułkownika właśnie ewentualne awanse wojskowych – kombatantów. Dzięki staraniom kilku posłów, w tym z ogromnym udziałem Marka Borowskiego – odpowiedni zapis ustawy zsotał zmieniony w tym roku – i nasz przezacny Prezydent mógł podjąć decyzję o kolejnym awansie dla Starosteckiego, który staje się pierwszym generałem Wojska Polskiego, który jest jednocześnie obywatelem USA. Decyzję kontrasygnował premier, więc otwarta jest droga do wręczenia Starosteckiemu jego nominacji. Ponieważ inżynier ma obecnie 91 lat, prawdopodobnie ceremonia ta będzie miała miejsce w jgo domu na Florydzie (gdzieś wyczytałem że w okolicach 11 listopada), choć akurat tego dokładnie nie wiem, być może Balsam Łomżyński będzie miał na ten temat jakieś informacje.

PS. 11 llistopada Pan Starostecki został awansowany do stopnia Generała Brygady, o czym poinformowała Kancelaria Prezydenta. Niestety Pan General nie odebrał nominacji, zapewne z uwagi na wyczerpującą podróż, a prezydent nie pofatygował się za ocean 😀

Reklama

12 KOMENTARZE

  1. A za cóż by innego?
    Kaganek nie taki znowu ciężki 😀

    Czasem miło zdać relację z osobistych poszukiwań 😀

    Im jestem starszy (a ciągle jestem młody :D) tym bardziej zdaję sobie sprawę, że czasu zostało niewiele, i powoli zaczynam dochodzić do odkrywczej konstatacji – że nie zdołam się dowiedzieć wszystkiego co bym pragnął. Ale jakieś odpryski mimo to mi pozostają 😀

  2. A za cóż by innego?
    Kaganek nie taki znowu ciężki 😀

    Czasem miło zdać relację z osobistych poszukiwań 😀

    Im jestem starszy (a ciągle jestem młody :D) tym bardziej zdaję sobie sprawę, że czasu zostało niewiele, i powoli zaczynam dochodzić do odkrywczej konstatacji – że nie zdołam się dowiedzieć wszystkiego co bym pragnął. Ale jakieś odpryski mimo to mi pozostają 😀

  3. Smutna refleksja tylko…
    Dumniśmy z Rodaków tych, co daleko – daleko zaszli. Honory, ordery… Historia taka popaprana, że na miejscu się nie dało, to na pewno. Ale teraz zdaje się wciąż kiepsko nam idzie tworzenie w kraju środowiska rozwoju dla zdolnych, młodych, ambitnych. Za 50 lat jacyś amerykańscy nobliści polskiego pochodzenia nadal będa mówili, że w kraju nie mieli warunków…Ale z drugiej strony tego medalu może być swoiste wygodnictwo. Łatwiej tam jechać na gotowe, niż budować coś u siebie.

  4. Smutna refleksja tylko…
    Dumniśmy z Rodaków tych, co daleko – daleko zaszli. Honory, ordery… Historia taka popaprana, że na miejscu się nie dało, to na pewno. Ale teraz zdaje się wciąż kiepsko nam idzie tworzenie w kraju środowiska rozwoju dla zdolnych, młodych, ambitnych. Za 50 lat jacyś amerykańscy nobliści polskiego pochodzenia nadal będa mówili, że w kraju nie mieli warunków…Ale z drugiej strony tego medalu może być swoiste wygodnictwo. Łatwiej tam jechać na gotowe, niż budować coś u siebie.