Reklama

Bardzo przepraszam i to od razu za dwie rzeczy. Nastrój mam tak podły, że mogę niepostrzeżenie zagryźć, a po drugie tytuł trochę daje grafomanią. Jedno nałożyło się na drugie i sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie. Pierwszy raz od dłuższego czasu wybrałem się w Polskę i to nie był wybór, ale przymus. W szczegóły nie wchodzę, bo jak napiszę, że usiłowałem kupić jakiś samochód, to każdy człowiek, który choć raz w życiu przeczytał pół książki i potrafi rozwiązać równanie z jedną niewiadomą, wie doskonale czym to pachnie i pewnie teraz wydaje się z siebie charakterystyczne sssss. Po wielu przygodach trafiłem do Wrocławia, trasą zwykłą, nie autostradą. Pierwsza dzielnica Wrocławia od tej strony nazywa się Leśnica i klimatem przypomina wczesne lata 90-te. Był tam kiedyś taki bazarek, jakich tysiące w Polsce było. Pewnego pięknego dnia „liberalne” władze stolicy Dolnego Śląska stwierdziły, że to fatalna wizytówka miasta i nakazały handlowcom się ucywilizować. Kupcy wspólnymi siłami postawili halę targową i nie wyglądało to źle, chociaż oczywiście tak piękne jak „Biedronka” nie było. Obok hali syfu co niemiara, ruina na ruinie, za i przed, ale do tego miasto już się nie czepiało. Na polskich bazarach doświadczona gospodyni do dziś kupuje produkty, które w hipermarketach są wykonane z plastiku. W moim mieście jest taka „działkowa babcia”, u której można jeszcze kupić prawdziwe malinowe pomidory. Pozostał z działek wspomnień czar, a hala w Leśnicy zamieniła się w opustoszałą ruderę. Dlaczego? Kupcy olali swoje źródło dochodu? Nie, kupcy walczyli jak lwy do końca, ale gdy obok powstał aluminiowy Lidl, który w przeciwieństwie do hali targowej nie płacił grosza podatku, polski biznes rodzinny zginał w mękach. Hala w ruinie, miasto zapomniało o estetyce, przed Lidlem sznury samochodów.

Dwukrotnie okradzeni i sponiewierani polscy handlowcy, wyrzucili swoje pieniądze, pracę i kawałek życia na wysypisko, obok niemiecka sieć rżnie na chłamie polskich klientów, w tym niegdysiejszych handlowców z hali targowej. Jadę dalej. W centrum Wrocławia 134 galerie, obwodnice, estakady, stadion, wszystko jak z obrazka, ale na parkingach 70% to zdezelowane rzęchy ściągnięte z Niemiec. Przed galeriami, po chodnikach drepczą dwa rodzaje przechodniów. Większość w tych samych jesionkach od trzech sezonów i butach z dermy marki CCC. Mniejszość wypindrzona na żurnale, faceci z obleśnymi brodami, panny zaczesane w lakierowaną kitkę. W środku galerii dziwne zjawisko, wśród klienteli o 11.30 w sobotę dominują… mamy z dziećmi. Socjologicznie wszystko układa się w jakiś koszmarek. Między ekskluzywnymi fasadami i markowymi cenami prosto z Europy, przechadzają się bezrobotni kupcy, w najlepszym razie obecni ochroniarze i kasjerki „zachodnich” centrów handlowych. Na monstrualnym stadionie kopią szmaciankę jacyś grajkowie, którzy zaraz spadną do II ligi. Życie rodzinne toczy się we współczesnych świątyniach konsumpcji, ale życiowe sprawy załatwia się z ogłoszenia – sprzedam tanio, jak nowe. Gdy się napatrzyłem na ten kontrast walący po oczach w pierwszym odruchu zapomniałem po co tu w ogóle jestem i zatęskniłem za lasem na wsi. Głupio było jednak wracać, bodaj nie zerkając na używane, jak nowe. Jadę i słyszę, że jakiś idiota z tyłu trąbi, nie mam pojęcia dlaczego, ale widać, że wychował się w sąsiedniej wsi. Dojeżdżam i z daleka stwierdzam, że to nowe z trzech kawałków poskładane i nawet „ofercie prywatnej” nie chciało się wszystkiego zapastować.

Reklama

Wróciłem do domu i tak zwyczajnie, po ludzku, czuję się jak Michael Douglas w „Upadku”. Wziąłby solidnego drąga i napieprzał po tej zasranej rzeczywistości. Kurwa mać, mam 44 lata, wyższe wykształcenie, prowadzę rozpoznawalny i cytowany portal, jestem autorem książki i szlajam się po jakiś szrotach w poszukiwaniu wypierdzianego przez moich rówieśników z Niemiec i Francji złomów. Takich jak ja są miliony i z dużym prawdopodobieństwem trafią na pralkę z ekspozycji albo zużyte przez niemiecką salową auto kompaktowe i poczują się prawdziwymi Europejczykami, dopóki na pierwszym zakręcie koło nie odpadnie. Wytrzymam te wszystkie kontrasty i fasady, ale jak mi się który nawinie z hasłem „Polska nie w ruinie” to wywalę z laczka i poprawię z kopyta. To jest nasz wielki NARODOWY problem, że jesteśmy dziadami we własnym kraju, pomimo tego, że harujemy trzy razy więcej, uczymy się 5 razy lepiej, za to jesteśmy okradani 10 razy bardziej. Aluminiowe i szklane drapacze europejskich właścicieli, są kpiną z polskiej kolonii, to nic innego, jak pałace kolonizatorów. Polska nie będzie w ruinie, gdy w dzielnicy Wrocław Leśnica po Lidlu zostanie szkielet, a przed sklepem polskiego kupca zaparkuje polski klient samochodem z salonu, którego, po przejechaniu 150 tys., kupi od Polaka oszczędny Niemiec.

Reklama

156 KOMENTARZE