Reklama

Na początku lat 80-tych byłam w Holandii na saksach, z moim wtedy narzeczonym. Małym fiatem. Na wizie tranzytowej przez Benelux, od siostry, do Francji.

Na początku lat 80-tych byłam w Holandii na saksach, z moim wtedy narzeczonym. Małym fiatem. Na wizie tranzytowej przez Benelux, od siostry, do Francji.

Formalności było dużo. Przyszło zaproszenie z Francji, z zaproszeniem wniosek o paszport trzeba było wypełnić, czekać kilka tygodni – dadzą czy nie dadzą? – dali. Paszport się odbierało w zamian za oddanie dowodu osobistego, zatem to, do czego dowód był potrzebny, trzeba było załatwić przed jego odebraniem. Do banku po książeczkę walutową. Takie sksiążeczkowane to było prawo obywatela PRL do zakupu pewnej ilości walut krajów sprzymierzonych. Zakupiliśmy marki NRD, parę papierków i aluminiowych monet. Rodzice wyskubali 100 dolarów z zapasów na czarną godzinę – z tymi do banku PeKaO, konto założyć i wpłacić, żeby mieć zaświadczenie o posiadaniu walut z II obszaru płatniczego, wymaganego przez ambasady. Potem z zaproszeniem i paszportem do ambasad po wizy, francuskiej docelowej, niemieckiej i belgijskiej po wizy tranzytowe.

Maluch był wypakowany pod dach, lusterko wsteczne nie widziało drogi za nami, a widziało koce, bety, rolki zdobycznego papieru toaletowego i bochenki chleba, wszystko poupychane, jak się co mogło jeszcze zmieścić.

Na autostradzie jeszcze w NRD zaśmierdziało palonką – silnik prędkości nie mógł wytrzymać i uszczelki zaczęły się topić. Trzeba było się zatrzymać i dać im się schłodzić. Potem był deszcz na drodze, wycieraczki pracowały, machały się, machały, aż w końcu jedna, ta od strony kierowcy zrobiła fiuuu! i odleciała. Zatrzymaliśmy się na poboczu, a wycieraczka na środkowym pasie…. Biegłam po nią chyba bardzo szybko, bo żaden samochód mnie nie potrącił, ale się korek zrobił niejaki.. 🙂 I co dalej, bo bez wycieraczki nijak się nie da? Na stacji benzynowej pewien pomocny i zręczny facet założył wycieraczkę od łady. Ta pasowała, bo od trabanta wcale nie. To NRD jeszcze było.

Potem granica żelaznej kurtyny. Mieliśmy szczęście. Po odstaniu w długiej kolejce, akurat na nas trafiło, że celnik szkolił nowego celnika. W małym fiacie z boku, za oknem tylnego pasażera (kiedyś ludzie się tam mieścili?) była kratka jakiegoś wyziewu. Doświadczony celnik odkręcił tę kratkę i pokazywał nowemu, że za kratką jest worek, w którym ludzie przemycają. Nasz worek był pusty i puścili nas, choć kratkę musieliśmy sami sobie przykręcić z powrotem.

Potem przez RFN jakoś się przejechało na zmianę przy kierownicy. Tylko postoje łazienkowe były stresujące, bo ani spłuczki w ubikacjach, ani krany przy umywalkach, wody nie chciały dostarczać. Nie umieliśmy!!! Nie było czego nacisnąć ani pociągnąć, trzeba było taniec ciała wykonywać, aby coś się zadziało.

Potem Belgia, już do celu niedaleko, ale coraz bliżej ku nocnym ciemnościom. Liege. Miasto piękne, na górkach i dołkach. Pewne rondo zdradliwe – objechaliśmy je w kółko kilka razy, zanim drogę należna udało się nam ustalić. Ta droga ustalona jako należna, zmieniła się w uliczkę staromiejską, pustą, jednokierunkową. Pod górę było tak, że trzeci bieg nie dawał rady, potem drugi też nie, potem jedynka warczała, ale nic nie zdziałała. W obronie własnej wykonaliśmy manewr – zjazd tyłem w dół, potem na przecznicy ukierunkowanie małego fiata takie, że pod tę uliczkę podjechaliśmy tyłem, na wstecznym; wyjącym, ale się udało. Jechaliśmy na tym wstecznym, potem się zbocze wyłagodziło, to można było samochód ustawić przodem, choć nadal pod górę, za jakiś czas skończyło się miasto, widać było jego światła z góry. Byliśmy na górze już daleko poza miastem i podziwiali widoki, ale krótko, bo zmęczenie było nieziemskie. Przy świetle z zapalniczki otworzyliśmy puszkę ostroboka w pomidorach, do tego pajda chleba, kilka łyków wody i do samochodu spać. W wymarzonej pozycji relaksacyjno-skurczonej.

Ta pozycja nie dała spać długo. Obudziliśmy się, słonko wstawało.
Gdzie byliśmy, czego nocą widać nie było?
Byliśmy na wysypisku śmieci.

Śniadanie trzeba było zjeść, ostrobok w pomidorach, te cenności, na długie tygodnie miały być zachowane, ale cóż – głód, to i zachowania niegospodarne…

Robotę w Holandii mieliśmy umówioną, niespodzianek nie było już po drodze więcej. W grupie około 30 Polaków mieszkaliśmy w hotelu, bardzo ładnym i stylowym. skąd wożono nas do i z pracy. Hotel był codziennie patrolowany przez bardzo miłych policjantów, którzy nielegalnych robotników nie zauważali, chyba, że z uśmiechem mówiąc dzień dobry, huj morhen….
Powrót po dwóch miesiącach pakowania cebulek był triumfalny. Radiomagnetofon Sharp nadal działa. Dywany okazały się bardzo odporne na działanie czasu. Guldeny znacznie pomogły w następnych latach.

Reklama

24 KOMENTARZE

  1. Sam tego doświadczyłem, choć
    Sam tego doświadczyłem, choć była to Austria. Szokiem były dla mnie te pełne sklepy (był rok 1988), czyste ulice, pełne kawiarnie, itp. Następny szok, to wypłata, parę dniówek = cały m-c pracy w Polsce. I jeszcze coś, co jest we mnie do tej pory, szacunek do pracy i do swojej ojczyzny, Widziałem to w tamtych ludziach.

  2. Sam tego doświadczyłem, choć
    Sam tego doświadczyłem, choć była to Austria. Szokiem były dla mnie te pełne sklepy (był rok 1988), czyste ulice, pełne kawiarnie, itp. Następny szok, to wypłata, parę dniówek = cały m-c pracy w Polsce. I jeszcze coś, co jest we mnie do tej pory, szacunek do pracy i do swojej ojczyzny, Widziałem to w tamtych ludziach.

  3. Ja na pierwsze saksy pojechałem pociągiem
    fajne było , na granicy dwóch światów , rozbieranie wagonów i poszukiwania z psami , DDR-owskich strażników.
    Później, w RFN spotkałem w pierwszej pracy takiego starszego pana – profesora z Bydgoszczy,co płaszczył się przed Niemcami i chciał grać rolę nadzorcy.
    Kiedyś go zapytałem skąd zna tak dobrze niemiecki – ,,na robotach tu byłem w 1944 roku” odparł.

  4. Ja na pierwsze saksy pojechałem pociągiem
    fajne było , na granicy dwóch światów , rozbieranie wagonów i poszukiwania z psami , DDR-owskich strażników.
    Później, w RFN spotkałem w pierwszej pracy takiego starszego pana – profesora z Bydgoszczy,co płaszczył się przed Niemcami i chciał grać rolę nadzorcy.
    Kiedyś go zapytałem skąd zna tak dobrze niemiecki – ,,na robotach tu byłem w 1944 roku” odparł.

  5. Te maluchy:)
    W Norwegii pod koniec lat 80 – kierowcy zwalniali na autostradzie żeby się przyjrzeć temu cudowi techniki, zaprzyjaźnieni Norwegowie pieszczotliwie tytułowali nasz rodzinny pojazd “odkurzaczem”. Ojciec kupił coś normalnego za pierwsze zarobione dolary, ambitny był z Niego kierowca:)

    • W 1988 roku
      Rodzice zabrali nas z bratem pod namiot na camping do Włoch, w Ostii pod Rzymem. Polonezem. Droga była z przygodami, ale dojechaliśmy dumni i bladzi. Trochę z nas zeszło powietrze, kiedy zobaczyliśmy obok naszego poldka – maluszka na krakowskich numerach. Krakowiacy, też pod namiotem, byli we trójkę, bo czwarte miejsce w maluchu zostało zajęte przez bagaż. I cały bagażnik pod maską. I wielki wór na bagażniku dachowym. Polonezem – cóż to za sztuka! ; )

      • Liczę, liczę – my z ojcem też w 88:)
        We dwójkę, bo bagaż zajmował cały tył plus oczywiście niemal się uginający dach. Głównie prowiant i półprodukty, żeby nie paść z głodu na tamtejszych, kosmicznych dla nas, cenach, bo jechaliśmy na miesiąc.
        Istotnie, poldkiem nie zaimponujesz:) My o tyle łatwiej, że spory kawał drogi promem, problemy zaczęły się zaczynać w Szwecji. Mustang gnał zbyt wolno tamując im płynność, przemykaliśmy niemal poboczami:)

        • Za to powrót
          nieco okrężną drogą, przez Austrię – co się dobra zmieściło w Polonezie! Tutaj już cieszyliśmy się, że nie jedziemy maluchem. Wszyscy poza Ojcem-kierowcą mieliśmy nogi u góry, włącznie z Mamą Q., która siedziała oczywiście z przodu, z bosymi stopami prawie na przedniej szybie, a między fotelem a deską miała upchnięte dwudziestokilowe wiadro proszku do prania. Plus mnóstwo innych drobiazgów w pustych miejscach.

          • Bose stopy na przedniej szybie…
            …a to akurat jest jeden z wygodniejszych sposobów na długie trasy. No fakt, że niekoniecznie Polonezem:)

  6. Te maluchy:)
    W Norwegii pod koniec lat 80 – kierowcy zwalniali na autostradzie żeby się przyjrzeć temu cudowi techniki, zaprzyjaźnieni Norwegowie pieszczotliwie tytułowali nasz rodzinny pojazd “odkurzaczem”. Ojciec kupił coś normalnego za pierwsze zarobione dolary, ambitny był z Niego kierowca:)

    • W 1988 roku
      Rodzice zabrali nas z bratem pod namiot na camping do Włoch, w Ostii pod Rzymem. Polonezem. Droga była z przygodami, ale dojechaliśmy dumni i bladzi. Trochę z nas zeszło powietrze, kiedy zobaczyliśmy obok naszego poldka – maluszka na krakowskich numerach. Krakowiacy, też pod namiotem, byli we trójkę, bo czwarte miejsce w maluchu zostało zajęte przez bagaż. I cały bagażnik pod maską. I wielki wór na bagażniku dachowym. Polonezem – cóż to za sztuka! ; )

      • Liczę, liczę – my z ojcem też w 88:)
        We dwójkę, bo bagaż zajmował cały tył plus oczywiście niemal się uginający dach. Głównie prowiant i półprodukty, żeby nie paść z głodu na tamtejszych, kosmicznych dla nas, cenach, bo jechaliśmy na miesiąc.
        Istotnie, poldkiem nie zaimponujesz:) My o tyle łatwiej, że spory kawał drogi promem, problemy zaczęły się zaczynać w Szwecji. Mustang gnał zbyt wolno tamując im płynność, przemykaliśmy niemal poboczami:)

        • Za to powrót
          nieco okrężną drogą, przez Austrię – co się dobra zmieściło w Polonezie! Tutaj już cieszyliśmy się, że nie jedziemy maluchem. Wszyscy poza Ojcem-kierowcą mieliśmy nogi u góry, włącznie z Mamą Q., która siedziała oczywiście z przodu, z bosymi stopami prawie na przedniej szybie, a między fotelem a deską miała upchnięte dwudziestokilowe wiadro proszku do prania. Plus mnóstwo innych drobiazgów w pustych miejscach.

          • Bose stopy na przedniej szybie…
            …a to akurat jest jeden z wygodniejszych sposobów na długie trasy. No fakt, że niekoniecznie Polonezem:)

  7. Też “zaliczyłem” malucha
    Nie tylko wypakowany po dach, który nie dał się bardziej rozciągnąć, ale i na dachu sterta różności, a całość zwieńczała dwumetrowa drewniana drabina malarska – i tak to się jechało na zarobek do miasta stołecznego tylko, ale bez większego obciachu, bo to Polska była właśnie siermiężna.

  8. Też “zaliczyłem” malucha
    Nie tylko wypakowany po dach, który nie dał się bardziej rozciągnąć, ale i na dachu sterta różności, a całość zwieńczała dwumetrowa drewniana drabina malarska – i tak to się jechało na zarobek do miasta stołecznego tylko, ale bez większego obciachu, bo to Polska była właśnie siermiężna.

  9. Fajnie się wspomina
    Śmiesznie było.
    Ale jak nas ten PRL zbydlęcił…

    Na saksach było fajnie, niezbyt ciężka praca, fajne towarzystwo. Tylko raz łzy mnie dopadły. Byłam okropnie głodna, na maszynce ugotował się makaron, jak każdego dnia, i do makaronu był ostrobok w pomidorach, jak każdego dnia. Byłam strasznie głodna, ale nie mogłam już tego więcej. Nie dało się jeść, mimo głodu.

  10. Fajnie się wspomina
    Śmiesznie było.
    Ale jak nas ten PRL zbydlęcił…

    Na saksach było fajnie, niezbyt ciężka praca, fajne towarzystwo. Tylko raz łzy mnie dopadły. Byłam okropnie głodna, na maszynce ugotował się makaron, jak każdego dnia, i do makaronu był ostrobok w pomidorach, jak każdego dnia. Byłam strasznie głodna, ale nie mogłam już tego więcej. Nie dało się jeść, mimo głodu.

  11. Parę lat temu byłem na
    Parę lat temu byłem na nurkowaniu na Kubie, tej Fidelowej, gorącej. Wyobraź sobie, że tam do dzisiaj, obok amerykańskich limuzyn z lat 50-tych, jeździ całe mnóstwo małych fiatów. Z tym, że tam te wszystkie maluchy mają wspawaną poprzeczkę uniemożliwiającą zamknięcie klapy od silnika – inaczej nie tylko z uszczelek palonka by była, ale z całych bebechów chłodzonych przecież wyłącznie kubańskim powietrzem. Pozdrawiam ciepło.

  12. Parę lat temu byłem na
    Parę lat temu byłem na nurkowaniu na Kubie, tej Fidelowej, gorącej. Wyobraź sobie, że tam do dzisiaj, obok amerykańskich limuzyn z lat 50-tych, jeździ całe mnóstwo małych fiatów. Z tym, że tam te wszystkie maluchy mają wspawaną poprzeczkę uniemożliwiającą zamknięcie klapy od silnika – inaczej nie tylko z uszczelek palonka by była, ale z całych bebechów chłodzonych przecież wyłącznie kubańskim powietrzem. Pozdrawiam ciepło.