Reklama

Państwo w gospodarce

Uwaga! Długi wywód, tylko dla wytrwałych.

Reklama


Państwo w gospodarce

Uwaga! Długi wywód, tylko dla wytrwałych.

Co robi państwo w gospodarce? Czy państwo w ogóle musi zajmować się gospodarką? Komu zależy na tym, żeby państwo bawiło się działalność gospodarczą? Prywatne czy państwowe?

Motto CH: Zwolennicy przedsiębiorstw państwowych i silnej regulacji gospodarki przez państwo, zachowują się jak topielec krzyczący na środku jeziora: więcej wody!

Cały wywód dotyczący tego jak efektywnym organizatorem i wytwórcą jest państwo, mógłbym zawrzeć w jednym haśle: „Lataj TU 154 albo Casą i przekonaj się sam”. Hm… no tak… to było poniżej pasa. No to może tak: boisz się latać – skorzystaj z usług PKP, tylko 5,5 godziny z Gdyni do Warszawy ze średnią prędkością 60 km/h – podróż na miarę kolei XXI w. Innymi słowy koń jaki jest każdy widzi.

Miłośnicy przedsiębiorczości państwowej dzielą się na trzy grupy:

1. Pracownicy przedsiębiorstw państwowych, ze szczególnym uwzględnieniem związków zawodowych. Miło pracuje się w przedsiębiorstwie z większościowym udziałem skarbu państwa. Miło, bo protest socjalny zawsze można przekształcić w polityczny, bo wsparcie protestu zadeklarują zawsze politycy aktualnie będący w opozycji. Przedsiębiorstwa państwowe, w których Skarb Państwa utrzymuje większościowy udział (lub znaczący), funkcjonują z reguły na rynku jako monopoliści lub oligopoliści. Miło pracuje się w takiej firmie, bo gwarantuje ona szereg przywilejów, począwszy od możliwości zakupu akcji po preferencyjnych cenach (w przypadku firmy monopolistycznej takie akcje to sam mniód) lub gwarancje zatrudnienia i wysokiego wynagrodzenia (vide Enea), będącego rezultatem nie popytu na pracę, ale polityki.

2. Politycy określonej opcji oraz ich medialni i internetowi akolici. Miłość tej grupy do państwowych przedsiębiorstw zmienną jest. Jeżeli akurat znajdują się przy władzy, to kochają przedsiębiorstwa państwowe całą swoją polityką miłości. Gdy z woli ludu przechodzą do opozycji, zaczynają być zwolennikami prywatyzacji i rządzącym z obrzydzeniem zarzucają zawłaszczanie państwowego majątku do realizacji własnych, partykularnych interesów, co jeszcze wczoraj robili sami bez dzisiejszego wstrętu.

3. Wikipedyczni specjaliści . Uwielbiają statystyki i liczby, które znajdują w internecie. Zestawiając dowolnie dane, udowadniają z góry przyjętą tezę, często podpierając się argumentem: proszę, a w takich krajach jak Francja czy Niemcy, to przedsiębiorstwa państwowe mają się dobrze i stanowią jeden z fundamentów gospodarki. Albo: przed wojną PKP było wzorem dobrze funkcjonującego państwowego przedsiębiorstwa nie tylko w Polsce ale i w Europie.
Abstrahuje się przy tym od faktu, że o efektywności gospodarowania w ogóle, a zwłaszcza w sferze publicznej, poza „naturalnymi” cechami proefektywnościowymi (o nich piszę niżej), decyduje kultura polityczna i organizacyjna, a z tym w Polsce jest nam bliżej do takich krajów jak Rosja i Zimbabwe niż Francja, Dania, czy Finlandia (potwierdzenie tej tezy znajdzie każdy, kto miał przyjemność obcować z państwem polskim, a pozostali mogą sobie nas znaleźć w rankingach, publikowanych przez różne organizacje i instytucje, z reguły gdzieś pod koniec pierwszej setki). Przykład przedwojennego PKP, tak często przytaczany w mediach i internecie, pomija z – nomen omen – kolei fakt, że nad tą gałęzią transportu w II RP roztoczono parasol opiekuńczości, w rezultacie którego przemysł motoryzacyjny w Polsce i infrastruktura drogowa praktycznie nie rozwijały się. Niewielu wie, że cła na samochody i części zamienne w IIRP wynosiły…1000% (słownie tysiąc! procent). Nietrudno rozwijać przedsiębiorstwo państwowe, któremu gwarantuje się monopol na rynku, przy jednoczesnym zduszeniu produkcji substytutów.

Ale nie tylko państwo polskie ma zakusy na własną działalność wytwórczą i usługową. Jakie są więc przesłanki prowadzenia przez państwo działalności gospodarczej i kto na tym dobrze wychodzi.

Stawiam trzy tezy na początek:

1. Państwo jest mniej efektywnym przedsiębiorcą niż firma prywatna.

2. Państwowe firmy dążą do monopolizacji branży nie tylko poprzez instrumenty ekonomiczne (to samo robią firmy prywatne poprzez koncentrację kapitału), ale także poprzez działania pozaekonomiczne (polityczne).

3. Dostępność do usług nie musi oznaczać, że muszą je wykonywać firmy państwowe. Ba, taniej i lepiej w określonych warunkach będą je realizować firmy prywatne.

Na początek zacznijmy od funkcji państwa. Wyróżnia się cztery funkcje:

− wewnętrzną, polegającą na zapewnieniu porządku i bezpieczeństwa kraju
(administracja, policja, prokuratura, sadownictwo, służby więzienne itp.).

− zewnętrzną, czyli utrzymywanie i kształtowanie stosunków z innymi państwami i organizacjami międzynarodowymi.

− socjalną – obejmuje działania zmierzające do zapewnienia między innymi egzystencji jednostkom i grupom społecznym, bezpieczeństwa i higieny pracy, do tworzenia miejsca pracy, ochrony środowiska naturalnego.

− gospodarczą – wyraża się w organizowaniu gospodarki i oddziaływaniu na nią.

Zaangażowanie się państwa w procesy gospodarcze jest różne w różnych krajach i jest wyrazem stosowanej doktryny polityki gospodarczej i społecznej. Na jednym krańcu mamy popłuczyny po komuniźmie, czyli Koreę Pn i Kubę, w których państwo sprawuje ścisłą kontrolę nad gospodarką i jest właścicielem ponad 90% majątku i infrastruktury. Na drugim kraje, które minimalizują udział państwa w procesach gospodarowania poprzez doktryny neoliberalne. Niezależnie od ustroju polityczno-gospodarczego rola państwa w gospodarkach z reguły sprowadza się do:

− polityki redystrybucji, której celem jest poprawienie pierwotnego podziału dochodów, powstającego w wyniku rynkowego procesu gospodarowania , polegające na ściąganiu części dochodów w formie podatków; polityka redystrybucji jest realizowana ponieważ uznaje się, że rynkowy podział dochodów jest niedoskonały (prowadzi do polaryzacji dochodowej, pozbawiając znaczną część społeczeństwa dostępu do określonych produktów i usług) i nie zapewnia optymalnego podziału środków; dlatego wymagana jest interwencja państwa;

− polityki alokacji – polegającej na finansowaniu tych sfer i dziedzin życia, które charakteryzują się niską stopą zysku i w związku z tym mogłyby nie znajdować chętnych do inwestowania w nie kapitału, a są konieczne dla funkcjonowania państwa i realizacji przez nie wymienionych wyżej funkcji;

− polityki stabilizacji, której celem jest zapobieganie gwałtownym zmianom w przebiegu cykli koniunkturalnych i niedopuszczenie do pojawiania się zapaści kryzysowych.

Zostawmy politykę stabilizacji doktrynerom. Panuje tu zresztą względna zgoda dotycząca zakresu i celów tej polityki. Różnice dotyczą najczęściej instrumentów jakie państwo powinno wykorzystywać stabilizując gospodarkę.

Problemy zaczynają się, gdy dochodzimy do polityki redystrybucji i alokacji środków pozyskanych w wyniku tej redystrybucji.

Celem redystrybucji jest pozyskanie środków finansowych z podatków i różnych opłat quasi podatkowych na:

− zapewnienie równych szans wszystkim obywatelom na starcie;

− doprowadzenie do sytuacji, w której wszyscy obywatele, niezależnie od sytuacji finansowej, będą mieli nieskrępowany dostęp do infrastruktury i usług niezbędnych do realizowania określonych funkcji życiowych; część z tych usług musi zapewniać państwo (sądownictwo, administracja, bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne) – a więc nie mają one charakteru rynkowego, część ma charakter mieszany (np. ochrona zdrowia, edukacja) – są i mogą być dostarczane przez państwo i prywatne firmy, część wreszcie może być z powodzeniem dostarczana na określonych warunkach wyłącznie przez firmy prywatne (np. transport publiczny).

− prowadzenie polityki zrównoważonego rozwoju.

Co wynika z tych rozważań? Że jest uzasadnione, aby państwo w określonej sytuacji interweniowało w działalność gospodarczą np. budując drogi* (robi to już od czasów rzymskich), albo zapewniając dostęp np. do usług transportowych (transport publiczny – powszechnie dostępny poprzez niskie ceny biletów, ulgi i uprawnienia do przejazdów bezpłatnych). Pozostaje pytanie jak powinno to robić, aby robić to efektywnie.

Na tym etapie pojawia się pierwszy problem – efektywności polityki podatkowej. Im szerszy zakres dobrobytu gwarantowanego przez państwo, tym więcej pieniędzy trzeba ściągnąć z podatków – to oczywiste. Problem jednak polega na tym, że ekstensywne zwiększanie wielkości zgromadzonych środków, poprzez podnoszenie podatków, nie tylko wpływa na zmniejszenie tempa rozwoju gospodarczego (przedsiębiorstwa mają mniej pieniędzy na rozwój), ale także jest nieefektywne z sensie fiskalnym Wyjaśnia to m.in. krzywa Laffera, pokazująca, że po przekroczeniu pewnej wielkości stopy podatkowej państwo wcale nie dostaje więcej pieniędzy z podatków.

Zjawisko to tłumaczy się tym, że wraz ze wzrostem stopy podatkowej, ponad pewien akceptowalny poziom, pojawia się szereg niekorzystnych zjawisk: m.in. obniża się poziom konsumpcji i zmniejsza popyt globalny, co z kolei powoduje obniżenie tempa wzrostu PKB, zmniejsza się wydajność pracy, następuje ucieczka kapitału – inwestorzy poszukują krajów o niższej stopie podatkowej, a więc wyższych zyskach, wzrasta skłonność do kombinowania i obchodzenia obowiązujących przepisów podatkowych, co z kolei powoduje wzrost kosztów funkcjonowania systemu kontroli podatkowej, a więc w rezultacie zwiększenie biurokratycznych wydatków państwa.

Krzywa Laffera jest teoretycznym modelem i w związku z tym trzeba ją interpretować z dawką zdrowego rozsądku. Np. jest faktem, że obniżanie podatków, przy określonym poziomie wydatków państwa związanych z realizacją jego funkcji, będzie powodować pogłębianie się deficytu budżetowego. Stąd twierdzenie, że podatki trzeba obniżać i już, jest delikatnie mówiąc doktrynerstwem, które może się sprawdzić, gdy sprywatyzujemy wszystkie funkcje realizowane przez państwo, łącznie z rządem, który będzie za swoje usługi pobierał opłaty wg cen rynkowych. Tyle tylko, że wówczas państwo jako takie przestanie funkcjonować. Z drugiej strony mówienie, że krzywa Laffera jest idiotyzmem (prof. M. Belka w wywiadzie dla „Polityki”), w świetle tego, co można w praktyce zaobserwować przy podnoszeniu podatków, chwały krytykom nie przynosi.

Załóżmy, że państwo prowadzi w miarę racjonalną politykę podatkową pozwalającą na gromadzenie środków, które są następnie wydawane na realizację polityki równych szans i zrównoważonego rozwoju. Powstaje zasadnicze pytanie, jak państwo ma te środki wydawać: czy samo budując, produkując i świadcząc usługi, czy może korzystając z usług firm prywatnych i płacąc im stosując procedurę przetargów, która ma wyłonić teoretycznie najbardziej efektywnego wykonawcę.

Kiedy państwo samo zaczyna dostarczać usługi lub produkty? Wtedy, kiedy dostęp do nich jest konieczny dla zapewnienia mieszkańcom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, warunków do życia. Niekiedy mówi się o minimum egzystencji, niekiedy o godnym życiu, czasami o społeczeństwie dobrobytu (powyższe sytuacje nie dotyczą marksistowskiego poglądu na gospodarkę, który pomijam). Jeżeli firmy prywatne nie są zainteresowane wytwarzaniem usług lub produktów ze względu na to, że sprzedaż ich po cenach rynkowych nie znalazłaby nabywców (są po prostu za drogie dla biedniejszej części społeczeństwa), a powszechny dostęp do nich jest uzasadniony względami rozwoju cywilizacyjnego (mówiąc lapidarnie), wówczas państwo może podjąć dwie decyzje:

− sami (my: państwo) dostarczamy mieszkańcom usług i produktów poprzez powoływanie przedsiębiorstw państwowych, które będą je wytwarzać (tzw. etatyzacja);

− usługi i produkty będą dostarczać firmy prywatne, a my (państwo) pokryjemy różnicę pomiędzy zaniżoną ceną sprzedaży a kosztami ich wytworzenia.

Uzasadnienie dla etatyzacji występuje, moim zdaniem, tylko w jednym przypadku – gdy na rynku nie ma zainteresowania produkcją określonych towarów i wytwarzaniem usług po cenach gwarantujących do nich powszechny dostęp, nawet gdy państwo pokrywa różnicę pomiędzy ceną sprzedaży, a kosztem ich wytwarzania. W takiej sytuacji państwo może podjąć decyzję, że będzie produkować lub dostarczać usługi we własnym zakresie. Innymi słowy – jeżeli nie znajdzie się prywatny producent dostarczający usługi lub produkty na ustalonych przez państwo warunkach (np. gwarantujący dopłaty do nierentownej produkcji lub wytwarzania usług), wówczas tworzymy państwowe przedsiębiorstwo. Dlaczego? Decyduje o tym relatywnie niższa efektywność przedsiębiorstw państwowych.

Niska efektywność państwowych przedsiębiorstw w Polsce wynika z pewnych cech, póki co niezmiennych od 20 lat :

1. Brak właściciela. Przez 50 lat gospodarki nakazowo-rozdzielczej i tzw. własności społecznej czyli niczyjej, obserwowano marnotrawienie zasobów poprzez niską wydajność i kulturę pracy oraz organizacji, a także wynoszenie, rozkradanie, zakombinowywanie.

2. Traktowanie firm jak kombinatów z rozbudowanym zapleczem socjalnym w postaci ośrodków wczasowych, szkół, ośrodków zdrowia, które są nastawione nie na osiąganie określonych parametrów ekonomicznych (zysk, udział w rynku w warunkach konkurencji), tylko na wypełnianiu planów, często podporządkowanych wyłącznie celom ideologicznym, dzisiaj partykularnym interesom politycznym. Te wady w pierwszej kolejności na szczęście zlikwidowano w ramach reform nielubianego tu i ówdzie Balcerowicza, tym nie mniej związki zawodowe wciąż śnią o socjalu na koszt przedsiębiorstwa (Enea, Energa, Spólki wydobywcze), czyli w ostateczności klienta.

3. Możliwość przerzucania fatalnych wyników finansowych w ciężar budżetu państwa (np. neverending story – czyli oddłużanie PKP) w warunkach ciągłego zagrożenia strajkowego. O efektywności takich akcji decyduje często monopolistyczna pozycja państwowego przedsiębiorstwa.

4. Możliwość dofinansowywania działalności przez państwo w ramach: czary-mary-pomoc publiczna-omijamy przepisy unijne, co w określonych wypadkach powoduje nierówne warunki konkurencji na rynku (o ile przedsiębiorstwo już nie funkcjonuje jako monopolista). Takie przypadki powinny należeć już do rzadkości ze względu na unijne przepisy o pomocy publicznej. Niestety tak się składa, że UE jest konsekwentna w zapewnieniu równych warunków konkurencji tam, gdzie stare kraje zdążyły zrestrukturyzować branżę. Tam, gdzie w krajach tych dalej funkcjonują publiczne monopole, UE wprowadza wyjątki od reguły. Przykładem jest rozporządzenie PE i RE 1370/2007, które polskim gminom dało możliwość powierzania własnym komunalnym (a więc takim quasi państwowym) spółkom wykonywania usług przewozowych w transporcie miejskim, dzięki czemu w wielu miastach związkowcy odetchnęli z ulgą – monopol został zakonserwowany na kilkanaście lat.

5. Traktowania państwowych firm jako przechowalni dla swoich ludzi z partii, którzy akurat nie załapali się do parlamentu, rządu lub samorządów i obłaskawianie związków zawodowych, jeżeli nie podwyżkami płac (możliwe najczęściej w monopolach), to przynajmniej utrzymaniem intratnych finansowo etatów związkowych. Koszty tych działań ponoszą w ostateczności oczywiście klienci.

6. Przedsiębiorstwa państwowe charakteryzują mniej efektywne mechanizmy zarządzania wynikające z faktu, że kadra menedżerska dobierana jest z politycznego klucza, a konkursy na stanowiska są fikcją, wobec braku przejrzystych zasad doboru. Poziom wynagrodzenia menedżerów też może się mieć nijak do wyników osiąganych przez przedsiębiorstwo, jeżeli dyrektorem jest Rychu lub inny Miro. Z drugiej strony, wynagrodzenia części podmiotów publicznych są wciąż objęte ustawą kominową. Co jak co, ale ten instrument decydujący o efektywności funkcjonowania przedsiębiorstw, powinien być kształtowany przez rynek.

7. Obostrzenia formalne i permanentne kontrole, mają z założenia zastąpić nadzór właścicielski i służyć wzrostowi efektywności funkcjonowania, tymczasem w praktyce przyczyniają się w rezultacie do wzrostu biurokracji (proszę sobie poczytać dowolne zalecenia pokontrolne), aż do paraliżu decyzyjnego włącznie. Z kolei rady nadzorcze, które ponoszą współodpowiedzialność za wyniki przedsiębiorstwa, pochodzą najczęściej z tej samej opcji politycznej co menedżerowie, więc sytuacja jest zabawna.

Te i inne cechy przedsiębiorstw państwowych powodują, że funkcjonują one zdecydowanie bardziej nieefektywnie niż przedsiębiorstwa prywatne, w porównywalnych warunkach rynkowych. Nie mają wystarczających bodźców do efektywnej pracy, wzrostu wydajności, podnoszenia jakości produktów i usług. W zamian za to, często będąc monopolistą, przerzucają w ciężar kosztów i następnie cen nie znajdujące ekonomicznego uzasadnienia działania i decyzje.

Co jest złego w monopolu wiedzą mniej więcej wszyscy, którzy zmuszeni zostali kiedykolwiek do korzystania z jego usług lub kupowania wytwarzanych przez monopolistę produktów. Tym nie mniej odwołam się do teorii mikroekonomii.

darmowy hosting obrazków

Wykres przedstawia korzyści wielkości produkcji (oś Q) gałęzi, w której długookresowe koszty przeciętne ciągle się obniżają, co oznacza techniczne korzyści produkcji na wielką skalę. Duże korzyści skali pojawiają się najczęściej w tych gałęziach, w których znaczną część kosztów stanowią koszty stałe, a tylko niewielką część – koszty krańcowe. Zrównanie długookresowego kosztu krańcowego określonego przez krzywą kosztów krańcowych LMC z krańcową użytecznością krzywej popytu DD następuje w punkcie E’ optymalnym dla społeczeństwa. Monopolista, dążąc do wyrównywania swoich utargów krańcowych (MR) z kosztami krańcowymi, wytwarza Qm produkcji osiąga zyski PmCBE. Dla tej wielkości produkcji społeczna użyteczność krańcowa Pm przekracza wysokość społecznego kosztu krańcowego w punkcie A. W takiej sytuacji monopolista produkuje zbyt mało. Społeczny koszt krańcowy i społeczna użyteczność krańcowa zrównują się przy wielkości produkcji Q’, zaś punktem optymalnym dla społeczeństwa jest punkt E’.

Jednym z najważniejszych argumentów przeciwko funkcjonowaniu monopoli jest nieefektywne lokowanie zasobów społecznych, niesprawiedliwe dzielenie dobrobytu poprzez odbieranie jego części konsumentom i przejmowanie go przez producentów. Tę argumentację uzupełnia się zarzutem o dużej władzy politycznej monopoli i braku motywacji do wprowadzania postępu technicznego, wymuszanego przez konkurencję. Społeczny koszt monopolizacji można ustalić przez sumowanie strat wszystkich przedsiębiorstw w gospodarce, w których koszt krańcowy i utarg krańcowy są niższe od ceny i społecznej użyteczności krańcowej. Te społeczne koszty monopoli można mierzyć konkretnymi stratami w gospodarce narodowej. Żeby nie wdawać się szerzej w teorię, chętnych odsyłam do książek z mikroekonomii.

Poza oczywistymi korzyściami dla monopoli, wynikającymi z ich pozycji rynkowej mamy, w przypadku monopolu państwowego do czynienia z sytuacją, w której monopolista korzysta często z dopłat państwa, o ile jego produkty lub usługi mają być powszechnie dostępne (po odpowiednio niskiej cenie). O sytuacji, w której można drenować rynek ustalając albo cenę monopolową, albo przerzucać nieefektywność w dopłatę budżetową (która w założeniach ma służyć wyłącznie zwieszeniu dostępności do produktów lub usług) marzy każdy przedsiębiorca. Jakie są skutki poza przepłacaniem za usługi i produkty , w porównaniu z sytuacją, w której moglibyśmy nabywać je na rynku? Pozbawiony konkurencji monopol nie ma zewnętrznych i wewnętrznych mechanizmów zachęcających go do redukcji kosztów, a więc do wzrostu wydajności np. poprzez restrukturyzację lub wprowadzanie postępu technicznego. Im mniej substytutów dla produktów i usług monopolistów, tym jego sytuacja jest bardziej komfortowa. A tak się składa, że państwowe monopole lokują się z reguły tam, gdzie możliwość zagrożenia ich pozycji poprzez substytuty jest niewielka (np. energetyka), a masowość popytu duża. Do tego dodajmy obłożenie produkcji lub usług monopolisty akcyzami i innymi quasi podatkami, w celu zapewnienia budżetowi państwa dochodów i mamy wyjaśnienie dlaczego benzyna, energia czy gaz kosztują tyle ile kosztują. To tzw. strategiczne sektory, które ze względu na szeroko rozumiane bezpieczeństwo państwa i mieszkańców, utrzymywane są pod państwową kontrolą (jest to raczej spadek po gospodarce nakazowo-rozdzielczej niż reguła obowiązująca w świecie). Działalność w przypadku przedsiębiorstw sektora strategicznego jest najczęściej zyskowna i państwo czerpie z niej profity, poza podatkami, w postaci milionowych zysków. Zyski te wypracowuje się poprzez zapewnienie tym przedsiębiorstwom de facto monopolistycznej pozycji (lub oligopolistycznej, co wiele nie zmienia z punktu widzenia klienta) i możliwości stosowania cen monopolowych.

W tym miejscu mała dygresja. Prywatyzacja monopolisty nie przynosi państwu korzyści, bo poza doraźnymi przychodami z ich sprzedaży, państwo pozbawia się zysków monopolistycznych, które pozostają w kieszeni prywatnego kapitału, a poza tym prywatyzacja zmonopolizowanej sfery gospodarki, powoduje, że państwo staje wobec groźby dyktowania warunków przez prywatnego monopolistę nie tylko klientom, ale też państwu.

O ile więc powoływanie państwowych przedsiębiorstw, w celu wypełnienia luki rynkowej w podaży produktów lub usług i realizacji polityki redystrybucji ma sens, o tyle rozwój i utrzymywanie monopolów państwowych zawsze będzie prowadzić do krojenia klientów. Powstaje zatem pytanie, do kiedy funkcjonowanie państwowych przedsiębiorstw znajduje swoje uzasadnienie realizowanymi przez państwo funkcjami.

Z czasem zyski nadzwyczajne monopolisty (początkowo naturalnego), będą wzbudzać zainteresowanie wejściem na rynek coraz większej grupy potencjalnych przedsiębiorstw prywatnych. Kierując się zasadami efektywności państwo powinno więc doprowadzić do sytuacji, w której dostęp do rynku będą mieli także inni producenci, którzy są w wstanie produkować taniej, wydajniej lub gwarantując lepszą jakość. Innymi słowy poprzez rynek należy zweryfikować efektywność dotychczasowego monopolisty. Fachowo nazywa się to deregulacją. Czy tak jest w rzeczywistości? Wystarczy prześledzić główne branże państwowych monopolistów i policzyć liczbę koncesji, licencji i innych uregulowań stanowiących bariery wejścia na rynek nie do pokonania. I nie ma co się dziwić – decyduje o tym szereg czynników, tyle tylko, że rachunki płacimy my. Dzieje się tak pomimo, że państwowe przedsiębiorstwa charakteryzują pewne „naturalne” cechy decydujące o ich słabości rynkowej.

O ile funkcjonowanie monopoli nie znajduje swojego uzasadnienia ekonomicznego, to można stwierdzić, że konserwowanie państwowego monopolu znajduje swoje uzasadnienie pozaekonomiczne. Po pierwsze duży monopolista to duży elektorat (pracownicy i członkowie ich rodzin w wieku 18+). Ten elektorat można łatwo obłaskawić, np. poprzez wysokie wynagrodzenia. To także posady dla członków partii, których nie udało się wepchnąć do parlamentu.

Reasumując – państwowe przedsiębiorstwa, ze względu na swoje cechy zawsze będą funkcjonować mniej efektywnie, niż przedsiębiorstwa prywatne, funkcjonujące w analogicznych warunkach. Przedsiębiorstwa państwowe dążą albo do zajmowania pozycji monopolistycznej wykorzystując pozaekonomiczne (najczęściej polityczne) instrumenty, co utrudnia prowadzenie skutecznej polityki antymonopolowej, albo do jej utrwalania.

Są jeszcze nieprzekonani? Są. To proponuję ostateczny test na efektywność. Konkurencja. Konkurencja – jako najsprawniejszy mechanizm weryfikowania efektywności podmiotów na rynku. Deregulacja i demonopolizacja. Wpuszczamy na rynek prywatne i państwowe podmioty i tworzymy im jednakowe warunki konkurowania (państwowy nie może ubiegać się o realizację zamówienia, jeżeli już wcześniej otrzymywał w związku z działalnością na innym rynku dotację). Wszędzie tam, gdzie państwo budowało i buduje infrastrukturę, usługi z wykorzystaniem tej infrastruktury może świadczyć podmiot prywatny jeżeli wygra przetarg.

Moje doświadczenie wskazuje, że w 4 na 5 przypadków wygrywać będą firmy prywatne, a ta jedna państwowa która wygra, nadawać się będzie natychmiast do prywatyzacji.

Taka sytuacja spowoduje, że państwo zamiast rozdrabniać swoje siły i środki na bezpośrednią realizację działalności gospodarczej, będzie mogło się skoncentrować na tym, na czym powinno – na pilnowaniu, żeby pieniądze publiczne były wydawane efektywnie, kontrolując ilość i jakość kupowanych usług. Może to z powodzeniem dotyczyć usług zdrowotnych jak i transportu publicznego.

Powszechna dostępność do usług nie oznacza, że usługi muszą realizować firmy państwowe (publiczne). Taka sytuacja może wystąpić, jeżeli przedsiębiorstwa prywatne nie są w stanie świadczyć takich samych usług po niższych kosztach. W każdym innym przypadku dostęp do świadczenia usług powinny mieć firmy prywatne o wyborze wykonawców powinien decydować wynik przetargu.

Co sądzić o państwie, które mimo wszystko wybiera państwowe monopole w miejsce konkurencji i niskich cen za dostarczane usługi lub produkty? Co powiedzieć o państwie, które chociaż w założeniach ma dostarczać usługi po cenach zapewniających powszechną dostępność, w rezultacie doprowadza do sytuacji, w której koszty utrzymania (czynsz i inne opłaty) pochłaniają u najuboższych ponad 50% budżetu domowego? Otóż moim zdaniem działanie takiego państwa ma podłoże czysto ideologiczne, tkwiące korzeniami w minionym ustroju. Państwo po prostu daje nam sygnał – potrzebujemy kasy na realizację szerokiego zakresu zadań. Dlatego choć za niektóre usługi lub produkty moglibyście płacić mniej, będziecie płacić więcej – bo tego wymaga realizowanie zasad równych szans, zrównoważonego rozwoju, państwa opiekuńczego (niepotrzebne skreślić).

Jeżeli więc chcecie jednocześnie taniego paliwa, prądu, gazu i powszechnego dostępu do służby zdrowia dla wszystkich – jak leci, na jednakowym poziomie, to znaczy, że chcecie powrotu do socjalizmu towarzysze.

*co nie przesądza, że korzystanie z nich musi być w każdym przypadku nieodpłatne.

Reklama

42 KOMENTARZE

  1. Wszystko ładnie
    Mam tylko jedną wątpliwość. A właściwie dwie.
    1. KGHM. Monopolista w zakresie wydobycia miedzi i przy okazji srebra. Zarządzany prawdopobnie byle jak, drogo i z ciepłymi etatami dla szwagrów, kolegów etc. Nb notowany na giełdzie. Państwo posiada 31% akcji. Pytanie: jaka ta spółka powinna być? Państwowa czy prywatna? Gdyby była państwowa 100% zysków transferowane byłoby do skarbu. Natomiast w aktualnej sytuacji zyski w sporej części uciekają za granicę. Dlaczego NIE byłoby lepiej w przypadku gdyby KGHM był całkowicie PAŃSTWOWY. Klienci KGHMu są krojeni mówiąc populstycznie przez Deutsche Bank itp. firmy.
    2. TPSA – monopolista przez wiele lat na rynku telekomunikacji. Kroił latami klientów jak mógł – tranfsfery zysków do Francji w ramach zakupu marki itp kruczków. W naszą stronę transfer technologii – ale to można było kupić w zamian za obligacje firmy. To jak to jest lepszy krojowy monopolista czy korporacyjny międzynarodowy monopolista. KLient końcowy i tak jest skazany na niego.
    3. Orlen. Kolejny monopol – znowu pomieszanie państwowego z prywatnym. Jeśli firma przynosi zyski to dlaczego mamy te zyski dzielić między państwo i prywatnych inwestorów. CZy nie lepeij jeśli to tylko państwo kroi swoich obywateli – kasa zostaje na miejscu;-). W tym momencie to państwo do spółki z udziałowcami rónież zagranicznymi kroi obywateli na tym prawie monopolu paliwym. Gdyby się zdażyłoby w jakiejś innej rzeczywistości, że to ja jestem prywatnym właścicielem Orlenu to nigdy w życiu nie sprzedałbrym ani jedenj akcji w sytuacji gdy ta firma jest zyskowna. To dlaczego państwo ma się tego pozbywać?

    Ps. Co innego firmy deficytowe – sprzedajemy, niech ewentualny prywatny właściciel wyprowadzi je na prostą i sobie czerpie z tego zyski.

    • Każdy monopol jest do dupy
      dla klienta, bo dla monopolisty i jego pracowników jest cacy.

      Przepraszam. ale nie chcę brnąć w tym kierunku, bo zaraz pojawią się eksperci dowodzący (i słusznie), że są monopole naturalne, które funkcjonują dlatego, że tylko określony poziom koncentracji kapitału pozwala funkcjonować w danej branży, a poza tym umożliwia to powstanie efektu synergii – i taki monopol państwowy jest lepszy niż prywatny. Nie chce mi się dyskutować, która branża jest podatna na funkcjonowanie w warunkach monopolu naturalnego i co tak naprawdę można uznać za monopol naturalny.
      Dla mnie jest ważne, żeby wprowadzać konkurencję wszędzie tam, gdzie można ją wprowadzić. Chociaż nie zawsze to przynosi dobre rezultaty (np.deregulacja transportu kolejowego w Wielkiej Brytanii). W ostateczności lepszy rynek regulowany z konkurencją niż monopol.

      Tym przydługim wywodem chciałem tylko zwrócić uwagę, że w gospodarce jak w naczyniach połączonych i to wielokrotnie połączonych. Zawsze pompowanie pieniędzy gdzieś, odbywa się kosztem ich zasysania skądś. Wydaje się to oczywiste, ale w toku prowadzonych, także tutaj dyskusji, wielu o tym zapomina. Funkcjonowanie przedsiębiorstw państwowych to jeden z tego przykładów.

      • Ej no
        wywinąłeś się jak polityk. Czyli nie odpowiedziałeś konkretnie.
        A że każdy monopol jest do dupy dla swych ofiar to czywiste. Natomiast nie jest oczywiste gdzie idzie kasa w wyniku działania monopolu na danym rynku. Jak choćby w przypadku TPSa. Kasa idzie albo do skarbu państwa (gdyby TPSA była państwowa) albo do Francji (teraz w dużej części tak jest).
        Pozostaje w tym przypadku przymusowe dzielenie spółek. TPse można od biedy jakoś podzielić ale KGHM nie barsdzo….

        • Ależ masz rację
          i zresztą w jednym z akapitów o tym napisałem. Po prostu nie chcę otwierać dyskusji, która sama z siebie zasługuje na potraktowanie odrębnym tematem. Małe tego, monopoliści podnoszą jeszcze jedną swoją cechę, a mianowicie taką, że dzięki zyskom monopolistycznym, są w stanie wypracowywać środki na szeroko zakrojone badania naukowe, których generowanie nie jest możliwe w sytuacji, gdy występuje rynek konkurencyjny. Są więc motorem postępu technicznego. To dyskusyjne, ale też udowadniane w teorii mikroekonomii.

          Nie przeczę także, że istnieją branże, w których występuje monopol naturalny, tyle tylko, że do pewnego czasu uważano, że kolej i lotnictwo cywilne też noszą cechy monopolu naturalnego. Tymczasem okazuje się, że konkurencja na torach i powietrzu przynosi znakomite rezultaty. Ale tak jak napisałem wcześniej, nie o tym był ten artykuł, blog, wpis czy jak go zwał.

      • “Zawsze pompowanie pieniędzy gdzieś,
        odbywa się kosztem ich zasysania skądś. ”
        Ciekawe zdanie.
        Weźmy fizykę, dla przykładu. Próżnia jest próżna czyli pusta, jak wiadomo. Ale, virtualnie, może nie być taka, coś tam wszak może być. Stąd, jeżeli “szybko” czyli “energicznie” zadziałasz to zauważysz “to, co może być”, im “energiczniej” tym więcej tego. Inaczej, jeżeli jesteś “energiczny” to z próżni możesz pobrać, co prawda problem w tym, że musisz “szybko” zwrócić. Im “energiczniej” tym “szybciej”.:)

        Wracając do forsy, toto to towar bez kosztów produkcji, z “powietrza” brany, z “naturalnym” monopolem, czyż nie? Sobie pobieramy i zwracamy. If.
        Rozumiem, nie w mikro ale makro ekonomii. Czy coś żle rozumiem?

        • Dobrze
          to wyłapałeś z tą forsą. Że pompowanie, zasysanie, etc. Przecież ostatnio USiAki sobie druknęli 600 000 000 000$. Jedynie co było zasysane to papier w drukarni. Można? Można. Stało się coś. No stało – świat się stał bogatszy o 600kkkUS$. Jakoś nikomu nie zaszkodziło. Chyba. Na razie.

  2. Wszystko ładnie
    Mam tylko jedną wątpliwość. A właściwie dwie.
    1. KGHM. Monopolista w zakresie wydobycia miedzi i przy okazji srebra. Zarządzany prawdopobnie byle jak, drogo i z ciepłymi etatami dla szwagrów, kolegów etc. Nb notowany na giełdzie. Państwo posiada 31% akcji. Pytanie: jaka ta spółka powinna być? Państwowa czy prywatna? Gdyby była państwowa 100% zysków transferowane byłoby do skarbu. Natomiast w aktualnej sytuacji zyski w sporej części uciekają za granicę. Dlaczego NIE byłoby lepiej w przypadku gdyby KGHM był całkowicie PAŃSTWOWY. Klienci KGHMu są krojeni mówiąc populstycznie przez Deutsche Bank itp. firmy.
    2. TPSA – monopolista przez wiele lat na rynku telekomunikacji. Kroił latami klientów jak mógł – tranfsfery zysków do Francji w ramach zakupu marki itp kruczków. W naszą stronę transfer technologii – ale to można było kupić w zamian za obligacje firmy. To jak to jest lepszy krojowy monopolista czy korporacyjny międzynarodowy monopolista. KLient końcowy i tak jest skazany na niego.
    3. Orlen. Kolejny monopol – znowu pomieszanie państwowego z prywatnym. Jeśli firma przynosi zyski to dlaczego mamy te zyski dzielić między państwo i prywatnych inwestorów. CZy nie lepeij jeśli to tylko państwo kroi swoich obywateli – kasa zostaje na miejscu;-). W tym momencie to państwo do spółki z udziałowcami rónież zagranicznymi kroi obywateli na tym prawie monopolu paliwym. Gdyby się zdażyłoby w jakiejś innej rzeczywistości, że to ja jestem prywatnym właścicielem Orlenu to nigdy w życiu nie sprzedałbrym ani jedenj akcji w sytuacji gdy ta firma jest zyskowna. To dlaczego państwo ma się tego pozbywać?

    Ps. Co innego firmy deficytowe – sprzedajemy, niech ewentualny prywatny właściciel wyprowadzi je na prostą i sobie czerpie z tego zyski.

    • Każdy monopol jest do dupy
      dla klienta, bo dla monopolisty i jego pracowników jest cacy.

      Przepraszam. ale nie chcę brnąć w tym kierunku, bo zaraz pojawią się eksperci dowodzący (i słusznie), że są monopole naturalne, które funkcjonują dlatego, że tylko określony poziom koncentracji kapitału pozwala funkcjonować w danej branży, a poza tym umożliwia to powstanie efektu synergii – i taki monopol państwowy jest lepszy niż prywatny. Nie chce mi się dyskutować, która branża jest podatna na funkcjonowanie w warunkach monopolu naturalnego i co tak naprawdę można uznać za monopol naturalny.
      Dla mnie jest ważne, żeby wprowadzać konkurencję wszędzie tam, gdzie można ją wprowadzić. Chociaż nie zawsze to przynosi dobre rezultaty (np.deregulacja transportu kolejowego w Wielkiej Brytanii). W ostateczności lepszy rynek regulowany z konkurencją niż monopol.

      Tym przydługim wywodem chciałem tylko zwrócić uwagę, że w gospodarce jak w naczyniach połączonych i to wielokrotnie połączonych. Zawsze pompowanie pieniędzy gdzieś, odbywa się kosztem ich zasysania skądś. Wydaje się to oczywiste, ale w toku prowadzonych, także tutaj dyskusji, wielu o tym zapomina. Funkcjonowanie przedsiębiorstw państwowych to jeden z tego przykładów.

      • Ej no
        wywinąłeś się jak polityk. Czyli nie odpowiedziałeś konkretnie.
        A że każdy monopol jest do dupy dla swych ofiar to czywiste. Natomiast nie jest oczywiste gdzie idzie kasa w wyniku działania monopolu na danym rynku. Jak choćby w przypadku TPSa. Kasa idzie albo do skarbu państwa (gdyby TPSA była państwowa) albo do Francji (teraz w dużej części tak jest).
        Pozostaje w tym przypadku przymusowe dzielenie spółek. TPse można od biedy jakoś podzielić ale KGHM nie barsdzo….

        • Ależ masz rację
          i zresztą w jednym z akapitów o tym napisałem. Po prostu nie chcę otwierać dyskusji, która sama z siebie zasługuje na potraktowanie odrębnym tematem. Małe tego, monopoliści podnoszą jeszcze jedną swoją cechę, a mianowicie taką, że dzięki zyskom monopolistycznym, są w stanie wypracowywać środki na szeroko zakrojone badania naukowe, których generowanie nie jest możliwe w sytuacji, gdy występuje rynek konkurencyjny. Są więc motorem postępu technicznego. To dyskusyjne, ale też udowadniane w teorii mikroekonomii.

          Nie przeczę także, że istnieją branże, w których występuje monopol naturalny, tyle tylko, że do pewnego czasu uważano, że kolej i lotnictwo cywilne też noszą cechy monopolu naturalnego. Tymczasem okazuje się, że konkurencja na torach i powietrzu przynosi znakomite rezultaty. Ale tak jak napisałem wcześniej, nie o tym był ten artykuł, blog, wpis czy jak go zwał.

      • “Zawsze pompowanie pieniędzy gdzieś,
        odbywa się kosztem ich zasysania skądś. ”
        Ciekawe zdanie.
        Weźmy fizykę, dla przykładu. Próżnia jest próżna czyli pusta, jak wiadomo. Ale, virtualnie, może nie być taka, coś tam wszak może być. Stąd, jeżeli “szybko” czyli “energicznie” zadziałasz to zauważysz “to, co może być”, im “energiczniej” tym więcej tego. Inaczej, jeżeli jesteś “energiczny” to z próżni możesz pobrać, co prawda problem w tym, że musisz “szybko” zwrócić. Im “energiczniej” tym “szybciej”.:)

        Wracając do forsy, toto to towar bez kosztów produkcji, z “powietrza” brany, z “naturalnym” monopolem, czyż nie? Sobie pobieramy i zwracamy. If.
        Rozumiem, nie w mikro ale makro ekonomii. Czy coś żle rozumiem?

        • Dobrze
          to wyłapałeś z tą forsą. Że pompowanie, zasysanie, etc. Przecież ostatnio USiAki sobie druknęli 600 000 000 000$. Jedynie co było zasysane to papier w drukarni. Można? Można. Stało się coś. No stało – świat się stał bogatszy o 600kkkUS$. Jakoś nikomu nie zaszkodziło. Chyba. Na razie.

  3. bardzo dobre
    Kawał dobrej roboty zrobiłeś.Gratulacje.
    Socjalizm jest wiecznie żywy dlatego, że najlepiej realizuje jedną z elementarnych ludzkich potrzeb – potrzebę życia na cudzy koszt.
    W takim systemie nie tylko pojedyncze jednostki, ale całe grupy społeczne lub zawodowe mogą poczuć miły smak dojenia i wyzyskiwania innych.

  4. bardzo dobre
    Kawał dobrej roboty zrobiłeś.Gratulacje.
    Socjalizm jest wiecznie żywy dlatego, że najlepiej realizuje jedną z elementarnych ludzkich potrzeb – potrzebę życia na cudzy koszt.
    W takim systemie nie tylko pojedyncze jednostki, ale całe grupy społeczne lub zawodowe mogą poczuć miły smak dojenia i wyzyskiwania innych.

  5. Uff
    Teraz przeczytałem cały tekst uważnie. Przedtem, przyznaję się przeleciałem wzrokiem w 10 sekund. I dlatego napisałem co napisałem – faktycznie trochę obok myśli głównej.
    Uwagi po przeczytaniu:
    cyt: "Państwowe firmy dążą do monopolizacji branży nie tylko poprzez instrumenty ekonomiczne (to samo robią firmy prywatne poprzez koncentrację kapitału), ale także poprzez działania pozaekonomiczne (polityczne)" – sądzę, że firmy prywatne tak jak i państwowe dążą do monopolizacji rynku za pomocą (również) działań pozaekonomicznych – patrz wszelkie lobbies przy urzędach i władzach państwowych tak w Polsce jak i innych krajach. Nie mam siły szukać przykładów ale myślę, że mam rację.

    Druga uwaga – zbyt zawile tłumaczysz wykres – po minucie analizy osłabłem (pewnie wpływ mass mediów – trudności z koncentracją na dłużej niz trwa spot reklamowy;-).

    Generalnie zgadzam się z tekstem. Logiczny. Nawet bardzo. Nie mam się do czego przyczepić.

    Tylko jedna rzecz mnie niepokoi. Celem działalności wielkich firm prywatnych jest zarabianie pieniędzy. Truizm. Firmy te rozwijają się poprzez ekspansję – połykanie mniejszych konkurentów. W tym momencie największe koncerny mają silniejszą pozycję polityczną niż większość państw. Weźmy np takie jak Nestle czy też GE albo jakiś inny Basf. Koncerny te koszą konkurencję w poszczególnych krajach urastając do pozycji monopolisty. A monopolu nie lubimy. Załóżmy, że Nestle opanuje 80% światowego rynku czekolady. Prywatny potężny koncern podyktuje konkurencji takie warunki, że ta będzie jedynie w roli listka figowego. Jestem tym trochę zaniepokojony. Nie będziemy strzyżeni przez krajowego (państwowego) nieudolnego monopolistę. Będziemy dojeni przez światową maszynę do zarabiania pieniędzy. Ciekawe jak rządy sobie z tym poradzą. Czy w ogóle sobie poradzą. Mam obawy. Uzasadnione???

    pzdr.
    Ps. Wreszcie jakiś konkretny tekst a nie młócka polityczna;-)

    • Odpowiem tak
      1. Oczywiście masz rację. Zostawmy na chwilę argumenty ekonomiczne. Zauważ, że prywatny monopolista ma wyłącznie do dyspozycji instrumenty lobbingowe i kopertę – jedne i drugie są po lupą mediów i organów ścigania. Monopolista państwowy prowadzi rozgrywkę jawnie, występując w imieniu interesu społecznego, bezpieczeństwa strategicznego państwa, majątku narodowego et cetera i z reguły zawsze mają jawne polityczne wsparcie rządu, który musi dbać o interes skarbu państwa. Warunki trochę nieporównywalne.
      2. Dlatego odsyłam do dowolnego podręcznika z mikro. Cały wywód jest i tak długi, więc z musu ograniczyłem się do wskazania podstawowych zależności. Przepraszam, ale chciałem uniknąć nudnego wykładu.
      3. Ta trzecia kwesta jest równie ciekawa co skomplikowana. Trochę jak wybór, czy lepiej być zdrowym czy bogatym. Problem biednych zawsze polega na braku kapitału. Tak było w Polsce na początku lat 90-tych.Dzisiaj się dużo mówi o wyprzedaży majątku za bezcen, tylko zapomina się, że nie było specjalnie wielu chętnych na kupienie tych firm na pniu. Piękna historia Stoczni Gdańskiej i lata prosperity w gospodarce księżycowej, w której drukowano puste pieniądze żeby dofinansowywać większość przedsiębiorstw produkujących po konkurencyjnych cenach na eksport, to za mało żeby zachęcić kapitał do wejścia. Gdyby produkcja statków w Polsce mogła być opłacalna, to ten kapitał by tu przyszedł, tak jak przeniesiono do nas produkcję w innych branżach. Nasze flagowe okręty niestety okazały się niewiele wartymi krypami, zacofanymi technologicznie z organizacją pracy nastawioną nie tyle na wydajność ile roszczeniowo. Każdy trzeźwo myślący przedsiębiorca trzyma się z daleka od kolebki, której znakiem firmowym stał się strajk. Polacy zachowują się trochę jak facet, który myśli, że rodowa porcelana to Miśnia, a tymczasem okazuje się, że to nawet nie Bavaria.
      Żeby zrozumieć, że Polska nie była 10 potęgą gospodarczą wystarczy przypomnieć sobie, które towary eksportowaliśmy bez konieczności dopłacania do produkcji na eksport w złotówkach. Szynka konserwowa Krakus, czekolada Wedel, Wódka Wyborowa, mrożonki Hortexu. Reszta, łącznie z opłakanymi ostatnio produktami FSO, zamieniała NPB w producenta papieru dla żartu nazywanego pieniądzem.
      Oczywiście część przedsiębiorstw była w stanie, w którym można było po dobrze przeprowadzonej restrukturyzacji postawić je na nogi, ale te niestety rozpieprzono uwłaszczając na nich towarzyszy i działaczy związkowych, którzy potworzyli spółki toczące je jak rak. Ale to osobny temat.

      • No i …
        … znowu się muszę po trochu zgodzić:
        cyt: “Problem biednych zawsze polega na braku kapitału. Tak było w Polsce na początku lat 90-tych.Dzisiaj się dużo mówi o wyprzedaży majątku za bezcen, tylko zapomina się, że nie było specjalnie wielu chętnych na kupienie tych firm na pniu” – Na początku transformacji to była raczej sprzedaż całego rynku vide TPSA – od strony technologicznej złom, ale do tego złomu było podłączone 10mln klientów. Czyli France Telecem tak naprawdę zapłacił za przejęcie rynku. Trochę mi to przypomina teraz sytuację na Ukrainie – mam wrażenie, że firmy, którym tam się uda wejść i utrzymać mimo korupcji i układów na dłuższą metę mogą sporo ugrać.
        Natomiast wracając do naszego podwórka – nie ma czystych rynkowych systemów. Zewnętrzne firmy są bardzo silne kapitałowo, czasem wspomagane przez ichniejsze rządy – jak w takim razie krajowe firmy mają z nimi konkurować? Postulujesz – prywatne jest bardziej efektywne. Zgoda. Ale przyjedzie zewnętrzny walec i wykosi tego prywatnego przedsiębiorcę. Za pomocą dumpingu, niższych kosztów produkcji (People Republic of China). Co wtedy? Państwo ma zastosować metody administracyjne? Protekcjonizm? Czy może uważasz, że trudno jeśli gdzieś na świecie produkują taniej to niech tam produkują a my musimy zając się czymś innym? Bo ze względów czysto ekonomicznych tak powinno być. Tylko, że w takim przypadku upada rodzimy przedsiębiorca. Część ludzi znajduje pracę, część musi wziąć zasiłek. Bo nie znajdzie tej pracy. Koszty tak czy inaczej ponosi państwo – z jednej strony jakaś forma dotacjj jeśli nie chce dopuści do upadku danej firmy albo płaci zasiłek tym bezrobotnym. Dostają oni kasę za nic – demoralizuje to chyba na dłuższą metę. Co Pan na to panie CH. Dopłacamy czy nie?

        Ps. Quackie pomóż bo mnie tu CH rozjedzie merytorycznie:-).
        Ps2. MK Ciebie na razie nie będę wołał o pomoc;-)

        • Zoe
          Gdybym znał odpowiedzi na postawione przez Ciebie pytania nie pisałbym tu, tylko dla firm konsultingowych za 150-300 euro na godzinę (proszczaj Kurka), chociaż oni z reguły wiedzą tyle co ja i ty.
          Odpowiadanie pytaniem na pytanie nie jest moim ulubionym sposobem na unikanie odpowiedzi, ale mimo to zapytam, a jaka jest z alternatywa dla prywatyzacji? Spółka pracownicza gołodupców? Kto im pożyczy kapitał? NBP przez krajowe banki ma dodrukować kasy? Krytycy prywatyzacji mówią najczęściej nie i nie pokazują alternatywy.

          Problem Polski polegał na tym, że w 1989 r. byliśmy bankrutem, który chciał robić loda każdemu, kto z państwa ściągnąłby obowiązek utrzymywania nierentownych firm i przekształcenia ich w normalnie funkcjonujące przedsiębiorstwa. Podaż prywatyzacyjna przewyższała popyt, co dodatkowo obniżało wartość przedsiębiorstw. Dzisiaj wskazuje się, że można to było to robić stopniowo przez wiele lat. Tylko zapomina się, że kasy w budżecie nie było, zadłużenie było na parędziesiąt mld $, dodrukować pieniędzy nie można było, bo by to zniweczyło jakiekolwiek reformy, a i instytucje finansowe postawiły określone warunki. Ludzie też specjalnie nie chcieli czekać. Pokażcie mi tych, którzy zgodziliby się żyć dalej za 20-30$ miesięcznie przez następnych 10-15 lat. Żeby utrzymywać przy życiu polskie przedsiębiorstwa trzeba by było zamknąć na początek kurek z importem. Po takim numerze Solidarność wisiałaby na gałęzi. Zresztą przecież prywatyzacja już trwa 20 lat i ciągle jeszcze mamy parę firm do sprzedania.

          Pamiętać też trzeba że prywatyzacja nie oznacza dematerializacji. Infrastruktura dalej zostaje w Polsce. Budynków nikt nie wywiezie. Sprzedane maszyny mogą zastąpić inne, innego przedsiębiorcy, który zamiast samochodów będzie produkował rowery albo telewizory.

          Tanie koszty. Cieszymy się jak Polacy wypierają francuskiego hydraulika, ale chińskiego robotnika drogowego do siebie nie chcemy wpuścić. Ten żółtek jest tu gotowy pracować za 400$ miesięcznie, za tyle polski robotnik z aspiracjami nie chce się odlać. i znowu mamy dylemat jak w tekście głównym: tanie i szybkie budowanie autostrad czy duma narodowa.

          Nie mam złudzeń co do protekcjonistycznych działań innych krajów. Już nie chodzi i Chiny, ale nawet w UE widać, że tam gdzie w grę wchodzi partykularny interes polityczny forsuje się wyjątki od reguły.

          Przez te 20 lat udało się z paru socjalistycznych molochów stworzyć dobrze prosperujące firmy, z udziałem skarbu państwa lub bez. Co dalej z nimi zrobić? Prywatyzować czy rozwijać państwowe klejnoty? A to pytanie do specjalistów, ja się nie poczuwam, za mały jestem. Mam tylko wątpliwość czy za zakupem przez Orlen rafinerii w Możejkach stały względu finansowe, czy hłe hłe mocarstwowe. Jak Kulczyk umoczy ze 3 mld w Kazachstanie, to mnie nic do tego, jak Orlen umoczy na Litwie, to mnie się to od razu przelicza na kilometry niewybudowanej autostrady.

          • No
            dobra.
            Mamy zgodę co do tego, że ogólnie prywatne jest lepsze od państwowego. Oczywiście są wyjątki, jak zawsze k…..a się jakieś znajdą.
            Mam podobny mniej więcej pogląd co do prywatyzacji – przestarzały technologicznie złom sprzedawano razem z rynkiem. Inaczej się nie dalo. Tu też się zgadzam.

            Natomiast mam wątpliwości co do skuteczności wolnego rynku. Wiem, wiem nie ma nic bardziej efektywnego ale:
            1. Parę razy pisałem o korporacjach (chyba mam obsesję) – ich wielkość zaburza procesy rynkowe.

            2. Protekcjonizm – chyba każde państwo w jakiś sposób używa tego narzędzia – to również zaburza procesy rynkowe

            3. Wielkość obrotu na rynkach finansowych vs obroty czysto fizyczne. To również zaburza w jakiś sposób czystą grę rynkową – weźmy takie spekulacje na ropie, walutach, metalach etc.
            Do czego zmierzam? Może pochopnie, zbyt na wyrost. Ale myślę, ze ten wolny rynek to w dużej mierze ruletka – zbyt wiele niewiadomych, zbyt wiele chaosu aby sensownie prowadzić średniej wielkości firmę.

            Nie wiem jak funcjonuje gospodarka- chyba na słowo honoru.

            Przykładowo. Możemy sobie konkurować we wsi piekarnia vs piekarnia, ale gdy któraś z nich urośnie chce wejść na wyższy poziom to jest tłamszona przez sieciową piekarnię z hipermamarketu. Ta z hipermarketu może przynosić starty byle klienci przyszli i przy okazji kupna chleba (ze stratą dla hiperpiekarni) zrobili resztę zakupów.

            W tym momencie to widzę to tak: jest jakiś wolny rynek pomiędzy wielkimi firmami światowymi w chwili gdy walcżą o jakiś nowy rynek zbytu – wojna idzie na całego. Później, jeśli któraś firma zdobywa pozycję dominującą na danym rynku rywal ewnetualnie podgryza zwycięzcę ale ogólnie nie robi mu krzywdy. Następuje jakaś forma oligopolu. Albo rywal się wycofuje sprzedając na danym rynku inters zwycięzcy. Wojna przenosi się gdzieś indziej.
            W każdym razie mimo chaosu w notce – jakoś mało tego wolnego rynku widzę na świecie. Zbyt duże są dysproporcje w dostępie do kapitałów, informacji, wiedzy etc. Po prostu nie ma równych szans dla graczy na tymże rynku.
            A co za tym idzie nie ma wolnego rynku.

            Mówiąc cynicznie nikt nie mówił, że będzie lekko.

          • Ech
            Kolega chce tu zrobić kącik ekonomiczny. Popatrz, zajęłem się wąskim wycinkiem ekonomii, a wyszedł mi tekst na 10 stron maszynopisu. Efektywność mechanizmu rynkowego to następne 500 stron i to pod warunkiem, że pogląd będzie jeden i spójny.

            Wolna konkurencja, czy jak wolisz wolny rynek, to pojęcie teoretyczne, tak jak cena równowagi. W praktyce nie występuje bo zawsze jest stosowana jakaś forma interwencjonizmu państwa w gospodarce, tak jak ceny zawsze oscylują wokół ceny równoważącej popyt z podażą.

            Czy finansiści to jeszcze ekonomiści czy już buchalterzy – to też osobny temat. Tak samo jak naturalna skłonność przedsiębiorstw do koncentracji kapitału i stosowania praktyk monopolistycznych. Już w tym wypadku, interwencjonizm państwa, realizowany poprzez ustawy antymonopolowe, można uznać za uzasadniony i poprawiający “naturę” rynku. Tak więc doktrynalne mówienie o rynku jako najdoskonalszym mechaniźmie gospodarczym jest raczej wyrazem przekonania o konieczności dążenia do minimalizowania interwencjonizmu państwa, niż o wycofaniu się państwa z gospodarki w ogóle.
            Kto odpowie na pytanie ile państwa w gospodarce a ile rynku, odnajdzie ekonomicznego graala.

            Nie ma czegoś takiego jak instrukcja obsługi gospodarki. Gospodarka bardziej przypomina – idąc za fizjokratami – ludzki organizm, niż maszynę do szycia czy samochód.

  6. Uff
    Teraz przeczytałem cały tekst uważnie. Przedtem, przyznaję się przeleciałem wzrokiem w 10 sekund. I dlatego napisałem co napisałem – faktycznie trochę obok myśli głównej.
    Uwagi po przeczytaniu:
    cyt: "Państwowe firmy dążą do monopolizacji branży nie tylko poprzez instrumenty ekonomiczne (to samo robią firmy prywatne poprzez koncentrację kapitału), ale także poprzez działania pozaekonomiczne (polityczne)" – sądzę, że firmy prywatne tak jak i państwowe dążą do monopolizacji rynku za pomocą (również) działań pozaekonomicznych – patrz wszelkie lobbies przy urzędach i władzach państwowych tak w Polsce jak i innych krajach. Nie mam siły szukać przykładów ale myślę, że mam rację.

    Druga uwaga – zbyt zawile tłumaczysz wykres – po minucie analizy osłabłem (pewnie wpływ mass mediów – trudności z koncentracją na dłużej niz trwa spot reklamowy;-).

    Generalnie zgadzam się z tekstem. Logiczny. Nawet bardzo. Nie mam się do czego przyczepić.

    Tylko jedna rzecz mnie niepokoi. Celem działalności wielkich firm prywatnych jest zarabianie pieniędzy. Truizm. Firmy te rozwijają się poprzez ekspansję – połykanie mniejszych konkurentów. W tym momencie największe koncerny mają silniejszą pozycję polityczną niż większość państw. Weźmy np takie jak Nestle czy też GE albo jakiś inny Basf. Koncerny te koszą konkurencję w poszczególnych krajach urastając do pozycji monopolisty. A monopolu nie lubimy. Załóżmy, że Nestle opanuje 80% światowego rynku czekolady. Prywatny potężny koncern podyktuje konkurencji takie warunki, że ta będzie jedynie w roli listka figowego. Jestem tym trochę zaniepokojony. Nie będziemy strzyżeni przez krajowego (państwowego) nieudolnego monopolistę. Będziemy dojeni przez światową maszynę do zarabiania pieniędzy. Ciekawe jak rządy sobie z tym poradzą. Czy w ogóle sobie poradzą. Mam obawy. Uzasadnione???

    pzdr.
    Ps. Wreszcie jakiś konkretny tekst a nie młócka polityczna;-)

    • Odpowiem tak
      1. Oczywiście masz rację. Zostawmy na chwilę argumenty ekonomiczne. Zauważ, że prywatny monopolista ma wyłącznie do dyspozycji instrumenty lobbingowe i kopertę – jedne i drugie są po lupą mediów i organów ścigania. Monopolista państwowy prowadzi rozgrywkę jawnie, występując w imieniu interesu społecznego, bezpieczeństwa strategicznego państwa, majątku narodowego et cetera i z reguły zawsze mają jawne polityczne wsparcie rządu, który musi dbać o interes skarbu państwa. Warunki trochę nieporównywalne.
      2. Dlatego odsyłam do dowolnego podręcznika z mikro. Cały wywód jest i tak długi, więc z musu ograniczyłem się do wskazania podstawowych zależności. Przepraszam, ale chciałem uniknąć nudnego wykładu.
      3. Ta trzecia kwesta jest równie ciekawa co skomplikowana. Trochę jak wybór, czy lepiej być zdrowym czy bogatym. Problem biednych zawsze polega na braku kapitału. Tak było w Polsce na początku lat 90-tych.Dzisiaj się dużo mówi o wyprzedaży majątku za bezcen, tylko zapomina się, że nie było specjalnie wielu chętnych na kupienie tych firm na pniu. Piękna historia Stoczni Gdańskiej i lata prosperity w gospodarce księżycowej, w której drukowano puste pieniądze żeby dofinansowywać większość przedsiębiorstw produkujących po konkurencyjnych cenach na eksport, to za mało żeby zachęcić kapitał do wejścia. Gdyby produkcja statków w Polsce mogła być opłacalna, to ten kapitał by tu przyszedł, tak jak przeniesiono do nas produkcję w innych branżach. Nasze flagowe okręty niestety okazały się niewiele wartymi krypami, zacofanymi technologicznie z organizacją pracy nastawioną nie tyle na wydajność ile roszczeniowo. Każdy trzeźwo myślący przedsiębiorca trzyma się z daleka od kolebki, której znakiem firmowym stał się strajk. Polacy zachowują się trochę jak facet, który myśli, że rodowa porcelana to Miśnia, a tymczasem okazuje się, że to nawet nie Bavaria.
      Żeby zrozumieć, że Polska nie była 10 potęgą gospodarczą wystarczy przypomnieć sobie, które towary eksportowaliśmy bez konieczności dopłacania do produkcji na eksport w złotówkach. Szynka konserwowa Krakus, czekolada Wedel, Wódka Wyborowa, mrożonki Hortexu. Reszta, łącznie z opłakanymi ostatnio produktami FSO, zamieniała NPB w producenta papieru dla żartu nazywanego pieniądzem.
      Oczywiście część przedsiębiorstw była w stanie, w którym można było po dobrze przeprowadzonej restrukturyzacji postawić je na nogi, ale te niestety rozpieprzono uwłaszczając na nich towarzyszy i działaczy związkowych, którzy potworzyli spółki toczące je jak rak. Ale to osobny temat.

      • No i …
        … znowu się muszę po trochu zgodzić:
        cyt: “Problem biednych zawsze polega na braku kapitału. Tak było w Polsce na początku lat 90-tych.Dzisiaj się dużo mówi o wyprzedaży majątku za bezcen, tylko zapomina się, że nie było specjalnie wielu chętnych na kupienie tych firm na pniu” – Na początku transformacji to była raczej sprzedaż całego rynku vide TPSA – od strony technologicznej złom, ale do tego złomu było podłączone 10mln klientów. Czyli France Telecem tak naprawdę zapłacił za przejęcie rynku. Trochę mi to przypomina teraz sytuację na Ukrainie – mam wrażenie, że firmy, którym tam się uda wejść i utrzymać mimo korupcji i układów na dłuższą metę mogą sporo ugrać.
        Natomiast wracając do naszego podwórka – nie ma czystych rynkowych systemów. Zewnętrzne firmy są bardzo silne kapitałowo, czasem wspomagane przez ichniejsze rządy – jak w takim razie krajowe firmy mają z nimi konkurować? Postulujesz – prywatne jest bardziej efektywne. Zgoda. Ale przyjedzie zewnętrzny walec i wykosi tego prywatnego przedsiębiorcę. Za pomocą dumpingu, niższych kosztów produkcji (People Republic of China). Co wtedy? Państwo ma zastosować metody administracyjne? Protekcjonizm? Czy może uważasz, że trudno jeśli gdzieś na świecie produkują taniej to niech tam produkują a my musimy zając się czymś innym? Bo ze względów czysto ekonomicznych tak powinno być. Tylko, że w takim przypadku upada rodzimy przedsiębiorca. Część ludzi znajduje pracę, część musi wziąć zasiłek. Bo nie znajdzie tej pracy. Koszty tak czy inaczej ponosi państwo – z jednej strony jakaś forma dotacjj jeśli nie chce dopuści do upadku danej firmy albo płaci zasiłek tym bezrobotnym. Dostają oni kasę za nic – demoralizuje to chyba na dłuższą metę. Co Pan na to panie CH. Dopłacamy czy nie?

        Ps. Quackie pomóż bo mnie tu CH rozjedzie merytorycznie:-).
        Ps2. MK Ciebie na razie nie będę wołał o pomoc;-)

        • Zoe
          Gdybym znał odpowiedzi na postawione przez Ciebie pytania nie pisałbym tu, tylko dla firm konsultingowych za 150-300 euro na godzinę (proszczaj Kurka), chociaż oni z reguły wiedzą tyle co ja i ty.
          Odpowiadanie pytaniem na pytanie nie jest moim ulubionym sposobem na unikanie odpowiedzi, ale mimo to zapytam, a jaka jest z alternatywa dla prywatyzacji? Spółka pracownicza gołodupców? Kto im pożyczy kapitał? NBP przez krajowe banki ma dodrukować kasy? Krytycy prywatyzacji mówią najczęściej nie i nie pokazują alternatywy.

          Problem Polski polegał na tym, że w 1989 r. byliśmy bankrutem, który chciał robić loda każdemu, kto z państwa ściągnąłby obowiązek utrzymywania nierentownych firm i przekształcenia ich w normalnie funkcjonujące przedsiębiorstwa. Podaż prywatyzacyjna przewyższała popyt, co dodatkowo obniżało wartość przedsiębiorstw. Dzisiaj wskazuje się, że można to było to robić stopniowo przez wiele lat. Tylko zapomina się, że kasy w budżecie nie było, zadłużenie było na parędziesiąt mld $, dodrukować pieniędzy nie można było, bo by to zniweczyło jakiekolwiek reformy, a i instytucje finansowe postawiły określone warunki. Ludzie też specjalnie nie chcieli czekać. Pokażcie mi tych, którzy zgodziliby się żyć dalej za 20-30$ miesięcznie przez następnych 10-15 lat. Żeby utrzymywać przy życiu polskie przedsiębiorstwa trzeba by było zamknąć na początek kurek z importem. Po takim numerze Solidarność wisiałaby na gałęzi. Zresztą przecież prywatyzacja już trwa 20 lat i ciągle jeszcze mamy parę firm do sprzedania.

          Pamiętać też trzeba że prywatyzacja nie oznacza dematerializacji. Infrastruktura dalej zostaje w Polsce. Budynków nikt nie wywiezie. Sprzedane maszyny mogą zastąpić inne, innego przedsiębiorcy, który zamiast samochodów będzie produkował rowery albo telewizory.

          Tanie koszty. Cieszymy się jak Polacy wypierają francuskiego hydraulika, ale chińskiego robotnika drogowego do siebie nie chcemy wpuścić. Ten żółtek jest tu gotowy pracować za 400$ miesięcznie, za tyle polski robotnik z aspiracjami nie chce się odlać. i znowu mamy dylemat jak w tekście głównym: tanie i szybkie budowanie autostrad czy duma narodowa.

          Nie mam złudzeń co do protekcjonistycznych działań innych krajów. Już nie chodzi i Chiny, ale nawet w UE widać, że tam gdzie w grę wchodzi partykularny interes polityczny forsuje się wyjątki od reguły.

          Przez te 20 lat udało się z paru socjalistycznych molochów stworzyć dobrze prosperujące firmy, z udziałem skarbu państwa lub bez. Co dalej z nimi zrobić? Prywatyzować czy rozwijać państwowe klejnoty? A to pytanie do specjalistów, ja się nie poczuwam, za mały jestem. Mam tylko wątpliwość czy za zakupem przez Orlen rafinerii w Możejkach stały względu finansowe, czy hłe hłe mocarstwowe. Jak Kulczyk umoczy ze 3 mld w Kazachstanie, to mnie nic do tego, jak Orlen umoczy na Litwie, to mnie się to od razu przelicza na kilometry niewybudowanej autostrady.

          • No
            dobra.
            Mamy zgodę co do tego, że ogólnie prywatne jest lepsze od państwowego. Oczywiście są wyjątki, jak zawsze k…..a się jakieś znajdą.
            Mam podobny mniej więcej pogląd co do prywatyzacji – przestarzały technologicznie złom sprzedawano razem z rynkiem. Inaczej się nie dalo. Tu też się zgadzam.

            Natomiast mam wątpliwości co do skuteczności wolnego rynku. Wiem, wiem nie ma nic bardziej efektywnego ale:
            1. Parę razy pisałem o korporacjach (chyba mam obsesję) – ich wielkość zaburza procesy rynkowe.

            2. Protekcjonizm – chyba każde państwo w jakiś sposób używa tego narzędzia – to również zaburza procesy rynkowe

            3. Wielkość obrotu na rynkach finansowych vs obroty czysto fizyczne. To również zaburza w jakiś sposób czystą grę rynkową – weźmy takie spekulacje na ropie, walutach, metalach etc.
            Do czego zmierzam? Może pochopnie, zbyt na wyrost. Ale myślę, ze ten wolny rynek to w dużej mierze ruletka – zbyt wiele niewiadomych, zbyt wiele chaosu aby sensownie prowadzić średniej wielkości firmę.

            Nie wiem jak funcjonuje gospodarka- chyba na słowo honoru.

            Przykładowo. Możemy sobie konkurować we wsi piekarnia vs piekarnia, ale gdy któraś z nich urośnie chce wejść na wyższy poziom to jest tłamszona przez sieciową piekarnię z hipermamarketu. Ta z hipermarketu może przynosić starty byle klienci przyszli i przy okazji kupna chleba (ze stratą dla hiperpiekarni) zrobili resztę zakupów.

            W tym momencie to widzę to tak: jest jakiś wolny rynek pomiędzy wielkimi firmami światowymi w chwili gdy walcżą o jakiś nowy rynek zbytu – wojna idzie na całego. Później, jeśli któraś firma zdobywa pozycję dominującą na danym rynku rywal ewnetualnie podgryza zwycięzcę ale ogólnie nie robi mu krzywdy. Następuje jakaś forma oligopolu. Albo rywal się wycofuje sprzedając na danym rynku inters zwycięzcy. Wojna przenosi się gdzieś indziej.
            W każdym razie mimo chaosu w notce – jakoś mało tego wolnego rynku widzę na świecie. Zbyt duże są dysproporcje w dostępie do kapitałów, informacji, wiedzy etc. Po prostu nie ma równych szans dla graczy na tymże rynku.
            A co za tym idzie nie ma wolnego rynku.

            Mówiąc cynicznie nikt nie mówił, że będzie lekko.

          • Ech
            Kolega chce tu zrobić kącik ekonomiczny. Popatrz, zajęłem się wąskim wycinkiem ekonomii, a wyszedł mi tekst na 10 stron maszynopisu. Efektywność mechanizmu rynkowego to następne 500 stron i to pod warunkiem, że pogląd będzie jeden i spójny.

            Wolna konkurencja, czy jak wolisz wolny rynek, to pojęcie teoretyczne, tak jak cena równowagi. W praktyce nie występuje bo zawsze jest stosowana jakaś forma interwencjonizmu państwa w gospodarce, tak jak ceny zawsze oscylują wokół ceny równoważącej popyt z podażą.

            Czy finansiści to jeszcze ekonomiści czy już buchalterzy – to też osobny temat. Tak samo jak naturalna skłonność przedsiębiorstw do koncentracji kapitału i stosowania praktyk monopolistycznych. Już w tym wypadku, interwencjonizm państwa, realizowany poprzez ustawy antymonopolowe, można uznać za uzasadniony i poprawiający “naturę” rynku. Tak więc doktrynalne mówienie o rynku jako najdoskonalszym mechaniźmie gospodarczym jest raczej wyrazem przekonania o konieczności dążenia do minimalizowania interwencjonizmu państwa, niż o wycofaniu się państwa z gospodarki w ogóle.
            Kto odpowie na pytanie ile państwa w gospodarce a ile rynku, odnajdzie ekonomicznego graala.

            Nie ma czegoś takiego jak instrukcja obsługi gospodarki. Gospodarka bardziej przypomina – idąc za fizjokratami – ludzki organizm, niż maszynę do szycia czy samochód.

  7. CH, dzięki za ciekawy wykład.
    CH, dzięki za ciekawy wykład. Mam takie zapytanie, w zasadzie stwierdzenie. W wojsku jest tak, że w razie dużej przewagi przeciwnika, przerwanych linii obronnych zrozumiałym jest, że wycofujemy się, okupujemy i szykujemy do przeciwnatarcia. Wycofaniem się zyskujemy szerszy przegląd pola walki, uspokojenie swoich szyków, itp. To, co napisałęś przypomina mi takie wycofanie “Problem Polski polegał na tym, że w 1989 r. byliśmy bankrutem, który chciał robić loda każdemu, kto z państwa ściągnąłby obowiązek utrzymywania nierentownych firm i przekształcenia ich w normalnie funkcjonujące przedsiębiorstwa. Podaż prywatyzacyjna przewyższała popyt, co dodatkowo obniżało wartość przedsiębiorstw”. Tylko, że w tym wszystkim brakuje mi drugiego elementu,a mianowicie reorganizacji swoich szyków, szerszego spojrzenia, itp. Praktycznie żaden rząd po 1989 nie stworzył warunków dla polskich przedsiębiorców, wręcz robiąc odwrotnie, poprzez skomplikowany system podatkowy, koncesje , zezwolenia, limity. I nadal nic się nie dzieje. Zgadzasz się ze mną ?

    • odp:
      “Praktycznie żaden rząd po 1989 nie stworzył warunków dla polskich przedsiębiorców, wręcz robiąc odwrotnie, poprzez skomplikowany system podatkowy, koncesje , zezwolenia, limity. I nadal nic się nie dzieje.”
      Zgadzam się z tobą. Od 1993 r. kiedy po raz pierwszy władzę przejęło SLD.

  8. CH, dzięki za ciekawy wykład.
    CH, dzięki za ciekawy wykład. Mam takie zapytanie, w zasadzie stwierdzenie. W wojsku jest tak, że w razie dużej przewagi przeciwnika, przerwanych linii obronnych zrozumiałym jest, że wycofujemy się, okupujemy i szykujemy do przeciwnatarcia. Wycofaniem się zyskujemy szerszy przegląd pola walki, uspokojenie swoich szyków, itp. To, co napisałęś przypomina mi takie wycofanie “Problem Polski polegał na tym, że w 1989 r. byliśmy bankrutem, który chciał robić loda każdemu, kto z państwa ściągnąłby obowiązek utrzymywania nierentownych firm i przekształcenia ich w normalnie funkcjonujące przedsiębiorstwa. Podaż prywatyzacyjna przewyższała popyt, co dodatkowo obniżało wartość przedsiębiorstw”. Tylko, że w tym wszystkim brakuje mi drugiego elementu,a mianowicie reorganizacji swoich szyków, szerszego spojrzenia, itp. Praktycznie żaden rząd po 1989 nie stworzył warunków dla polskich przedsiębiorców, wręcz robiąc odwrotnie, poprzez skomplikowany system podatkowy, koncesje , zezwolenia, limity. I nadal nic się nie dzieje. Zgadzasz się ze mną ?

    • odp:
      “Praktycznie żaden rząd po 1989 nie stworzył warunków dla polskich przedsiębiorców, wręcz robiąc odwrotnie, poprzez skomplikowany system podatkowy, koncesje , zezwolenia, limity. I nadal nic się nie dzieje.”
      Zgadzam się z tobą. Od 1993 r. kiedy po raz pierwszy władzę przejęło SLD.