Reklama

Mam dwoje oczu, uszu, dwie ręce i dwie nogi; mam dwie nerki, jądra też mam dwa, dwa płuca i dwa razy tę samą ilość żeber po dwóch stronach siebie. Mam jedną głowę w niej alter ego i dwie półkole – lewa i prawa, lub, jeśli komuś to przeszkadza, prawa i lewa, ale dwie.
I dalej; dwa płaty skroniowe i jeden rdzeń, cokolwiek to znaczy.
Mam tylko jeden, skostniały wiekiem, kręgosłup, który nie przywykł do nadmiernego wysiłku czapkowania przed kimkolwiek, owszem moja (nienaganna, he he) grzeczność (znowu he he he) tak, kłania się uprzejmie ludziom równie miłym i grzecznym jak ja (heh-ehe).

Mam jedną: wątrobę, trzustkę śledzionę i to co dała mi natura czyniąc ze mnie chłopaka.
Mam też (jeszcze wciąż) jedno serce, które wystarczająco dostało za swoje. Co jeszcze je czeka i czy przetrzyma, tego nie wiem choć życzyłbym sobie i całemu gronu organów , aby było i biło w spokojnym rymie czaczy, i oby nie robiło mi więcej tych psikusów w postaci zdarzenia kardiologicznego. Jakoś nie polubiłem oddziałów ratunkowych, heh.

To wszystko mam spakowane w jednej skórze pocerowanej, mniej lub bardziej fachowo, w kilku różnych miejscach.
Zatem tą wyliczanką, w dość łatwy i prosty sposób, pokazałem Szanownym, co mam za, czyli pod skórą. Dodam też, co dla mnie istotne jest, że w tym swoim opakowaniu gdzieś, w bliżej niesprecyzowanym miejscu, posiadam duszę.

Za uszami mam wolną przestrzeń, w której schowane są różne takie, że tak powiem, pieprzenia w bambus i inne dyrdymały, jak echa spraw minionych, nieważnych, a to z powodu przeterminowania lub po prostu złej, jak ja to sobie nazywam, jakości.

Przed oczami mam widoki, które zmieniają się, nieustannie się zmieniają – kalejdoskop fotografowany czułym obiektywem pamięci i chowany w którejś z półkul.
W oczach niekiedy miewam to coś, co pojawia się na widok tego co widzę. I to coś , to niekoniecznie są kurwiki..

Patrzę na świat przez, chyba nazbyt światłoczuły, filtr wrażliwości. No, ale ja tak już mam.

W tym kalejdoskopie zdarzeń widzę ulicę, która żyje swoim rytmem spraw codziennych. I choć jezdnią, bo od tego w końcu jest, przejeżdżają dziesiątki, setki, tysiące samochodów, a chodnikami po obu stronach przechodzą ludzie, nigdy nie zdarzyło się, aby któryś z losowo wybranych kadrów dowolnej sekundy, tej czy innej minuty z godziny parzystej lub nieparzystej, był identyczny.
Nie. Nigdy się tak nie zdarzy, co najwyżej może być prawie taki sam, bowiem wszystko znajduje się w nieustannym ruchu.

Ta nieustannie, mniej czy bardziej, tętniąca życiem ulica ma jednak swoje niespodzianki.
Są nimi enklawy wulgarności, która się rozrasta do granic ludzkiej obojętności; być może już niebawem zacznie być normą, która wyprze zwyczajne i grzeczne: dzień dobry, dobry wieczór, proszę, dziękuje, przepraszam i zastąpi: siema kurwa, co tam kurwa, kopsnij szluga, kurwa i dorzuci jeszcze wiele więcej z bogatego zasobu słownictwa, czego ja nawet nie mam zamiaru użyć jako cytatów.

Te rozrastające się enklawy chamstwa, wulgarności i zgnilizny moralnej, zupełnie jak dziury w jezdni, znajdują się przeważnie w tych samych miejscach – tuż za rogiem, aby zaskoczenie było większe.
Ale potrafią też się znaleźć w miejscach bardziej eksponowanych.

Nie każdy cham zostanie artystą, nie każdy artysta jest wulgarnym ćpunem.

To co mnie dziwi, to przyzwolenie społeczne na takie zachowanie, przyklaskiwanie chamstwu, nagradzanie oklaskami i zachęcanie do tego typu działań.

Działań, a nie pojedynczych incydentów, jakie mogłyby popaść w rangę wyskoku, który wszak może się każdemu przytrafić w chwili tej lub innej słabości.

Mnie taka ulica zniesmacza, odrzuca taka sztuka, przy której trudno zachować kulturę.
Ale widocznie ja tak mam, i widzę, że nie sam jeden.

Przed oczami (zaocznie troszkę nauk społeczno prawnych i psychologii) pojawia mi się obraz; na nim jakaś postać bez twarzy, która do wielkiej kadzi wlewa z dwóch puszek dobro i zło – miesza. Nie jestem zbytnio ciekawy efektu końcowego.

Kiedy kupuję bilet do kina na seans dla dorosłych, jestem przekonany, że w wygodnych fotelach zasiądą ludzie dorośli. Jednak, kiedy w trakcie seansu orientuję się, że oprócz dorosłych ten film oglądają dzieciaki, które na domiar złego wulgarnie się zachowują, reaguję.
Mam dwa wyjścia (trzecie wykluczam, dzieci nie wolno, choć się z tym nie do końca zgadzam, karcić).

Pierwsze: wychodzę, ale dlaczego ja mam wyjść skoro w drodze legalnego kupna nabyłem bilet na film dla dorosłych sam nim będąc?
Drugie – wzywam obsługę kina, aby zrobiła porządek, bo tak być powinno, nie inaczej.

Kiedy jednak, na niezrozumiałe dla mnie polecenie kierownika tej placówki, obsłudze zabrania się interwencji, wychodzę. W okienku kasowym żądając zwrotu pieniędzy za zakupiony bilet, a kierownikowi na pożegnanie, bo po co kopać się z koniem, mówię tylko – jesteś pan/pani gówniarzem.

___________________________________________________________________

Spoglądam przez okno w kuchni, które patrzy na ścianę wielkiej kupieckiej kamienicy naprzeciw. Piętro niżej zauważam zapaloną nocną lampkę, pod nią ktoś, kto? – tego nie widzę, ale sadząc po dłoniach jest to mężczyzna, wertuje jakiś zeszyt i coś w nim nanosi. Czyni to sprawnie – może jest to księgowy, a może profesor sprawdza czym student chciał go zaskoczyć?
Po chwili spoglądam raz jeszcze. Silny strumień lampy oświetla koronkową serwetę pustego stolika.

Copyright © 2009 marekpl

Reklama

14 KOMENTARZE

  1. “Patrzę na świat przez, chyba
    “Patrzę na świat przez, chyba nazbyt światłoczuły, filtr wrażliwości.”
    Filtr jest w sam raz. Tak trzymaj. Od jakiegoś czasu wydaje mi się, że walka z wszechobecnym chamstwem jest walką z wiatrakami. Kusi żeby wycofać się do świata w którym wciąż funkcjonują czarodziejskie słowa Proszę, Dziękuję, Przepraszam…

    Dziękuję:)

  2. Też uważam epatowanie kurwą za przejaskrawienie.
    Zbyt częste używanie osłabia znaczenie ale nie wyobrażam sobie życia bez tego soczystego wyrazu. Podobał mi się końcowy efekt Twojego traktatu moralizatorskiego. Fantastyczny ten zwrot do kierownika kina – ty gówniarzu. Pozdro.

    • Nie bardzo.
      Może ewentualnie zadziałać całom swojom siłom i godnościom osobistom, ale wtedy najlepiej, jakby taki kierownik miał 2 metry wzrostu, głowę ogoloną na łyso i wyraźnie widoczne wielkopowierzchniowe tatuaże na przedramionach. I zgasił bluzgających gówniarzy jednym tekstem – niekoniecznie wulgarnym, ale dosadnie dającym do myślenia.

      Tylko gdzie szukać takich kierowników? W jakim kinie?

  3. Nie ma chyba lepszego
    Nie ma chyba lepszego przykładu niż Palikot. Wibratora będę bronił zawsze, to było uzasadnione i potrzebne użycie ciężkiego argumentu. Gęsicka i późniejsze wybryki pod partyjne zlecenia to prymitywizm. Kurwa może być smaczna i piękna, chyba intencja decyduje o sensie i zasadności użycia.

  4. Wulgarność, chamstwo, niejedno ma to imię.
    Wiem, bo praktykuję.
    Mnie zazwyczaj denerwuje przesadna wrażliwość na tym punkcie, choć za gówniarską wersją, jaką spotykamy na ulicy też wcale nie przepadam. Jednak marudzenie na wulgarność, biadolenie nad bluzgiem zamiast patrzenia na treść i kontekst, razi czasem bardziej, niż kurwy sypiące się na chodniku.
    Nieraz trzeba, by się nie udusić. Nieraz przekaz wymaga prostej siły bluzgów. Ważne by były odpowiednio użyte.
    Lubię kunszt słowa u Dostojewskiego, lubię bolesny realizm Bukowskiego, obaj dla mnie “wielkim poetą byli”, choć tak się różnią, że bardziej chyba nie można.

    Fajny tekst.