Reklama

„Ważnym jest, powtórzyć na głos wszystkie wielkie myśli, nie wiedząc, że zostały już powiedziane." Elias Canetti (1905-1994)


„Ważnym jest, powtórzyć na głos wszystkie wielkie myśli, nie wiedząc, że zostały już powiedziane." Elias Canetti (1905-1994)

Piątek był koronacją tygodnia, pełnego urzędowych pism odmownych lub wymagających, pisemnego potwierdzenia działu personalnego, że w czasie szkolnych wakacji, które zaczynają się pod koniec lipca, niestety nie będę mogła wziąć urlopu (gwoli sprawiedliwości, pismo zawierało szereg przeprosin).

W czwartek, późnym wieczorem, zadzwoniła do mnie wychowawczyni mojej córki, że muszę się w trybie przyśpieszonym osobiście skontaktować z dyrekcją szkoły. Moje dziecko nie wiedziało, o co chodzi, dlatego po nieprzespanej nocy i wyjątkowo stresującej pracy oraz wyżebranych trzydziestu minutach – udałam sie do sekretariatu szkoły. Pani wychowawczyni z jeszcze jedną, nieznaną mi osobą, poinformowały mnie, że muszę iść z dzieckiem do psychologa, bo ono w czasie przerwy nie bawi się z innymi dziećmi, tylko siedzi pod kasztanem i czyta książki, przy czym tak zajęte jest lekturą, że nie słyszy dzwonka i już kilka razy spóźniło się na lekcję.

Oczywiście, to pasuje. Moja jedenastolatnia córka odkryła po Ursuli le Guin – Tolkiena.

Czasy się zmieniają. Ja w twoim wieku, pomyślałam, z tego samego powodu byłam przedmiotem złośliwości niektórych rówieśników, a raz, zajęta czytaniem, za późno zareagowałam na brzęk rozbitej szyby. Podczas gdy wszyscy uczniowie wzięli nogi za pas, rozglądałam się nieprzytomnie po pustym boisku i w tym czasie dozorczyni wzięła mnie za ręke i zaprowadziła do dyrektorki szkoły. Nie stawiałam oporu, bo miałam czyste sumienie. Ale czyste sumienie to jedno, za szybę musiał ktoś zapłacić – pamiętam ten wstyd, kiedy z ojcem szliśmy do szkoły wymierzyć tę szybę, pamiętam tę bezradność, bo rodzice wierzyli autorytetowi dyrektorki, nie mnie.

I pamiętam Canettiego "Auto da fe"; czytałam scenę wielkiego ognia i nie mogłam wyjść z zachwytu, jaki to sugestywny język. Prawie czułam gorąc pełgających płomieni, dym drapał w gardle i dusił w płucach. Od lektury oderwał mnie dopiero głos mojej mamy, która wróciła biegiem ze sklepu bo sąsiedzi chcieli już wezwać straż pożarną. Te ziemniaki, na które miałam uważać, żeby się nie przypaliły, stały krótko przed spopieleniem w suchym jak pieprz garnku.
Do dzisiaj nie lubię ziemniaków, chyba że jako chipsy albo frytki.

Dzięki książkom udało nam się jakoś przeżyć mroczny, na szczęscie nie tak strasznie długi, czas mojego bezrobocia. Wtedy zdecymowałam naszą wieloletnią wielojęzycznę bibliotekę, sprzedane przez "Amazon"  egzemplarze kilku wyczerpanych nakładów albo z autorskim autografem książki umożliwiały zakup potrzebnych okularów dla syna czy krótkich szkolnych wycieczek albo po prostu pary zimowych butów…

Wezwanie do szkoły dobiło mnie kompletnie. Tę wychowawczynię widziałam trzeci raz; córka uczęszcza do gimnazjum od sierpnia ubiegłego roku. Nie ma problemow z nauką, a że jej życie towarzyskie jest mniej bogate na tle klasy, to jej własny wybór: powiedziała mi ostatnio, że ma bardzo miłe dzieci w klasie, ale że mają inne zainteresowania i "śmieją się z czegoś innego".

Jasne, że każdą wskazówkę pedagogów traktuję poważnie. Ale okropne jest, każdy przejaw inności nazywać patologią czy socjopatią. Miałam na końcu języka – czy ja mam ją zbić, bo się z innymi dziećmi nie bawi?… Nie móc powiedzieć spontanicznie, co się sądzi na ten temat, żeby nie zaszkodzić dziecku, to też wredne uczucie. Nie pójść do psychologa, też bez sensu. Samotnie wychowujące i pracujące matki mają przekopane. Szkoła może – albo i musi – zawiadomić Jugendamt, Urząd d/s dzieci i młodzieży, jeśli są podejrzenia, że dziecko może być ofiarą przemocy w rodzinnym otoczeniu, w domu.

W dzisiejszym, sobotnim numerze WAZ, na lokalnej stronie jak na złość, dyrektor Gymnasium pozuje do (nieszczerze) uśmiechniętego zdjęcia z kierownikiem tutejszego Jugendamtu. Krótki artykuł o współpracy szkoły z urzędem.

Chyba każdy z rodziców kiedyś przeżywa moment zwątpienia. Popełniłam błąd, skoro mam skonsultować fachowców, i zachodzę w głowę, czy nie lepiej byłoby zamiast razem czytać, posadzić dziecko przed bębniącym kreskówki telewizorem? Kupić na raty Play Station zamiast Inline-Skater, żeby miało wspólny język z rówieśnikami? I wiem, że dziecko, tak wrażliwe jak wrażliwe są w tym wieku dzieci, spontaniczne uzna, że jeśli musi iść do psychologa to jest "nienormale" i dopiero ten moment może zadecydować o jego dalszym losie, o socjalnych stosunkach. Przyjaźni nie zawiera się pod presją… Szczęśliwe i zadowolone dziecko o wielu rozmaitych zainteresowaniach, od chóru szkolnego poprzez jazdę na wrotkach do fascynacji podróżami i egzotycznymi krajami – okay, to są podróże w comiesięcznych numerach "National Geographic", ale mimo wszystko?

Przyszlo mi do głowy, że szkoła czasami – w zależności od osoby nauczyciela – może być prawdziwym blokiem hamulcowym. Jedna rzecz, to wczesne nabywanie wiedzy.

Druga, to miejsce w społeczeństwie, które powoli zapomina, co to jest tolerancja.

Reklama
Poprzedni artykułAle kino – o tym skąd się biorą głodne dzieci!
Następny artykułJak konferansjer „Europejski” i peerelowski trefniś puścili kosmicznego bąka

18 KOMENTARZE

  1. Bycie innym to bycie groźnym
    Jest się nieprzewidywalnym, a więc mamy reakcję Systemu powszechnej Szczęśliwości (w skrócie SS). Żyjemy niestety w bardzo agresywnym świecie – a szkoła skutecznie stara się naszą czujność osłabiać. Jedyna rada – nauczyć się maskować, by jakoś żyć. Inaczej – na badania psychiatryczne, a potem na terapię, która problemu może nie wyeliminuje, ale inność na pewno tak.
    Nie daj się. Owszem, zrób badania, by uspokoić nauczycielkę, ale gdy się nie odczepi… Jest coś, czego nauczycielki się boją (przynajmniej polskie) – to pisemna skarga do kuratorium. Dziecko nie może być w klasie poniżane tylko dlatego, że z pasją czyta książki.
    Użyj jej w ostateczności, gdy cały problem nie jest tylko efektem nadgorliwości młodej nauczycielki – a jej upierdliwość się nie zakończy. Nacisk ma być na słowo poniżane, a Ty możesz wyrazić zaniepokojenie postawą nauczycielki, oraz wyrazić zatroskanie, czy oby ma aby właściwe kwalifikacje do zajmowania się nauczaniem początkowym. Wet za wet.

  2. Bycie innym to bycie groźnym
    Jest się nieprzewidywalnym, a więc mamy reakcję Systemu powszechnej Szczęśliwości (w skrócie SS). Żyjemy niestety w bardzo agresywnym świecie – a szkoła skutecznie stara się naszą czujność osłabiać. Jedyna rada – nauczyć się maskować, by jakoś żyć. Inaczej – na badania psychiatryczne, a potem na terapię, która problemu może nie wyeliminuje, ale inność na pewno tak.
    Nie daj się. Owszem, zrób badania, by uspokoić nauczycielkę, ale gdy się nie odczepi… Jest coś, czego nauczycielki się boją (przynajmniej polskie) – to pisemna skarga do kuratorium. Dziecko nie może być w klasie poniżane tylko dlatego, że z pasją czyta książki.
    Użyj jej w ostateczności, gdy cały problem nie jest tylko efektem nadgorliwości młodej nauczycielki – a jej upierdliwość się nie zakończy. Nacisk ma być na słowo poniżane, a Ty możesz wyrazić zaniepokojenie postawą nauczycielki, oraz wyrazić zatroskanie, czy oby ma aby właściwe kwalifikacje do zajmowania się nauczaniem początkowym. Wet za wet.

  3. Bycie innym to bycie groźnym
    Jest się nieprzewidywalnym, a więc mamy reakcję Systemu powszechnej Szczęśliwości (w skrócie SS). Żyjemy niestety w bardzo agresywnym świecie – a szkoła skutecznie stara się naszą czujność osłabiać. Jedyna rada – nauczyć się maskować, by jakoś żyć. Inaczej – na badania psychiatryczne, a potem na terapię, która problemu może nie wyeliminuje, ale inność na pewno tak.
    Nie daj się. Owszem, zrób badania, by uspokoić nauczycielkę, ale gdy się nie odczepi… Jest coś, czego nauczycielki się boją (przynajmniej polskie) – to pisemna skarga do kuratorium. Dziecko nie może być w klasie poniżane tylko dlatego, że z pasją czyta książki.
    Użyj jej w ostateczności, gdy cały problem nie jest tylko efektem nadgorliwości młodej nauczycielki – a jej upierdliwość się nie zakończy. Nacisk ma być na słowo poniżane, a Ty możesz wyrazić zaniepokojenie postawą nauczycielki, oraz wyrazić zatroskanie, czy oby ma aby właściwe kwalifikacje do zajmowania się nauczaniem początkowym. Wet za wet.

  4. I tak masz szczęście, że nie mieszkasz w Szwecji
    za to w naszej przaśnej Ojczyźnie, jeszcze jesteśmy zacofani. Jeszcze nie nadążamy za ,,światowymi trendami”.
    Na razie.
    I to jest piękne. Tylko,że ta niemiecka szkoła, przewrażliwiona na punkcie każdej inności, za wyjątkiem trójkolorowych włosów, dziesięciu kolczyków, tatuaży,słuchawek Ipoda w uszach cały dzień – uczy mimo wszystkich tych dziwactw – skuteczniej i lepiej. Lepiej nie tylko od szkoły polskiej(wbrew obiegowym legendom), ale również od amerykańskiej (stanu South Carolina ).
    Więc wszystko jest względne Ray. Albo – coś za coś.

  5. I tak masz szczęście, że nie mieszkasz w Szwecji
    za to w naszej przaśnej Ojczyźnie, jeszcze jesteśmy zacofani. Jeszcze nie nadążamy za ,,światowymi trendami”.
    Na razie.
    I to jest piękne. Tylko,że ta niemiecka szkoła, przewrażliwiona na punkcie każdej inności, za wyjątkiem trójkolorowych włosów, dziesięciu kolczyków, tatuaży,słuchawek Ipoda w uszach cały dzień – uczy mimo wszystkich tych dziwactw – skuteczniej i lepiej. Lepiej nie tylko od szkoły polskiej(wbrew obiegowym legendom), ale również od amerykańskiej (stanu South Carolina ).
    Więc wszystko jest względne Ray. Albo – coś za coś.

  6. I tak masz szczęście, że nie mieszkasz w Szwecji
    za to w naszej przaśnej Ojczyźnie, jeszcze jesteśmy zacofani. Jeszcze nie nadążamy za ,,światowymi trendami”.
    Na razie.
    I to jest piękne. Tylko,że ta niemiecka szkoła, przewrażliwiona na punkcie każdej inności, za wyjątkiem trójkolorowych włosów, dziesięciu kolczyków, tatuaży,słuchawek Ipoda w uszach cały dzień – uczy mimo wszystkich tych dziwactw – skuteczniej i lepiej. Lepiej nie tylko od szkoły polskiej(wbrew obiegowym legendom), ale również od amerykańskiej (stanu South Carolina ).
    Więc wszystko jest względne Ray. Albo – coś za coś.

  7. okularnicy do gazu
    To chyba ma słaby związek z występkiem czytania, a raczej z izolowaniem się od stada rówieśników.
    Taka postawa od dawna jest źle widziana w Europie. Dzieciństwo ma tu być okresem wspólnego rozrabiania w grupie, wyłaniania podwórkowych hersztów itp.
    Nie wiem czy tak istotnie jest lepiej, czy też za normę przyjęto zwyczaje wychowawcze proletariatu.
    Podobno w Anglii jest inaczej, tam sądzą że z chłopczyka który woli samotnie wyrywać muszkom skrzydełka wyrośnie prawdziwy Anglik, a z takiego co gania z kumplami po ulicach będzie niechybnie bandyta.
    Może to oni mają rację?

  8. okularnicy do gazu
    To chyba ma słaby związek z występkiem czytania, a raczej z izolowaniem się od stada rówieśników.
    Taka postawa od dawna jest źle widziana w Europie. Dzieciństwo ma tu być okresem wspólnego rozrabiania w grupie, wyłaniania podwórkowych hersztów itp.
    Nie wiem czy tak istotnie jest lepiej, czy też za normę przyjęto zwyczaje wychowawcze proletariatu.
    Podobno w Anglii jest inaczej, tam sądzą że z chłopczyka który woli samotnie wyrywać muszkom skrzydełka wyrośnie prawdziwy Anglik, a z takiego co gania z kumplami po ulicach będzie niechybnie bandyta.
    Może to oni mają rację?

  9. okularnicy do gazu
    To chyba ma słaby związek z występkiem czytania, a raczej z izolowaniem się od stada rówieśników.
    Taka postawa od dawna jest źle widziana w Europie. Dzieciństwo ma tu być okresem wspólnego rozrabiania w grupie, wyłaniania podwórkowych hersztów itp.
    Nie wiem czy tak istotnie jest lepiej, czy też za normę przyjęto zwyczaje wychowawcze proletariatu.
    Podobno w Anglii jest inaczej, tam sądzą że z chłopczyka który woli samotnie wyrywać muszkom skrzydełka wyrośnie prawdziwy Anglik, a z takiego co gania z kumplami po ulicach będzie niechybnie bandyta.
    Może to oni mają rację?

  10. Nie lubię takich tematów, bo
    Nie lubię takich tematów, bo to są sprawy nawet nie osobiste, tylko intymne. Ale opisane zdarzenie odbieram zupełnie inaczej niż większość komentujących. Jest bardzo źle, gdy dziecko w tym wieku nie odnajduje się w grupie rówieśniczej. Taki objaw powinien niepokoić każdego rodzica. Oczywiście jest czymś błogosławionym, gdy dziecko kocha czytać, moja córka ma tak samo, Bogu dzięki, bo ja nie miałem. Natomiast czymś zupełnie inny jest wyjmowanie książki i uciekanie w samotność pod kasztan, w czasie przeznaczonym na odpoczynek i swawole w grupie. Nie wiem, czy to się da tłumaczyć miłością do książek, przygodą intelektualną. Raczej nie. Dziecko może mieć swoje fascynacje, inne niż większość dzieci i po tym się poznaje indywidualność, ale jeśli z tą indywidualnością trzeba uciekać pod kasztan, to jest źle. Nigdy nie miałem z własnym dzieckiem takich problemów jak tupanie nóżkami przed wystawami. Przeciwnie za każdym razem gdy kupowaliśmy coś dla niej, ukradkiem patrzyła na ceny. I pewnego mało pięknego dnia, dziecko wróciło ze szkoły jak nie dziecko. Po długiej rozmowie okazało się, że w klasie są trzy modnisie i założyły klub: “co dzień firmowa bluzeczka”. Dziecka ten klub nie ruszył, ale modnisie założyły drugi klub: “te wieśniary w tych samych niefirmowych bluzeczkach”. Wsiadłem w auto i zadebetowałem na kilka bluzeczek. Dziecko otrzymało następujący komunikat: “to dlatego, że jesteś mądrzejsza od nich i wiesz, że to co robią jest głupie i nigdy nie tupałaś nóżkami”. Żadne dziecko nie ucieka od rówieśników bez powodu i niezmiernie rzadko chodzi o oryginalne zainteresowania, zwykle chodzi o wykluczenie z grupy, które wrażliwe dziecko tłumi w sobie. Te nauczycielki nie zachowały się zbyt mądrze, traktując dziecko jak odmieńca, ale takie sygnały traktowałbym naprawdę poważnie. Psychologów nie trawię, to zwykle ofiary własnych lęków, ale porozmawiać z dzieckiem by poszukać kontaktu z grupą naprawdę warto, a nawet trzeba. W każdej klasie jest przynajmniej kilka osób, które nie idą za owczym pędem. Gdy mowa o zupełnej izolacji, dzieją się rzeczy niedobre.

    • Być może ktoś ,,stamtąd” mnie poprze a może moje dane
      już nieaktualne. Bo niemiecka szkoła nie ma zbyt wiele wspólnego z polską, więc cały tekst Ray – jakby do innej, ,,tamtej” publiki. Przede wszystkim w niemieckiej klasie uczą się razem i obok siebie: mały Polak, Turek, Rosjanin, Irańczyk. Pewne grupy narodowościowe tworzą silne klany już na poziomie nastoletnich dzieci. Cała reszta, łącznie z mniejszością niemiecką(tak tak) ma – przerypane.
      Szkoła jako system i nauczyciele jako wykonawcy bardzo pilnują integracji na wszystkich poziomach. Być może zbyt skrupulatnie. Być może są przewrażliwieni na każdy rodzaj wykluczenia, nawet chwilowy i zupełnie dobrowolny.
      Niemiecka szkoła utrzymuje stały i regularny kontakt z rodzicami, a do integracji dzieci dokłada integrację rodziców. Jeżeli do akcji wkracza Jugendamt, to już się dzieją rzeczy, dla nas Polaków w Polsce, niewyobrażalne. Z kontrolą miejsca odrabiania lekcji, kontrolą ubranek czy są równo ułożone w szafie a ksiązki na półkach.
      Ponieważ niemiecka szkoła ma do dyspozycji wielkie pieniądze, również wycieczki klasowe(po całej Europie) są traktowane jako element integracji, bo jadą wszyscy, a nie jak u nas – kto ma kasę.
      No i na koniec – nauczyciel z pensją 4 tys. Euro znajdzie czas na wszystko, nawet na zupełnie błahe problemy Twojego dziecka. A jeżeli nie ma żadnych – to wymyśli.

  11. Nie lubię takich tematów, bo
    Nie lubię takich tematów, bo to są sprawy nawet nie osobiste, tylko intymne. Ale opisane zdarzenie odbieram zupełnie inaczej niż większość komentujących. Jest bardzo źle, gdy dziecko w tym wieku nie odnajduje się w grupie rówieśniczej. Taki objaw powinien niepokoić każdego rodzica. Oczywiście jest czymś błogosławionym, gdy dziecko kocha czytać, moja córka ma tak samo, Bogu dzięki, bo ja nie miałem. Natomiast czymś zupełnie inny jest wyjmowanie książki i uciekanie w samotność pod kasztan, w czasie przeznaczonym na odpoczynek i swawole w grupie. Nie wiem, czy to się da tłumaczyć miłością do książek, przygodą intelektualną. Raczej nie. Dziecko może mieć swoje fascynacje, inne niż większość dzieci i po tym się poznaje indywidualność, ale jeśli z tą indywidualnością trzeba uciekać pod kasztan, to jest źle. Nigdy nie miałem z własnym dzieckiem takich problemów jak tupanie nóżkami przed wystawami. Przeciwnie za każdym razem gdy kupowaliśmy coś dla niej, ukradkiem patrzyła na ceny. I pewnego mało pięknego dnia, dziecko wróciło ze szkoły jak nie dziecko. Po długiej rozmowie okazało się, że w klasie są trzy modnisie i założyły klub: “co dzień firmowa bluzeczka”. Dziecka ten klub nie ruszył, ale modnisie założyły drugi klub: “te wieśniary w tych samych niefirmowych bluzeczkach”. Wsiadłem w auto i zadebetowałem na kilka bluzeczek. Dziecko otrzymało następujący komunikat: “to dlatego, że jesteś mądrzejsza od nich i wiesz, że to co robią jest głupie i nigdy nie tupałaś nóżkami”. Żadne dziecko nie ucieka od rówieśników bez powodu i niezmiernie rzadko chodzi o oryginalne zainteresowania, zwykle chodzi o wykluczenie z grupy, które wrażliwe dziecko tłumi w sobie. Te nauczycielki nie zachowały się zbyt mądrze, traktując dziecko jak odmieńca, ale takie sygnały traktowałbym naprawdę poważnie. Psychologów nie trawię, to zwykle ofiary własnych lęków, ale porozmawiać z dzieckiem by poszukać kontaktu z grupą naprawdę warto, a nawet trzeba. W każdej klasie jest przynajmniej kilka osób, które nie idą za owczym pędem. Gdy mowa o zupełnej izolacji, dzieją się rzeczy niedobre.

    • Być może ktoś ,,stamtąd” mnie poprze a może moje dane
      już nieaktualne. Bo niemiecka szkoła nie ma zbyt wiele wspólnego z polską, więc cały tekst Ray – jakby do innej, ,,tamtej” publiki. Przede wszystkim w niemieckiej klasie uczą się razem i obok siebie: mały Polak, Turek, Rosjanin, Irańczyk. Pewne grupy narodowościowe tworzą silne klany już na poziomie nastoletnich dzieci. Cała reszta, łącznie z mniejszością niemiecką(tak tak) ma – przerypane.
      Szkoła jako system i nauczyciele jako wykonawcy bardzo pilnują integracji na wszystkich poziomach. Być może zbyt skrupulatnie. Być może są przewrażliwieni na każdy rodzaj wykluczenia, nawet chwilowy i zupełnie dobrowolny.
      Niemiecka szkoła utrzymuje stały i regularny kontakt z rodzicami, a do integracji dzieci dokłada integrację rodziców. Jeżeli do akcji wkracza Jugendamt, to już się dzieją rzeczy, dla nas Polaków w Polsce, niewyobrażalne. Z kontrolą miejsca odrabiania lekcji, kontrolą ubranek czy są równo ułożone w szafie a ksiązki na półkach.
      Ponieważ niemiecka szkoła ma do dyspozycji wielkie pieniądze, również wycieczki klasowe(po całej Europie) są traktowane jako element integracji, bo jadą wszyscy, a nie jak u nas – kto ma kasę.
      No i na koniec – nauczyciel z pensją 4 tys. Euro znajdzie czas na wszystko, nawet na zupełnie błahe problemy Twojego dziecka. A jeżeli nie ma żadnych – to wymyśli.

  12. Nie lubię takich tematów, bo
    Nie lubię takich tematów, bo to są sprawy nawet nie osobiste, tylko intymne. Ale opisane zdarzenie odbieram zupełnie inaczej niż większość komentujących. Jest bardzo źle, gdy dziecko w tym wieku nie odnajduje się w grupie rówieśniczej. Taki objaw powinien niepokoić każdego rodzica. Oczywiście jest czymś błogosławionym, gdy dziecko kocha czytać, moja córka ma tak samo, Bogu dzięki, bo ja nie miałem. Natomiast czymś zupełnie inny jest wyjmowanie książki i uciekanie w samotność pod kasztan, w czasie przeznaczonym na odpoczynek i swawole w grupie. Nie wiem, czy to się da tłumaczyć miłością do książek, przygodą intelektualną. Raczej nie. Dziecko może mieć swoje fascynacje, inne niż większość dzieci i po tym się poznaje indywidualność, ale jeśli z tą indywidualnością trzeba uciekać pod kasztan, to jest źle. Nigdy nie miałem z własnym dzieckiem takich problemów jak tupanie nóżkami przed wystawami. Przeciwnie za każdym razem gdy kupowaliśmy coś dla niej, ukradkiem patrzyła na ceny. I pewnego mało pięknego dnia, dziecko wróciło ze szkoły jak nie dziecko. Po długiej rozmowie okazało się, że w klasie są trzy modnisie i założyły klub: “co dzień firmowa bluzeczka”. Dziecka ten klub nie ruszył, ale modnisie założyły drugi klub: “te wieśniary w tych samych niefirmowych bluzeczkach”. Wsiadłem w auto i zadebetowałem na kilka bluzeczek. Dziecko otrzymało następujący komunikat: “to dlatego, że jesteś mądrzejsza od nich i wiesz, że to co robią jest głupie i nigdy nie tupałaś nóżkami”. Żadne dziecko nie ucieka od rówieśników bez powodu i niezmiernie rzadko chodzi o oryginalne zainteresowania, zwykle chodzi o wykluczenie z grupy, które wrażliwe dziecko tłumi w sobie. Te nauczycielki nie zachowały się zbyt mądrze, traktując dziecko jak odmieńca, ale takie sygnały traktowałbym naprawdę poważnie. Psychologów nie trawię, to zwykle ofiary własnych lęków, ale porozmawiać z dzieckiem by poszukać kontaktu z grupą naprawdę warto, a nawet trzeba. W każdej klasie jest przynajmniej kilka osób, które nie idą za owczym pędem. Gdy mowa o zupełnej izolacji, dzieją się rzeczy niedobre.

    • Być może ktoś ,,stamtąd” mnie poprze a może moje dane
      już nieaktualne. Bo niemiecka szkoła nie ma zbyt wiele wspólnego z polską, więc cały tekst Ray – jakby do innej, ,,tamtej” publiki. Przede wszystkim w niemieckiej klasie uczą się razem i obok siebie: mały Polak, Turek, Rosjanin, Irańczyk. Pewne grupy narodowościowe tworzą silne klany już na poziomie nastoletnich dzieci. Cała reszta, łącznie z mniejszością niemiecką(tak tak) ma – przerypane.
      Szkoła jako system i nauczyciele jako wykonawcy bardzo pilnują integracji na wszystkich poziomach. Być może zbyt skrupulatnie. Być może są przewrażliwieni na każdy rodzaj wykluczenia, nawet chwilowy i zupełnie dobrowolny.
      Niemiecka szkoła utrzymuje stały i regularny kontakt z rodzicami, a do integracji dzieci dokłada integrację rodziców. Jeżeli do akcji wkracza Jugendamt, to już się dzieją rzeczy, dla nas Polaków w Polsce, niewyobrażalne. Z kontrolą miejsca odrabiania lekcji, kontrolą ubranek czy są równo ułożone w szafie a ksiązki na półkach.
      Ponieważ niemiecka szkoła ma do dyspozycji wielkie pieniądze, również wycieczki klasowe(po całej Europie) są traktowane jako element integracji, bo jadą wszyscy, a nie jak u nas – kto ma kasę.
      No i na koniec – nauczyciel z pensją 4 tys. Euro znajdzie czas na wszystko, nawet na zupełnie błahe problemy Twojego dziecka. A jeżeli nie ma żadnych – to wymyśli.

  13. wszyscy
    macie racje, dlatego tylko dodam kilka slow, juz po przespanej nocy 🙂

    Jak sese napisal, klasa 5 i 6 w obojetnie jakiej formie szkoly sredniej to jakby okres probny, ktore decyduje o tym, czy dziecko nadaje sie do tej szkoly czy lepszy jest dla niego inna szkola – moze nie nadazac albo wyprzedzac rowiesnikow. I to jest okay…

    I rzeczywiscie, rzecz jest zlozona.
    Korzystajac z doswiadczen mojej ulubionej sasiadki, ktora nota bene jest matka chlopca z klasy mojej corki, z tym ze z poprzedniej szkoly, tej podstawowej, powiem ze takie rozmowy z rodzicami zdarzaja sie codziennie; tak jakby byla jakas norma do wypelnienia, albo mnie wiecej co drugie dziecko bylo “nienormalne”. Patrick, czyli syn tej sasiadki, tez nie jest jakims salonowym lwem, poza tym jego ulubiona forma wypowiedzi to pisemna, nie ustna. Nasze dzieci pare razy spotykaly sie po szkole i moge potwierdzic, ze Patrick jest chlopcem dosc niesmialym i tak na luzie zaczal ze mna rozmawiac po dosc dlugim czasie.

    Jest teraz w szkole w innym miescie, ta szkola konczy zajecia po godzinie 16.00 i dlatego z przyczyn czysto organizacyjnych mamy mniej kontaktu – oboje rodzice Patrick’a pracuja o innej porze niz ja.

    Wychowawczyni z podstawowki polecila rodzicom Patrick’a rowniez wizyte w poradni psychologicznej. Matka zamowila tam termin i zaraz nastepnego dnia udala sie do psychologa. Rozmowy trwaly tygodniami… Procz tego, ze rodzina przezywala straszny stres, bo Patrick procz tego jest zafascynowany hokejem i jezdzi systematycznie na trening, w stosunku do rowiesnikow Patrick sie absolutnie nie zmienil, wrecz odwrotnie – przy kazdej rozmowie z kolegami mial coraz wieksze problemy. Nawiazywanie znajomosci napedzalo mu stracha, sypial zle, i nawet jako dobry uczen zaczal bac sie szkoly.
    L., czyli jego matka, opowiadala mi z lzami w oczach, ze rodzina stala przed przepascia i myslala nawet o rozwodzie.
    Wtedy do akcji wkroczyl ojciec, i kiedy wychowawczyni, dla ktorej Patrick nie robil wystarczajaco szybkich postepow, po raz kolejny zaprosila rodzicow na rozmowe, powiedzial, ze nie bedzie dzieciaka ciagna po poradniach, i ze ma watpliwosci, czy to nie grono pedagogiczne powinno tam sie udac.
    Jestesmy z naszego dziecka zadowoleni, powiedzial Peter na zakonczenie – i w nowej szkole skonczyly sie te problemy jak nozem ucial.
    Mnie w tej calej historii przeszkadza kilka rzeczy. Ilu rodzicow mozna tym jednym malym zdaniem zaniepokoic i zalarmowac: to zaklecie to jest “Wohl des Kindes”, czyli “Dobro dziecka”. Jesli to slowo padnie, to wlasciwie nie ma zadnej alternatywy. Wlasne dziecko widzi sie w otoczeniu domowym, szkola rzadzi sie innymi prawami, i jesli szkola widzi ze cos sie dzieje nie tak, to jest powazny meldunek. Z drugiej strony sa projekty, na ktore szkola dostaje od miasta pieniadze. Poniewaz chodzi o statystyke, jesli jakies nowe instytucje czy zwiazki zaczynaja pod czyims patronatem pracowac, musi byc odpowiednia ilosc uczniow, ktorzy wzieli udzial w akcji, na przyklad tych powiedzmy zdrowych zachowan w grupie czy tych – bo to madrze brzmi, socjalnych kompetencji.

    Do takich projektow trafiaja uczniowie czesto przypadkowi.
    Nie mozna z gory powiedziec, czy im to szkodzi, czy pomaga. Powiedzmy, nie zaszkodzi, to by byla najlepsza opcja.

    Jeszcze jedna rzecz, to ograniczenie kompetencji rodzicow, ale to problem, ktorego skala wykracza poza prowincje gdzies w Nordrhein-Westfalen.

    I jeszcze jedno: “najnormalniejsze” dzieci to te, ktorych rodzice najbardziej preznie udzielaja sie w szkole: to dogadzanie nauczycielom drogimi prezentami na urodziny – skladaja sie rodzice calej klasy – z mantra nieustannych komplementow wiedza dokladnie, jak to wszystko dziala, sa czesto w zarzadzie organizacji sponsorow szkolnych…
    Takie lizusowstwo daje swoje owoce i nie konczy sie na podstawowce.

    Moglabym tez uruchomic jakies mechanizmy, i jak mowi chris, porozmawiac z kolezankami z kuratorium oswiaty i wychowania. W koncu pracujemy w jednym budynku. Z niektorymi z nich mowiny sobie na ty. Ale to jest akurat cos, co nie zgadza sie z filozofia zyciowa, i nie wyobrazam sobie, zeby rezygnacja z zasad byla czyms, co dzieje sie “dla dobra dziecka”…

    Serdeczne dzieki Wam wszystkim,

  14. wszyscy
    macie racje, dlatego tylko dodam kilka slow, juz po przespanej nocy 🙂

    Jak sese napisal, klasa 5 i 6 w obojetnie jakiej formie szkoly sredniej to jakby okres probny, ktore decyduje o tym, czy dziecko nadaje sie do tej szkoly czy lepszy jest dla niego inna szkola – moze nie nadazac albo wyprzedzac rowiesnikow. I to jest okay…

    I rzeczywiscie, rzecz jest zlozona.
    Korzystajac z doswiadczen mojej ulubionej sasiadki, ktora nota bene jest matka chlopca z klasy mojej corki, z tym ze z poprzedniej szkoly, tej podstawowej, powiem ze takie rozmowy z rodzicami zdarzaja sie codziennie; tak jakby byla jakas norma do wypelnienia, albo mnie wiecej co drugie dziecko bylo “nienormalne”. Patrick, czyli syn tej sasiadki, tez nie jest jakims salonowym lwem, poza tym jego ulubiona forma wypowiedzi to pisemna, nie ustna. Nasze dzieci pare razy spotykaly sie po szkole i moge potwierdzic, ze Patrick jest chlopcem dosc niesmialym i tak na luzie zaczal ze mna rozmawiac po dosc dlugim czasie.

    Jest teraz w szkole w innym miescie, ta szkola konczy zajecia po godzinie 16.00 i dlatego z przyczyn czysto organizacyjnych mamy mniej kontaktu – oboje rodzice Patrick’a pracuja o innej porze niz ja.

    Wychowawczyni z podstawowki polecila rodzicom Patrick’a rowniez wizyte w poradni psychologicznej. Matka zamowila tam termin i zaraz nastepnego dnia udala sie do psychologa. Rozmowy trwaly tygodniami… Procz tego, ze rodzina przezywala straszny stres, bo Patrick procz tego jest zafascynowany hokejem i jezdzi systematycznie na trening, w stosunku do rowiesnikow Patrick sie absolutnie nie zmienil, wrecz odwrotnie – przy kazdej rozmowie z kolegami mial coraz wieksze problemy. Nawiazywanie znajomosci napedzalo mu stracha, sypial zle, i nawet jako dobry uczen zaczal bac sie szkoly.
    L., czyli jego matka, opowiadala mi z lzami w oczach, ze rodzina stala przed przepascia i myslala nawet o rozwodzie.
    Wtedy do akcji wkroczyl ojciec, i kiedy wychowawczyni, dla ktorej Patrick nie robil wystarczajaco szybkich postepow, po raz kolejny zaprosila rodzicow na rozmowe, powiedzial, ze nie bedzie dzieciaka ciagna po poradniach, i ze ma watpliwosci, czy to nie grono pedagogiczne powinno tam sie udac.
    Jestesmy z naszego dziecka zadowoleni, powiedzial Peter na zakonczenie – i w nowej szkole skonczyly sie te problemy jak nozem ucial.
    Mnie w tej calej historii przeszkadza kilka rzeczy. Ilu rodzicow mozna tym jednym malym zdaniem zaniepokoic i zalarmowac: to zaklecie to jest “Wohl des Kindes”, czyli “Dobro dziecka”. Jesli to slowo padnie, to wlasciwie nie ma zadnej alternatywy. Wlasne dziecko widzi sie w otoczeniu domowym, szkola rzadzi sie innymi prawami, i jesli szkola widzi ze cos sie dzieje nie tak, to jest powazny meldunek. Z drugiej strony sa projekty, na ktore szkola dostaje od miasta pieniadze. Poniewaz chodzi o statystyke, jesli jakies nowe instytucje czy zwiazki zaczynaja pod czyims patronatem pracowac, musi byc odpowiednia ilosc uczniow, ktorzy wzieli udzial w akcji, na przyklad tych powiedzmy zdrowych zachowan w grupie czy tych – bo to madrze brzmi, socjalnych kompetencji.

    Do takich projektow trafiaja uczniowie czesto przypadkowi.
    Nie mozna z gory powiedziec, czy im to szkodzi, czy pomaga. Powiedzmy, nie zaszkodzi, to by byla najlepsza opcja.

    Jeszcze jedna rzecz, to ograniczenie kompetencji rodzicow, ale to problem, ktorego skala wykracza poza prowincje gdzies w Nordrhein-Westfalen.

    I jeszcze jedno: “najnormalniejsze” dzieci to te, ktorych rodzice najbardziej preznie udzielaja sie w szkole: to dogadzanie nauczycielom drogimi prezentami na urodziny – skladaja sie rodzice calej klasy – z mantra nieustannych komplementow wiedza dokladnie, jak to wszystko dziala, sa czesto w zarzadzie organizacji sponsorow szkolnych…
    Takie lizusowstwo daje swoje owoce i nie konczy sie na podstawowce.

    Moglabym tez uruchomic jakies mechanizmy, i jak mowi chris, porozmawiac z kolezankami z kuratorium oswiaty i wychowania. W koncu pracujemy w jednym budynku. Z niektorymi z nich mowiny sobie na ty. Ale to jest akurat cos, co nie zgadza sie z filozofia zyciowa, i nie wyobrazam sobie, zeby rezygnacja z zasad byla czyms, co dzieje sie “dla dobra dziecka”…

    Serdeczne dzieki Wam wszystkim,

  15. wszyscy
    macie racje, dlatego tylko dodam kilka slow, juz po przespanej nocy 🙂

    Jak sese napisal, klasa 5 i 6 w obojetnie jakiej formie szkoly sredniej to jakby okres probny, ktore decyduje o tym, czy dziecko nadaje sie do tej szkoly czy lepszy jest dla niego inna szkola – moze nie nadazac albo wyprzedzac rowiesnikow. I to jest okay…

    I rzeczywiscie, rzecz jest zlozona.
    Korzystajac z doswiadczen mojej ulubionej sasiadki, ktora nota bene jest matka chlopca z klasy mojej corki, z tym ze z poprzedniej szkoly, tej podstawowej, powiem ze takie rozmowy z rodzicami zdarzaja sie codziennie; tak jakby byla jakas norma do wypelnienia, albo mnie wiecej co drugie dziecko bylo “nienormalne”. Patrick, czyli syn tej sasiadki, tez nie jest jakims salonowym lwem, poza tym jego ulubiona forma wypowiedzi to pisemna, nie ustna. Nasze dzieci pare razy spotykaly sie po szkole i moge potwierdzic, ze Patrick jest chlopcem dosc niesmialym i tak na luzie zaczal ze mna rozmawiac po dosc dlugim czasie.

    Jest teraz w szkole w innym miescie, ta szkola konczy zajecia po godzinie 16.00 i dlatego z przyczyn czysto organizacyjnych mamy mniej kontaktu – oboje rodzice Patrick’a pracuja o innej porze niz ja.

    Wychowawczyni z podstawowki polecila rodzicom Patrick’a rowniez wizyte w poradni psychologicznej. Matka zamowila tam termin i zaraz nastepnego dnia udala sie do psychologa. Rozmowy trwaly tygodniami… Procz tego, ze rodzina przezywala straszny stres, bo Patrick procz tego jest zafascynowany hokejem i jezdzi systematycznie na trening, w stosunku do rowiesnikow Patrick sie absolutnie nie zmienil, wrecz odwrotnie – przy kazdej rozmowie z kolegami mial coraz wieksze problemy. Nawiazywanie znajomosci napedzalo mu stracha, sypial zle, i nawet jako dobry uczen zaczal bac sie szkoly.
    L., czyli jego matka, opowiadala mi z lzami w oczach, ze rodzina stala przed przepascia i myslala nawet o rozwodzie.
    Wtedy do akcji wkroczyl ojciec, i kiedy wychowawczyni, dla ktorej Patrick nie robil wystarczajaco szybkich postepow, po raz kolejny zaprosila rodzicow na rozmowe, powiedzial, ze nie bedzie dzieciaka ciagna po poradniach, i ze ma watpliwosci, czy to nie grono pedagogiczne powinno tam sie udac.
    Jestesmy z naszego dziecka zadowoleni, powiedzial Peter na zakonczenie – i w nowej szkole skonczyly sie te problemy jak nozem ucial.
    Mnie w tej calej historii przeszkadza kilka rzeczy. Ilu rodzicow mozna tym jednym malym zdaniem zaniepokoic i zalarmowac: to zaklecie to jest “Wohl des Kindes”, czyli “Dobro dziecka”. Jesli to slowo padnie, to wlasciwie nie ma zadnej alternatywy. Wlasne dziecko widzi sie w otoczeniu domowym, szkola rzadzi sie innymi prawami, i jesli szkola widzi ze cos sie dzieje nie tak, to jest powazny meldunek. Z drugiej strony sa projekty, na ktore szkola dostaje od miasta pieniadze. Poniewaz chodzi o statystyke, jesli jakies nowe instytucje czy zwiazki zaczynaja pod czyims patronatem pracowac, musi byc odpowiednia ilosc uczniow, ktorzy wzieli udzial w akcji, na przyklad tych powiedzmy zdrowych zachowan w grupie czy tych – bo to madrze brzmi, socjalnych kompetencji.

    Do takich projektow trafiaja uczniowie czesto przypadkowi.
    Nie mozna z gory powiedziec, czy im to szkodzi, czy pomaga. Powiedzmy, nie zaszkodzi, to by byla najlepsza opcja.

    Jeszcze jedna rzecz, to ograniczenie kompetencji rodzicow, ale to problem, ktorego skala wykracza poza prowincje gdzies w Nordrhein-Westfalen.

    I jeszcze jedno: “najnormalniejsze” dzieci to te, ktorych rodzice najbardziej preznie udzielaja sie w szkole: to dogadzanie nauczycielom drogimi prezentami na urodziny – skladaja sie rodzice calej klasy – z mantra nieustannych komplementow wiedza dokladnie, jak to wszystko dziala, sa czesto w zarzadzie organizacji sponsorow szkolnych…
    Takie lizusowstwo daje swoje owoce i nie konczy sie na podstawowce.

    Moglabym tez uruchomic jakies mechanizmy, i jak mowi chris, porozmawiac z kolezankami z kuratorium oswiaty i wychowania. W koncu pracujemy w jednym budynku. Z niektorymi z nich mowiny sobie na ty. Ale to jest akurat cos, co nie zgadza sie z filozofia zyciowa, i nie wyobrazam sobie, zeby rezygnacja z zasad byla czyms, co dzieje sie “dla dobra dziecka”…

    Serdeczne dzieki Wam wszystkim,