Reklama

Wysłuchałam sobie rozmowy trzech panów w TVN24 na temat zachowania naszych kierowców na drogach.

Wysłuchałam sobie rozmowy trzech panów w TVN24 na temat zachowania naszych kierowców na drogach. Rozmowa pewnie przybrałaby ciekawy kierunek , gdyby pan Mistewicz specjalista, teoretyk- gawędziarz od narracji marketingowych, nie próbował przegadywać Dziewulskiego, który bezskutecznie usiłował zaprezentować mniej poprawne argumenty na ten temat. Efekt tej rozmowy dla mnie, kierowcy od kilkunastu lat, jest taki, że zamiast z pokorą zastanowić się nad teoretyzowaniem Mistewicza tylko się wkurzyłam.

To co próbował wyartykułować Dziewulski, nie jest niczym odkrywczym dla przeciętnego kierowcy, jeśli tylko miał możliwość sprawdzić na własnej skórze jak wygląda komfort jazdy za granicą, a jakie męczarnie trzeba przeżywać na polskich drogach przemieszczając się z punktu A do punktu B. Nie będę jednak zajmować się stanem naszych dróg bo to temat wyświechtany, a koń jaki jest każdy widzi. Zajmę się raczej głupotą, bo w przeciwieństwie do wielu, uważam że jest ona znacznie groźniejsza dla użytkowników ruchu aniżeli osławiona prędkość.

Zmorą dla polskiego kierowcy jest fatalne oznakowanie. Nie wiem jacy geniusze nad tym pracowali, jedno jest pewne, odczytanie tego co autor miał na myśli graniczy często z cudem. Sama wiem po sobie, jakie zdarzało mi się miewać dylematy na temat czy namalowany na tablicy zjazd z trasy to na pewno ten właściwy i czy znak informujący o nim nie został aby za późno ustawiony. Może geniusze od oznakowania wychodzą z założenia, że nawigacja stała się już takim dobrem powszechnym, że nie warto się wysilać nad jej poprawnością. A co mają zrobić ci kierowcy, którzy wolą ufać swojemu rozumowi a użyteczny gadżet spłata figla i pokaże jezioro? Jak to możliwe, że takich dylematów nie miałam wjeżdżając i wyjeżdżając po raz pierwszy z Wiednia, a wszystko było łopatologiczne i ustawione tam, gdzie powinno.

Każdy rozsądny użytkownik ruchu wie, że znak ograniczenia prędkości ma na celu przypomnienie kierowcy, aby na określonym odcinku drogi, jego noga na pedale gazu nabrała pewnej lekkości. Teoria teorią a praktyka idzie za racjonalną oceną w warunków drogowych. Przyznam się, że zdarza mi się łamać owo ograniczenie, jeśli mam do czynienia z szeroką i dobrą jakościowo drogą, dobrymi warunkami pogodowymi, na drodze nie ma jakiegoś szczególnego ruchu i nie przejeżdżam w danym momencie przez jakąś wioseczkę czy blokowiska. Staram się oceniać racjonalnie, jeśli pojawiają się możliwości gdzie mogę pojechać trochę szybciej to nie widzę powodu do stosowania ograniczenia. Te zaś w postaci tablic, usiane są na terenie całej Polski jak grzyby po deszczu, tak jak postawiono je w PRL-u tak stoją do dziś i nikt nie raczy tego zweryfikować uwzględniając nowe okoliczności. Często pojawiają się nawet nowe, szczególnie tam, gdzie nawierzchnia jest w tak fatalnym stanie, że można się już tylko martwić czy aby nasze zawieszenie wytrzyma. No chyba nie muszę tłumaczyć czytelnikowi, że nie chodzi tu o żadną troskę drogowców o nasze bezpieczeństwo, ale o sprytny trick załatwienia problemu jakości drogi jak najmniejszym kosztem. Znając ułańską fantazję naszych kierowców, nie mam nic przeciwko ograniczeniom, ale niech te ograniczenia będą tam gdzie jest to konieczne i niech będą one bezwzględnie egzekwowane, tam zaś gdzie nie ma takiej konieczności warto by było w końcu pomyśleć o likwidacji znaku z cyferką 70 i wprowadzić cyferkę 110. Tak więc jeśli drogowcy nie mają takiej woli żeby zmieniać absurdy w znakach drogowych, to nie widzę sensu aby fałszywie oburzać się na kierowców, że mają to w „dupensonie”. Wystarczy wjechać na teren Czech, aby przekonać się, że Polacy potrafią dostosować się do zasad ruchu drogowego, jeśli wszelkie oznakowania, nawet te z ograniczeniem, są postawione inteligentnie.

Swego czasu mój instruktor jazdy, będąc doświadczonym kierowcą tirów powiedział mi takie mądre zdanie: z prowadzeniem pojazdu jest jak z grą na instrumencie, jedni mają dar i zostają wirtuozami, inni co najwyżej – wyrobnikami, a jak popracują- dobrymi rzemieślnikami. W swoim miejscu zamieszkania, mam możliwość poobserwować sobie takich wyrobników i przyznam z ręką na sercu, że cienizna w kierowaniu pojazdem nie jest związana z płcią kierowcy, ale zależna od stopnia głupoty i braku umiejętności, co jak podejrzewam jest efektem wyszkolenia. Nie będę się pastwić nad tymi, którzy lubią sobie wyprzedzić na trzeciego na zakręcie, co najwyżej pomyślę o nich jako o potencjalnych dawcach narządów. Są jednak takie sytuacje, które doprowadzają mnie do białej gorączki. U moich lokalnych rodaków zauważam totalny brak wyczucia gabarytów własnego pojazdu, co objawia się tym, że gdy jadą lokalną drogą dość masywną terenówką zmuszają jadących z naprzeciwka do zjechania, w najlepszym razie na pobocze, jak nie w krzaki, chociaż droga umożliwia przejazd obu pojazdów jednocześnie. Inną przypadłością jest nagminne ścinanie przy zakrętach w lewo. No ja rozumiem, że jak ktoś jedzie „kwadratem” dawnym fiatem 125p to może mieć trudności manualne z machaniem kierownicą, ale większość ma ten komfort, że posiada wspomaganie kierownicy, więc ja się pytam, w czym jest problem że nie radzą sobie z dość prostym manewrem.

Ponieważ rzeczywistość jest jaka jest, i póki co nie będzie lepiej, pozostaje mi co najwyżej zaproponować drogowcom, aby w końcu ruszyli swoje szanowne dupska i przejechali się po Polsce w celu przyjrzenia się słupkom usianym co 200 metrów, na których można czasem zobaczyć całkiem niezły rządek znaków przykręconych w szale radosnej twórczości, bez jakiejkolwiek refleksji. Może ktoś w końcu wziąłby się za wypłoszenie z „krzaczorów” funkcjonariuszy drogówki, czających się za najbardziej absurdalnymi produktami „wieszaczy” znaków i przesunie ich tam, gdzie by się naprawdę przydali. Teoretyków zaś proszę o jedno, może zamiast powtarzać w kółko o stanie naszych dróg, bo z tym przecież nikt nie polemizuje, niech zmierzą się z fikcją „nauki jazdy”, gdzie ludzi uczy się jak zdać pokręcony i stale sztukowany głupotami egzamin, zamiast nauczyć ich podstaw myślenia za kierownicą i pokazać co może zrobić 150 konny samochód ( znacznie mocniejszy, niż toczydło z kursu ) w rękach idioty.

Reklama

36 KOMENTARZE

  1. Za dzieciaka jeździłem czasem po Mazurach
    Wiele dróg lokalnych było wylanych poniemieckim jeszcze, szarym asfaltem który trzymał się zdumiewająco dobrze, przerywanym we wsiach okropnym brukiem z otoczaków. Ojciec twierdził, że tam ograniczenia prędkości wtedy były realne – wejście w zakręt oznaczony “60” z prędkością 65 już bywało ryzykowne. A ostrych zakrętów bywało sporo…
    Obecnie wszystko doszło do ogólnopolskiej normy – asfalt już wymieniony, bruki zlikwidowane, wiele nowych ograniczeń, czasem zapomnianych po robotach drogowych i często bezkarnie ignorowalnych – a czasem się trafia na zakręt o niezmienionym profilu i rzetelne ograniczenie z lat 50-tych. Ot, niespodzianka!

    • Moi włodarze dopiero w tym
      Moi włodarze dopiero w tym roku wzięli się dziarsko za poprawianie dróg. Z jednej strony się cieszę, bo fajnie jest jeździć po równej nawierzchni, z drugiej strony jak patrzę jaką prędkość tubylcy rozwijają na drogach osiedlowych to aż żal mi tych matek spacerujących z dzieciakami po poboczach.

  2. Za dzieciaka jeździłem czasem po Mazurach
    Wiele dróg lokalnych było wylanych poniemieckim jeszcze, szarym asfaltem który trzymał się zdumiewająco dobrze, przerywanym we wsiach okropnym brukiem z otoczaków. Ojciec twierdził, że tam ograniczenia prędkości wtedy były realne – wejście w zakręt oznaczony “60” z prędkością 65 już bywało ryzykowne. A ostrych zakrętów bywało sporo…
    Obecnie wszystko doszło do ogólnopolskiej normy – asfalt już wymieniony, bruki zlikwidowane, wiele nowych ograniczeń, czasem zapomnianych po robotach drogowych i często bezkarnie ignorowalnych – a czasem się trafia na zakręt o niezmienionym profilu i rzetelne ograniczenie z lat 50-tych. Ot, niespodzianka!

    • Moi włodarze dopiero w tym
      Moi włodarze dopiero w tym roku wzięli się dziarsko za poprawianie dróg. Z jednej strony się cieszę, bo fajnie jest jeździć po równej nawierzchni, z drugiej strony jak patrzę jaką prędkość tubylcy rozwijają na drogach osiedlowych to aż żal mi tych matek spacerujących z dzieciakami po poboczach.

  3. Za dzieciaka jeździłem czasem po Mazurach
    Wiele dróg lokalnych było wylanych poniemieckim jeszcze, szarym asfaltem który trzymał się zdumiewająco dobrze, przerywanym we wsiach okropnym brukiem z otoczaków. Ojciec twierdził, że tam ograniczenia prędkości wtedy były realne – wejście w zakręt oznaczony “60” z prędkością 65 już bywało ryzykowne. A ostrych zakrętów bywało sporo…
    Obecnie wszystko doszło do ogólnopolskiej normy – asfalt już wymieniony, bruki zlikwidowane, wiele nowych ograniczeń, czasem zapomnianych po robotach drogowych i często bezkarnie ignorowalnych – a czasem się trafia na zakręt o niezmienionym profilu i rzetelne ograniczenie z lat 50-tych. Ot, niespodzianka!

    • Moi włodarze dopiero w tym
      Moi włodarze dopiero w tym roku wzięli się dziarsko za poprawianie dróg. Z jednej strony się cieszę, bo fajnie jest jeździć po równej nawierzchni, z drugiej strony jak patrzę jaką prędkość tubylcy rozwijają na drogach osiedlowych to aż żal mi tych matek spacerujących z dzieciakami po poboczach.

  4. Za dzieciaka jeździłem czasem po Mazurach
    Wiele dróg lokalnych było wylanych poniemieckim jeszcze, szarym asfaltem który trzymał się zdumiewająco dobrze, przerywanym we wsiach okropnym brukiem z otoczaków. Ojciec twierdził, że tam ograniczenia prędkości wtedy były realne – wejście w zakręt oznaczony “60” z prędkością 65 już bywało ryzykowne. A ostrych zakrętów bywało sporo…
    Obecnie wszystko doszło do ogólnopolskiej normy – asfalt już wymieniony, bruki zlikwidowane, wiele nowych ograniczeń, czasem zapomnianych po robotach drogowych i często bezkarnie ignorowalnych – a czasem się trafia na zakręt o niezmienionym profilu i rzetelne ograniczenie z lat 50-tych. Ot, niespodzianka!

    • Moi włodarze dopiero w tym
      Moi włodarze dopiero w tym roku wzięli się dziarsko za poprawianie dróg. Z jednej strony się cieszę, bo fajnie jest jeździć po równej nawierzchni, z drugiej strony jak patrzę jaką prędkość tubylcy rozwijają na drogach osiedlowych to aż żal mi tych matek spacerujących z dzieciakami po poboczach.