Reklama

Ostatnimi czasy podczas jednej z moich lektur przeczytałem kilka słów o człowieku, który mocno mnie zainteresował – po pierwsze dlatego, że mimo iż działał na terenie Polski, nic o nim wcześniej nie słyszałem, po drugie dlatego, że nasunęły mi się oczywiste skojarzenia z pewną współczesną postacią. Zapewne sami odgadniecie bez trudu, z kim mi się skojarzył facet, zwany Jakubem Frankiem. Jako że historia jest długa, czas przygotować się odpowiednio – kawa i ciacho wskazane, by przetrwać tak długą narrację. Ten wpis się niestety rozrósł niemiłosiernie 🙂

Urodził się był ów człek, jako Jaakow (Jankiel) ben Juda Lejb Frank w roku 1726, na terenie Podola. Teren ten był w owym czasie zamieszkiwany przez splątaną ludność Rusińską, Żydowską, Rumuńską, Niemiecką, Polską a nawet Turecką i Ormiańską. W tym tyglu gotowały się różne religie, sekty, ostre poglądy, nadzieje, nacjonalizmy. Jakub FrankOjciec Jakuba, człek znaczny w swojej gminie żydowskiej, który podobnież przez pewien czas pełnił nawet rolę rabina w Czerniowcach, a więc sporym mieście. Nie uchroniło go to jednak przed oskarżeniami o herezję sabatejską, które w 1727 roku spowodowały, że musiał opuścić rodzinne strony i szukać schronienia w obcych krajach. 

Cała rodzina przeniosła się najpierw do Bukowiny, potem skierowali swoje kroki na Wołoszczyznę. Sam oskarżony o herezję ojciec Jakuba Franka pozostawiwszy rodzinę, udał się do Grecji, gdzie sabatajczycy mogli działać bez przeszkód – sekta była w tym kraju legalna.

Ale, ale – kim właściwie są sabatajczycy? Trzeba to koniecznie wyjaśnić, bo będzie to miało znaczące znaczenie w dalszej części opowieści. W tym celu musimy się cofnąć w czasie jeszcze o kolejne sto lat, do czasów gdy żył Żyd Sefardyjski o nazwisku Sabbataj Cwi. Przyszedł na świat w Smyrnie, gdzie zaczął naukę Talmudu – choć podobnież nie za bardzo mu to szło. Za to zainteresował się kabałą, co Sabbataj Cwidoprowadziło go do zaskakujących wniosków. A może do tych wniosków doprowadziła go choroba psychiczna, którą współcześnie zdiagnozowano na podstawie relacji ówczesnych świadków jego przygód. W każdym razie po serii objawień, które według osób postronnych wyglądały jak standardowe napady padaczki, Sabbataj ogłosił się w 1648 roku Mesjaszem żydowskim. Trudno dokładnie określić jego nauki, bo w różnych okresach czasu mu się zmieniało, w każdym razie jedna rzecz jest od początku jasna – ponieważ Mesjasz już przybył, trzeba zarzucić stare zwyczaje i prawo żydowskie, bo jedynym dawcą prawa jest odtąd on właśnie. Dlatego nie ma co się przejmować jakimiś tam postami, wiernością małżeńską i takimi tam. Przez trzy lata głosił swoje wielkie dziejowe posłannictwo, aż w końcu okoliczni Żydzi się zdenerwowali, bo żadne zapowiadane znaki na niebie i ziemi się nie pojawiły. Wykopali więc samochwałę z miasta, i facet tułał się po całej okolicy (w Salonikach, Konstantynopolu, a nawet w Kairze) przez następne 18 lat. Jedno mu trzeba przyznać – był przekonujący, a następne objawienia stawały się coraz bardziej widowiskowe.

W czasie swoich podróży zapoznał się z innymi religiami – islamem i chrześcijaństwem, co mocno wpłynęło na nauczanie. W 1665 roku zaczął się zadawać z niejakim Natanem z Gazy, który sam siebie nazywał prorokiem, a który podczas pobytu w jednej z synagog oficjalnie potwierdził, że Sabbataj Cwi jest długo oczekiwanym Mesjaszem. Nic dziwnego, że temu trochę odbiło i popełnił zasadniczy błąd – po raz pierwszy określił dokładną datę zbawienia – które miało nastąpić za jego udziałem w roku 1666. Tego już było za wiele dla tzw. czynników oficjalnych. Sułtan rozkazał aresztować Sabbataja i wsadzić go do ciupy, prewencyjnie, coby nie dopuścić do rozruchów rozentuzjazmowanego tłumu. Posiedział Sabbataj w lochu, posiedział i zmądrzał – w czasie audiencji u sułtana pod koniec roku, który przynieść miał odkupienie – Cwi przeszedł na islam. To wystarczyło dobrotliwemu władcy, który odczekawszy jeszcze chwilę, zwolnił aresztanta. Inne kraje były mniej tolerancyjne – ruchawki organizowane przez zwolenników Sabbataja doprowadziły w takiej na ten przykład Polsce, do delegalizacji ruchu – każdy kto przyznał się do przynależności do sekty, zagrożony był konfiskatą majątku. Wydawałoby się, że tego typu kompromitacja spowoduje kompletne załamanie popularności nieszczęsnego Mesjasza – ale nic z tych rzeczy. Po wyjściu z ciupy Sabbataj wprowadza nowe elementy do swojej nauki – tym razem okazuje się, że aby dostąpić zbawienia wyznawcy muszą pierwej zrobić co? Ano nawrócić się na islam, ale tylko tak dla picu, tymczasowo. I dalej w świat, nauczać owieczki. Póki to były owieczki żydowskie, to pal sześć, władze nie wnikały. Ale jak już zaczął się dobierać do muzułmanów, próbując dokooptować ich do sekty, sułtan po raz kolejny traci cierpliwość. Osadza faceta w kolejnej twierdzy, gdzie nieszczęsny dożywa swoich dni. Choć jeszcze rzutem na taśmę przepowiada swoje zmartwychwstanie, jednak po śmierci w 1674, dziwnym trafem nie dotrzymuje słowa i pozostaje w grobie. Nawet to nie powoduje jednak że jego zwolennicy tracą wiarę – sekta się okopuje, trochę rozprasza wraz z wędrującą ludnością żydowską, ale trwa. Jak widać dociera wkrótce na teren Rzeczpospolitej, gdzie właśnie z uwagi na przynależność do niej rodzina Jakuba Franka musi się nauczyć szybkiego pakowania i podróżowania.

Reklama

Wróćmy więc do bohatera dzisiejszej opowieści – zostawiliśmy go na terenie Wołoszczyzny, gdzie rodzina musiała sobie radzić bez pomocy ojca. Tak trudne dzieciństwo doprowadziło do tego, do czego zwykle prowadzi trudne dzieciństwo (u mnie się nie sprawdziło, ale zeznania  wielu oskarżonych o przeróżne czyny potwierdzają regułę 🙂) – młody zaczął się źle prowadzić, prawdopodobnie wpadł w złe towarzystwo. Jego pierwszym zajęciem, pracą z prawdziwego zdarzenia było napadanie na podróżujących kupców. W tamtych czasach to w miarę normalne, handlarze podróżujący takimi szlakami musieli sobie wliczać ryzyko napadu w ewentualny zysk. Jak sam Jakub Frank wspomina w swoim pamiętniku, zdarzały się jego grupie i inne rozrywki – podpalenie synagogi, czy budzenie śpiących mieszkańców wiosek głośną muzą. Razu pewnego jeden z kupców, który miał wyjątkowe szczęście napotkać ich na swojej drodze, drogi już nie opuścił, poległ był bowiem na ołtarzu handlu międzynarodowego. Czy tak było czy nie było – jedne tylko przydrożne kruki wiedzą. W każdym razie, gdy młody Frank osiągnął był wiek lat 13, był już właścicielem sporej fortunki, która pozwoliła mu zakupić karczmę w okolicy. Karczma oprócz standardowych funkcji świątyni Bachusa, miała jeszcze dodatkowy plus – pozwoliła młodemu przedsiębiorcy zająć się dodatkowymi zajęciami. Jakub Frank zaczyna handlować, jako główny towar wybierając kamienie szlachetne. Wkrótce przenosi swoje interesy do Budapesztu. Tam jednak nie idzie mu już tak dobrze – być może dlatego, że nie ma już protektorów w okolicznej szlachcie, może dlatego że jego kamyki nie prezentują takiej jakości, jak trzeba by nazywać je szlachetnymi, lub może dlatego że na jaw wychodzi fakt, iż namówiony przez ojca przystał do sabatajczyków. W każdym razie, co już się staje tradycją w rodzinie, młody Frank musi podwinąć ogon i uciekać na południe. Od 1750 roku znajdujemy go w Turcji, gdzie studiuje kabałę, jednocześnie poznając wierzenia kolejnej sekty, popularnej w owym okresie –donmajczyków. Żeby pozwolić  czytelnikowi nabrać tez trochę wiedzy, nie tylko narracji, wyjaśnijmy pokrótce, kim byli więc owi donmajczycy.

Aby to wyjaśnić, powróćmy do wątku Sabbataja Cwi, który wyciągnął nogi w zacnym 1674 roku, zamknięty w celi. Sekta, która od pewnego czasu musiała sobie radzić bez uziemionego lidera, poszukiwała nowych dróg rozwoju. A dokładnie poszukiwali ambitni jej członkowie – w tym bliski kolega skazańca – prorok Natan oraz jego syn Izrael. Kiedy ostatecznie przywódca odszedł, i wbrew buńczucznym zapowiedziom nie powrócił, kolejnym mesjaszem ogłosił się Izrael. Natan miał w tym temacie zdanie odrębne, które zgłosił zabierając zabawki w postaci swoich zwolenników, i udając się do innej piaskownicy. Izrael, zostawszy samotnym liderem sekty, nie okazał się być obdarzony odpowiednią charyzmą – albo jak mówią obecnie co poniektórzy – po prostu miał równo pod sufitem, co go dyskryminowało. Ale jako że w przyrodzie nic nie ginie, następne pokolenie okazało się bardziej udane – wnuk Sabbataja, Baruchia Russo zgromadził wokół siebie większość sabatajczyków i oczywiście ogłosił się mesjaszem. Wprowadził do zasad sekty nieco nowości, co doprowadziło do kolejnych rozłamów, i dla odróżnienia jego zwolenników zaczęto nazywać donmajczykami. Baruchia był tak miły, że popełnił książkę opisującą swoje poglądy, która była przechowywana przez następne lata przez jego zwolenników jako święta księga.

Wróćmy więc do Jakuba Franka, który podróżując po Turcji poznaje doktrynę donmajczyków, i odwiedza ich święte przybytki. Jako człowiek zdecydowanie nie pozbawiony zasad moralnych, nasz bohater uznaje dotychczasowych zwolenników Baruchji za niegodnych przechowywania świętych słów spisanych przez Baruchię. Jako najbardziej godnego wyznacza kogoś, kogo zna najlepiej na świecie – oczywiście siebie samego. Niektórzy mówią, że po prostu buchnął im najdroższy skarb, ale nie powinniśmy w to raczej wierzyć. W każdym razie jakieś ważne sprawy znów wzywają go w inne miejsce, dlatego opuszcza w pośpiechu dotychczasowe miejsce zamieszkania. Przybywa do Salonik, gdzie poznaje może nie najpiękniejsza w okolicy, ale za to ustosunkowaną córkę wybitnego teologa sabataizmu. Bierze z nią ślub w okolicach 1752, co daje mu dostęp do skarbczyka teścia. Dzięki temu otwiera własny bet-ha midrasz (czyli taki niby klub dyskusyjno-teologiczny), gdzie energicznie przystępuje do werbowania zwolenników. Wkrótce uzbierał ich tylu, że może przystąpić do dalszych działań. Dwa lata po otwarciu swojego klubiku, ogłasza iż przeżył wcielenie Świętego Ducha, i że jest – tak, tak – mesjaszem i wcieleniem samego Sabataja. Zbiera co wierniejszych uczniów i ogłosiwszy że zbawienie przyjdzie z ziem polskich udaje się na tereny Rzeczpospolitej, na Podole.

Lokalne gminy żydowskie, w których znaleźć można było wielu zwolenników sabataistów witają nowego mesjasza, jeśli nie z entuzjazmem, to przynajmniej z zainteresowaniem. Czas był dla tego typu ruchów dość dogodny – Rzplita powoli chyli się ku upadkowi, przez kraj przetaczają się od czasu do czasu obce wojska, generalnie burdel na kółkach. W tej sytuacji facet głoszący rychły koniec świata, po którym zbawienie uzyskają tylko ci, którzy w niego uwierzą, znajduje licznych zwolenników. Tym bardziej, że głoszona przez niego ideologia jest można powiedzieć dość atrakcyjna. Głosi on mianowicie, że ponieważ przyszedł mesjasz, stare reguły nie obowiązują, zbawienia należy szukać przez całkowitą negację dotychczasowych zasad, przez nihilizm posunięty do granic. Trudno się więc dziwić, że konserwatywna w większości ludność żydowska powoli staje się coraz bardziej wroga wyznawcom Franka. Ten jednak nie ustaje w wysiłkach, stając się wędrownym kaznodzieją, powierzając sprawy życia codziennego zaufanym współpracownikom. Jakie to były sprawy, okazało się bardzo szybko, kiedy po jednym ze szczególnie żarliwych kazań wygłoszonych w Lanckoronie nad Zbruczem wzburzeni Żydzi wzięli szturmem gospodę, w której zatrzymał się on sam i jego zwolennicy. I tu ich trochę wgięło, bo po otwarciu drzwi okazało się, że sekciarze najspokojniej w świecie tańczą sobie wokoło jakiejś dziewczyny, która ubrana była podobnie jak pramatka Ewa. Taka sobie orgietka, a przypomnieć trzeba, że tego typu imprezy nie były zbyt popularne wśród ówczesnych Żydów.

Franka i kolegów wsadzono do ciupy, a lokalna ludność dokonała przeszukania bagaży nieszczęsnych sekciarzy. Przy tej okazji okazało się, że sekta oprócz głoszenia słowa swojego mistrza zajmuje się szeroko zakrojoną działalnością handlową, takimi towarami jak np. kobiety eksportowane do tureckich haremów. Innym ciekawym znaleziskiem były kolportowane przez sektę materiały informujące ludność, iż ortodoksyjni Żydzi odpowiedzialni są za rozliczne zbrodnie, jak np. przyrządzanie macy z krwi niebożątek itp. Gdyby je poczytać dziś, można by je wziąć za skrajny przykład antysemityzmu, wręcz zoologiczny jak mówią niektórzy. Aresztowanych członków sekty lokalne władze poddają hmm… przesłuchaniu, w wyniku którego ujawniają (wykrzykują?) więcej jeszcze szczegółów z życia sekty zwolenników Franka. Okazuje się, że na porządku dziennym były tam kazirodztwo, orgie, cudzołóstwo, brudne interesy, ślepe posłuszeństwo wobec mistrza. Prawie że wypisz wymaluj Charles Masnon tamtych czasów. Jednak o ile szeregowi członkowie sekty cierpią katusze w lochach, o tyle sam mesjasz zasłoniwszy się zagranicznym obywatelstwem zostaje wydalony z kraju, i udaje się na zasłużony odpoczynek do Mołdawii. Myliłby się jednak ktoś, kto pomyślałby, że mistrz porzucił swoich uczniów na zatracenie. Bynajmniej – cały czas rozmyśla on nad sposobem odzyskania swoich ludzi i wpływów. I oto co wykombinował.

Jeżeli ktoś mocniejszy od Ciebie robi Ci obstrukcje, najbardziej rozsądnym posunięciem będzie poszukanie sobie protektora, który jest mocniejszy od Twoich prześladowców. Kropka. Tak więc Frank uruchamia swoje polskie kontakty, i ostatecznie udaje mu się zainteresować sprawą biskupa z Kamienia Podolskiego – Mikołaja Dembowskiego. Ten nakazuje zwolnienie wszystkich uwięzionych zwolenników Franka, a także wystawia samemu mistrzowi list żelazny, który pozwoli mu spokojnie podróżować po kraju, bez obawy o swoja wolność. Niektórzy ze współczesnych mówili ponoć, że bohater naszej historii najzwyczajniej w świecie przekupił dostojnika, jednak bardziej prawdopodobna wersja jest taka, iż ten widział w sekcie znakomite narzędzie w swoich własnych gierkach. Miał bowiem biskup swojego konika, a tym konikiem było doprowadzenie zamieszkujących w Polsce Żydów do przyjęcia wiary chrześcijańskiej i ich pełna asymilacja. Dążenie może nie za mądre, ale jak się wkrótce okazało całkiem możliwe do realizacji, przynajmniej jeśli chodzi o zwolenników Franka. Uwolnienie ludzi aresztowanych po opisanej wcześniej popijawie nie zakończyło bynajmniej ich problemów – czekał ich proces przed autonomicznym sądem żydowskim, jednak udało się odwołać wszystkie zeznania złożone przez sekciarzy przebywających w aresztach, jako wymuszone przez tortury. Sąd rabinacki zdecydował jednak i tak, iż obłoży klątwą wszystkich zwolenników sekty sabataistów, i jej późniejszych permutacji. Frank zaopatrzony w list żelazny od przyjacielskiego biskupa pojawia się ponownie w Rzeczypospolitej. Przez kilka tygodni głosi swoją doktrynę powodując liczne ruchawki, między innymi przez organizowanie swoistych happeningów – w czasie trwającego szabatu, gdy Żydów obowiązuje post, jego zwolennicy przechadzają się po ulicach, ostentacyjnie chlejąc na umór i jedząc słodkości. Jako że nie są samolubni, częstują chętnie swoich pobratymców, co powoduje gniew ich ortodoksyjnej części pomieszkującej w okolicy. Po kilku takich wybrykach Frank mimo listu żelaznego zostaje aresztowany i ponownie wydalony z kraju, na Wołoszczyznę. Tam jednak najwyraźniej dotarła jego sława, gdyż razem z grupą swoich zwolenników zmuszony jest do konwersji na islam (historia lubi się powtarzać). W tym momencie w jego nauczaniu pojawiają się nowe wątki, wskazujące na konieczność przejścia na islam prawowiernych członków sekty, ze względów czysto religijnych ma się rozumieć.

W każdym razie to pozwala mu odzyskać swobodę podróżowania ponownie odwiedzić nasz kraj po kilku tygodniach. A tutaj interesy nie idą za dobrze. Co prawda liczba zwolenników systematycznie wzrasta, jednak powoli wyczerpują się zasoby pieniężne, jakimi dysponuje dzięki teściowi. Frank zaczyna się więc zastanawiać, jak można by uzyskać dodatkowe dochody. Jakub pamięta jeszcze, jak fajnie było, gdy był małym chłopakiem, posiadającym karczmę. A pamiętać trzeba, iż w ówczesnej Rzeczpospolitej prowadzenie karczm, których realnymi właścicielami byli szlachcice, w większości przypadków powierzane było Żydom, wszak szlachcicowi nie wypadało stać za ladą. Stanowiska były już jednak obsadzone – nie tak łatwo wysiudać z takiej fuchy kutych na cztery nogi karczmarzy. I w tym czasie znów daje o sobie znać talent pisarski Franka, który popełnia krótką broszurę pod znaczącym tytułem Obraz "Mord rytualny" z Katedry w Sandomierzu"Błędy Talmudowe przez samych Żydów uznane i przez nową sektę siapwścieciuchów czyli Contra – talmudystów wyjawione". W tym „dziele literackim” zawarł prawdopodobnie największy ładunek bzdur, jaki można sobie w ogóle wyobrazić. Opisuje jak to Żydzi zwykli dodawać dziecięcą krew do macy, jak wielką przyjemność sprawia im bezczeszczenie hostii, jak uwielbiają bezczeszczenie chrześcijańskich relikwi czy obrazów. Głupot masa, jednak skutek jak najbardziej pożądany – po kolportażu ulotek w wielu miejscach dochodzi do pogromów, których unikają jedynie zwolennicy Franka, jako ci dobrzy – którzy ujawnili prawdę. I rzeczywiście na miejsce zlinczowanych znienawidzonych karczmarzy (zapewne w kilku przypadkach przepadły też zeszyty z zapisanymi długami okolicznych biesiadników 🙂) szlachta zaprasza do prowadzenia karczm naszych znajomych frankistów.

Sam mistrz może być z siebie dumny – jednym ruchem dołożył kolejny powód dla którego Żydzi powinni nawracać się na jego poglądy (by uzyskać bezpieczeństwo przed wydumanymi zarzutami) oraz zapewnił sobie dochody, które pozwolą mu uzyskać bezpieczną bazę materialną dla swoich zwolenników. I tu następuje największe nieszczęście, jakie mogło się mu przydarzyć – umiera biskup Dębowski. Pozbawieni protektora frankiści muszą w try miga spakować manatki i uciekać z kraju – znienawidzeni przez swoich ziomków, ratują życie tylko w przypadku gdy uda im się szybko ewakuować. Ci, którzy się nie ukryli lub nie uciekli, padają ofiarą spontanicznych linczów, które nie są powstrzymywane przez polskie siły porządkowe – już od wieków Żydzi mają zagwarantowaną szeroką autonomię w dziedzinie wymierzania sprawiedliwości. Sam Frank oddala się po raz kolejny, tym razem lądując w Smyrnie. W 1758 udaje mu się znaleźć kolejnego protektora, i już się całkiem nie obrzyna. Za pośrednictwem biskupa Kajetana Sołtyka dociera do ucha samego króla Augusta III Sasa. Ten wydaje mu kolejny list żelazny i zaprasza do kraju, co też wkrótce następuje. Król wydaje również specjalny edykt, w którym bierze pod opiekę całą sektę frankistów, jako ludzi bliskich przyjęcia chrześcijaństwa. Frank wraca do kraju, i osiedla się w okolicach Chocimia, skąd już w spokoju może kierować coraz lepiej prosperującą sektą. Okazuje się bowiem, że mimo licznych ataków na jego zwolenników po śmierci biskupa Dembowskiego, wielu z nich przetrwalo i obecnie prosperuje całkiem dobrze – w szczególności prowadząc karczmy i trudniąc się handlem w zastępstwie wcześniej usuniętych ortodoksyjnych konkurentów. Frank zaraz po powrocie chwyta mocarną dłonią sprawy finansowe sekty. Każdy jej zwolennik zobowiązany jest płacić część swoich dochodów mistrzowi, jak również spełniać na jego rzecz szereg usług, które pozwalają rozwijać interes wielotorowo. Wszystko układa się znakomicie, choć naciskany przez protektorów Frank zmuszony jest wprowadzić do swojego nauczania kolejny element – konieczność przejścia swoich zwolenników na chrześcijaństwo, ze względów czysto religijnych oczywiście. Fakt że na mocy specjalnie wprowadzonych przepisów każdy ochrzczony Żyd zrównany miał być w prawach ze szlachtą, ma tu niewielkie znaczenie. Po zorganizowanej we Lwowie dyspucie pomiędzy ortodoksami a frankistami debacie, znaczna ich ilość zostaje ochrzczona. Sam Frank chrzci się kiedy owa dysputa jeszcze trwa, a jego ojcem chrzestnym zostaje sam król, który nadaje mu imię Józef Dobrucki.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby ambicje Franka nie sięgały jeszcze wyżej. Prawdopodobnie miał on zamiar wykroić sobie z części terenów słaniającej się już na nogach Rzeczpospolitej własne państewko żydowskie, spełniając w ten sposób swoje mesjanistyczne posłannictwo. Tego było już za wiele dla tym razem polskich czynników oficjalnych. Frank, przepraszam – Dobrucki zostaje zaproszony do Warszawy na dyskusję teologiczną z grupą biskupów. Efekt tej rozmowy jest dla niego cokolwiek zaskakujący – zostaje szybciutko uznany za niebezpiecznego sekciarza, którego wyznawcy mimo przejścia na chrześcijaństwo nie porzucili dawnych obyczajów, nie mogą więc być uznani za prawdziwych wyznawców Chrystusa. Zostaje aresztowany i po krótkim pobycie w warszawskim klasztorze kamedułów odesłany do Częstochowy, gdzie ma pozostać bezterminowo. Jednocześnie rabini ortodoksyjni wydają kolejną klątwę na jego zwolenników. W ten sposób zaczyna się mała wojna podjazdowa między ortodoksami a frankistami – ci ostatni nie przebierając w środkach przejmują zakłady rzemieślnicze, kolejne gospody, handel. Jednak prześladowania nasilają się, i część frankistów zmuszona jest do upuszczenia dotychczas zajmowanych terenów. Tu mała ciekawostka – kto zna Jakuba Wędrowycza i jego przygody, ten wie że pochodzi on ze wsi Wojsławice. W tej właśnie wsi po osiedleniu się w niej dużej grupy wygnanych z innych terenów frankistów dochodzi do znamiennych wydarzeń. Nowa, energiczna grupa stara się szybko opanować całe życie gospodarcze okolicznych ziem. Opór lokalnej społeczności żydowskiej jest dość mocny, dlatego frankiści najprawdopodobniej decydują się na wykorzystanie wcześniej propagowanych bzdetów o zwyczajach ortodoksyjnych Żydów. Synagoga w WojsławicachZupełnie przypadkowo, niedługo po ich osiedleniu się, w wiosce ginie dziecko, które następnie znacząco zmasakrowane zostaje porzucone na brzegu rzeczki. Frankiści o to zabójstwo oskarżają ortodoksów, którzy mieli jakoby dokonać mordu rytualnego na bezbronnym dziecku. Rabin i inni znaczący członkowie ortodoksyjnej społeczności zostają niezwłocznie aresztowani i skazani na śmierć przez poćwiartowanie. Jeden z nich, ostatnim tchem rzucił ponoć klątwę na wioskę i jej mieszkańców, co może wyjaśniać dlaczego bohater powieści Pilipiuka jest aż tak podłym indywiduum. Ale nawet okrutna śmierć przywódców żydowskich nie uspokaja wioski. Podsycana przez frankistów nienawiść powoduje wypędzenie wszystkich co do jednego okolicznych Żydów i zakazanie im ponownego osiedlenia się w okolicznych ziemiach. Po zaledwie kilku tygodniach od przybycia sekciarzy, okolica była wyczyszczona z konkurencji, a oni sami mogli w spokoju przejąć wszystkie interesy wypędzonych ofiar swojej prowokacji.

Tymczasem sam przywódca osadzony w Częstochowskim klasztorze powoli pogrąża się w obłędzie. Zaczyna głosić coraz bardziej dziwaczne prawdy, w tym uznając że w obrazie Matki boskiej przechowywanym w klasztorze uwięziony jest żeński pierwiastek boski, którego uwolnienie jest jego właśnie dziejową misją. Coraz bardziej oddalającego się od tego kontinuum mistrza znienacka zastepuje nowa twarz – rabin Elisze z Podhańca. Pod jego wodzą sekta zaczyna swój renesans – oprócz świetnie prosperujących karczm tworzone SA regularne bandy rabunkowe, łupiące bez litości ludność południowej Polski. W lasach tworzone są bimbrownie, nielegalnie pędzące alkohol sprzedawany później w karczmach. Jakiekolwiek nieposłuszeństwo w łonie sekty karane jest śmiercią. Ambitne plany zakładają otwieranie coraz to nowych „interesów” przez członków sekty – czas jest sprzyjający, Rzeczpospolita chyli się coraz wyraźniej ku upadkowi, w kraju panuje z trudem tyko powstrzymywany chaos. Sekta nie zaniedbuje również rozwoju poza granicami Polski – emisariusze docierają między innymi do Rosji, Austrii, Danii czy Turcji. We wszystkich tych krajach doprowadzają do sytuacji, w której sekta zaczyna być postrzegana jako pozytywny ruch w łonie judaizmu, który może doprowadzić do asymilacji Żydów w świecie chrześcijańskim. Te działania przynoszą znakomite żniwo już niedługo – oto bowiem następuje zdarzenie zgoła nieoczekiwane – Rozbiór Polski. Wkraczające do kraju wojska rosyjskie uwalniają co prawda Franka z jego niewoli (po obietnicy mesjasza, że wraz ze swoimi zwolennikami nawróci się on na prawosławie 🙂 ), jednak misternie budowana sieć zależności gospodarczych pomiędzy różnej proweniencji interesami sekty rozsypuje się bardzo szybko w obliczu nowej administracji. Choć cześć biznesu upada, z drugiej strony wprowadzone przez zaborców nowe uwarunkowania celne rodzą przemyt na olbrzymią skalę, z którego organizacje kontrolowane przez frankistów czerpią olbrzymie dochody.

Sam Frank jednakże uznaje, że sytuacja w Polsce jest zbyt niebezpieczna, i wraz z najbardziej zaufanymi zausznikami udaje się w podróż po siedzibach okolicznych możnowładców. Tym razem dociera do Wiednia, gdzie cesarzowa Maria Teresa i jej syn – późniejszy cesarz  Józef II, witają go z otwartymi ramionami, jako gnębionego dotąd przywódcę i reformatora religijnego. Dwór wiedeński przez jakiś czas jest zafascynowany przybyszami, córka Franka – Ewa zostaje nawet kochanką cesarza. Wniebowzięty mesjasz układa coraz śmielsze plany, przewidując burzliwy rozwój sekty, w przypadku poślubienia Ewy przez cesarza. Ewa Frank - córka JakubaTen jednak okazuje się wcale nie głupi, i po pewnym czasie oddala kochankę, a następnie również jej ojca – których umieszcza w miejscowości Offenbach. Stamtąd, bezpiecznie, Frank do końca życia kieruje sprawami swoich polskich owieczek. Otoczony przez liczny zastęp ubranych w bajkowe mundury dragonów, poświęcał się jakimś tajemniczym chemicznym eksperymentom. Szacuje się, że w tym czasie na terenie całej Rzeczypospolitej i ziem utraconych w wyniku zaborów żyło około 24, 25 tysięcy frankistów. Ta grupa generowała dla samego mistrza przychód rzędu 4,5 miliona ówczesnych złotych każdego roku. Dla uzyskania odpowiedniej proporcji przypomnieć trzeba, że jest to kwota przekraczająca budżet państwa polskiego w tamtym czasie. Innymi słowy – co jak co, ale ustawić się facet potrafił.

Nadszedł rok 1791, w którym to roku umarł Jakub Frank, a właściwie „Baron von Frank, Prinz von Polen", jak przedstawiał się w tym czasie. Przed swoją śmiercią zapowiedział swoje zmartwychwstanie, które nastąpi bardzo szybko, i przyniesie odkupienie jego zwolenników. Jednak chyba niewielu było zdziwionych, gdy nic takiego się nie stało, a doczesne szczątki mesjasza zostały pochowane. Po jego śmierci sPogrzeb Jakuba Frankaprawami sekty zajęła się namaszczona na następcę córka Franka – Ewa. Nie posiadała jednak jakiejkolwiek charyzmy, a już na pewno nie tak wielką by podtrzymać kult, kierując nim zza granicy. Frankiści powoli odchodzili od swojej sekty, dołączając do innych ruchów mesjanistycznych, czy asymilując się z chrześcijańską większością. Jeszcze przez ponad 50 lat trwał zwyczaj zawierania małżeństw jedynie pomiędzy rodzinami, które historycznie należały do sekty, jednak w połowie XIX wieku zanikł zupełnie, w wyniku całkowitej wymiany pokoleń.


Eeech. Tym razem to już naprawdę przesadziłem, obawiam się, że nikt przez to nie przebrnie. Jeżeli jednak komuś się to uda, to na koniec zostawię wisienkę – wielu badaczy spuścizny Mickiewicza, którzy odczytują jego dzieła nie w sposób dosłowny, lecz symboliczny odczytuje postać dobrze wszystkim znanego Jankiela – jako właśnie symboliczne przedstawienie Franka, którego spadkobiercą miał się ponoć czuć nasz wielki pisarz. I nawet ma to jakieś podstawy, ale naprawdę nie będę już Was katował Towiańskim, i nieznaną matką wieszcza, może jeszcze kiedyś przyjdzie na to pora. Pozdrawiam wszystkich cierpliwych i sorki za nieco przydługawy wywód, ta historia jakoś nie chciała się skończyć 😀

 

PS: I jak – facet Wam kogoś przypomina?

Reklama
Poprzedni artykułŻaden wypadek, to morderstwo i jestem tego PEWIEN!
Następny artykułLirycznie limerycznie

14 KOMENTARZE

  1. Zoologiczne, antysemickie
    Zoologiczne, antysemickie wersy i to jakby nie patrzeć, bo jeśli zabobony o Żydach rozprowadzali Żydzi, to z której strony nie spojrzeć antysemityzm. Fajny tekst, trochę męczące te powracające wątki, ale kto powiedział, że czytając nie można się zmęczyć. Zmęczyłem się, ale nie żałuje wysiłku, treść mnie zafascynowała, głównie dlatego, że nie ukrywam swojej niewiedzy w obrębie treści.

  2. Zoologiczne, antysemickie
    Zoologiczne, antysemickie wersy i to jakby nie patrzeć, bo jeśli zabobony o Żydach rozprowadzali Żydzi, to z której strony nie spojrzeć antysemityzm. Fajny tekst, trochę męczące te powracające wątki, ale kto powiedział, że czytając nie można się zmęczyć. Zmęczyłem się, ale nie żałuje wysiłku, treść mnie zafascynowała, głównie dlatego, że nie ukrywam swojej niewiedzy w obrębie treści.

  3. Gdy rozum śpi,
    budzą się frankiści.

    Jakoś to symboliczne, upadek silnej władzy centralnej w Rzplitej, a postaw sukna rwą między siebie różne ręce, jedne arystokratyczne, inne, jak widać, nie całkiem. Nie żeby była jakaś praktyczna różnica między jednym a drugimi…

  4. Gdy rozum śpi,
    budzą się frankiści.

    Jakoś to symboliczne, upadek silnej władzy centralnej w Rzplitej, a postaw sukna rwą między siebie różne ręce, jedne arystokratyczne, inne, jak widać, nie całkiem. Nie żeby była jakaś praktyczna różnica między jednym a drugimi…

  5. Przeczytałem!
    I to wcale bez zmartwienia, kokietujesz tym wysiłkiem, kolego!
    Temat bardzo ciekawy; fakt że również o gościu nie słyszałem.
    Co do skojarzeń – i owszem. W metodach co najmniej. Pociesza jedynie fakt, że co do skuteczności dzisiejsze demonki jednak nieco słabsze. I BAAARDZO DOBRZE!

  6. Przeczytałem!
    I to wcale bez zmartwienia, kokietujesz tym wysiłkiem, kolego!
    Temat bardzo ciekawy; fakt że również o gościu nie słyszałem.
    Co do skojarzeń – i owszem. W metodach co najmniej. Pociesza jedynie fakt, że co do skuteczności dzisiejsze demonki jednak nieco słabsze. I BAAARDZO DOBRZE!