Najłatwiej powiedzieć: przejaw skrajnego populizmu; promowanie nieudaczników; czeka nas parlament bezrobotnych, bo tylko tacy nie dostaną się na rozmaite listy hańby; nagonka na ludzi przedsiębiorczych, takich, którzy coś w życiu osiągnęli.

 

Oczywiście każdą ideę można ośmieszyć, pomysłodawcy przypisać niecne intencje. Taki los coraz częściej spotyka premiera Donalda Tuska. Najłagodniejsza krytyka pod jego adresem wypomina mu, że marząc o prezydenturze, kieruje się w swoich słowach i poczynaniach pijarem, niczym więcej. Tym razem atak na niedawną zapowiedź nowej ustawy antykorupcyjnej, którą premier w stosunku do projektu minister Julii Pitery jeszcze chce zaostrzyć, przebiega frontem wyjątkowo szerokim. Od Andrzeja Olechowskiego, poprzez Waldemara Pawlaka po Janinę Paradowską i wielu innych komentatorów. Koronny argument krytyków bazuje na tzw. liście Chlebowskiego, na której znaleźli się także ludzie posiadający po kilka akcji czy dorabiający pisaniem felietonów bądź pracą na uczelni. Tylko, moim zdaniem, to nie „lista" i zamysł Tuska wprowadzenia ustawodawstwa zmniejszającego zagrożenie „konfliktem interesu" występującym na styku polityki biznesu, są same w sobie absurdalne. Do absurdu sprowadzają debatę na ten temat komentatorzy właśnie, wyjątkowo zgodny chór polityków, przedsiębiorców i dziennikarzy.

 

Podczas konferencji prasowej Donald Tusk, nawiązując do sprawy senatora Tomasza Misiaka, oświadczył, że jest zwolennikiem pełnego uzawodowienia parlamentarzystów. Oznacza to, że jedynym źródłem ich dochodów powinny być parlamentarne pensje i diety. Ponadto przypomniał, że już wcześniej rekomendował swoim partyjnym kolegom, aby zbyli lub przekazali udziały i akcje spółek prawa handlowego. Później zaapelował do posłów i senatorów PO, aby uczynili to jeszcze w tej kadencji. Ustawa antykorupcyjna, nad którą premier przejął osobisty nadzór, ma wykluczać łączenie funkcji publicznej z zasiadaniem w zarządach i radach nadzorczych spółek. A także, jak wcześniej deklarowała Julia Pitera, ma dotyczyć rodzin i osób pozostających w trwałych związkach z politykami i urzędnikami państwowymi czy samorządowymi oraz ma ułożyć wszystkie rozproszone paragrafy w jeden akt prawny. Tak aby wymogi i ograniczenia dotyczyły jednako wszystkich, od radnego po senatora.

 

Obowiązująca ustawa o pełnieniu mandatu posła i senatora nakłada na parlamentarzystów wymóg składania deklaracji majątkowych, uwzględniających, rzecz jasna, także ich pozaparlamentarne dochody. Oświadczenia te są jawne, dostępne w internecie. Tymczasem zapowiedź Zbigniewa Chlebowskiego (a także innych klubów parlamentarnych), że przygotuje sobie ściągę w postaci listy parlamentarzystów PO czerpiących dochody ze źródeł pozaparlamentarnych doprowadziła do zwekslowania poważnej dyskusji na tory ocierające się o kabaret polityczny. Jak zwykle szybsze od polityków były media. I „listy hańby" zaczęły żyć własnym życiem. „Nie wykańczajcie ludzi" – apeluje Waldemar Pawlak. A Andrzej Olechowski mówi o „spazmie populizmu". Przy czym obydwaj panowie, i wielu innych, jednoznacznie dają do zrozumienia, że Platforma, niegdyś uważana za partię przedsiębiorców, znowu zmieniła kurs. Tymczasem o co tak naprawdę chodzi?

 


Po pierwsze
, o uzawodowienie. Nie wszystkie argumenty przeciwników należy lekceważyć. Czy lekarz, prawnik, wykładowca wyższej uczelni zechce zaryzykować czteroletnią przerwę w zawodowym życiorysie dla wątpliwego prestiżu i marnych apanaży związanych ze stanowiskiem polityka? Czy nie doprowadzi to do dalszego obniżenia jakości polskich władz, którym jak tlenu brakuje przecież dobrych legislatorów i prawdziwych znawców różnych dziedzin aktywności społecznej i zawodowej? Prześmiewcy prognozują, że preferowanymi kandydatami na posłów i senatorów będą w takiej sytuacji … bezrobotni. Jednak uważam, że poza absolutnymi wyjątkami są to argumenty nietrafione. Nasi parlamentarzyści nie dlatego są kiepscy, że nie ma wśród nich specjalistów z różnych dziedzin. Przeciwnie, dlatego że większość z nich nie wie po co w sejmie czy senacie się znalazła. Wiedza pochodząca z dotychczasowej działalności zawodowej powinna stanowić zaledwie jeden, nie najważniejszy, czynnik kompetencji parlamentarzysty. Konstytucja stanowi: Art. 104. 1. Posłowie są przedstawicielami Narodu. Nie wiążą ich instrukcje wyborców. Czy zatem – zadam nieco demagogiczne pytanie – lepszym posłem będzie były lekarz z gminnej przychodni, w której widział, jak wygląda stan zdrowotny i dostęp do usług medycznych przeciętnego mieszkańca, czy, dajmy na to, aktywny ordynator specjalistycznej kliniki, marzący o godziwym wycenianiu zaawansowanych procedur, które chciałby stosować? Aby zrozumieć na czym polega interes ogólnospołeczny potrzebna jest nie tylko wiedza, również pewien dystans, oderwanie się od swojego bezpośredniego środowiska zawodowego czy terytorialnego. Aktywnym dwuzawodowcom nabycie takiego dystansu na pewno przychodzi z trudnością, a pokusa walczenia o zapisy ustawowe „pod swoje środowisko" bywa niemożliwa do przezwyciężenia. Tym bardziej jeśli traktują oni posłowanie jako przemijający epizod w swojej zawodowej karierze. Z drugiej strony, stabilizacja „zawodu polityka" to problem złożony, wymagający lat ćwiczenia demokracji, a także, uważam, zmian systemowych. Takich jak podniesienie zarobków parlamentarzystów, co, moim zdaniem powinno się wiązać ze zmniejszeniem ich liczby oraz urealnieniem celów państwowych dotacji dla partii, poprzez wymóg wielostronnej edukacji eksperckiej. Czy w zapisie o obligatoryjnym zawodowym statusie posła i senatora należy dopuścić jakieś wyjątki? Różnie to wygląda w rożnych parlamentach. Na ogół zarobkowa działalność pozaparlamentarna ograniczona jest limitem wysokości honorariów za taką działalność, np. za wykłady akademickie. Przy czym niektóre dziedziny, takie jak zawody prawnicze, z dwuzawodowstwa polityczno-prywatnego są absolutnie wykluczone.


Po drugie
, zasiadanie we władzach spółek, kierowanie własną, choćby jednoosobową działalnością gospodarczą przez funkcjonariusza publicznego wzbudza chyba najmniej kontrowersji wśród komentatorów. Jest w oczywisty sposób niezgodne z regułami gry. Mimo to na „liście Chlebowskiego" są przykłady np. prowadzenia kancelarii prawniczych. Nieco bardziej skomplikowana sprawa dotyczy parlamentarzystów stojących na czele stowarzyszeń, fundacji i tym podobnych organizacji. Tutaj kryterium powinno być jedno, bezwzględnie obowiązujące. Czy taka instytucja korzysta z funduszy publicznych.


Po trzecie,
należy precyzyjnie ustalić reguły pomnażania osobistego majątku polityków poprzez uczestnictwo w rynkach finansowych. Janusz Palikot postuluje, aby przymus wyzbycia się akcji dotyczył pakietów stanowiących powyżej 10 proc. spółki kapitałowej, która miałaby powyżej 5 proc. udziałów w danej kategorii rynkowej. Wówczas obejmując funkcję publiczną należałoby akcje sprzedać albo przekazać do funduszu powierniczego. Nietrudno zgadnąć, że ustalenie zasad powiernictwa będzie wymagało odrębnych szczegółowych ustaleń. Czy i jaki zysk fundusz powinien takiemu politycznemu klientowi gwarantować.


Po czwarte
wreszcie, i najważniejsze, nie należy się łudzić, że nawet najbardziej restrykcyjne ustawodawstwo zupełnie wyeliminuje zagrożenie konfliktem interesu w życiu publicznym. Jeśli nawet minister Pitera bardzo szeroko zakreśli sferę potencjalnych uzależnień rodzinno-biznesowo-politycznych to i tak nie zapobiegnie wszystkim możliwym kontaktom, choćby towarzyskim, które do korupcyjnego lobbingu czy innych przejawów nagannego kolesiostwa mogą prowadzić. Gdyby było inaczej wystarczyłoby, aby wybrańcy narodu serio potraktowali choćby ZASADY ETYKI POSELSKIEJ uchwalone w 1998 roku. Jest ich niewiele, zaledwie pięć. W opisywanym temacie należałoby sobie przyswoić przynajmniej dwie:

Zasada bezinteresowności: Poseł powinien kierować się interesem publicznym. Nie powinien wykorzystywać swojej funkcji w celu uzyskania korzyści dla siebie i osób bliskich oraz przyjmować korzyści, które mogłyby mieć wpływ na jego działalność jako posła.

Zasada jawności: Poseł, przy podejmowaniu decyzji, powinien w możliwie najszerszym zakresie postępować w sposób dostępny dla opinii publicznej. Powinien ujawniać związek interesu osobistego z decyzją w podjęciu której uczestniczy.

Na koniec jeszcze dwie uwagi. Jak nie wylać dziecka z kąpielą. W udzielonych wywiadach Dziennikowi i GW Wiesław Walendziak skarży się na szklaną ścianę między biznesem i polityką. Ustawili ją zwolennicy rewolucji moralnej, zniesmaczeni przenikaniem się tych dwóch światów ujawnionym przez aferę Rywina. Rezultat jednak jest taki, że im większy sukces przedsiębiorca osiągnął, tym bardziej jak zwierzyna łowna jest traktowany. W czasach kryzysu jest to zjawisko nie tylko paradoksalne, również groźne. Walendziak powołuje się na inne kraje, gdzie przed podjęciem ważnych dla państwa decyzji gospodarczych rządzący w naturalny sposób konsultują się z z przedstawicielami gospodarki. U nas takie kontakty uznawane są za trefne, a polityka i biznes coraz częściej traktowane jak zwalczające się strony. Jeśli nad debatą o standardach pożądanych w polityce ciążyć będzie widmo afer, szklana ściana może przerodzić się w mur nie do przebycia. I choć zagrożenie konfliktem interesu zostanie zredukowane, interes państwa na tym poważnie ucierpi. Dlatego ważne jest, aby w dyskusji głupich emocji pozbyli się wszyscy uczestnicy. Bo przecież nie chodzi o to, żeby przedsiębiorcy z politykami nie ustalali wspólnie strategii gospodarczych. Tylko żeby ci drudzy nie ulegali partykularnym interesom poszczególnych biznesowych lobbies. Łatwiej będzie im to robić, gdy sami pełnić będą jednoznaczne, dobrze zdefiniowane role.

Dotychczasowa debata nad zapowiedziami Tuska i PO dobrze nie rokuje. Opór przeciwników z różnych stron, nie wnikając w ich intencje, wzmocniony został bronią najokrutniejszą, kpinami i szyderstwem. Gdyby miało zdarzyć się tak, że pod ich rażącym ogniem Tusk z pomysłów się wycofa lub zgodzi na ich rozwodnienie, jego wrogowie uznają to za potwierdzenie, że zawsze chodzi tylko i wyłącznie o pijar.

38 KOMENTARZE

  1. porównanie świetne ale
    porównanie świetne ale wnioski takie sobie. Wiele lat temu, w ramach odchamiania studiów technicznych, zmuszono mnie do wybrania przedmiotów o bardzo długich i mądrych nazwach. Tam poznałem teorię “zagłada wspólnego pastwiska” albo coś podobnego. Rzecz o traktowaniu dobra wspólnego. Jakiś czas temu zmodyfikowałem tą teorię do “historii kibla dworcowego”. Jeśli ktoś nasika na deskę, następny zmuszony będzie wejść na nią butami. Wtedy jest tylko kwestią czasu kiedy ktoś narobi na deskę. Następny użytkownik przymuszony okolicznościami, nie będzie miał wyboru i nawali pod drzwiami. Potem obsługa posypuje to zgrabnie chlorem aby nie było zarazy. Może też położy deskę na podłodze aby suchą stopą dotrzeć do otworu.
    A w kiblu nie będzie śmierdzieć gdy korzystający mają minimum kultury. Gdy tego brakuje potrzebna jest babcia klozetowa, która po każdym użytkowniku sprawdzi jak się zachował. Jeśli nie umiał się zachować, to sprzątnie po nim ale zrobi mu zdjęcie i wywiesi w gablotce “tych obszczymurków nie obsługujemy”. Po pewnym czasie babcia zaglądać będzie tylko raz dziennie.

  2. @Sawo
    Nie chce mi się już czytać, sluchać czy oglądać wszystkich "oświeconych", którzy wiedzą, że wystarczy to czy tamto, i zrobią wszystko, aby pomysł Tuska pogrzebać. Za Palikota, który podjął się opracowania regulacji dotyczących przekazywania akcji funduszom powierniczych już się niezależni dziennikarze zabrali. Wczoraj zupelnie osłupiałam kiedy poseł PO z mojego terenu, którego miałam za porządnego, publicznie się zaparł: nie, akcji się nie pozbędzie, z rady nadzorczej się nie wycofa bo za posiedzenia nie bierze pieniędzy, i już! Kopińska też rżnie głupa nt. jawności. Przytoczylam "zasadę etyki" która tego wymaga, i co? Te pięć zasad widnieje na czołówce sejmowej strony internetowej.

  3. @Sawo
    Nie chce mi się już czytać, sluchać czy oglądać wszystkich "oświeconych", którzy wiedzą, że wystarczy to czy tamto, i zrobią wszystko, aby pomysł Tuska pogrzebać. Za Palikota, który podjął się opracowania regulacji dotyczących przekazywania akcji funduszom powierniczych już się niezależni dziennikarze zabrali. Wczoraj zupelnie osłupiałam kiedy poseł PO z mojego terenu, którego miałam za porządnego, publicznie się zaparł: nie, akcji się nie pozbędzie, z rady nadzorczej się nie wycofa bo za posiedzenia nie bierze pieniędzy, i już! Kopińska też rżnie głupa nt. jawności. Przytoczylam "zasadę etyki" która tego wymaga, i co? Te pięć zasad widnieje na czołówce sejmowej strony internetowej.