Reklama

Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za naszego prezydenta.

Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za naszego prezydenta. Przyjęliśmy tę odpowiedzialność, kiedy go wybraliśmy niewielu z nas, którześmy na urzędującą głowę państwa nie głosowali, z takim postawieniem sprawy się zgodzi. Janusz Palikot w telewizorze opowiadał, jak jego prezydent swoim postępowaniem go wykańcza. Jak już ma go dość. Poprawka: Palikotowi nie przyszłoby do głowy powiedzieć "mój" czy"nasz" prezydent. Mnie też z trudem przechodzi przez gardło przyznanie się do współodpowiedzialności za to co wymyśla, wygaduje i robi prezydent mojego kraju. Ale czy nam się to podoba czy nie, w oczach postronnych tak jesteśmy postrzegani. Mówią i będą mówić: ten wasz prezydent. Na przykład niebawem w Brukseli. Jeśli znowu panu naszemu prezydentowi uda się stanąć na czele polskiej delegacji, aby negocjować unijną politykę klimatyczno-energetyczną. A stanie się tak, jeśli nasz pan premier dla świętego spokoju odpuści i zgodzi się na unijnym szczycie wystąpić pod przywództwem naszego pana prezydenta. A jeśli nie? Nic nowego. Kolejna powtórka z rozrywki. Trudno policzyć, która to już. Wyjścia są dwa. Machnąć ręką i uznać, że się przyzwyczailiśmy do kolorytu naszych panów polityków i ich niesłabnącej inwencji w odgrywaniu naszej polskiej szopki. I drugie, obalić konstytucję, wypisać z niej pana prezydenta albo pana premiera, bo obu się pewnie nie da, chyba że komuś by się marzył powrót do rządów sekretarzy.

Póki co jednak pierwsza opcja jest nie tylko łatwiejsza do zrealizowania, ale również bardziej zasadna. Choćby w obliczu tego, co dzieje się za miedzą. Bracia Ukraińcy z pewnością, gdyby mieli do tego głowę, z zazdrością patrzyliby na niewinne polskie igraszki między dworem i pałacem. Prezydent Wiktor Juszzczenko informując o rozwiązaniu parlamentu stwierdził: Demokratyczna koalicja rozpadła się przez ambicje jednej osoby, jej żądzę władzy, w rezultacie zwycięstwa interesów osobistych nad narodowymi. Miał oczywiście na myśli Julię Tymoszenko. W sierpniu Blok pięknej Julii zagłosował wspólnie z Regionami Wiktora Janukowycza za ograniczeniem prezydenckich kompetencji. Tym samym ostatecznie rozpadła się rządząca krajem pomarańczowa koalicja, której premierem była Tymoszenko. W ciągu ustawowych 35 dni nie udało się sklecić jej ponownie, ani utworzyć innej. Ćwiczono różne kombinacje z udziałem trojga głównych aktorów i grup oligarchów stojących za każdym z nich. Dziś sytuacja jest taka, że Tymoszenko i Janukowycz twierdzą, że decyzja Juszczenki jest nielegalna. Ponieważ termin, według ich wyliczeń, jeszcze nie upłynął. Różne rzeczy mogą się zdarzyć, łącznie z próbą impeachmentu prezydenta. Tymczasem gwałtownie pogarsza się sytuacja ekonomiczna kraju. Z powodu kryzysu światowego spadło zapotrzebowanie na stal, głównego źródła wpływów do budżetu. Groźne pomruki, jak zwykle, wydaje Moskwa.

Cytat otwierający notkę pochodzi z tekstu Julii Mostowej w Dzerkale Tyżnia (Zwierciadle Tygodnia),cenionego kijowskiego tygodnika opinii. Stanowisko autorki jest jednoznaczne. Przede wszystkim zawiódł Juszczenko. Kolejny raz. To on, niemal natychmiast po wyłonieniu w bólach po zeszłorocznych, przyspieszonych wyborach rządu, zaczął podkopywać pozycję i prestiż popularnej pani premier. Uznał, że może być groźnym przeciwnikiem w walce o kolejną prezydenturę. Złą opinię o Juszczence podziela większość Ukraińców. Tym bardziej, że tak naprawdę kohabitacja między dwojgiem bohaterów pomarańczowej rewolucji pękła już dawno. A na podorędziu zawsze gotowy czekał Janukowycz i jego moskiewscy mocodawcy.

Ugrupowania Juszczenki i Tymoszenko nie dzieli ideologia. To konflikt czysto personalny. Wybujałe ambicje, bezwstydna walka o władzę. Którą w stopniu dla nas trudnym do pojęcia podsycają różne grupy oligarchów oraz, naturalnie, Kreml.

Większość moich ukraińskich przyjaciół od zawsze była pod urokiem pięknej Julii. Uważali, że Juszczenko jest kiepskim strategiem, łatwo podlega wpływom i w ogóle jest mało decyzyjny. W 2004 nie bardzo się z nimi zgadzałam. Jego wystąpienia na kilku przedwyborczych wiecach, które obserwowałam, czy w debatach telewizyjnych robiły świetne wrażenie. Ale dopóki byli razem kto kogo bardziej lubi nie miało większego znaczenia. Pierwszy dzwonek alarmowy zadźwięczał, gdy przed III turą nieliczni zwolennicy pomarańczowych w Donbasie nie doczekali się przyjazdu swojego idola. Julia pojawiła się w Doniecku zaraz po głosowaniu i kilka godzin spędziła na prywatnych rozmowach z Rinatem Achmetowem, tamtejszym pierwszym po Bogu. W 2006 zwycięzcą w parlamentarnych wyborach w skali kraju okazała się Partia Regionów przywróconego wcześniej do łask premiera Janukowycza. W zachodniej Ukrainie Blok Julii Tymoszenko uzyskał znacznie lepszy wynik niż Nasza Ukraina Juszczenki. Mezalians Juszczenki z Janukowyczem nie trwał długo. Ale w 2007, w przededniu przyspieszonych wyborów, rozpisanych przez prezydenta pod pretekstem korupcji politycznej uprawianej nagminnie przez deputowanych Regionów, błękitne miasteczko zwolenników Janukowycza było na Majdanie liczniejsze niż pomarańczowe juszczenkowców czy biało-czerwone bjutowców. Jednak jesienią zeszłego roku na chwilę wydawało się, że reaktywacja ukraińskiej bajki jest możliwa. Dziś moi znajomi pytani o prognozy na przyszłość machają ręką. W mailach piszą raczej o nowych żonach, mężach i narzeczonych.

Zrozumienie na czym polega ukraińska niemoc jest jeszcze trudniejsze do pojęcia niż wyjaśnienie polskich ustawicznych "kłótni w rodzinie". Parę miesięcy temu uczestniczyłam w panelu, którego gośćmi byli trzej Ukraińcy: biznesmen, dyplomata, działacz organizacji pozarządowej. Na każde pytanie z sali padały trzy skrajnie różne odpowiedzi. Przykład: "Jaka jest orientacja waszych oligarchów?" Odpowiedzi: "Współpraca z Zachodem. Współpraca z Rosją. Zależy im przede wszystkim, aby utrzymać władzę i rozdawać karty." Juszczenko zdecydowanie liczył, że Zachód go wspomoże. Ale pomyliła mu się kolejność. Był dość przekonujący na brukselskich i waszyngtońskich salonach. Nie zrobił nic, aby do prozachodniej orientacji przekonać rodaków. Zamiast integrować kraj, z wydatną pomocą Rosji jeszcze bardziej różnice między wschodnią i zachodnią Ukrainą pogłębił. Julia usiłowała, jak rasowy polityk, grać na wielu fortepianach. Niestety, albo nie dostaje jej talentów, albo rzeczywiście była przez prezydenta blokowana. Janukowycz, wspierany przez komunistów i innych populistów, popisywał się czasami przyjaznymi gestami wobec Europy, ale bez wątpienia wespół ze swoimi kremlowskimi mocodawcami głównie zacierał ręce z uciechy.

Wśród Polaków można spotkać dwie skrajne opinie na temat ukraińskich niepowodzeń. Z pierwszą: "Nie dorośli do demokracji, nie ma co się nimi przejmować", zdecydowanie się nie zgadzam. Skok cywilizacyjny w analogicznym czasie zrobili wcale nie mniejszy niż my. A o naszej, statystycznie rzecz ujmując, dojrzałości mam także nie najlepsze zdanie. Drugi pogląd, o przemożnym i nieuniknionym wpływie Rosji, która zrobi wszystko, aby nie wypuścić Ukrainy ze swojej strefy wpływów, przeto powinniśmy od niej trzymać się z daleka, wzbudza jeszcze większy mój sprzeciw. Może dlatego, że większość moich ukraińskich znajomych to ludzie młodzi i bardzo młodzi, pochodzący z różnych rejonów. Nie wyobrażam sobie, abym mogla im tę polityczną "mądrość" sprzedać. Pewnie też dlatego, że pamiętam, jak nam niektórzy "przyjaciele" z Zachodu usiłowali w podobny sposób objaśniać porządek świata.

Na koniec cytat z tekstu Mostowej z angielskiej wersji DT:

Some day the crisis of state power, lasting since 2000, will be over. Some day we will be divided in the leftist, rightist and centrist in our political allegiances, rather than in the East and West. Some day the president will demand that the Parliament passes the budget law in a timely manner, rather than a law on expanding his powers. Some day businesspersons will do business and public institutions will be staffed with professionals. Some day we will implement reforms, join the EU, and turn from the population into citizens. It will start small ? with a traffic policeman refusing to take a bribe; with a hundred hryvnias paid as a party membership fee rather than five million paid for a place in the party list; with a cab-driver turning on the mile-meter when you get in; with accurate scales at the Bassarabsky market; with a park won back from the crooked developer; and from the president?s political opponent responding to their foreign peer: ?I would kindly ask you to choose your language carefully. We will put our house in order ourselves.? And then there will be only one thing left ? to put our house in order.

Strasznie to naiwne i sentymentalne, prawda? Ale może czasami naiwne marzenia również warte są przypomnienia? Nie tylko na Ukrainie.

Reklama

15 KOMENTARZE

  1. Co to za ciekawa figura :-)))
    “Jednym słowem w zaokrągleniu na L.K głosowało 8 mln. Polaków. Dla lepszego wyobrażenia mamy w Polsce ok 8mln emerytów.”.

    A masz może informację o przekroju społecznym tych, którzy głosowali na L.K. czy te “8 milionów emerytów”
    wyjaśnia wszystko? :-)))))

  2. Parę uwag.
    Już tekst o 8 milionach głosów na LK związanych z liczbą 8 milionach emerytów jest dokładnie dzieleniem
    Polaków. A jest przecież pochodną różnego rodzaju tekstów, które dotknęły LK i wygrany PiS już zaraz po wybprach 2005. Wisienką na torcie była słynna “moherowa koalicja” w wykonaniu Donalda T.

    Zauważ, że główne “zarzuty” wobec LK to -“mlaskacz”, “brat mniejszy” itp. mające się nijak do meritum. Okazuje się, że działania dotyczące tej samej dziedziny (np. polityka wschodnia) jedni kwitują jako “nadpobudliwość” Prezydenta ale już
    najzwyklejsza kradzież tego pomysłu politycznego, nazwana przez Sikorskiego jakimś “Partnerstwem”
    zostaje okrzyczana wielkim sukcesem. Ten “wielki sukces” okazał się porażką (moim zdaniem – złe wykonanie dobrego pomysłu) zaś prezydencka polityka zaowocowałaa choćby wczorajszym tytułem “sojusznik Polski (czyli Litwa)…”.

    Reasumując – w mojej ocenie każde, nawet najbardziej efektywne działanie LK, będzie z definicji ocenione jako złe a największa kicha obecnej ekipy rządzącej (o kłamstwach nie wspomnę) zostanie z automatu sukcesem. Każdy, kto nie zgodzi się z tym schematem zostanie “ciemnogrodem”, “pisuarem”, “moherozą” itp.
    I kto tu dzieli?

    • a jakie jest meritum?
      “Panie prezesie, melduję wykonanie zadania” – na dzień dobry po wyborach – dla tego i pozostałych dowodów “PiSyzacji” urzędu Prezydenta okrzyknięto LK “bratem mniejszym” Jarosława.

      Gdyby potrafił wznieść się ponad podziały partyjne (jak Kwaśniewski, skądinąd niezbyt mi miły), nie dotyczyłaby go “moherowa koalicja”, którą zawierał przecież jego brat? Akurat w trakcie rządów PiSu z LiSem LK nie wykazał się szczególną aktywnością polityczną. Natomiast zapowiedź wetowania w czambuł ewentualnych ustaw Platformy po wyborach 2007 i cała aktywność po tych wyborach to dowód, że LK jest nastawiony na generowanie konfliktów. A w najlepszym razie – nie potrafi się powstrzymać od ulegania prowokacjom.

      “Złe wykonanie dobrego pomysłu” to eufemizm – ale dla LK rzecz charakterystyczna. Chętnie zobaczę, jakie będzie wykonanie pomysłu z balem 11 listopada. Zapowiedzi (wstrętnych, manipulujących, tak, wiem) mediów wskazują, że góra urodzi mysz. Czego wbrew pozorom nie życzę, bo to inicjatywa międzynarodowa i jej wykonanie wpłynie na wizerunek całego kraju za granicą, a więc i wszystkich obywateli – Pana, pani i tego pana też.

  3. co znaczy “mój”, “nasz” w polityce
    myślę, że to jedna z tych trudnych lekcji demokracji, której jeszcze się nie nauczyliśmy – ani my, wyborcy, ani oni, politycy; ciekawe, że za Kwaśniewskiego owo “to nie jest mój prezydent” pochodziło głównie od postsolidarnościowego elektoratu, ale on, słusznie, przynajmniej robił wrażenie, że to sekowanie ignoruje; Kaczyński jest absolutnym nieporozumieniem, bo nigdy, jak zauważył Julian, nie próbował być “naszym” prezydentem, co więcej, nawet “swojego” pisowskiego elektoratu nie próbował jakoś państwowotwórczo wyedukować; w gruncie rzeczy jest przede wszystkim jedynie prezydentem swojego brata; teraz niektórzy spin-doktorzy, widząc dołowanie PiS-u, próbują go przekierunkować, ale efektem są spazmatyczne drgawki; jeśliby udało się obecnemu parlamentowi zmienić konstytucję i wyeliminować dwuwładzę wykonawczą – wszystko inne bym im wybaczyła; na razie przychodzi mi się “cieszyć”, że jednak Ukrainą nie jesteśmy, bo wbrew temu, co głoszą Zybertowicz i inni, nasze “układy”, czyli powiązania polityczno-biznesowo-esbeckie( kgbowskie) w porównaniu z ukraińskimi to naprawdę kaszka z mlekiem.

  4. przewaga jednego ośrodka władzy
    wydaje mi się jednak, że przewaga jednego ośrodka władzy, czyli ustrój kanclerski bądź prezydencki, lepiej się w świecie sprawdza; u nas, moim zdaniem, panuje konstytucyjny bałagan; ustrój określa się jako parlamentarno-gabinetowy, ale mandat prezydenta, pochodzącego z powszechnych wyborów, jest też “prowokująco” silny; a “sprowokować” Polaków łatwo; na szczęście póki co jest to warcholstwo głównie w warstwie propagandowo-medialnej; do pewnego czasu byłam zdania, że to konieczny, ale niezbyt groźny koszt dojrzewającej demokracji; ale teraz – dodam coś, o czym dotychczas nie wspomniałam – sytuacja naprawdę zaczyna gnić, a wydatnie przyczyniły się do tego media

  5. hmmmmm
    każdy z tych trzech działa w innych uwarunkowaniach konstytucyjnych, w chwili obecnej mamy drugiego prezydenta który piastuje urząd mając taka sama konstytucyjną sytuacje jak poprzednik.
    Kwaśniewski jako “spirytus movens” (choć z naciskiem na spirytus) aktualnie obowiązującej konstytucji, chciał swoja prezydentura udowodnić jej słuszność i w ramach dowodu chciał być jak najbardziej “pozytywnie kohabitacyjny”.
    Sytuacja taka jak w tej chwili, czyli niemożliwa kohabitacja z powodów “rodzinnych” daje podstawy to stwierdzenia że zmiana konstytucji jest konieczna i nie jest w zasadzie ważne gdzie ulokujemy dominantę władzy w dużym czy małym pałacu, ważne jest by precyzyjnie dookreślić koto rządzi.
    Dualizm decyzyjny czy to w zakresie polityki zagranicznej czy też w tak wrażliwym z punktu widzenia obronności temacie nominacji generalskich czy tez powoływania szefa sztabu generalnego nie służy dobrze krajowi.

  6. Julianie,
    Możemy duskutować, opierając swoje zdania na “uważam go za”. Tyle, że to do niczego nie doprowadzi.
    Lepiej spójrzmy jak sprawy się miały. Przypomnij sobie słodziutkie deklaracje Tuska – jakoby on był taki miluśki i pokojowo do LK nastawiony. A ta “pokojowość” wyszła szydłem i grubymi nićmi – po ujawnieniu treści “Przekazów Dnia”. Co więcej – nawet po ich ujawnieniu dalej dęto w tubę, że “Prezydent znowu wywołuje konflikt”. No sorry winetu – leją w Prezydenta jak w kaczy (:D) kuper i jeszcze mówią, że to on zaognia…