Reklama

Historia świata to historia ludzkich potraw, uczt, biesiad, to nasza kultura związana z drugim człowiekiem.

Historia świata to historia ludzkich potraw, uczt, biesiad, to nasza kultura związana z drugim człowiekiem. Nigdzie tak wyraźnie nie biegnie granica różniąca narody jak ta posmarowana ich własnym sosem. Słowa: kuchnia tajska, włoska, budzą od razu właściwe skojarzenia, na samą myśl ślinka cieknie do ust.

Jeśli pozbawiamy się za pomocą najrozmaitszych diet, tego właściwego aspektu społecznego, przestajemy różnić się od zwierząt, które nie jedzą a żerują. Rozumne stworzenia jakimi jesteśmy, żywią się nie tylko jedzeniem, żywią się konwersacją przy stole, dobrym smakiem, manierami, gościnnością.

Sposób podania potraw również ma niebagatelny wpływ. W czasie świąt cała uwaga koncentruje się przy stole aby użyć przykładu znanego nam wszystkim – nawet tym, którzy w ich czasie nie gonią za dźwiękiem kościelnego dzwonu.

Jedzenia zawsze miało wymiar duchowy, współistniało w kulturze do czasu pojawienia się pop-kultury, kultu – a raczej jej braku – jednostki, nawet najbardziej banalnej, dla której dieta stanowić może jedyny aspekt bycia „kimś”.

Dieta pozwala nam na chwile choćby odczuć, że kontrolujemy własne życie, to co wpychamy do ust jest tylko i wyłącznie naszą decyzją.

Pop-kulinarna papka mimowolnie wypełnia nasze żołądki kolorowymi odpadkami obiecującymi smukłą sylwetkę jakby to dzięki niej wszystkie troski świata miały prysnąć jak niskokaloryczny sok zawinięty w aluminiową puszkę wypełniony całą tablicą Mendelejewa.

Oczywiście jak najbardziej istotne jest to co zjadamy ale istotne – czy chcemy tego czy nie – jest jak i gdzie to zjadamy.

W Japonii nie ma praktycznie zawałów serca a we Włoszech mimo – podobno – tuczącego makaronu i hektolitrów wina wypijanego codziennie, oraz kolacji spożywanych po godzinach daleko przekraczający rozsądne rady dietetyków, grubasów nie przybywa nawet w procencie tego, co obserwujemy na przykład w USA.

Makaron z pszenicy durum jest mniej kaloryczny niż ten kupowany u nas za 2 złote, a wino to naturalny rozcieńczalnik kalorii w przeciwieństwie do rodzimej wódki i piwa.

Ważne jest, co jemy, a nie ile jemy choć dla większości wyda się to dziwne.

Człowiek gruby postrzegany jako ktoś kto nie umie zadbać o własną „personę”, nie panuje nad własnym ciałem a co za tym idzie nad własnym umysłem. W wielu przypadkach to oczywiście prawda, ale rozmawiamy tu o jakości a nie o ilości.

Wiek XX był wiekiem „opakowań” – zachęcani do kupna niekiedy prawdziwie pięknymi wytworami sztuki użytkowej kupowaliśmy je dla samego wyglądu, który kojarzył się z wytwornością i dostatkiem. Wiek XXI jest wiekiem „pustych opakowań”. Kupujemy produkty, które już tylko „wyglądają”.

Puste kalorie ukryte w niewidzialnych słodzikach, wypełniaczach, których nazw nie da się przeliterować za pierwszym razem. Uwodornione tłuszcze, o których będzie mowa i woda stanowią procentowe gro sprzedawanych produktów, za które słono płacimy.

No właśnie, zapomniałem o soli.

Sól, woda, aromat wędzonki numer E2000-700, odrobina mięsa ze świnki, która zjada wodę, sól i aromat zboża – i szynka babuni gotowa Staropolski schab po chłopsku również, mimo, iż żaden chłop schabu na oczy widzieć nie mógł, ale to kwestia na osobny artykuł.

Jedzenie, jak długa jest historia ludzkości, niezależnie od szerokości geograficznej,  wiązało się ze zdrowiem a przede wszystkim z przyjemnością. Obecnie jest przymusem dopasowywania się w coraz to węższe spodnie i sukienki pod którymi apetyczne ciała zamieniły się w suche kości w imię pop-kulturowej idei – jesteś tym co nosisz na sobie w zamian za – jesteś tym co jesz.

Nic nie daje mi tak naturalnej szczęśliwości jak kolacja we dwoje, w trakcie której mogę obserwować zmieniający się nastrój jakże skory i łasy na prawdziwe witaminy, smaki i otoczenie. Dlatego omijam MacDonalds’y nie dlatego, że jednakowe i bezbarwne jedzenie jest zrobione z "odpadków", ale dlatego, że w kolorowej budce MacDonals jedzenia się nie podaje a się je kupuje.

Jedzenie konsumuje się samotnie przy małym stoliku na niewygodnym krzesełku, które należy szybko opuści dla następnego klienta jak na taśmie wrzucanego do przetwórni posypanych sezamem bułeczek. Konsumuje się to jednakowe na całym świecie jedzenie w oderwaniu od społeczności, charakteru miejsca i lokalności, która odzwierciedla się w potrawach na całym świecie, w charakterze ludzi, którzy je tworzą.

Dieta to konsumpcja w pojedynkę, w samotności, paliwo do przeżycia kolejnego dnia z wynikiem 500 kalorii, dwóch marchewek, trzech sztuk groszku z puszki, bo ten zrywany ręcznie jest alergiczny, choć jest oczywiście dokładnie na odwrót.

W większości diet mówimy tylko o wyniku. Przyjemność jest odsunięta na plan dalszy jakby nasze samopoczucie nie miało najmniejszego znaczenia. A jednak jedzenie to obszar łączności potrzeb ciała i ducha. W kulturze fast food i w kulturze diet nie spożywamy posiłków w rodzinnym gronie ani w domowej atmosferze. Zaczynamy zacierać granicę między ludzkim ucztowaniem, celebrowaniem a zwierzęcym – żerowaniem.

Myślę, że mało kto odpowiada sobie na pytanie – dlaczego się odchudzam?

W pop-kulturalnej narcystycznej epoce wysoce błaznowatych postaci, kreujących kult jednostki, zrywa się z życiem duchowym, z tradycją, z drugim człowiekiem, gdzie miejsce i otaczający ludzie tracą na znaczeniu. To ciało staje się najważniejsze, a dieta sposobem na życie.

Umiarkowanie to właściwy sposób trzymania ciała na dystans, dieta to kult wyglądu, który w skrajnej postaci ujawnił się nam dosyć niedawno pod pięknie brzmiącym hasłem – anoreksja – czyli jedzenie na odwrót. Nie było jej 20 lat temu i dziwnym trafem chorują na nią prawie wyłącznie dziewczynki.

Zachęcani do kupowania rzeczy mało kalorycznych w trosce o nasze zdrowie sięgamy do półek gdzie jedzenie tylko z wyglądu je przypomina. Tłuszcz wypełniający większość produktów typu light (ale nie tylko te produkty) zawiera tłuszcze trans, które nie wprawiają człowieka w błogie kołysanie. Nasz organizm nie potrafi ich rozłożyć więc zalegają w naszym organizmie jak plastikowe butelki na wysypisku śmieci.

Zaczęło się to w XIX wieku, wieku wynalazków.

Oprócz telefonu, samolotu, żarówki elektrycznej, karabinu maszynowego człowiek dostał użyteczne kostki tłuszczu. Utwardzony za pomocą wodoru tłuszcz można było wyrabiać w postaci wygodnych kostek, począwszy od mydła po smary przemysłowe.

W 1911 firma Procter & Gamble wpadła na to, jak cały proces uwodornienia tłuszczów wykorzystać do celów spożywczych.

"Crisco" z nasion bawełny pozostałych jako odpady w przędzalniach bawełny weszła szturmem do amerykańskich gospodarstw by po chwili zamienić się miejscem z wszystkim znaną margaryną. Dała kopniaka poczciwemu smalcowi, w odstawkę postawiła tłuszcz wołowy jak i wieprzowy i nie topniała w temperaturze pokojowej jak sztabka złota, którą to cudo owinięte w złotko przypominało. Jeśli wspomnimy, że produkcja margaryny stanowiła 12% ceny masła to o intencje dbających o nasze zdrowie producentów, którzy znaleźli tą spożywczą żyłę złota proszę nie pytać.

Tłuszcze trans osadzają się w naszym organizmie niczym kamień w czajniku zwiększając ryzyko choroby Alzheimera, podnoszą poziom cholesterolu, zwiększają ilość płytek miażdżycowych w tętnicach, prowadzą czasami do zawału.

Dania w 2003 prawnie ograniczyła produkcję tłuszczów trans. Zważywszy, że ten kraj w rankingu najbardziej zadowolonych ludzi na świecie wygrywa już od lat to nie należy jednak oczekiwać naśladownictwa innych krajów w rozważnym zachowaniu jego mieszkańców.

Krociowe zyski jakie niesie ze sobą ten „biznes” są zbyt wielkie a chciwość jego prezesów nie da się porównać z niczym choćbyśmy siłą swej wyobraźni wykreowali czarną dziurę zdolną pochłonąć wszechświat i samą siebie włącznie.

Dodam, że w Polsce nie ma obowiązku ujawniania na etykietach zawartości tłuszczów trans. Są na pewno w „zdrowych” substytutach masła, ciastkach, batonikach, pączkach, lodach, gotowej żywności, produktach smażonych w głębokim tłuszczu – jak na przykład frytki w restauracjach gdzie używa się „frytury” – dziesięć razy tańszego tłuszczu niż jakikolwiek tani olej.

Wracając do tematu.

Kiedy kobiety straciły biodra i zaczęły przypominać wieszaki na sukienki, mój świat stracił nieco kolory. Pole pięknych kwiatów zamieniło się w jednolitą uprawę lekkostrawnej soi. Kobiety tracą codziennie miliardy kalorii ale tracą również kobiecość i przynależną im radość życia – za często spuszczają smutny wzrok w dół, w stronę wagi czy pustego niemal talerza i tak już z przyzwyczajenia chodzą z pochylonymi głowami.

A w rzeczy samej nie ma żadnego racjonalnego wytłumaczenia dlaczego mamy być „chudzi”.

Jedzenie to paliwo szczęścia, smalec naszego samopoczucia, masełko uśmiechu i konfitura życia.

Miałem zamiar opisać kilka z oficjalnie popularnych diet ale szkoda Państwa czasu i klawiatury na dywagacje w większości bełkotliwie uzasadniające ich istnienie na rynku oprócz finansowego, nad którą ubolewam.

Próbuje sobie wyobrazić obiad z moimi przyjaciółmi i tą wesołą atmosferę po podaniu kostek tofu z kotletami z groszku polanego kilkoma kroplami sosu z dietetycznej wody i jakoś nie mogę.

Mogę natomiast wyobrazić sobie złotą grzankę z bazyliowo-czosnkowym masłem, wyjazd do lasu i gotowanie na butli gazowej darów lasu natychmiast po ich zebraniu w cieniu pachnących sosen, lody z cukierni Corrido Constanzo w Noto na Sycylii. Robione z sycylijskich pomarańczy są równie dobre jak te jaśminowe, robione z kwiatów zbieranych wieczorem, kiedy pachną najmocniej. Wyobrażam sobie coś nieziemskiego – Pacyfik pluskający u moich stóp kiedy zajadam się rybą w Doyles, restauracji, z której widać zapierającą dech w piersiach panoramę portu w Sydney.

W wiedeńskim hotelu Saher próbuje prawdziwej tradycji zaklętej w tortowy kształt. Połuskam świeży groszek i zjem młode rzodkiewki posypane solą w asyście butelki Bastard Montrachet. To mogę robić na swojej działce. W Prowansji wystarczy spacer po targu aby najeść się do syta kozim serem i suszonymi na słońcu pomidorami ale jeszcze lepiej udać się na targ La Boqueria w Barcelonie – najlepszy targ na świecie – miejsce pełne radości, życia i kolorów. Zakupimy tam bycze jądra, bardzo drobny bób i skorupiaki jakie podobno nie istnieją.

Dieta Kopenhaska – nie mająca nic wspólnego z Rządowym Szpitalem w Kopenhadze – skutecznie wyleczyła mnie z befsztyków czy steków ale tego z ekologicznej farmy z wyspy Guernsey marynowanego cztery tygodnie nie odmówiłbym sobie na pewno. Dorzuciłbym ręcznie pociętego ziemniaka w postaci chrupiących frytek.

Po całodziennym jadaniu i podjadaniu, wieczorem, o zachodzie słońca należy usiąść w pobliżu palmy na Lanai na Hawajach i w otoczeniu rodziny lub przyjaciół zamówić super dojrzałe ananasy pękające od cukru. Schłodzony ananasowy cydr podany w długich szklankach smakuje jak nic na świecie. Nie żebym miał coś do surowych marchewek i dietetycznej coli podanej do kurczaka ale wolę świeżo złowionego homara z grilla podanego z roztopionym świeżym masłem na wyspie Nantucket u wybrzeży Massachusetts a kiedy już zejdę na ziemię i przestanę marzyć upiekę własny chleb wypełniając cały blok upojnym zapachem, który może choć jednego chudzielca sprowadzi ze ścieżki z umartwiającej cnoty na ścieżkę wesołej przygody.

Reklama

9 KOMENTARZE

  1. dobre żarcie nie ma perspektyw
    Niestety sześciu miliardów nie da się wyżywić smakołykami ręcznej roboty, muszą więc wpieprzać syntetyczne żarcie z fabryk żywności.
    Żywność może być albo smaczna, albo tania, inaczej się nie da.
    Częściowo jeszcze można się ratować własną uprawą i bliskością wsi, ale to już końcówka z uwagi na urbanizację.

  2. Ma, oczywiście, że ma
    I nazywa się Slow Food.
    Z winami również się zgadza. W Prowansji natrafiałem na malutkie winnice, gdzie kupowałem wino po 5 Euro, tak dobre, że w Polsce zapłaciłbym – na mój gust z 60 zł. Było nie do dostania w markecie.
    W każdym prawie mieście jest rynek gdzie można się smacznie obkupić.
    Oczywiście prawdą jest, że dobre jedzenie jest drogie. No cóż, nie kupuje sobie od dawna Fahrenheit’a bo wole zapach dobrej szynki i za tą jedną buteleczkę mam tej szynki aż nadto…