Reklama

Byłbym hipokrytą i efekciarzem, gdybym zadeklarował, że jutrzejszej stypy na Gnojnej nie obejrzę. Obejrzę, od dawna chodzi za mną taki przedziwny kaprys, otóż chciałbym się zabawić na klasycznym wiejskim weselu, gdzie wcześniej zabiło się świniaka i nawet napędziło „deptanej”, byle majster robił. Z całą oprawą, od „bramy”, młodzież i miastowych odsyłam do google, przez tańce, jadło i wódę w świetlicy, aż po oczepiny i jakbym dał radę, poprawiny. Na wesele się nie zanosi, to sobie obejrzę stypę w zupełnie innej, nie tak gustownej jak wiejskie wesela, konwencji. Jednak na tym koniec, nie będę sobie i innym zawracał głowy, będzie mnie można rozliczyć z prognozy, ale to co się jutro wydarzy w sejmie przetrwa jako hit do niedzieli, w najlepszym razie tydzień, natomiast potem zaczną się poważne wydarzenia polityczne. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Tusk się skończył, ale właśnie przeczytałem artykuł doktora Jarosława Flisa, krakowskiego socjologa, przynajmniej tak go kojarzę i lubię od czasu do czasu wysłuchać jego opinii. Lubię, ponieważ wydaje mi się jednym z nielicznych socjologów, który politykę komentuje naukowo. Gdy wszyscy, łącznie ze mną, podniecamy się bieżącymi rozgrywkami, Flis chłodno zwraca uwagę na rzecz fundamentalną. Koniec Tuska i przełom w PiS nie oznacza, że nam się tu nagle zmieni władza. Kto pamięta w jakich okolicznościach konali „mężowie stanu”, ten wie, że właściwie tylko jeden Kaczor pokazał jaja, ale niestety też brak rozwagi, oddając władzę bez specjalnego powodu. Cała reszta konała w bólach lub była w takiej sytuacji, że nie miała kim rządzić.

Rozważamy rozmaite hipotezy w nawale coraz bardziej „atrakcyjnych atrakcji”, ale zapominamy, że do wyborów mamy jeszcze trzy lata. Szmat czasu i być może jeden z powodów, dla których mecenasi jeszcze nie wyznaczyli pacynki. Ciągle podtrzymuję hipotezę, że jakby miało gruchnąć od zaraz, to mecenasi wcale nie będą zmartwieni robiąc krok w tył. Przekazanie władzy w warunkach katastrofy politycznej, gospodarczej i lada chwila społecznej, wcale nie jest głupim pomysłem. Pierwsze uderzenie bierze na siebie formacja do bicia, a chłopcy zawodowcy przezimują w roli beztroskich krytyków. Przy takiej wersji wydarzeń upieram się dość mocno, ale ona ma sens tu i teraz, z braku lepszych rozwiązań i na okoliczność ogólnej tragedii. W perspektywie trzyletniej takie scenariusze są warte mniej niż anegdotyczne numery totolotka sprzedawane na bazarze. Zamiast się podniecać jutrzejszą stypą, warto rozważyć, oczywiście z grubsza, plan trzyletni. Kilka wariantów od razu przychodzi do głowy. Pierwszy to skończony Tusk wsparty przez skończonego Millera, co uważam za idealne rozwiązanie, bo mowy nie ma, by dwóch skończonych przetrwało trzy lata, a przy okazji ostatecznie padają w następnych wyborach. Drugi wariant, to wersja platformy prezydenckiej z wąsami, ze zmianą lidera i z pozostawieniem dyżurnego Pawlaka. W tym wariancie SLD może się również pojawić, o ile grupa skończonego Tuska wyłamie się z projektu, co wcale nie jest przesądzone. Przy takim układzie również pajac z Biłgoraja miałby swoją rolę do spełnienia, niechby nawet cichą, na boku.

Wreszcie wariant trzeci, czyli rząd mniejszościowy, bez poparcia w sejmie, ale z syndromem Leppera i Giertycha. Mam na myśli strach drugiego i dalszych partyjnych garniturów przed nowymi wyborami. W praktyce może to wyglądać tak, że rządowi nie daje się głosów, natomiast wszystkie możliwe scenariusze prowadzące do rozwiązania sejmu przegłosowane nie będą, Belka za niemałym powodzeniem tak ciągnął. Innych wariantów chyba nie ma, bo Kaczyński musiałby naprawdę nie myśleć politycznie, gdyby się zdecydował na jakieś rządy z kawałkiem PO, PSL i wątpliwym poparciem sejmowym. Takie rozwiązanie byłoby abordażem platformy na łajby ratunkowe płynące do złotych pisków Zielonej Wyspy. Jedyną motywacją jaka by przemawiał na rzecz podobnej aberracji, to chęć uruchomienia międzynarodowej komisji smoleńskiej, ale tym Kaczyński by się pogrzebał w obecnych warunkach politycznych i zamknął drogę do wygranej w następnych wyborach. Jak widać są ciekawsze układanki, niż jutrzejsza stypa, która jest jak mój osobliwy kaprys, pobawimy się, napijemy, może sztachety polecą, pewnie w sobotę i niedzielę będą jeszcze poprawiny, ale od poniedziałku do roboty. Polityka jest fascynująca jak wiele innych, ocierających się o hazard kawałków ludzkiego życia i nie jest wielkim problemem postawić kabałę, czy trafić przynajmniej czwórkę w piątkowym „małym lotku”. Gorzej i trochę strach pomyśleć, co nas czeka nie dziś i nie za tydzień, ale przez trzy lata. Patrząc na sprawy z tej perspektywy wypada się pomodlić, aby moja szalona hipoteza o kryzysowym wariancie „na łapu capu” się sprawdziła. W przeciwnym razie przez trzy lata, polityczne trupy, w kilku konfiguracjach, będą kopać coraz głębszy dół pod dywanem.

Reklama

6 KOMENTARZE