Fantomowa noga stołu Wuja Sama i pozostałe gliniane, czyli największy przekręt w dziejach ludzkości

Prześlij dalej:

                 Chociaż ten plan jednak w istocie istnieje. Polega na tym, żeby tort, który przyszło im dzielić, zachować dla siebie. Tyle, ile się da. Z zawartości stołu, przy kórym ponoć zasiadamy wspólnie, dla nich mają być najdoskonalsze, najwykwintniejsze smakołyki, a nam, zwykłym zjadaczom chleba, pozostają na stole nawet nie okruchy, ale resztki i przy okazji niejadalne śmieci. Okruchy, jeśli się trafią, nie będą na stole, ale muszą z niego przypadkiem spaść. Oczywiście każdy z tych ludzi, zapytany o zasady podziału naszego swoistego tortu powie obłudnie, że stara się o to, by był dzielony sprawiedliwie. Jest jasne, iż my mamy to rozumieć właściwie – jak wiemy, sprawiedliwość to nie równość lecz właściwa zapłata za zasługi oraz usługi, a należna im, z racji roli, jaką pełnią wobec nas oraz odpowidzialności za tworzenie dodanej wartości, musi być wyższa.  Bo oni wykonują robotę Boga.

                  To nie żart. Takiego właśnie sformułowania użył prezes generalny, czyli CEO banku inwestycyjnego Goldman Sachs wiosną 2009 w wywiadzie dla  brytyjskiego „Sunday Times”. Miało to miejsce podczas apogeum olbrzymiego kryzysu, spowodowanej bankructwem innego banku inwestycyjnego, Lehman Brothers spowodowanego toksycznymi kredytami „subprime”. Blankfein nie zająknął się ani słowem na temat roli, jaką  pełnił  Goldman Sachs podczas kryzysu, przyczyniając się do niego najpierw ponadprzeciętnie, a później  stosując wyjątkowo pokrętne działania, „grając na dwa fronty”. Była to rzecz poniżej wszelkich standardów etycznych, dyskwalifikująca bank jako uczciwą instytucję. Wrócimy do tego później. I właśnie w takich okolicznościach Blankfein powiedział, że on wykonuje pracę Boga.

 

*****

Fair play oraz stałe reguły gry, czyli ruchoma bramka i zmienny czas meczu.

 

            Wyobraźmy sobie mecz naszego ulubionego sportu, piłki nożnej. Obserwujemy z wypiekami na twarzy, jak Lewandowski w meczu Bayernu z Realem przedziera się w pobliże pola karnego, dryblując po kolei trzech czy czterech rywali, aby na koniec oddać precyzyjny strzał ku bramce. Bramkarz nie ma szans. Pomimo pięknej parady, piłka muska mu tylko palce i zmierza w róg bramki. Zrywamy się z miejsca i wydajemy z siebie tryumfalny okrzyk. Jeeest!!! Goool!!!

            Ale co to? Łapiemy się za głowę. Z najwyższym niedowierzaniem obserwujemy, jak jakaś nieznana sila przesuwa słupek bramki oraz siatkę w bok. Niewiele, może z trzydzieści – czterdzieści centymetrów. Tylko tyle, by uniknąć piłki, która  leci obok niej. A za moment słupek powraca na swoje poprzednie miejsce. Co to za historia? Zjawisko nadprzyrodzone? Cud? Ruchoma bramka? Jak to technicznie możliwe? I jak można tak perfidnie manipulować grą?

            Zaciskamy nerwowo ręce i czekamy na to, co teraz się stanie. Na aferę. Skandal. Krzyki komentatora, zamieszanie i olbrzymią awanturę na trybunach. Czekanie się przedłuża. Czas jakby znieruchomiał. Ułamek sekundy wydaje się być wiecznością.

            Ale cudu ciąg dalszy. Okazuje się, że czas jednak nie znieruchomiał. Gra toczy się dalej. Krzyk na trybunach przeszedł w jęk zawodu i to wszystko. Słychać poza tym już pojedyncze, podniesione głosy kibiców, jedne odnoszące się do pecha, inne, mocno krytyczne, do wątpliwych umiejętności pechowego strzelca.  Za chwilę jednak bramkarz wybijaja piłkę, a na trybuny powraca monotonny szum.

Strony

Źródło foto: 
13515 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Marek Meissner

Autor artykułu: Marek Meissner