Fantomowa noga stołu wuja Sama a sprawa Polska, Cz. VI. Widziały gały co brały, czyli jest super

Prześlij dalej:

Akcja to najmniejsza cześć spółki. Kiedyś istniała w formie papierowej, dziś najczęściej występuje w postaci zdematerializowanej, tj. zapisu w komputerze biura maklerskiego. Można ich mieć jedną, dwie, tysiąc lub milion, zależnie od emisji oraz możliwości finansowych kupującego. Cena jednej akcji może być dowolna, w ilości nabywanych istnieją pewne ograniczenia oraz wymagane przez urzędy zgody, wynikłe z uregulowań prawnych, na przykład pozycji dominującej na rynku, ale nas to nie dotyczy, a więc zarazem nie interesuje. 

Posiadanie akcji daje teoretycznie szereg praw. Najważniejszymi są prawo do dywidend, prawo do uczestnictwa w walnym zgromadzeniu akcjonariuszy oraz prawo do udziału w majątku spółki w przypadku jej likwidacji. Napisałem „teoretycznie”, bo dokładnie tak wygląda rzecz odnośnie drobnego akcjonariusza. Rozważmy rzecz po kolei, powracając do tego, jak  realizacja owych praw wygląda w praktyce.

Prawo pierwsze, czyli uczestnictwo takiej osoby w walnym zgromadzeniu poprzez przeforsowanie czegokolwiek, ma taki sam sens, jak próba wpływania na prognozę pogody przy pomocy zaklęć. Powód jest jasny jak słońce – z głosami pojedynczych osób nikt się nie liczy. Drugie prawo, do dywidendy,  ma podobną wartość użytkową czyli zerową, bo nie jest niestety synonimem słów „prawo do uzyskania dywidendy”,  które sens oraz korzyść by miały. Dywidendą bowiem można zapłacić w sklepie (spółka wypłaca ją w postaci pieniędzy), a powołanie się w tymże sklepie przy kasie na prawo do tejże dywidendy spowoduje, że kasjerka umrze ze śmiechu. Mamy jeszcze ostatnie prawo, to jest prawo do udziału w majątku spółki w przypadku jej likwidacji. Prawo podobnie puste jak oba powyższe, bo w podziale będą uczestniczyć wyłącznie jej właściciele, a w przypadku likwidacji z powodu upadłości spółki, sprawą zajmuje się syndyk.  Reasumując – ci, którzy namawiają nas na kupno akcji, mamiąc jedną z powyższych korzyści, po prostu wciskają nam kit. Po co to robią, o tym później. Tu dodać jednak należy, że brak korzyści  dotyczy „zwykłego” zjadacza chleba , czyli przeciętnego Kowalskiego, a nie przedstawiciela tzw. wielkiego kapitału. Oni kupują „spółki”, czyli taką ilość akcji, która zapewnia im wszystkie przywileje, a wiec przede wszystkim władzę w spółce. Inne są pochodną właśnie tej władzy. Początek nie jest więc dla indywidualnego inwestora zachęcający.

Wiedząc już, czym jest akcja oraz spółka akcyjna, opiszmy teraz pokrótce proces sięgania przez tę spółkę po kasę przeciętnego Kowalskiego. Pierwszą rzeczą jest dobry, chwytliwy i modny pomysł, oraz napisany  „pod to” prospekt emisyjny. W nim potencjalny emitent składa potencjalnemu inwestorowi obietnice uczestnictwa w zarabianiu na wspomnianym pomyśle, a ten jest zachwalany przez niego jako wyjątkowy i na pewno lepszy od konkurencyjnego.

Strony

Źródło foto: 
19048 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Marek Meissner

Autor artykułu: Marek Meissner

1 (liczba komentarzy)

  1. Dla mnie to jest w ogóle dziwne że takie firmy windykacyjne mają rację bytu to znaczy że potrafią na siebie zarobić. Dłużnicy obecnie znają swoje prawa dzięki zwłaszcza internetowi w którym roi się od serwisów z poradami dla dłużników. Prawie każdy już wie na przykład o przedawnieniu. Ponadto, znacznie wzrosła skuteczność egzekucji komorniczych a to głównie dzięki wprowadzeniu nowelizacji dotyczącej egzekucji z rachunków bankowych, odbywa się obecnie bez wcześniejszgo powiadomienia dłużnika: http://windykacje.info.pl/2017/10/zajecie-rachunku-bankowego-bez-wczesniejszego-powiadomienia/  Ponadto, mnóstwo wierzycieli samodzielnie kieruje proste pozwy wygodnie poprzez e-sąd. Biorąc wszystko do kupy dziwi to, że takie i inne firmy windykacyjne dalej działają i tak naprawdę nie wiadomo, o co w tym chodzi. Tym bardziej że zwykle są to niskie długi kupowane w pakietach w tysiącach sztuk (każda to inny dłużnik) gdzie nie ma mowy o windykacji terenowej, bo się nie opłaca. 

  2. Strony