Reklama

W mijający nieśpiesznie dzień Św. Walentego, nieogarnięty walentynkowym szałem, muśnięty zaledwie, doznałem znienacka olśnienia: musi za tym stać jakaś baba. A jeśli baba, to ani chybi – modliszka. I natychmiast pojawiło się objawienie następne, zapalające nikłe ślady aureoli na strzępach szarych komórek: oto skrada się ukradkiem, zimowo-wiosennymi na Wyspach krokami, czczony niegdyś obłudnie jednogoździkowo w Peerelandzie, niby międzynarodowy, tzw. Dzień Kobiet. Czy istnieje ciągłość w celebrowaniu tego dnia, czy nie, może reaktywowano to święto – nieistotne. Faktem jednak jest obecność w przyrodzie grupy starych wiarusek, które ze łzą w oku na ów dzień czekają, stąd na wszelki wypadek duże litery. A jeśli stoją za tym baby, to na stówę modliszki! Zgroza!!

Modliszka – tu informacja dla nieuświadomionych przyrodniczo – samica oczywiście, to taki robal obrzydliwy, który w końcowej fazie kopulacji, w momencie, gdy wybrany przez nią i z łaski do aktu dopuszczony partner wywala na wierzch całkowicie już maślane oczy, a ciało ma znieczulone rozmaitymi tam serotoninami i endorfinami, konsumuje go, w znaczeniu kulinarnym oczywiście, w trosce o zachowanie ciągłości biologicznej. Smakoszka maślanych wyrobów jedna, psiakość! Chciałoby się w tym miejscu zaapelować do rodaków w UK, by ograniczyli spożycie polskiego masła, kosztem zwiększenia konsumpcji słonej margaryny angielskiej, niezawierającej, jak wiadomo, nawet śladowych ilości wyżej wymienionego szlachetnego tłuszczu. I nie jest to bynajmniej kryptoreklama, tylko troską podyktowana przezorność. Bo jest tego paskudztwa wokół pełno. Modliszek oczywiście!

Reklama

Pierwsza w jego życiu, licealna nastolatka, połknęła mu dwa pomaturalne lata i dwa następne, kiedy zawiedziony i zrezygnowany zdecydował się odbębnić zasadniczą służbę wojskową. Ostatecznie wyleczony, mając do dyspozycji wiele jeszcze żyć, wpadł w łapy (łapki?) tej najokazalszej, na całe dwadzieścia pięć lat pałaszowania, by następnie odskoczyć do najbardziej wyrafinowanej, dygocząc od czasu do czasu ze strachu już od kilku ładnych lat. W międzyczasie przypadkowa obecność w autobusie innej umożliwiła w ciągu dwóch minut oczyszczenie go przez jej kolesiów z portfela i wszelkich dokumentów. Jeszcze inna, wyłudzając podstępnie przez telefon podstawowe dane, wpakowała w problemy skarbowo-finansowe w obcym kraju. Pomniejszych szkoda tu wymieniać.

Najnowsza – supermodliszka – inwestorka budowy, gdzie obracane są ciężkie tysiące, już ostrzy ząbki. A przekąska może być solidna. Na 8 marca wypada terminowy koniec robót, to jeszcze trzy tygodnie, jak sama powiedziała w czasie wizytacji. A do zrobienia multum. I ze dwa razy tyle czasu na to potrzeba. Baba z jajami, nie ma co, nie zawahała się odstrzelić przemądrzałego architekta, zabraniając mu wstępu na budowę. Szef beztrosko pojechał z rodziną na tygodniowe narty, a chłopaki tyrają i nie jedzą masła.

I tu właśnie pojawił się znowu ów nieszczęsny 8 marca. Proponuję kompromis. Niechże dzień ten od dziś zwie się Dniem Modliszki. Międzynarodowym Dniem Modliszki, dla większego prestiżu. I owca będzie syta, i wilk cały. I sprawiedliwość zapanuje po naszej stronie, zgodnie ze stanem faktycznym. Miłego świętowania, Drogie Panie!

Niekoniecznie w gronie TWA.

PS Modliszka przezornie podała dziś bardzo dobry obiad i dulczyła potem w kuchni kilka następnych godzin smażąc pyszny ostatkowy chrust w kształcie ażurowych serduszek.

Ojojoj, będą maślane oczy…

WaszeR Londyński

14 lutego 2011 r.

Tekst – zaktualizowany – w pierwotnej formie ukazał się 18 lutego 2010 r. w 129. numerze wychodzącego w UK tygodnika Panorama (Polish Weekly Magazine).

Reklama

12 KOMENTARZE