Nikt się teraz tym specjalnie nie chwali, ale w1989 zapanował popłoch – przecież nie jesteśmy przygotowani do rządzenia!

Nikt się teraz tym specjalnie nie chwali, ale w1989 zapanował popłoch – przecież nie jesteśmy przygotowani do rządzenia! W podziemnej prasie programów na zagospodarowanie zwycięstwa było tyle co kot napłakał. Bo i wyobrażalne „zwycięstwo” pojmowane było specyficznie. Relegalizacja „Solidarności” i w domyśle – dalsza walka. A tu niespodziankę najpierw sprawił czerwony, a potem społeczeństwo. No i nastała gruba kreska, przyszedł Balcerowicz, i było po ptokach.. Zresztą diabli wiedzą. Może i lepiej? Lepiej, że wojna na górze rozgorzała na całego dopiero wtedy, gdy fundamentów już nie można było wykopać byle jaką siekierką? Choć z drugiej strony, gdyby prawdziwe, programowe konfrontacje trwały przez osiem długich lat wojny polsko-jaruzelskiej może mniej byłoby później niespodzianek, rozgoryczenia, złości? W życiu pojedynczego człowieka te osiem lat to wyrwa nie do odrobienia. Ale była to niejaka szansa na przygotowanie gruntu pod przyszłość. Nie do końca wykorzystana. Jednak kiedy wspominam tamte czasy, szczególnie końcówkę, robi mi się całkiem przyjemnie. Pewnie trochę dlatego, że pamięć jest wybiórcza i wypiera w niebyt przeświadczenie, że powinno być mądrzej i lepiej. Zawsze może. Ale chyba wstydzić się nie ma czego.
 
 1986-1988
 
  • W poznańskim Czasie (wydawnictwo: Solidarność Walcząca) recenzuję jakąś amerykańską sowietologiczną cegłę gloryfikującą „rosyjskie odrodzenie narodowe”. W felietonie na temat gorbaczowowskiej glastnosti i pierestrojkiprorokuję, że „restrukturyzacja w marszu”, postulowana przez genseka, niechybnie wymknie się spod kontroli.
  • Piszemy też w Czasie o innych czekających świat rewolucjach. RPA: co po upadku apartheidu? Komunizujący ANC Mandeli? Czy może zuluska Inkatha, której wydają się sprzyjać Amerykanie? Afganistan: spośród dzielnych mudżahedinów najbardziej fascynuje nas Ahmed Szah Massud. [W 2001 ginie z rąk talibów, w przededniu zamachu na WTC. A kilka lat później za sympatię do Sojuszu Północnego Massuda dostaje się Radkowi Sikorskiemu. Od wielkiego lustratora Antoniego Macierewicza. Który swoim niezawodnym węchem wietrzy powiązania Sojuszu (ergo: Sikorskiego) z Rosjanami.] Wyjaśniamy też istotę reaganowskich „gwiezdnych wojen”. Poprzednika tarczy antyrakietowej.
  • Gwoździem każdego numeru nieregularnika Czas jest wywiad. Na przykład z Henrykiem Szlajferem. Kto pamięta rok 1968, wie: Michnik i Szlajfer. Ulubieni antybohaterowie towarzysza Wiesława. Podczas gdy Michnik z marcowego bananowego wichrzyciela awansował na główny element antysocjalistyczny, o Szlajferze przez te lata było cicho. Ostracyzm środowiskowy? Po raz pierwszy w rozmowie z Irkiem [dzisiaj szef oddziału IPN] Szlajfer opowiadał jak pękł w pomarcowym śledztwie. Nie on jeden. Jednak największym hitem Czasu okazała się rozmowa Anki Grupińskiej i Włodka Filipka [odszedł niespodziewanie cztery lata temu] z Markiem Edelmanem. Przedrukowały ją prestiżowe amerykańskie czasopisma. I wywołała spory zamęt. Tak jakby po raz pierwszy świat się dowiedział, że za pomoc Żydom z getta Polakom groziła śmierć. Niektórzy uwierzyli, inni nie. Bo antysemityzm przecież nie zanikł w Polsce także po wojnie. No i prawie nikt spośród amerykańskiej żydowskiej diaspory nie dał wiary Edelmanowi, że to jego chłopcy z lewicowego Bundu, a nie syjoniści, twórcy Izraela, tworzyli trzon powstańców warszawskiego getta. I te wyrzuty wobec Zachodu. Za obojętność i hipokryzję.
 
Sierpień 1988
Konferencja Praw Człowieka w nowohuckich Mistrzejowicach. Gospodarzem był brodaty kapelan „Solidarności”, śp. ks Kazimierz Jancarz, głównym organizatorem senator III RP Zbigniew Romaszewski. Jedziemy na konferencję z Włodkiem. Akredytujemy się jako dziennikarze prasy podziemnej. I z godziny na godzinę coraz szerzej otwieramy oczy ze zdumienia.
  • Konferencja była nielegalna, ale jawna. Zaproszenie otrzymał nawet sam Kiszczak. Nie przyjechał, ale wydelegował jakiegoś wysoko postawionego SB-eka. A w pierwszym rzędzie siedział i wszystkim obradom pilnie się przysłuchiwał opalony gość z cenzury. Ciekawe, bardzo pouczające – mówi w wywiadzie, który udaje nam się uzyskać ostatniego dnia. Jednak całkiem bezkonfliktowo nie jest. Głównie z poruszaniem się po bliższej i dalszej okolicy. Trudności z dojechaniem do kościoła ma samochód z aprowizacją. A autokary z delegatami jadące do strajkujących górników, chyba w Manifeście Lipcowym, grzecznie ale  zdecydowanie zatrzymuje milicja. Nie pomagają żadne perswazje. Na szczęście w drugą stronę się udaje. Młodzi górnicy z kopalni witani są na konferencji niebywałym aplauzem.
  • W konferencji uczestniczyło około 1000 osób, z wielu państw. Ten przystojniak w dżinsowym ubranku to Ormianin. Tłoczącym się wokół delegatom, głównie płci pięknej,  szczegółowo wyjaśnia istotę konfliktu o Nagorny Karabach. Wtedy naiwnie uważamy, że Armenii z Azerbejdżanem udałoby się porozumieć, gdyby nie Moskwa. Podnieceni Chilijczycy są w przededniu prezydenckiego referendum, pewni, że tym razem Pinochet polegnie. Sasza, pardon Aleksander, Vondra [dziś wicepremier w czeskim rządzie Mirka Topolanka] opowiada jak przedostał się do Polski przez zieloną granicę, jak to zwykle robi. Pod koniec konferencji pojawia się książę Karel von Schwarzenberg [obecnie minister spraw zagranicznych u Topolanka, od 1947 emigrant polityczny]. Z Wolfgangiem Templinem z NRD zastanawiamy się, czy padnie mur. Trochę nas dziwi, że enerdowska opozycja jest raczej przeciwna zjednoczeniu.
  • Spośród polskiej pierwszej ligi opozycji pewnie łatwiej byłoby wymienić kogo tam nie było. Zagraniczni dziennikarze oblegają postawnego, ogorzałego faceta, w garniturze, ale bez krawata. Nie wiesz, kto to? Następca Witosa, Józef Ślisz. [W wolnej Polsce nie pchał się na czołówki, choć dwa razy pełnił funkcję wicemarszałka Senatu. Zmarł w 2001.] Młody, choć już lekko łysiejący chłopak, w niemodnych wypchanych na kolanach spodniach, energicznie wdziera się na trybunę. Logicznie wyłuszcza racje wojskowych dezerterów, tych którzy za odmowę przysięgi wylądowali w więzieniu. Janek Rokita zajdzie daleko – słychać naokoło.
  • Wycieczka do Oświęcimia i Brzezinki. W pobliskim kościółku wspólnie odmawiamy kadisz i wieczny odpoczynek.
 
11 listopada 1988
Wieczorem telefon. Tu komisariat milicji obywatelskiej. Prosimy przyjechać odebrać syna. Jak to? Msza za ojczyznę, w legalne przecież już święto? Trochę co prawda chłopcy przed kościołem Jezuitów pokrzyczeli. No i zgarniali jak popadło. Ksiądz, radny miejski … Gówniarz chodzi dumny jak paw. Od nauczycielki dowiaduję się, że SB nie omieszkała powiadomić szkoły. Ironicznie gratulowali takiego ucznia. Zrobił im cały wykład, dlaczego nienawidzi Związku Radzieckiego.
 
Styczeń 1989
Łucja [obecnie profesor w uczelni o. Rydzyka] daje Włodkowi cynk, że w kościele Dominikanów możemy się spotkać z ciekawym Afgańczykiem. Pasztun, jak się chwali, z królewskiego rodu. Od kilku lat emigrant, wybierający się z powrotem do kraju. Aby rządzić. Najpierw wygłasza długi i zawiły wstęp historyczno-rodzinny. Potem się rozkręca i opowiada, jak te rządy oni, Pasztuni będą zaprowadzać. Z kim po kolei trzeba będzie najpierw się rozprawić. Pytany o plan pozytywny, wydaje się nie rozumieć, o co nam chodzi. Jesteśmy z lekka przerażeni. [Najbliższe lata, jak wiadomo, wykazały, że jego przepowiednie się sprawdziły. A potem, czyli teraz – jest w Afganistanie coraz gorzej.]
 
Luty-marzec 1989
Spotkania Dyskusyjne Publicystów.  Tak te nasze zgęstki nazwaliśmy. Chociaż prawie nikt z nas profesjonalnym dziennikarzem nie był. Chodziło o akronim: SDP, od zdelegalizowanego stowarzyszenia, o którego podziemnej działalności, głównie w stolicy, co nieco wiedzieliśmy.
  • Spotykaliśmy się oczywiście już wcześniej. W gronie mniej więcej stałym, acz wielce zróżnicowanym. Pytania gdzie kto knuje oczywiście nie padały. A różnice światopoglądowe przy wspólnym oglądaniu zakazanych kaset video, słuchaniu taśm z bardami i piciu wódki znaczenie miały drugorzędne. Pamiętam zaledwie jedną ostrą kłótnię o los Polaków na Zaolziu i jeden pojedynek między opcją wyznaniową (Marek Jurek) i laicką (Włodek).
  • Ochrzciliśmy się jako SDP dopiero podczas Okrągłego Stołu. Coby trzymać rękę na pulsie. Spotkania nabrały nieco bardziej formalnego sznytu. Dwie osoby każdorazowo odpowiedzialne były za wprowadzenie tematu, z góry zajawionego. Na ogół byli to specjaliści, ze statusem akademickim. Nie powiem, do oczu sobie nie skakaliśmy. Choć pewnie wtedy po raz pierwszy sobie uświadomiłam, że tak jednomyślnie i jednogłośnie w tej postołowej Polsce nie będzie. Kiedy wróg zmienia się w partnera, pora zacząć myśleć o konkretach. A tu, jak wychodziło szydło z worka, wizje miewamy od sasa do lasa. I to bynajmniej nie tylko i nie przede wszystkim w kwestii co zrobić z czerwonym. Mimo że byli wśród nas tacy, np. z KPN czy SW, którzy Stół bojkotowali, a potem stanęli na czele dekomunizacyjnych hufców.
  • Zresztą nie jestem do końca pewna, czy prezentowane wówczas poglądy byłyby dzisiaj również bronione przez ich wyznawców. Na przykład taki Marcin Libicki, zaciekle bronił przed PPS-owcami kapitalizmu, i to w takiej UPR-owskiej, 19-wiecznej wersji. Z drugiej strony tłumaczył, że daniną konieczną za polityczną wolność musi być zgoda „Solidarności” na uwłaszczenie nomenklatury. [Kilka miesięcy temu Ryszard Bugaj przyznał, że takie było ciche założenie przyjęte przez solidarnościowych negocjatorów, co uznał zresztą za błąd i źródło późniejszych patologii.]
  • Choć nazwami doktryn wtedy się nie przerzucaliśmy, wśród akademickich autorytetów ekonomicznych przeważały różne wersje keynesizmu,. Wskazywali na ryzyko całkowitego wyłączenia się państwa z gospodarki, ostrzegając przede wszystkim  przed wysokim bezrobociem. PPS-owcy [później ich drogi się rozeszły między UP, aktywność związkową i, tak jak większości z nas, odejście w prywatność] roztaczali wizje własności pracowniczej. Ale profesorowie i lewacy niewielu z nas przekonali. Hasła wolnego rynku, państwa-stróża nocnego, konkurencji niewątpliwie wabiły atrakcyjnością. Trzeba też pamiętać, że ówczesne mądrości ludowe głosiły: Dopóki w Polsce nie dojdzie do bezrobocia, gospodarka nigdy nie ruszy i zawsze będziemy dziadami. A podstawą zdrowej gospodarki jest własność prywatna. Tak było, wbrew temu co potem gadali kontestatorzy Balcerowicza.
  • Na jedno ze spotkań przyjechał Iwo Byczewski [w latach 90. wiceminister SZ, później ambasador w Belgii]. W Warszawie siedział przy podstoliku samorządowym prof. Jerzego Regulskiego. Choć na początku temat wydawał się czystą egzotyką, szybko zaskoczyliśmy. To jest to! Oddolne odbieranie władzy komuchom. Bo oczywiście wtedy jeszcze nie mieliśmy pojęcia, że już za kilka miesięcy premier będzie nasz.
 
Po skończeniu obrad Okrągłego Stołu SDP umarły śmiercią naturalną. Zaczęła się kampania wyborcza. Ale to już inna historia.

Reklama
Poprzedni artykułRower to jest coś!
Następny artykułSłów kilka o polityce miłości w dniu wielkiego święta hipermarketów.

40 KOMENTARZE