Dlaczego Niemcy chcą oszczędności, gdy południe Europy ginie?

Prześlij dalej:

Niestety Grecja zawsze miała niską zdolność zasilania (niski poziom rozwoju przemysłu), a od czasu pęknięcia „bańki” gospodarczej i realizacji zaleceń „oszczędnościowych” wymuszonych przez Unię i Bank Centralny, sytuacja kraju stała się wręcz katastrofalna. Grecja wpada w pułapkę deflacji. CPI (wskaźnik cen konsumpcyjnych) w Grecji, w miesiącach: czerwcu, lipcu i sierpniu tego roku, wynosił kolejno: -0,2%, -1,6%, -1,7%. W poprzednim roku, analogiczne wartości wynosiły: -0,3%, -0,5%, -1,0%. Deflacja staje się coraz silniejsza. Dlatego w interesie społeczeństwa Greckiego, byłoby wprowadzenie przez rząd polityki stymulacji gospodarki (podobnie jak w Japonii), co pozwoliłoby na wzrost gospodarki i zmniejszenie bezrobocia. Więc w tym kraju potrzeba polityki keynesowskiej. Zamiast tego rząd… podnosi podatki. Zresztą nie ma innego wyjścia. Przecież nie ma tak jak Japonia, czy Polska prawa do emisji własnej waluty. Dlatego musi słuchać zaleceń Europejskiego Banku Centralnego. A ten, działając w interesie wierzycieli, a nie społeczeństwa greckiego, oczekuje wyrzeczeń i wymaga oszczędności. Dlatego grecki rząd nie może wprowadzić pakietu stymulującego własną gospodarkę, bo nie może zdobyć/wyemitować na ten cel pieniędzy. Gdyby tak zrobił, to gospodarka innego kraju wpadłaby w kłopoty – to Niemcy.
Bo, jak napisałem wcześniej,  w kraju z grupy B, tak długo, jak długo nie wzrośnie inflacja - nie wystąpią problemu finansowe. Dlatego Niemcy stanowią silną opozycję przeciwko zwiększeniu na rynku ilości pieniądza, zamiast tego wymagają od rządów innych państw oszczędności fiskalnych. Posługując się populistycznym hasłem o: „zmniejszaniu wydatków budżetowych” strategia ta łatwo uzyskuje poparcie opinii publicznej. Uważam, że czystym populizmem i największym kłamstwem, jakim karmi się społeczeństwa, jest wysnuwanie analogii pomiędzy gospodarstwem domowym (mikroekonomia), a gospodarką narodową (makroekonomia). Jeżeli politycy myślą, że te obie „ekonomie” rządzą się tymi samymi prawami, to jest duży problem… A efektem tej pomyłki jest stale malejąca gospodarka państw strefy euro i biedniejące społeczeństwa Zjednoczonej Europy.
Jeśli chodzi słów o Polskę – kraj należy do grupy C-1. Polska jest krajem deficytów na rachunku bieżącym. Ponieważ kwota przywozu jest niższa od kwot transferowanych za granicę, to pieniądze wypływają z kraju, a to automatycznie oznacza, że Polska ma niski poziom oszczędności krajowych. Dlatego rząd, chcąc sfinansować wydatki budżetowe (opieka zdrowotna, edukacja, emerytury, itd.) za pomocą obligacji, musi je emitować w obcej walucie. A potem musi spłacić ten dług w tej samej walucie, w której pożyczył. Potencjalnie gospodarka tego kraju narażona jest na spekulacje ze strony „międzynarodowych rynków finansowych” oraz zagrożona bankructwem na wzór Grecji. W celu wyeliminowania takiego zagrożenia, należy zmniejszyć deficyt na rachunku bieżącym. W praktyce, dzieje się to poprzez wzrost eksportu. Innymi słowy, dochodzimy do najważniejszego – w Polsce trzeba rozwinąć krajowy potencjał produkcyjny.
 

Strony

2678 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Ja Samuraj

Autor artykułu: Ja Samuraj

1 (liczba komentarzy)

  1. Nawet coraz lepiej czyta się te anonimowe niestety wpisy. Tylko często pada koncepcja rozkręcania gospodarki przez państwowe inwestycje (czyli za podatki albo za kredyty).
    Tusk np tak rozkręcił gospodarkę tą metodą z okazji Euro 2012,  że się ona nie pozbiera.
    Przecie państwowe inwestycje polegają na tym, że się zdziera z ludności podatki, odbiera od pyska emerytom, szpitalom czy szkołom aby wylać miliony ton betonu ku radości paru cwanych biznesmenów. Albo to samo robi się za pożyczone pieniądze zadłużając kolejne pokolenie.
    Gdzie tu jakiś zysk dla umęczonego ludu?
    Owszem, "ludzie mieli pracę" na czas tych budów, ale sami za nią z nawiązką (bo część forsy niestety rozkradziona) zapłacą w podatkach albo w państwowych kredytach będą spłacać do końca życia

  2. Strony