Reklama

W telewizji dla lepszego towar

W telewizji dla lepszego towarzystwa od kilku dniu króluje moherowa babcia, właściwie kobiecinka, którą życie na Zielonej Wyspie przerobiło na staruszkę. Bidulka ma potrójnego pecha, po pierwsze mieszka na ZW, po drugie ma cukrzycę, po trzecie choruje na złośliwego raka. Jej niedola jest idealnym materiałem dla wieczornych informacji, oczywiście nie muszę wyjaśniać, że gdyby była dobrze zachowaną pięćdziesiątką uprawiającą Nordic Walking i skutecznie wypełniała pory pomarańczowej skórki, nie służyłaby jako pocisk emocjonalny. Kiedy trzeba moherowa babcia jest nie zastąpiona. Trzeci dzień obserwuję jej tragedię i przyznam, że nabrałem syndromu znieczulicy społecznej, w końcu któż nie ma swoich problemów i przez to największych. Nie żałuję jednak, że dałem się molestować cudzą tragedią, ponieważ jeden szczegół wzrok mój przykuł. Niedola schorowanej babci polegała na tym, że lekarz przybił jej czerwoną pieczątkę NFZ, co spowodowało, że leczenie poważnych chorób nabrało wartości i to nie byle jakiej, bo 100%. Relacja między refundowanym lekiem i lekiem pełnopłatnym przedstawia się następująco: 1 do 1000. Łatwo sobie obliczyłem, bo babuleńka za refundowaną receptę płaciła 3 złote, a za nie refundowaną musiałaby zapłacić ponad 3 tysiące. Będzie już chyba drugi tydzień jak się Polska przy kolacji zastanawia o co w tym wszystkim chodzi. By zrozumieć trzeba zacząć od wykładania pieniędzy: kto komu, przez kogo. Mówimy o leku za pieniądze, zatem idziemy do producenta, który ustala cenę na 3 tysiące złotych. Oznaczamy producenta literą P jak producent i robimy strzałkę: P =>. Na tak zwanym wolnym runku, którego od czasów bursztynowego szlaku nikt nie widział, po strzałce powinno znaleźć się C jak chory. Kto potrzebuje leku? Lekarz? Aptekarz? NFZ? Czy chory?

Byłoby jednak za prosto, gdyby wolny rynek przebiegał na linii sprzedawca – kupujący i akurat w tym konkretnym przypadku sprawa rzeczywiście nie jest tak prosta, żeby chory sam się leczył, ale nie jest też tak skomplikowana, żeby z choroby żył tabun pośredników i pasożytów. Między chorym i producentem leków, najważniejszym pośrednikiem jest lekarz, który teoretycznie powinien przyporządkować chorobę do leku. W takim układzie mielibyśmy następujące równanie P=>L (jak lekarz)=>C. Podobne relacje są najbardziej brutalnym wariantem ze wszystkich możliwych, tutaj zasada jest prosta, a chory łupiony bez litości. Najpierw musi zapłacić lekarzowi za wizytę, potem producentowi za lek. Ktoś powie, że brutalnie, ale czytelnie, nie stać cię na 3 tysiące za lek, to umieraj, łaski bez. Tyle, że producent w takich relacjach umarłby zaraz po chorym, handel polega na sprzedaży, nie na metkowaniu zaporowymi cenami. Chory nawet gdyby chciał, nie kupi medykamentu, co więcej nie ma po co chodzić i wdać kasy u lekarza, w desperacji zagniecie sobie pajęczyny z chlebem i przeżyje ile Pan Bóg da. Ten fragment poświęcam gorącym zwolennikom urynkowienia i uwalniania wszystkiego, kolejny raz powtórzę, że wolność rynkowa jako reguła jest niezastąpionym fundamentem wszelkich relacji handlowych, ale istnieją wyjątki, gdzie reguła staje się karykaturą samej siebie i to jeden z takich wyjątków. Do równania trzeba dodać jeszcze trzech pośredników i za chwilę nikt tego równania nie pozna, ponieważ zmieni się nie tylko skład, zmieni się kolejność.

Równie jakie obowiązuje w obecnym „systemie”: C=>L=>HA (jak hurtownia apteczna) =>A (jak apteka) => NFZ =>P=>BP (jak budżet państwa, czyli podatnik). Przychodzi chory do lekarza, ten wypisuje lek, apteka zamawia go w hurtowni, NFZ refunduje zakup w ten sposób, że pacjent płaci 3 złote, a producent dostaje 2997 złotych, na wszystko kasę wykłada budżet państwa – Pan i Pani. Naturalnie jest w tym uproszczenie, przecież KAŻDE ogniwko dostaje swoją działkę, którą FINANSUJE CHORY! Chory jest ubezpieczony, co znaczy, że pracuje, jest na zasiłku, dostaje rentę, prowadzi firmę, jest wolnym zawodem i w każdym przypadku płaci podatki. Obieg całej refundacji leków polega na przerzucaniu kasy chorego lub zdrowego podatnika, w taki sposób, że z tego szmalu żyje: lekarz, hurtownik apteczny, aptekarz detaliczny, NFZ, producent no i pierwsze ogniwo łańcucha pokarmowego, czyli tak zwany legislator, po ludzku czytaj polityk. I teraz jeśli mój zwykły wiejski umysł odbiera taki oto sygnał, że pierwsze ogniwo łańcucha pokarmowego „robi wszystko”, żeby na refundacji zyskało ostatnie ogniwo łańcucha, które jednocześnie utrzymuje cały łańcuch, to mnie się ani śmiać, ani płakać nie chce, w dupie mam kolejny tandetny spektakl dla chorych na głowę, którym żadna refundacja nie pomoże. Bez chorego cały ten system nie istnieje, obciążony chory zdycha, ponieważ ciągnie za sobą łańcuch pośredników, którzy żyją tylko i wyłącznie z kasy chorego, a zyski pomnażają przerzucając się odpowiedzialnością i prowizjami. Słyszałem o takim pomyśle, jak finansowanie bezpośrednio z budżetu, który to pomysł został okrzyknięty socjalistycznym, ja nazwałbym go kosmetycznym postępem liberalnym na drodze redukcji darmozjadów. Dlaczego? Wystarczy przyjrzeć się dwóm równiom i tylko porównać ich długość, żeby wiedzieć, w którym przypadku chory ma mniej działek do odpalenia:

1) C=>L=>HA=>A=>NFZ=>P=>BP
2) C=>L=>HA=>A=>P=>BP

C=>L=>P=>BP, a to jest moja propozycja dla „25 substancji czynnych ratujących życie” w przewlekłych chorobach,. Robimy zestawienie z ubiegłego roku, ile NFZ zrefundował leków. Wychodzi nam X. Ogłaszamy przetarg wśród producentów na dostarczenie leków o wartości nie mniejszej niż X. W ten prosty sposób na starcie mamy argument wielkości zamówienia i konkurencyjności ofert, pomijamy trzech pośredników, w tym jednego, który obciąża chorego w sposób bezpośredni eliminujemy trwale (NFZ). Efekt? Na wolnym rynku daję łeb, że moja propozycja dwie powyższe nakrywa czapką, nie ma takiej siły, żeby w moim modelu chory zapłacił za lęk więcej niż w obecnym systemie i miał na utrzymaniu więcej pasożytów. Pozostaje kwestia logistyki, czyli wydawanie leków REFUNDOWANYCH. Proste jak drut, leki refundowane powinny wydawać przychodnie i szpitale, zaopatrzone bezpośrednio przez producentów. Bazowe zaopatrzenie na podstawie recept wydanych w przychodniach i rozchodu leków w szpitalach za ubiegły rok. Różnica w cenie, czyli opłaty pobierane od chorych, w kasie przychodni i szpitali, tylko proszę mi nie mówić, że to jakaś nowość, zostawiać kasę w polskiej przychodni, czy szpitalu, bo tym razem się uśmieję. Propozycja dotyczy TYLKO I WYŁĄCZNIE LEKÓW REFUNDOWANYCH. Na listę wpisałbym tylko takie, które ratują życie lub są stosowane w chorobach przewlekłych, cała reszta w normalnym obiegu aptekarskim. Rzecz jasna, ta propozycja czyni ze mnie wariata i wroga publicznego numer jeden, ponieważ: odpowiedzialność za refundację spada na polityków, aptekarze i hurtownicy nie koszą łatwego szmalu, lekarze nie otrzymują voucherów, a przynajmniej dostają mniej, bo po przetargu i tak nie mają wyjścia, wypisują leki jednego producenta, biurokraci z NFZ i przyległych zmuszeni są zmienić tryb życia z pasożytniczego na pożyteczne zajęcie. Chorzy i podatnicy powinni mnie wynieść na ołtarze, ale niestety i tu mamy bariery nie do przejścia: ideologie, sympatie polityczne, aptekarze w rodzinie, biurokrata szwagier, żona w NFZ. W związku z tym zmian na lepsze nie przewiduję.

Reklama

24 KOMENTARZE

  1. trza obalić system
    Twój tekst to pozorna woda na młyn ortodoksyjnych liberałów, gdyż przyjąłeś całkiem słuszne założenie iż W DOWOLNYM SYSTEMIE I TAK ZA WSZYSTKO PŁACI PACJENT.
    Skoro tak, to szukajmy systemu w którym płaci najmniej, i tu ortodoksi mają rację twierdząc że w warunkach całkowicie wolnego rynku producenci będą się ścigać w produkcji leków jak najtańszych i najskuteczniejszych, choć w pełni płatnych.

    Jednak udają że nie dostrzegają trzech specyficznych zjawisk związanych ze zdrowiem. Po pierwsze potrzeby medyczne są różnie rozłożone, o ile samochodu potrzebuje każdy, o tyle leczenia już nie.
    Po drugie tak się składa, że chorują głównie jednostki słabe fizycznie i psychicznie, czyli najczęściej biedota.
    Po trzecie, nawet w systemie wolnościowym niektóre ważne leki i tak będą cholernie drogie w produkcji, więc albo wcale ich nie będzie, albo będą dostępne tylko dla wyższej kasty.
    Te zjawiska łamią zasadę liberalizmu głoszącą iż: “wszyscy mają równe szanse, i tylko od nich zależy…i tak dalej”.

    Dlatego jako zawzięty liberał popieram w tym wypadku model komunistyczny, czyli wszyscy bulą podatki na leczenie, tanie leki są pełnopłatne, a drogie lecz niezbędne do życia refundowane wprost z budżetu państwa bez jakichkolwiek pośredników.
    Wprawdzie wówczas leki nie będą aż tak tanie jak w czystym modelu wolnościowym, jednak tak byłoby po prostu lepiej
    Czyli w sumie widzę że piszę to samo co Ty, mimo mojego skrajnego liberalizmu.

    • No, właśnie
      Skrajny liberalizm, ale mimo to świadomość, że państwo ściąga ciężkie pieniądze od maluczkich i maluczkim coś w zamian się należy (jak psu micha). Bo to jest tak:

      Mamusiu, ty chodzisz do pracy, zarabiasz pieniążki, robisz zakupy, gotujesz, zmywasz, sprzątasz, pierzesz, prasujesz… To po co my trzymamy tatusia?

      • neokomuszyzm
        Nie widzę też sensu w mówieniu że są jacyś ludzie nieubezpieczeni. Każdy płaci podatki, nawet menel mieszkający na ławce finansuje skarb państwa z akcyzy na flaszkę.
        W takiej sytuacji tworzenie z pieniędzy podatników jakiejś wydzielonej, wirtualnej części i nazywanie jej składką na zdrowie jest trochę bez sensu. Przecież nie płacimy specjalnego podatku nazywanego “składka na siły zbrojne”, a sołdaty mimo to mają czym strzelać.
        Pojęcie “ubezpieczenie zdrowotne” powinno dotyczyć tylko indywidualnego, dobrowolnego ubezpieczenia dla tych którzy chcą leżeć w szczególnie wypasionych szpitalach lub mieć prawo do krótszego czekania na usługę, lub dodatkowej zniżki ceny leków.
        Całą resztę przemysłu medycznego opłacać ze wspólnego, podatkowego worka, i po ptakach.

  2. trza obalić system
    Twój tekst to pozorna woda na młyn ortodoksyjnych liberałów, gdyż przyjąłeś całkiem słuszne założenie iż W DOWOLNYM SYSTEMIE I TAK ZA WSZYSTKO PŁACI PACJENT.
    Skoro tak, to szukajmy systemu w którym płaci najmniej, i tu ortodoksi mają rację twierdząc że w warunkach całkowicie wolnego rynku producenci będą się ścigać w produkcji leków jak najtańszych i najskuteczniejszych, choć w pełni płatnych.

    Jednak udają że nie dostrzegają trzech specyficznych zjawisk związanych ze zdrowiem. Po pierwsze potrzeby medyczne są różnie rozłożone, o ile samochodu potrzebuje każdy, o tyle leczenia już nie.
    Po drugie tak się składa, że chorują głównie jednostki słabe fizycznie i psychicznie, czyli najczęściej biedota.
    Po trzecie, nawet w systemie wolnościowym niektóre ważne leki i tak będą cholernie drogie w produkcji, więc albo wcale ich nie będzie, albo będą dostępne tylko dla wyższej kasty.
    Te zjawiska łamią zasadę liberalizmu głoszącą iż: “wszyscy mają równe szanse, i tylko od nich zależy…i tak dalej”.

    Dlatego jako zawzięty liberał popieram w tym wypadku model komunistyczny, czyli wszyscy bulą podatki na leczenie, tanie leki są pełnopłatne, a drogie lecz niezbędne do życia refundowane wprost z budżetu państwa bez jakichkolwiek pośredników.
    Wprawdzie wówczas leki nie będą aż tak tanie jak w czystym modelu wolnościowym, jednak tak byłoby po prostu lepiej
    Czyli w sumie widzę że piszę to samo co Ty, mimo mojego skrajnego liberalizmu.

    • No, właśnie
      Skrajny liberalizm, ale mimo to świadomość, że państwo ściąga ciężkie pieniądze od maluczkich i maluczkim coś w zamian się należy (jak psu micha). Bo to jest tak:

      Mamusiu, ty chodzisz do pracy, zarabiasz pieniążki, robisz zakupy, gotujesz, zmywasz, sprzątasz, pierzesz, prasujesz… To po co my trzymamy tatusia?

      • neokomuszyzm
        Nie widzę też sensu w mówieniu że są jacyś ludzie nieubezpieczeni. Każdy płaci podatki, nawet menel mieszkający na ławce finansuje skarb państwa z akcyzy na flaszkę.
        W takiej sytuacji tworzenie z pieniędzy podatników jakiejś wydzielonej, wirtualnej części i nazywanie jej składką na zdrowie jest trochę bez sensu. Przecież nie płacimy specjalnego podatku nazywanego “składka na siły zbrojne”, a sołdaty mimo to mają czym strzelać.
        Pojęcie “ubezpieczenie zdrowotne” powinno dotyczyć tylko indywidualnego, dobrowolnego ubezpieczenia dla tych którzy chcą leżeć w szczególnie wypasionych szpitalach lub mieć prawo do krótszego czekania na usługę, lub dodatkowej zniżki ceny leków.
        Całą resztę przemysłu medycznego opłacać ze wspólnego, podatkowego worka, i po ptakach.

  3. trza obalić system
    Twój tekst to pozorna woda na młyn ortodoksyjnych liberałów, gdyż przyjąłeś całkiem słuszne założenie iż W DOWOLNYM SYSTEMIE I TAK ZA WSZYSTKO PŁACI PACJENT.
    Skoro tak, to szukajmy systemu w którym płaci najmniej, i tu ortodoksi mają rację twierdząc że w warunkach całkowicie wolnego rynku producenci będą się ścigać w produkcji leków jak najtańszych i najskuteczniejszych, choć w pełni płatnych.

    Jednak udają że nie dostrzegają trzech specyficznych zjawisk związanych ze zdrowiem. Po pierwsze potrzeby medyczne są różnie rozłożone, o ile samochodu potrzebuje każdy, o tyle leczenia już nie.
    Po drugie tak się składa, że chorują głównie jednostki słabe fizycznie i psychicznie, czyli najczęściej biedota.
    Po trzecie, nawet w systemie wolnościowym niektóre ważne leki i tak będą cholernie drogie w produkcji, więc albo wcale ich nie będzie, albo będą dostępne tylko dla wyższej kasty.
    Te zjawiska łamią zasadę liberalizmu głoszącą iż: “wszyscy mają równe szanse, i tylko od nich zależy…i tak dalej”.

    Dlatego jako zawzięty liberał popieram w tym wypadku model komunistyczny, czyli wszyscy bulą podatki na leczenie, tanie leki są pełnopłatne, a drogie lecz niezbędne do życia refundowane wprost z budżetu państwa bez jakichkolwiek pośredników.
    Wprawdzie wówczas leki nie będą aż tak tanie jak w czystym modelu wolnościowym, jednak tak byłoby po prostu lepiej
    Czyli w sumie widzę że piszę to samo co Ty, mimo mojego skrajnego liberalizmu.

    • No, właśnie
      Skrajny liberalizm, ale mimo to świadomość, że państwo ściąga ciężkie pieniądze od maluczkich i maluczkim coś w zamian się należy (jak psu micha). Bo to jest tak:

      Mamusiu, ty chodzisz do pracy, zarabiasz pieniążki, robisz zakupy, gotujesz, zmywasz, sprzątasz, pierzesz, prasujesz… To po co my trzymamy tatusia?

      • neokomuszyzm
        Nie widzę też sensu w mówieniu że są jacyś ludzie nieubezpieczeni. Każdy płaci podatki, nawet menel mieszkający na ławce finansuje skarb państwa z akcyzy na flaszkę.
        W takiej sytuacji tworzenie z pieniędzy podatników jakiejś wydzielonej, wirtualnej części i nazywanie jej składką na zdrowie jest trochę bez sensu. Przecież nie płacimy specjalnego podatku nazywanego “składka na siły zbrojne”, a sołdaty mimo to mają czym strzelać.
        Pojęcie “ubezpieczenie zdrowotne” powinno dotyczyć tylko indywidualnego, dobrowolnego ubezpieczenia dla tych którzy chcą leżeć w szczególnie wypasionych szpitalach lub mieć prawo do krótszego czekania na usługę, lub dodatkowej zniżki ceny leków.
        Całą resztę przemysłu medycznego opłacać ze wspólnego, podatkowego worka, i po ptakach.