Reklama

Kilka kwietni temu miałam odebrać rodziców z dworca. Wybrali się w daleką podróż spedycją "Bartosik", żeby ku niezmierzonej radości dzieci spędzić z nami Wielkanoc.

Kilka kwietni temu miałam odebrać rodziców z dworca. Wybrali się w daleką podróż spedycją "Bartosik", żeby ku niezmierzonej radości dzieci spędzić z nami Wielkanoc.

O niechrześcijańskiej porze, około trzeciej nad ranem, ruszyłam w stronę autostrady kiedy na wysokości wiaduktu przeleciało mi tuż przed kołami coś białego i nie dającego się ad hoc zdefiniować. Albo zadziałała filiżanka gęstej jak smoła espresso, albo ciekawość. Zahamowałam z piskiem i zostawiłam auto na środku na szczęście pustej o tej porze ulicy, po czym poleciałam za tą niefrasobliwie w nieśmiałą zieleń kicającą halucynację. Po trawnikach i chaszczach ruszyłam najpierw truchtem, a potem galopem za lekko fosforyzującym w świetle odległych latarni delirium, i po jakichś dziesięciu minutach – a może dziesięciu latach – złapałam królika.

Białego królika z czarnym uchem i grzywką.

W ten sposób uratowałam stworzenie przed potencjalnym wypadkiem, uszczęśliwiłam zwłaszcza najmłodsze dziecko, które do dziś jest święcie przekonane, że to wielkanocny zajączek, przybyło nam jeszcze jedno zwierzę, a mnie – dodatkowy obowiązek.

Na dworzec zdążyłam przed Bartosikiem, brudna, podrapana, rozczochrana, za to z żywym królikiem.

W ubiegłym kwietniu musiałam zrezygnować z zaproszenia na Hanami z powodu erupcji wulkanu o wdzięcznym imieniu Eyjafjallajökull i dałam temu wyraz w prawdopodobnie ostatnim wierszu…

http://www.portalliteracki.pl/artykul,42762,flat,1,.html-1

Już nie contra, za to w kontrowersjach, widzę, że faktycznie chodziło o dyskomfort i otrzymałam zasłużoną krytykę. I teraz, z liryki do bloga, wychodzą najwyżej teksty do nitzschego. Ale od tego czasu zdarzyło się po prostu za wiele. Biały królik nie miał zegarka ani rękawiczek. Ale tak mi jakoś, jakbym wpadła do króliczej nory i nie mogę przestać spadać.

Raz szybciej, raz powoli, i jakby w jakimś slow motion oglądam sobie butelki, pudełeczka, tubki i słoiki z rozmaitą zawartością. Nawet ludzi, którzy przechadzają sobie w półmrocznym powietrzu, wbrew logice i grawitacji na złość.

Przez chwilę wydawało mi się, że przeleciałam obok witryny, w której była niedawno Nefertiti; teraz wynajmuje ją mumia Mubaraka. To znaczy, dyktator jednak skorzystał z zaproszenia niemieckiego rządu? A to, czyżby z tego pudełka za naciśnięciem guzika nie wyskakiwał niejaki  Karl Theodor Maria Nikolaus Johann Jacob Philipp Franz Joseph Sylvester Freiherr von und zu Guttenberg, jeszcze do niedawna Doktor? Jeszcze do niedawna "Minister ds. Obrony"?

Powiedzmy, do powyższej inwentaryzacji wrócę, bo powinno się zacząć od… początku, chociaż to rzecz względna-. Powiedzmy, zacznę od bezwzględności. Od rocznicy wyroku sądu konstytucyjnego w Karlsruhe, o wolności interpretacji, o biednych dzieciach których nie ma w trzecim czy czwartym do wielkości pod względem gospodarczym kraju. O bezrobotnych, którzy pracują na pełny etat i zwolnienia lekarskie muszą meldować pracodawcom i urzędom pracy. O urzędach, które przenigdy nie przyznają się do najmniejszego błędu. 

I dalej, coraz dalej, coraz głębiej w króliczej norze, w kraju poetów, myślicieli i wynalazków, w kraju Rilke i Goethe, w kraju Immanuela Kanta i braci Grimm, w kraju najsurowszych kontroli żywności i jajek z niespodzianką, w kraju o wielkiej kulturze ekologicznej i feminizmu w procentach i pod presją, kraju o atomowych elektrowniach i lekturze obowiązkowej Gudrun Pausewang, "Die Wolke"… w kraju, w którym minister do spraw zagranicznych jednego jedynego dnia krytykuje Japonię z powodu dezinformacji, podczas gdy w Juelich /Nordrhein-Westfalen znikają bez śladu niebezpiecznie radioaktywne elementy w ilości 2.300 sztuk

to kraj, którym rządzi Czerwona Królowa.

„Jeśli nie ma w tym sensu, to oszczędzimy sobie mnóstwo pracy, bo wtedy nie musimy tego sensu szukać"
Levis Carroll „ Alicja w Krainie Czarów"

Może… a może coś stanie się jasne, może pani Kanclerz z wrodzonym wdziękiem podniesie dzbanek z herbatą, jeszcze wszystko może się zdarzyć. Ulubionym tytułem prasy jest ostatnio "zmierzch Merkel", tak samo jak kiedyś wyszczekana skondensowana nienawiść niejakiego Guido, Westerwelle, "późnorzymska dekadencja" w odniesieniu do zasiłków dla niemieckich bezrobotnych. Guido Westerwelle, synonim arogancji, dyplomatyczne antytalencie, jednocześnie piesek pokojowy Czerwonej Królowej alias Teflon, a Bruederle, który się wygadał do protokołu na pewnej konferencji i odsłonił wrażliwe fakty z przedwyborczej taktyki energetycznej, to co, Marcowy Zając?

Wszystko, wszystko może się zdarzyć, i właśnie to jest źródłem optymizmu. Pani Merkel może dzisiaj wielkim głosem wołać "Uciąć mu głowę!", za to jutro może go pasować na nowego ministra w swoim gabinecie grozy? 

W końcu tylko krowa nie zmienia zdania i żre wyłącznie trawę. Pani Merkel ma tych swoich garniturów uni i w Unii w rozmaitych odcieniach, i może je sobie zmieniać. Najważniejsze, pasuje do tła.

To spadam…

Na razie.

 

Reklama
Poprzedni artykułŚląskość Jest Najważniejsza, czyli Meller wraca na salony, a lewicowe młotki popierają nacjonalistów
Następny artykułRaport faszysty