Reklama

Jak wygląda piątkowy wieczór europosła Frakcji Konserwatywnej i Reformatorskiej, sceptycznego wobec idei europejskiej, a więc poniekąd wobec samego siebie?


Jak wygląda piątkowy wieczór europosła Frakcji Konserwatywnej i Reformatorskiej, sceptycznego wobec idei europejskiej, a więc poniekąd wobec samego siebie?

Reklama

Jeśli jest to poseł angielski, tłumaczy się prasie z powodów, dla których przewodniczącym jego frakcji jest polski neonazista; jeśli jest to poseł węgierski reprezentujący MDF, myśli o pośle czeskim z ramienia ODS; jeśli jest to poseł czeski, mówi sobie: Já jsem hlupák a pokrytec. A jeśli jest to poseł polski?

Piątkowy wieczór jest dla Michała Tomasza Kamińskiego czasem refleksji nad konserwatyzmem i reformizmem. Do snu kołysze polskiego posła obraz pełnego godności spółkowania z białym orłem o osobliwie zakrzywionym nosie, któremu korona spada przy każdym poważniejszym pchnięciu zadawanym przez nierówno upierzone lędźwia żarłocznego ptaka.

Niedługo po północy dla europosła wybiła jednak godzina zero. Zadzwonił starannie odłożony telefon i przemówił głos, który na szefa frakcji działa jak wizyta w Brukseli boskiego Zapatero:
— Rue de Sols 27, na wprost dawnego Instytutu badań Społecznych i Ekonomicznych. Tylko niech cię nikt nie rozpozna.

Prezydent RP przybył na szczyt nie po to by chrzanić o klimacie, w którego istnienie nie wierzył, nie po to by pieprzyć o radzeniu sobie z kryzysem, którego nigdy nie było, ale po to by przedstawić swoje stanowisko, w miarę możliwości bez wysłuchiwania stanowisk innych osób, w sprawie roli i kompetencji przyszłego prezydenta Unii. Nie oczekiwał, naturalnie że nie oczekiwał, że ktoś zasugeruje jego kandydaturę, ale gdy to nie nastąpiło, poczuł głębokie ukłucie. Miał już, mówiąc całkiem szczerze, wobec Brukseli pewne plany, widział tu mianowicie potrzebę zdbudowania niejednego interaktywnego muzeum. Głęboko urażony oddalił się do swoich posiadłości jeszcze przed kolacją. O urazie, jak zwykle wiedziała tylko Marie, która zamknęła się z szydełkiem w Antyszambrze. Prezydent nie miał obyczaju o swoich uczuciach mówić, uważał bowiem, że świadczyły o nim czyny. Pozostawił natomiast swojemu zapleczu, którego był przecież wiernym zakładnikiem, pełną swobodę działania.

To dlatego José Manuel Durão Barroso został porwany.

Przywódca frakcji Reformatorów i Konserwatystów schował łzy, które ronił ostatnio z osobliwą łatwością, pod trzema warstwami pudru All Skin Tones Translucent 1640, którego sporo poszło na obszerną twarz posła; zaróżowił policzki krwią z palca wskazującego, przywdział pierwsze lepsze pióra i zapomniawszy naszminkować usta wymknął się przez nowoczesny garaż hotelu dla europarlamentarzystów.

Brukselskie kurwy żyją z Europy, ale podobnie jak Frakcja Konserwatystów i Reformatorów nie lubią idei europejskiej i Kamiński mógł bezpiecznie olśniewać dopiero pod kościołem garnizonowym na Placu Królewskim.
— Jak się zwiesz eurokurwo?
— Nazywam się Sara i może mnie mieć tylko orzeł.

Znużony do granic wytrzymałości reżyserowanym napięciem europejskich szczytów José Manuel Durão Barroso pragnął jeszcze przed sobotnim świtem dotrzeć w São Pedro de Penaferrim, skąd miał tylko kwadrans meleksem do słynnych pół golfowych Penha Longa, na której zielone pola pierwszy hieronimita dotarł w 1355 roku. Dobra zakonników znacjonalizowano zaledwie pięćset lat później. Penha Longa stała się własnością okrutnego marszałka Duque de Saldanha, który zakupił ją za zaledwie dwadzieścia jeden tysięcy rejsów, ale nigdy nie zaszczycił perły Sintry swoją obecnością. Sebastiāo Pinto Leite, skądinąd książę tego regionu i wicehrabia innego, Gandarinhy, człowiek niezwykłej jak na Gandarinhę łagodności, uzyskał rodzinną poniekąd ziemię czternaście lat później. Piękna, ale niewierna Clementina Libania Pinto Leite, która nigdy nie zostałaby wicehrabinią gdyby nie korzystne małżeństwo, odziedziczyła Penha Longę po łagodnym wicehrabii. Już jednak w 1921 roku sprzedała ją za pieniądze własnemu zięciowi Joāo Pinto Leite, wiceksięciu Olivais. Wiceksiąże to wprawdzie lepiej niż baron, ale gorzej niż angielski earl. Penha Longa wpadła na blisko pół stulecia w ręce sędziów, albo ich potomków, między innymi Luisa José Pires Soromenho, zwanego nienasyconym i Jorge Correia de Campos, zwanego glutão. Synowie tego ostatniego w 1987 roku sprzedali nieruchomość japońskiej korporacji budowlanej. A przecież trzysta lat wcześniej, Japońscy studenci z pierwszych chrześcijańskich rodzin kraju kwitnącej wiśni, pojawili się w Penha Longa pewnego pogodnego popołudnia. Następnego poranka przebrali się w tradycyjne stroje japońskie i przypasali zdobione mecze by spacerować po terenach przyklasztornych.

Penha Longa jest obecnie własnością Deutsche Bank.

Przewodniczący Komisji Europejskiej nie dotarł jeszcze nawet do połowy schodów prywatnego embraera 145, kiedy schody ruszyły, pozostawiając zupełnie nowy samolot, jego czteroosobową załogę i piękną Sylvię van der Vaart, która śmiała się okrutnie, na niewielkim lotnisku wojskowym w pobliżu głównej kwatery NATO przy bulwarze Leopolda III.

Barroso nigdy niczego poza komplikacjami po Europie nie oczekiwał. W szczególności nie spodziewał sie popularności i szacunku. Jednak zakres obojętności Europejczyków na los najwyższego urzędnika upadającego porządku nicejskiego przerósł nawet liberalną obecnie wyobraźnię Portugalczyka. Wieziono go ku Placowi Royal, ale okrężną drogą, przez królewskie Leaken, którego ideałom Barroso sprzeniewierzył się, całym sercem popierając niejasny i oddalający europejskie instytucje od europejskich obywateli traktat lizboński.

Barroso nie mógł odrzucić tezy o zasadności poniżenia jakie go spotkało. Pchający schody na kółkach szaleniec domagał się skrzypiec lub śmierci, policja pozostawała taktowna i wyrozumiała, a wielokulturowi przechodnie co najwyżej pukali się w głowy. Perspektywa ostatecznego ratyfikowania traktatu lizbońskiego zastawała Europę w stanie osobliwego zobojętnienia.

Ze schodów, Przewodniczącego zrzucono do wnętrza nieczynnej i zatęchłej Cafe Park położonej przy stromej, pnącej się ku Placowi Królewskiemu Rue Revenstein. Tam na porwanego czekało trzech oprawców z tłumaczem. Przez tylne drzwi knajpy powleczono Przewodniczącego w brudne alejki obok zbudowanego w stylu brabanckiego gotyku i na szczęście dawno już nieczynnego hotelu Rivenstein, a następnie tunelem do pogrążonego w ciemnościach zaułka Rue des Sols. Od czasu gdy José Manuel palił tu ostatnio cygaro, okolica podupadła i zaułek zmienił się z dzielnicę ubogich transwestytów ze wschodniej Europy, których nie stać było nawet na porządną szmiknę. Na wprost remontowanego obecnie instytutu, gdzie przez lata prowadzono jałowe i niekonkluzywne badania nad dawno nieistniejącym społeczeństwem, stała teraz otyła ladacznica w okularach. Chciał poprosić ją o pomoc, ale czuł, że jeśli go źle zrozumie, spotka go los okrutniejszy niż ten, którego spodziewał się doświadczyć z rąk oprawców.

Portugalczyka umieszczono w ciemnym pokoju, w którym znajdowały się jedynie puste butelki po białym winie węgierskim i szczątki ryb morskich. Nie zdążył jeszcze sprawdzić wytrzymałości krępujących mu dłonie więzów, gdy przybyło trzech ludzi i tłumacz. Przywódca porywaczy był energiczny i bardziej okrutny dla swoich podwładnych, aniżeli dla porwanego. Inny z oprawców był kobietą. Trzeci, najwyższy i najchudszy, ale nie najważniejszy, przypomniał Przewodniczącemu czasy sprzed rewolucji goździków, które to czasy sprawiły, że zwątpił w demokrację i na moment stał się maoistą.

Energiczny oprawca zakomunikował, że w świetle ostatnich decyzji istotnych przywódców europejskich, czuje się Europejczykiem, jest więc w Brukseli na prawach gospodarza i Przewodniczącego wita.
— Ja też państwa serdecznie witam w stolicy zjednoczonej Europy. Zarazem serdecznie przepraszam za sprzeniewierzenie się ideałom z Leaken. Zapewniam państwa, że nastąpiło wielkie nieporozumienie, gdyby nie chore ambicje Francuzów, ten nieszczęsny Giscard d’Estaing! Nie można było przecież przewidzieć, że lata pracy konwentu zrodzą coś tak absurdalnego.

Histeryczny śmiech kobiety w kapeluszu nie wróżył niczego dobrego.

Jako pierwszy pytał ten sprzed rewolucji goździków:
— Co pan robił między rokiem 1355 a 1834?
Ze zrozumiałych powodów Barroso milczał i zadano mu pierwszy cios otwartą dłonią w tył głowy.
— Kto wycenił Penha Longa na zaledwie dwadzieścia tysięcy rejsów?
Padł drugi cios i José Manuel zobaczył swoją matkę idącą ku migotliwemu morzu.

Następnie do roboty wziął się oprawca energiczny. Pobił przewodniczącego zanim zgodził się zadać pierwsze pytanie:
— Dlaczego nie zaproponowano mojemu bratu prezydentury Unii Europejskiej?
Barroso nie usłyszał, albo nie zrozumiał prostego w końcu pytania.

Najgorsza była kobieta, która po prostu biła, o nic nie pytając. Dzięki temu jednak, zakrwawiony i na wpół nieprzytomny Barroso domyślił się wreszcie, że to Polacy:
— Jeśli chodzi o kandydaturę pana Lewandowskiego, to nie ma powodów do niepokoju, z całą pewnością zostanie zaakceptowana.

Wtedy do bicia włączył się nawet tłumacz i Barroso nie rozumiał już nic. Chudy polał przewodniczącego cuchnącą wodą z wiadra pokrytego obitą emalią:
— Domagamy się ujednolicenia europejskiej podejrzliwości w kierunku antykomunistycznym, jebany maoisto. Domagamy się ustanowienia jednolitej europejskiej służby tajnej, na czele której stanie Mario.
— To niewątpliwie zdolny i doświadczony człowiek, ceniący niezależność, szanujący prawo i bezstronny w ocenie zagrożeń.

Ciosy, które nań wówczas padły, uzmysłowiły Portugalczykowi, że w ten weekend jego spuchnięte oczy nie ujrzą rozległych łąk Penha Longa.

zdjęcia do notki: http://balsamlomzynski.blox.pl/2009/11/417-Ku-jednolitej-europejskiej-przestrzeni.html

Reklama

40 KOMENTARZE

  1. hmmm
    całym swym jestestwem współodczuwam, współpłacze, współcierpię, wsółpragnę ku depresyjnej portugalskiej ziemi się udać, gdzie w otoczeniu wąsaczy byłbym jak w domu, gdzie w otoczeniu depresyjnych jak ja depresantów depresił bym się w klimacie znacznie lepszym od naszego, gdzie z lampką PORTO w dłoni mógłbym się depresji poddać, w depresji zanurzyć i w depresji pogrążyć

  2. hmmm
    całym swym jestestwem współodczuwam, współpłacze, współcierpię, wsółpragnę ku depresyjnej portugalskiej ziemi się udać, gdzie w otoczeniu wąsaczy byłbym jak w domu, gdzie w otoczeniu depresyjnych jak ja depresantów depresił bym się w klimacie znacznie lepszym od naszego, gdzie z lampką PORTO w dłoni mógłbym się depresji poddać, w depresji zanurzyć i w depresji pogrążyć

  3. hmmm
    to depresja, szanowna, depresja jak nic, idzie ku dobremu, niedługo szarugi będą, dżdże i wiatru zimnego wianie, depresyjność się pogłębiać będzie, będzie dobrze, człowieczeństwo nasze się w depresji zanurzy i jak nowe uwznioślone się wydobędzie.
    Śnieg spadnie, wyż na niebie się ustawi, mrozem walnie i radość zapanuje w sercach a umysły się rozjaśnia. Przy kominku grzać się będziemy w ogień spoglądając a wiosny wyglądając, potem tylko przednówek jakoś przeżyć i już żyć będzie można
    A czapkę na głowę założyć, na głowę

    • Najwięcej o depresji wiedzą
      Najwięcej o depresji wiedzą Norwegowie, w hytte zaszyci, literacko wyrafinowani i roponaftowo przy tym zabezpieczeni, więc nic nie muszą. Kominki norweskie równych sobie nie mają, coż nasze kozy i kuchnie węglowe, grzyby na nich suszyć, a nie duszę ogrzać.
      Nie wiem starszy1961 dokąd w swoich komentarzach zmierzasz, ale i ja tam idę, i tam się spotkamy. Na niebieskich pastwiskach Penha Longa, sprzedanych za bezcen Deutsche Bank.

  4. hmmm
    to depresja, szanowna, depresja jak nic, idzie ku dobremu, niedługo szarugi będą, dżdże i wiatru zimnego wianie, depresyjność się pogłębiać będzie, będzie dobrze, człowieczeństwo nasze się w depresji zanurzy i jak nowe uwznioślone się wydobędzie.
    Śnieg spadnie, wyż na niebie się ustawi, mrozem walnie i radość zapanuje w sercach a umysły się rozjaśnia. Przy kominku grzać się będziemy w ogień spoglądając a wiosny wyglądając, potem tylko przednówek jakoś przeżyć i już żyć będzie można
    A czapkę na głowę założyć, na głowę

    • Najwięcej o depresji wiedzą
      Najwięcej o depresji wiedzą Norwegowie, w hytte zaszyci, literacko wyrafinowani i roponaftowo przy tym zabezpieczeni, więc nic nie muszą. Kominki norweskie równych sobie nie mają, coż nasze kozy i kuchnie węglowe, grzyby na nich suszyć, a nie duszę ogrzać.
      Nie wiem starszy1961 dokąd w swoich komentarzach zmierzasz, ale i ja tam idę, i tam się spotkamy. Na niebieskich pastwiskach Penha Longa, sprzedanych za bezcen Deutsche Bank.

  5. Złotosty_kłamco, nawet jeśli
    Złotosty_kłamco, nawet jeśli jeśli zawsze kłamiesz, zawsze Ci uwierzę, niech tak właśnie będzie, że milczą z podziwu, a nie z przekąsem. A jeśli zawsze mówisz prawdę, co przecież nie jest niemożliwe, jak wykazał Leśniewski konstruując tezę o metajęzyku, tym bardziej się do stóp Twych ścielę.

    Zawsze miałem ten problem na seminariach i naukowych dyskusjach, które niegdyś prowadziłem, że po mnie nikt nie śmiał mówić, a ja przecież chciałem, żeby mówili, byle pochwalnie, duszę zbolałą uspokoili, bo gdyby nagannie było, to jak prezydent urażony do pałacu mojego na wzgórzu umykałem, do mojej Antyszambry z szydełekiem.

    Rozumiem prezydenta lepiej niż ktokolwiek, prezydent poniekąd to ja.

  6. Złotosty_kłamco, nawet jeśli
    Złotosty_kłamco, nawet jeśli jeśli zawsze kłamiesz, zawsze Ci uwierzę, niech tak właśnie będzie, że milczą z podziwu, a nie z przekąsem. A jeśli zawsze mówisz prawdę, co przecież nie jest niemożliwe, jak wykazał Leśniewski konstruując tezę o metajęzyku, tym bardziej się do stóp Twych ścielę.

    Zawsze miałem ten problem na seminariach i naukowych dyskusjach, które niegdyś prowadziłem, że po mnie nikt nie śmiał mówić, a ja przecież chciałem, żeby mówili, byle pochwalnie, duszę zbolałą uspokoili, bo gdyby nagannie było, to jak prezydent urażony do pałacu mojego na wzgórzu umykałem, do mojej Antyszambry z szydełekiem.

    Rozumiem prezydenta lepiej niż ktokolwiek, prezydent poniekąd to ja.

  7. No jakże tu pisać komentarze
    przy takiej znajomości tematu? Toż ja się musiałem do Brukseli udać, zaułki prześledzić i na ten róg spojrzeć, co to na nim stała Sara, co chciała tylko orła. I spojrzałem, i jeszcze wracam, a jak wrócę, to może powezmę stosowną wiedzę, żeby skomentować.

    • Przyznaję, po Rue Revenstein
      Przyznaję, po Rue Revenstein w tę i we wtę chadzałem, dzwonów kościoła garnizonowego St-Jacques-sur-Coudenberg słuchałem, notatki robiłem. Dlaczego?
      Niech się więc stanie: piszę książkę o dymisjonowanym oficerze SB Florianie Czeszejko, który wespół z kolegami z dawnej pracy starają się o fundusze europejskie, jako osoby ze społeczeństwa wykluczone. Ma być śmieszna, ale jeszcze nie jest.
      Książka się przytkała, wobec tego bloguję.

  8. No jakże tu pisać komentarze
    przy takiej znajomości tematu? Toż ja się musiałem do Brukseli udać, zaułki prześledzić i na ten róg spojrzeć, co to na nim stała Sara, co chciała tylko orła. I spojrzałem, i jeszcze wracam, a jak wrócę, to może powezmę stosowną wiedzę, żeby skomentować.

    • Przyznaję, po Rue Revenstein
      Przyznaję, po Rue Revenstein w tę i we wtę chadzałem, dzwonów kościoła garnizonowego St-Jacques-sur-Coudenberg słuchałem, notatki robiłem. Dlaczego?
      Niech się więc stanie: piszę książkę o dymisjonowanym oficerze SB Florianie Czeszejko, który wespół z kolegami z dawnej pracy starają się o fundusze europejskie, jako osoby ze społeczeństwa wykluczone. Ma być śmieszna, ale jeszcze nie jest.
      Książka się przytkała, wobec tego bloguję.