Reklama

La petite apocalypse

Prezydent przeziębił się ponieważ wyszło na jaw, że chcą zburzyć Pałac Kultury. Jak się dowiedział, bez zbędnej zwłoki część straży sprytnie wyminął, część obrzucił wyzwiskami i wprost ze zbudowanego jeszcze za Kwaśniewskich ogrodu zimowego zbiegł truchtem do garażu szukać kanistra. Najbardziej mu się spodobał niebieski, o pojemność pięciu litrów. Opuszczał już prawie garaż, ale w progu stała Marie.

— Dokąd, nocą, w szlafroku?
— Widzę, że chcą zburzyć pałac, Marie.
— Wygłoś orędzie, albo zawetuj.
— Wprost pałacu bronić mi nie wypada, bo stalinowski, ale bez pałacu to miasto umrze.
— Jak się pod pałacem spalisz, to się miasto tylko ucieszy.
— Nad formą protestu zastanowię się po drodze, pokonując rozmaite trudności i konfrontując się z przeszłością. Wiesz przecież Marie, co mam na myśli, nawet Stasiak tę książkę podobno czytał.
— Idź, ale znajdź najpierw ciepłą i, jeśli się upierasz, łatwopalną odzież.

Miast jak zwykle użyć tajnego przejścia północnego prowadzącego do ogrodów BBN, prezydent wymknął się przez taras, a potem dyskretnym przejściem podziemnym po stronie wschodniej, prowadzącym do magazynów odzieży roboczej i ochronnej Wyższego Metropolitarnego Seminarium Duchownego Jana Chrzciciela. W magazynie przechowywano przede wszystkim czarne rewerendy sięgające kostek, broniące przed złymi myślami białe humerały zwane też „hełmami zbawienia”, nakładane najpierw na głowę, a potem, zwijane wokół szyi jak szal; damsko-męskie alby pełniące funkcję ni to biustonosza ni to kaleson, ale funkcjonalnie przeciwstawne działaniom złych mocy; zielone cingula, czyli sznurkowe paski z frędzlami sygnalizujące wstrzęmięźliwość i spinające luźne na ogół alby; ornaty, kapy i ekscytujące pozareligijną wyobraźnię duchownych białe ministranckie komże. Prezydent pobrał ornat, przepasał się zielonym cingulum i wbrew wskazaniom Ceremoniale Episcoporum,  pektorał włożył na ornat, choć powinien odwrotnie, tak by krzyż pektorału był jak najbliżej serca. W ostatniej chwili wziął jeszcze manipularz z purpurowego atłasu służący duchownym wysokiej rangi do dawania znaku, że ceremoniał może się już zacząć.

Reklama

Wydało mu się teraz, że przeziębienie mu nie grozi, i że łatwo wtopi się w tłum. Ledwo wygramolił się przez okienko magazynu, ledwie przebiegł chyłkiem przez ogrody seminarium i wydostał się na zawsze pustą z powodu bliskości Szczygły Furmańską, dostrzegł wspartego o wysoki mur człowieka skądś sobie znanego, z pewnego punktu widzenia łagodnego i niewinnego, ale pod innymi względami znowu gwałtownego i pierwotnego, jak stopniowe zarastanie jezior, albo usuwanie nieczystości ze statków wycieczkowych wprost w głębie morskie. Prezydent zabulgotał groźnie kanistrem.
— Kim pan jest?
— Byłem kiedyś kierownikiem telewizji. Teraz jestem dziennikarzem, ale nade wszystko autorem najgorszej książki napisanej w tutejszym języku. Będę panu w ostatniej drodze towarzyszyć ponieważ pańska prezydentura podzieli losy mojej książki.
— Skąd wiadomo, że książka była najgorsza? 
 Czułno zwlókł się i z rozpaczą zorientował, że w domu nie ma już nic do picia. Musiał żłopać paskudną wodę z kranu, która może nie byłaby taka zła, gdyby nie jego nastawienie. A nastawienie miał fatalane.* Poniosę panu kanister,  panie prezydencie.
— Jezus Maria!
 Daniel podniósł głowę i popatrzył prosto, wycelował w niego szarą twarz ze sterczącym dziobem nosa na tle dwóch wież kościoła w spirali ptaków.

Prezydent tym spieszniej przeskoczył Krakowskie, im bardziej autor książki nastawał; dzięki temu w try miga dotarł na plac Piłsudskiego, gdzie skądinąd często bywał. Było tu mgliście, ponuro i trwożnie. Prezydent otarł czoło haftowanym manipularzem i spojrzał dyskretnie za siebie. Autor raził z pewnej odległości.
 Biała przestrzeń otwierała się nad nim i wokół niego. Wciągał go powietrzny lej. Maria znikła.
— Na miłość boską!

Prezydent ruszył gwałtownie w kierunku Parku Saskiego, umieścił na chwilę na ławeczce kanister żeby ciaśniej związać cingulum, a potem, już gotów do dłuższego biegu, puścił się Senatorską, przez Plac Bankowy. Były kierownik telewizji nastawał, prezydent spojrzał dość ciepło na rzęsiście oświetloną fasadę pałacu Mostowskich, a potem zagłębił się w stalinowskie zakamarki dawnej ulicy Nowotki.
 Im głębiej Czułno wgryzał się w sprawę, tym bardziej się angażował.

Niby już nie było z czego krzesać, a prezydent jeszcze bardziej przyspieszył i, w kontekście zbliżającego się szczytu energetycznego w Kopenhadze, zadumał się nad właściwościami pędnymi grafomanii. Samą redakcją Rzeczpospolitej można by napędzić pół Ukrainy, która przecież na literaturze doskonale się zna.  Snując te rozważania, prezydent dotarł do tymczasowego wiaduktu nad Dworcem Gdańskim i parę razy podskoczył, żeby sprawdzić czy się dobrze trzyma. Był w każdym razie wreszcie u siebie, na starym Żoliborzu, gdzie mieszkała wyłącznie inteligencja. Spoczął pod pomnikiem 1 dywizji pancernej gen. S.Maczka, przez uczniów okolicznego zespołu szkół zwanego pomnikiem orła srającego w locie. Ledwo zasiadł, zza pomnika wychynął rzecznik praw obywatelskich i jął pobierać prezydentowi wymaz z gardła.
— Zramolali starcy niespełnieni w normalnych rolach życiowych zapadają łacniej. Jeśli pan chcesz tu przebywać, dawaj pan wymaz.
— Na rany Chrystusa!

Prezydent biegł przed siebie, ale teraz już rychło zasłabł, bo kanistrem nie szło machać z dostateczną swobodą. Skrył się w przychodni rejonowej na Felińskiego. Na parterze siedziało dwóch szatniarzy, którym od dwóch lat nie wolno było palić. Aż dziw brał, że w maleńkiej szatni mieści się aż dwóch, chociaż kto wie, może jeden tylko był portierem, a drugi na przykład rzecznikiem prasowym przychodni. Płaszczy w każdym razie nikt im nie powierzał. Doświadczeni pacjenci bardzo w tym miejscu przyspieszali by okrycia wierzchnie przy sobie zachować. Ci co nijak przyspieszyć już nie mogli, nakładali wierzchnie pod spód. Ponieważ prezydent miał pektorał na wierzchu, a ornat pod spodem, przemknął się nie wzbudzając podejrzeń szatniarza i jego domniemanego rzecznika. 

Świątobliwy z wyglądu mąż z niebieskim kanistrem wstępował dostojnie ubożuchną klatką schodową wyposażoną w wąską poręcz wyściełaną przedawnionym igielitem i ozdobioną lamperią wpisującą się jak niezabliźniona rana w najtrudniejszy okres w historii Żoliborza. W korytarzu na piętrze siedziało ze czterdzieści pogodzonych z losem osób starszych, niezamożnych, odartych z godności i kaszlących ukradkiem w łagodnym półobrocie. Zły pisarz i prymitywny rzecznik byli już niestety na miejscu. Rzecznik mówił pisarzowi, że przemoc wobec dzieci obniża koszta leczenia w wieku starczym, a pisarz niepokoił zdumiewająco uprzejmą recepcjonistkę:
 Rano następnego dnia Wilczycki obudził się z wyschniętym gardłem i pękającą głową w ubraniu obok kanapy. 
— Boże święty! Pierwszy numerek na dziewiątą na początek marca, a numerków, zapewniam pana, praktycznie w ogóle nie mamy.

Prezydent zasiadł tuż pod gabinetem doktora M. Gładząc manipularz mniemał, że mu się uda wkręcić. Nie protestowano, bo nikt od dawna nie wszedł, a jakby nawet zaczęli wpuszczać to przecież nie wedle szkodliwości społecznej tylko wedle numerków. Na krześle na wprost siedziała osoba w oczywisty sposób inteligencka, dysząca, z odzieżą wierzchnią pod spodem, prawie z przegrzania nieżywa, ale wciąż sprawnie narzekająca:
— Czy i panu doskwiera niewydolność wątroby?
— Zapalenie orędzia, nie mogę się wysłowić inaczej niż poprzez spolegliwych dziennikarzy. Dlaczego nie wpuszczają?
— Pacjentka siedzi u doktora M. już drugi tydzień. Zdobyła numerek i chce mu teraz wszystko opowiedzieć. Jest tyleż chora, co samotna, jak wszyscy, ale jak tak można lekarza publicznego blokować? Do prywatnej przychodni iść, albo w ogóle do którejś z osób duchownych, takich jak pan. A jaka to denominacja, jeśli można wiedzieć?
— Nic się nie da zrobić, żeby przyspieszyć?
— Podobno lekarz współczesny polski, niewłaściwie jest motywowany na skutek częściowo i niesłusznie przeprowadzonych reform. Trwający w NFZecie pacjenci są coraz biedniejsi i coraz bardziej chorzy, co w niektórych lekarzach wywołuje impuls judymowski, czyli litość fragmentaryczną i ni stąd ni zowąd. Doktor M. tych, co już weszli z numerkiem traktuje dobrze, natomiast wobec oczekujących pod drzwiami odczuwa obojętność, albo i co gorszego. Z doktor D. jest zdaje się odwrotnie.
— Gardzi tymi w środku?
— Wszystkimi gardzi.
— Należy więc kontynuować reformy.
— Ten złośliwy troll wszystko blokuje i nic się nie da zrobić do przyszłej jesieni. Po prawdzie, jakby nie blokował, byłoby jeszcze gorzej. Innej drogi jednak nie ma. W tym kraju wszystko trzeba najpierw rozpieprzyć, a potem od nowa budować. Nasza administracja nie potrafi inaczej.  Z tych samych powodów chcą zburzyć Pałac Kultury i Nauki. 
— Boże!

Prezydent schował wystający spod ornatu rąbek alby i ruszył w otchłań dnia listopadowego, a za nim grafoman i zamordysta. Grafoman milczeć nie potrafił:
 Nie sposób przewidzieć wydarzenia, które za moment zmieni nasze życie. Wchodzimy na rynek od ulicy Szewskej i idziemy w kierunku przeznaczenia, które pod postacią innej osoby nadchodzi juz z drugiej strony Sukiennic.
— Święci Pańscy!

Prezydent na powrót znalazł się pod pomnikiem, a potem zbiegł po schodach ku zgniłozielonym i błotnistym przestrzeniom na dnie fosy wokół cytadeli, gdzie oszalali z samotności i zagubienia mieszkańcy okolicznych bloków wojskowych wypasali psy wielkości cieląt.

Wsparta już o srebrny świerk posadzony jeszcze za czasów generał-policmajstra Andrieja Storożenki, stała piękna z boku i z daleka, ale z żadna młoda, kobieta w rosyjskiej czapce dookolnej, obuta w kozaczki; spowitą w czerń dłonią dociągała połę płaszcza do wydatnej grdyki, położonej tuż poniżej obszernych, tradycyjnych ust polskich, zwartych w nienawistnym uśmiechu. Na widok ten powiało grozą.
— Poniosę panu kanister, panie prezydencie.
— Niech pani nigdy nie odbiera mężczyźnie benzyny. Proszę wreszcie doradzić mi coś, co się kupy trzyma.
— Czy chodzi o przemoc strukturalną instytucji współczesnej cywilizacji?
— Chodzi o pałac, którego wprost, jako dziedzictwa komunistycznego bronić mi nie wolno. 
— A zatem auto-da-fé w przypadkowo wybranej lokalizacji symbolicznie nawiązującej. Parking przed szpitalem bielańskim?
— A cóż mi to da?
— Z pewnością pana nie zauważą i nie udzielą pomocy.
— Czy nie ma w pani żadnego współczucia?
 Nieliniowość sieciowej regulacji procesów niszczy wspólnie przeżywaną przestrzeń symboli. Indywidualne wędrowanie w wirtualnych przestrzeniach koroduje potrzebę odbudowania [tej] przestrzeni.
— Jezusie Nazareński!

Wdrapał się na fosę koło wiecznie przepełnionych śmietników przy Dymińskiej i ruszył na powrót do śródmieścia; przeżył po drodze szereg zapaści na zdrowiu i zwykłych, ludzkich chwil zwątpienia. Ilekroć padał, pobierano wymaz. Rondo Babka trzy razy obchodził w niezdecydowaniu, a za nim szedł pozbawiony talentu autor, rasistowski i antyludzki rzecznik oraz wściekle antykomunistyczna, kryptyczna wizjonerka. Prezydent chciał już ze wszystkiego zrezygnować i iść do domu. Autor jednak nastawał:
 Pozostawała zimna pustka mieszkania, która otworzyła się przed nim niechętnie. Niemal odruchowo poszedł do baru. Siadając na kanapie i popijając whisky pomyślał, że mimo zmęczenia nie zaśnie.

Gnany okrutnym cytatem, wnet dotarł na marmurowe przestworza wokół Pałacu Kultury. Zbliżał się moment rozstrzygnięć. Prezydent ogarnął wzrokiem urocze gmaszysko.  Tamci też już tu byli:
 Ciemne postaci wyroiły się dookoła. Spod ich gładkich masek słychać było śmiech. Były coraz bliżej, ciaśniej.

Najgorsza powieść w języku polskim, wysoka gorączka i kontakt z NFZ sprawiły, że prezydent miał wizję. Zoczył mianowicie, że gmaszysko ma kształt odwróconego krzyża. Ujrzał pałac odwrócony i unoszący się delikatnie pod łagodnym skrawkiem błękitu, wsparty na nogach dziewicy naszej, polskiej, ale już po europejsku gotowej. Ujrzał PKiN jako część dziewictwa narodu, którego nie trzeba podpalać, które trzeba obrócić i jako krzyż przed Europą bronić. Potrząsnął manipularzem i śmiało spojrzał na pisarza, który nie zorientował się jeszcze, że samobójstwa nie będzie:
 Siwicki rzucił się rozpaczliwie głową w przód, ale mężczyźni przytrzymali go, za ramiona wciągnęli na biurko i wreszcie, pomimo oporu, wepchnęli mu głowę w pętlę. Nogi Siwickiego przebierały w powietrzu szukając oparcia, postać podskakiwała na sznurze, aż człowiek na biurku opadł mu na ramiona, całym ciężarem przyciskając do dołu. (…) Ręce Siwickiego ciężko opadły wzdłuż ciała. „A to śmierdziel” powiedział, zeskakując z biurka i zaciskając nos mężczyzna w mundurze. Spoglądał na nogawki Siwickiego, spod których po prążkowanych skarpetkach i wyglancowanych butach na wzorzysty dywan ściekał rzadki kał.
— Czy pan zamierza coś jeszcze napisać?
— Pracuję nad powieścią. „Czas niedokonany”, bo tak roboczo nazwałem powieść, rozpoczyna się we wrześniu 2008 roku na giełdzie nowojorskiej na Wall Street, ale zaraz potem zanurzam się w historię i opowiadam dzieje dwóch rodzin, poczynając od roku 1906. 
Prezydent wesoło zabulgotał kanistrem:
— Przykro mi, ale do tego dopuścić nie mogę.

 

Pomnik dywizji pancernej

Kaczyński i Widlstein

Fotomontaż na początku notki: HONZO

http://dolinanicosci.salon24.pl/91612,odcinek-osiemnasty

 

Reklama

128 KOMENTARZE

        • Czyżby Cię Lukrecjo wygnano z Lux medu?
          Przegnano Cię z Lux-medu, En-elmedu i wrzucono do lochów po raz pierwszy do dawna i pozwolono powoli umierać?

          Niby tam już błyszy, ale piszczy, niby kafelki, ale tłuste i szare, niby komputer, ale dla kontrastu, niby lekarz, lecz dojeżdża z Otwocka i się mści na czym popadnie za zapaść cywilizacyjną?

          Wiedz, że nie jesteś sama.

          • Nie calkiem.
            mój malżonek, tradycjonalista, bywa w takiej przychodni, zresztą opodal Otwocka, a ja mu towarzyszylam. Sama nie choruję a jak coś tam, to miód, cytryna, kora wierzby i inne naturalnr sposoby

          • Trywialne
            Robi się półgęsek oczywiście z kaczki.

            Marynuj w wodzie zimnej, osolonej, łyżka soli do herbaty na pierś kaczą, z łyżeczką soli peklującej lub saletry po całośći, w obecności ostrej papryki i ziaren jałowca. Niechaj woda skrywa pierś zupełnie.

            Proces marynowania niech trwa ze dwa dni, dłużej nie zaszkodzi, a nawet pomoże, w komorze na drewno, a jak nie masz, na balkonie.

            Piersi kacze złożyć potem w pół i związać sznurkiem dosyć ciasno, do piekarnika na wolny ogień, pewnie z godzinę.

            Jałowiec winien być ukryty w zawiniątkach z piersi. Jeśli Ci czosek nie przeszkadza, to też.

            Zamiast piekarnika lepiej użyć wędzarni i drewna olchowego, wtedy w trakcie konsumpcji gościom drżą kolana.

            Za efekt z piekarnika niestety nie ręczę i czas pieczenia podaję wedle ogólnego wyobrażenia o procesie pieczenia i zwęglania.

          • hmmm 😉 – mniej trywialnie a podwójnie
            Po zabiciu gęsi przeznaczonych na półgęski i oczyszczeniu z pierza, zostawić je do drugiego dnia, aby sadło dobrze zastygło i zapach świeżości przeszedł. Na drugi dzień wykroić piersi jak można największe, wziąć na 10 półgęsek 0,5 kg soli z 1/3 łyżeczki tłuczonej saletry i tym dobrze nacierać półgęski z obu stron. Niektórzy wyłamują kości z piersi gęsiej do solenia, a po nasoleniu zawijają w kształcie rulonu tak, aby skóra wierzchnia została cała na zewnątrz, owijają papierem i tak wędzą. Gdy się więc nacieranie półgęsek skończy, złożyć je do naczynia olszowego lub dębowego, byle nie sosnowego, w którym to drzewie żadne mięso solone być nie może, ułożyć szczelnie, pokryć denkiem i przycisnąć kamieniem.
            Tak przyrządzone, leżeć powinny 8 dni, przez ten czas sól zupełnie się roztopi i obejmie je, a gdyby dłużej leżały w soli, stwardnieją i będą przesolone.

            Pierwszy sposób:

            Wyjęte z sosu słonego moczy się na mokro w otrębach pszennych, tak, aby otręby zupełnie oblepiły półgęski i na powierzchni były suche, następnie zawiesza się w niezbyt gorącym dymie, żeby się nie ugotowały, tak są delikatne. W dymie powinny wisieć 2 do 3 dni. Po wyjęciu z dymu otręby obciera się grubym płótnem, a półgęski wiesza w przewiewnym miejscu, aby dym wyszedł.

            Drugi sposób:

            Zamiast otrąb, owija się półgęski w papier. Robiąc półgęski, zostawić uda gęsie, które wiele osób soli i wędzi razem. Można je także użyć, przyrządzając w galarecie na kształt marynaty. Obciąwszy nóżki, należy je wraz z udami najstaranniej oczyścić ciepłą wodą, włożyć do rondla, następnie dołożywszy kilka nóżek cielęcych, nalawszy 3 części wody a czwartą octu, jak najwolniej gotować, dodawszy włoszczyzny, listków bobkowych, muszkatołowego kwiatu, imbiru, trochę ziela angielskiego i cebuli. Gdy są już dostatecznie miękkie, po należytym wyszumowaniu, podlać trochę zimnego octu. Następnie wyjąć uda z rosołu, ponakładać w każde po kilka goździków i ułożyć w naczynie polewane lub porcelanowe. Rosół zaś niech się sklaruje i stygnie, tłuszcz z niego zebrać, zagotować jeszcze raz z kilkoma białkami dla lepszego sklarowania, tym sosem przez serwetę zalać, a na wierzch smalcem – lepiej się konserwują pod tłuszczem. Używając, podać do nich oliwę i ocet, ma się rozumieć, odgarnąwszy smalec.

          • Na bóg miły, jak jakąś gęś dopadnę
            To w óśm dzień dopiero jej odpuszcze.
            Piękny przepis, piękny i pierwotny.
            Nic nie wiedziałem o półgęskach, nic.

            Budowanie wędzarni żadna sztuka, więc niech się nie wykręca. Można tak zakombinować, żeby również służyła jako grill i rożen.

          • Wielkie dzięki
            Z wędzarnią klopot. Nie mam. Ale to jedyna przeszkoda. Zagonię męża, może zbuduje.
            PS lekarz w przychodni jest z Falenicy.

          • Pierśnik
            To się domaga szerszego przytoczenia:

            Ministerstwo Rolnictwa nazywa półgęska pierśnikiem:

            3. Charakterystyka produktu rolnego:

            Wygląd (zewnętrzny i na przekroju)
            Na zewnątrz wygląd walca obleczonego gęsią skórą, wzdłużnie zszytego dratwą lub oplecionego sznurkiem jak baleron. Na przekroju owalne mięso otoczone warstewką tłuszczu i skórą gęsią.

            Kształt (zewnętrzny i na przekroju)
            Kształt anatomiczny piersi gęsich, złożonych skórą na zewnątrz. W zależności od tego, czy są zszyte, czy oplecione sznurkiem, przybierają kształt walcowaty lub wrzecionowaty. Na przekroju kształt owalny lub eliptyczny.

            Wielkość
            Wielkość zależna od wielkości gęsi, z której pozyskano piersi. Z gęsi rasy pomorskiej uzyskuje się na ogół surowe półgęski o masie od 1,5 do 2 kg. Długość półgęska po uwędzeniu wynosi około 30-40 cm, a średnica na przekroju wynosi 8-14 cm (szersza część owalu) i 6-10 cm (węższa część owalu). Masa po peklowaniu, osuszeniu i uwędzeniu waha się od 1,2 do 1,8 kg.

            Barwa (zewnętrzna i na przekroju)
            Barwa zewnętrzna złocistobrązowa, błyszcząca od tłuszczu. Na przekroju mięso ciemnoczerwone do wiśniowobrązowego, otoczone jasną warstewką tłuszczu i pasemkiem ciemniejszej skóry. W mięsie mogą być widoczne marmurkowate, delikatne przerosty jasnej tkanki łącznej.

            Konsystencja, „wrażenie w dotyku”
            Konsystencja podobna do konsystencji surowej szynki. W dotyku elastyczny.

            Smak i zapach
            Smak charakterystyczny dla surowo wędzonego mięsa gęsiego, zapach intensywny wędzonego mięsa, utrwalony w tłuszczu otaczającym mięśnie.

            Inne dodatkowe informacje dotyczące charakterystyki produktu rolnego lub środka spożywczego
            Dawniej półgęskiem nazywano także (zwłaszcza na Litwie) połówkę gęsi, po usunięciu kości zwiniętej i wędzonej przez około 2 dni. Na Pomorzu przyjęło się, że półgęsek robi się tylko z piersi, natomiast ze skrzydeł gotuje się rosół, szyję przeznacza się do nadziewania, łapy na galaretę, tłuszcz na smalec, podroby na pasztet, a z pozostałego mięsa (z grzbietu i ud) robi się okrasę (zwaną też oboną).

            4. Tradycja, pochodzenie oraz historia produktu rolnego, środka spożywczego lub napoju spirytusowego:

            Półgęsek był w kuchni staropolskiej bardzo popularną przekąską. Najbardziej znane były półgęski litewskie, wspominane między innymi przez Adama Mickiewicza w Panu Tadeuszu. Opisując tam śniadanie w soplicowskim dworku, pisał: Zaś dla mężczyzn wędliny leżą do wyboru: Półgęski tłuste, kumpia, skrzydliki ozoru, Wszystko wyborne, wszystkie sposobem domowym, Uwędzone w kominie dymem jałowcowym. Tradycja przyrządzania półgęsków kształtowała się wszędzie tam, gdzie rozwijał się chów gęsi.

        • Czyżby Cię Lukrecjo wygnano z Lux medu?
          Przegnano Cię z Lux-medu, En-elmedu i wrzucono do lochów po raz pierwszy do dawna i pozwolono powoli umierać?

          Niby tam już błyszy, ale piszczy, niby kafelki, ale tłuste i szare, niby komputer, ale dla kontrastu, niby lekarz, lecz dojeżdża z Otwocka i się mści na czym popadnie za zapaść cywilizacyjną?

          Wiedz, że nie jesteś sama.

          • Nie calkiem.
            mój malżonek, tradycjonalista, bywa w takiej przychodni, zresztą opodal Otwocka, a ja mu towarzyszylam. Sama nie choruję a jak coś tam, to miód, cytryna, kora wierzby i inne naturalnr sposoby

          • Trywialne
            Robi się półgęsek oczywiście z kaczki.

            Marynuj w wodzie zimnej, osolonej, łyżka soli do herbaty na pierś kaczą, z łyżeczką soli peklującej lub saletry po całośći, w obecności ostrej papryki i ziaren jałowca. Niechaj woda skrywa pierś zupełnie.

            Proces marynowania niech trwa ze dwa dni, dłużej nie zaszkodzi, a nawet pomoże, w komorze na drewno, a jak nie masz, na balkonie.

            Piersi kacze złożyć potem w pół i związać sznurkiem dosyć ciasno, do piekarnika na wolny ogień, pewnie z godzinę.

            Jałowiec winien być ukryty w zawiniątkach z piersi. Jeśli Ci czosek nie przeszkadza, to też.

            Zamiast piekarnika lepiej użyć wędzarni i drewna olchowego, wtedy w trakcie konsumpcji gościom drżą kolana.

            Za efekt z piekarnika niestety nie ręczę i czas pieczenia podaję wedle ogólnego wyobrażenia o procesie pieczenia i zwęglania.

          • hmmm 😉 – mniej trywialnie a podwójnie
            Po zabiciu gęsi przeznaczonych na półgęski i oczyszczeniu z pierza, zostawić je do drugiego dnia, aby sadło dobrze zastygło i zapach świeżości przeszedł. Na drugi dzień wykroić piersi jak można największe, wziąć na 10 półgęsek 0,5 kg soli z 1/3 łyżeczki tłuczonej saletry i tym dobrze nacierać półgęski z obu stron. Niektórzy wyłamują kości z piersi gęsiej do solenia, a po nasoleniu zawijają w kształcie rulonu tak, aby skóra wierzchnia została cała na zewnątrz, owijają papierem i tak wędzą. Gdy się więc nacieranie półgęsek skończy, złożyć je do naczynia olszowego lub dębowego, byle nie sosnowego, w którym to drzewie żadne mięso solone być nie może, ułożyć szczelnie, pokryć denkiem i przycisnąć kamieniem.
            Tak przyrządzone, leżeć powinny 8 dni, przez ten czas sól zupełnie się roztopi i obejmie je, a gdyby dłużej leżały w soli, stwardnieją i będą przesolone.

            Pierwszy sposób:

            Wyjęte z sosu słonego moczy się na mokro w otrębach pszennych, tak, aby otręby zupełnie oblepiły półgęski i na powierzchni były suche, następnie zawiesza się w niezbyt gorącym dymie, żeby się nie ugotowały, tak są delikatne. W dymie powinny wisieć 2 do 3 dni. Po wyjęciu z dymu otręby obciera się grubym płótnem, a półgęski wiesza w przewiewnym miejscu, aby dym wyszedł.

            Drugi sposób:

            Zamiast otrąb, owija się półgęski w papier. Robiąc półgęski, zostawić uda gęsie, które wiele osób soli i wędzi razem. Można je także użyć, przyrządzając w galarecie na kształt marynaty. Obciąwszy nóżki, należy je wraz z udami najstaranniej oczyścić ciepłą wodą, włożyć do rondla, następnie dołożywszy kilka nóżek cielęcych, nalawszy 3 części wody a czwartą octu, jak najwolniej gotować, dodawszy włoszczyzny, listków bobkowych, muszkatołowego kwiatu, imbiru, trochę ziela angielskiego i cebuli. Gdy są już dostatecznie miękkie, po należytym wyszumowaniu, podlać trochę zimnego octu. Następnie wyjąć uda z rosołu, ponakładać w każde po kilka goździków i ułożyć w naczynie polewane lub porcelanowe. Rosół zaś niech się sklaruje i stygnie, tłuszcz z niego zebrać, zagotować jeszcze raz z kilkoma białkami dla lepszego sklarowania, tym sosem przez serwetę zalać, a na wierzch smalcem – lepiej się konserwują pod tłuszczem. Używając, podać do nich oliwę i ocet, ma się rozumieć, odgarnąwszy smalec.

          • Na bóg miły, jak jakąś gęś dopadnę
            To w óśm dzień dopiero jej odpuszcze.
            Piękny przepis, piękny i pierwotny.
            Nic nie wiedziałem o półgęskach, nic.

            Budowanie wędzarni żadna sztuka, więc niech się nie wykręca. Można tak zakombinować, żeby również służyła jako grill i rożen.

          • Wielkie dzięki
            Z wędzarnią klopot. Nie mam. Ale to jedyna przeszkoda. Zagonię męża, może zbuduje.
            PS lekarz w przychodni jest z Falenicy.

          • Pierśnik
            To się domaga szerszego przytoczenia:

            Ministerstwo Rolnictwa nazywa półgęska pierśnikiem:

            3. Charakterystyka produktu rolnego:

            Wygląd (zewnętrzny i na przekroju)
            Na zewnątrz wygląd walca obleczonego gęsią skórą, wzdłużnie zszytego dratwą lub oplecionego sznurkiem jak baleron. Na przekroju owalne mięso otoczone warstewką tłuszczu i skórą gęsią.

            Kształt (zewnętrzny i na przekroju)
            Kształt anatomiczny piersi gęsich, złożonych skórą na zewnątrz. W zależności od tego, czy są zszyte, czy oplecione sznurkiem, przybierają kształt walcowaty lub wrzecionowaty. Na przekroju kształt owalny lub eliptyczny.

            Wielkość
            Wielkość zależna od wielkości gęsi, z której pozyskano piersi. Z gęsi rasy pomorskiej uzyskuje się na ogół surowe półgęski o masie od 1,5 do 2 kg. Długość półgęska po uwędzeniu wynosi około 30-40 cm, a średnica na przekroju wynosi 8-14 cm (szersza część owalu) i 6-10 cm (węższa część owalu). Masa po peklowaniu, osuszeniu i uwędzeniu waha się od 1,2 do 1,8 kg.

            Barwa (zewnętrzna i na przekroju)
            Barwa zewnętrzna złocistobrązowa, błyszcząca od tłuszczu. Na przekroju mięso ciemnoczerwone do wiśniowobrązowego, otoczone jasną warstewką tłuszczu i pasemkiem ciemniejszej skóry. W mięsie mogą być widoczne marmurkowate, delikatne przerosty jasnej tkanki łącznej.

            Konsystencja, „wrażenie w dotyku”
            Konsystencja podobna do konsystencji surowej szynki. W dotyku elastyczny.

            Smak i zapach
            Smak charakterystyczny dla surowo wędzonego mięsa gęsiego, zapach intensywny wędzonego mięsa, utrwalony w tłuszczu otaczającym mięśnie.

            Inne dodatkowe informacje dotyczące charakterystyki produktu rolnego lub środka spożywczego
            Dawniej półgęskiem nazywano także (zwłaszcza na Litwie) połówkę gęsi, po usunięciu kości zwiniętej i wędzonej przez około 2 dni. Na Pomorzu przyjęło się, że półgęsek robi się tylko z piersi, natomiast ze skrzydeł gotuje się rosół, szyję przeznacza się do nadziewania, łapy na galaretę, tłuszcz na smalec, podroby na pasztet, a z pozostałego mięsa (z grzbietu i ud) robi się okrasę (zwaną też oboną).

            4. Tradycja, pochodzenie oraz historia produktu rolnego, środka spożywczego lub napoju spirytusowego:

            Półgęsek był w kuchni staropolskiej bardzo popularną przekąską. Najbardziej znane były półgęski litewskie, wspominane między innymi przez Adama Mickiewicza w Panu Tadeuszu. Opisując tam śniadanie w soplicowskim dworku, pisał: Zaś dla mężczyzn wędliny leżą do wyboru: Półgęski tłuste, kumpia, skrzydliki ozoru, Wszystko wyborne, wszystkie sposobem domowym, Uwędzone w kominie dymem jałowcowym. Tradycja przyrządzania półgęsków kształtowała się wszędzie tam, gdzie rozwijał się chów gęsi.

  1. hmmm – a teraz na poważnie
    Jak ktoś jeszcze, gdzieś kiedyś, byle gdzie nawet, coś napisze i mnie to przeczytać będzie dane, a napisze o książce pana Bronisława W. co w telewizji przedstawia, to ja ostrzegam, że ja wezmę i to przeczytam, znaczy książkę ta a potem za siebie nie ręczę.
    Bo ja już raz tak miałem, prześladowany byłe, molestowany wręcz, ze strony każdej przez “młoda polska literatura”. ja lodówkę otwierałem za kiełbasę Krakowską Suchą się brałem a ona do mnie, że jak to, ja ją chce nożem traktować a ja nic nie czytałem, że ona ta młoda leży i czeka. ja się do polędwicy sopockiej przymierzałem a ona do mnie – jak Ci nie wstyd, taki ty w młodej polskiej nieoczytany!
    ja sobie chleb masłem chciałem posmarować a masło do mnie, czy mi nie wstyd?
    To poszedłem, do biblioteki i zarządzałem słowy twardymi “młodej polskiej literatury”. i dostałem .
    “Gnój” autor Wojciech Kuczok, i przeczytałem i oko moje już nigdy z “młoda polska literatura” się nie spotka. Bo jak ja flaków chciał będę to ja sobie wezmę i ugotuje.

    • Gnój cieszy tak jak Revers, nieszczerze i relatywnie

      ‘Gnój’ trochę mówi o przemocy domowej, co sugeruje, że nasi też potrafią i wtedy się krytyka strasznie cieszy, że bliżej nam (i jej) do normalności, a przecież nasz kraj i okolice kipi od pięknego szaleństwa i co tu nam aspirować do nierzeczywistości generowanej w kalifornijskich uniwersytetach.

      ‘Revers’ też zabawny jest tylko relatywnie, że i u nas może powstać film odjechany, biorący w nawias oczywistości seksualne. Sam się śmiałem i cieszyłem, ale relatywnie i wyprzedzająco, jak na meczu piłkarskim, dorównuje, a może nawet przewyższa, myślałem sobie. Zawiodą się chłopaki w drodze po Oscary, bo to już bardzo było. Chciałbym się mylić w kwestii Oscarów.

      My musimy po swojemu, nasze piękne traumy kafkowskie i kownwickie, inaczej nieszczerze wychodzi, jak festiwal country w Mrągowie, niech mu ziemia lekką będzie.

      Nie zestawiałbym jednak Kuczoka z Wildsteinem; ten ostatni to literacki siepacz i człek potwornie niebezpieczny dla otoczenia i instytucji europejskich.

      Strasznie dziś pontyfikuję, starszy1961, wybacz, to pewnie ten antybiotyk i półsurowe mięsa ledwie parę godzin gotowane.

  2. hmmm – a teraz na poważnie
    Jak ktoś jeszcze, gdzieś kiedyś, byle gdzie nawet, coś napisze i mnie to przeczytać będzie dane, a napisze o książce pana Bronisława W. co w telewizji przedstawia, to ja ostrzegam, że ja wezmę i to przeczytam, znaczy książkę ta a potem za siebie nie ręczę.
    Bo ja już raz tak miałem, prześladowany byłe, molestowany wręcz, ze strony każdej przez “młoda polska literatura”. ja lodówkę otwierałem za kiełbasę Krakowską Suchą się brałem a ona do mnie, że jak to, ja ją chce nożem traktować a ja nic nie czytałem, że ona ta młoda leży i czeka. ja się do polędwicy sopockiej przymierzałem a ona do mnie – jak Ci nie wstyd, taki ty w młodej polskiej nieoczytany!
    ja sobie chleb masłem chciałem posmarować a masło do mnie, czy mi nie wstyd?
    To poszedłem, do biblioteki i zarządzałem słowy twardymi “młodej polskiej literatury”. i dostałem .
    “Gnój” autor Wojciech Kuczok, i przeczytałem i oko moje już nigdy z “młoda polska literatura” się nie spotka. Bo jak ja flaków chciał będę to ja sobie wezmę i ugotuje.

    • Gnój cieszy tak jak Revers, nieszczerze i relatywnie

      ‘Gnój’ trochę mówi o przemocy domowej, co sugeruje, że nasi też potrafią i wtedy się krytyka strasznie cieszy, że bliżej nam (i jej) do normalności, a przecież nasz kraj i okolice kipi od pięknego szaleństwa i co tu nam aspirować do nierzeczywistości generowanej w kalifornijskich uniwersytetach.

      ‘Revers’ też zabawny jest tylko relatywnie, że i u nas może powstać film odjechany, biorący w nawias oczywistości seksualne. Sam się śmiałem i cieszyłem, ale relatywnie i wyprzedzająco, jak na meczu piłkarskim, dorównuje, a może nawet przewyższa, myślałem sobie. Zawiodą się chłopaki w drodze po Oscary, bo to już bardzo było. Chciałbym się mylić w kwestii Oscarów.

      My musimy po swojemu, nasze piękne traumy kafkowskie i kownwickie, inaczej nieszczerze wychodzi, jak festiwal country w Mrągowie, niech mu ziemia lekką będzie.

      Nie zestawiałbym jednak Kuczoka z Wildsteinem; ten ostatni to literacki siepacz i człek potwornie niebezpieczny dla otoczenia i instytucji europejskich.

      Strasznie dziś pontyfikuję, starszy1961, wybacz, to pewnie ten antybiotyk i półsurowe mięsa ledwie parę godzin gotowane.

  3. Ależ tu się dokonuje zbrodnia na prawach logiki
    “Cioły” to wszyscy bohaterowie opowiastki, z wyłączeniem:
    1. Czterdziestu osób starszych na Fellińskiego
    2. Recepcjonistki,
    3. Maire.

    Jeśli chodzi o doktora M. i doktor B., to sytuacja nie jest jednoznaczna, bo winę za ich grzechy ponosi struktura zachęt, promowana zresztą przez cioła.

    O nie-bohaterach powiastki nic tu się w komentarzu Doroli nie orzeka.

    A że domyślnie Dorola ma się za osobę inteligentną, czy to jest, pytam, grzech? Wszyscy cierpimy na tę słabość.

  4. Ależ tu się dokonuje zbrodnia na prawach logiki
    “Cioły” to wszyscy bohaterowie opowiastki, z wyłączeniem:
    1. Czterdziestu osób starszych na Fellińskiego
    2. Recepcjonistki,
    3. Maire.

    Jeśli chodzi o doktora M. i doktor B., to sytuacja nie jest jednoznaczna, bo winę za ich grzechy ponosi struktura zachęt, promowana zresztą przez cioła.

    O nie-bohaterach powiastki nic tu się w komentarzu Doroli nie orzeka.

    A że domyślnie Dorola ma się za osobę inteligentną, czy to jest, pytam, grzech? Wszyscy cierpimy na tę słabość.

    • Witaj emalio i wyjaw
      od razu czy stosujesz do posiłków otręby? Ja nawet nie wiem, co to jest, a starszy1961 półzywe gęsi w to (powyżej) zawija i nikt nie protestuje.

      Zajrzałem do Apokalipsy po raz pierwszy od 20 lat. Świetnie się czyta, lepiej niż wtedy. Wtedy troszku wydawało się miejscami nachalne, nadto polityczne.

      Konwicki sporo zdaje się złych rzeczy napisał (spojrzałem na Sennik Współczensy i nie byłem w stanie skończyć), ale on wielki jest i na wszelkie wyróźnienia zasługuje.

      • Nic nie będę wyjawiać
        Mój image “nieszkodliwej idiotki” mógłby na tym ucierpieć. Ale nie trzeba być orłem aby ten tekst odczytać jako wariacje na temat… A Starszy jest tutaj autorytetem i kto by się odważył. Wracając do Twoich tekstów. Jakoś przeoczyłam je, a teraz je odkrywam i pewnie będę ich fanką. Choć w tych tekstach pobrzmiewa coś znajomo, choć treści były zupełnie inne. Ale pewnie się mylę bo tamten nick odszedł obrażony.

    • Witaj emalio i wyjaw
      od razu czy stosujesz do posiłków otręby? Ja nawet nie wiem, co to jest, a starszy1961 półzywe gęsi w to (powyżej) zawija i nikt nie protestuje.

      Zajrzałem do Apokalipsy po raz pierwszy od 20 lat. Świetnie się czyta, lepiej niż wtedy. Wtedy troszku wydawało się miejscami nachalne, nadto polityczne.

      Konwicki sporo zdaje się złych rzeczy napisał (spojrzałem na Sennik Współczensy i nie byłem w stanie skończyć), ale on wielki jest i na wszelkie wyróźnienia zasługuje.

      • Nic nie będę wyjawiać
        Mój image “nieszkodliwej idiotki” mógłby na tym ucierpieć. Ale nie trzeba być orłem aby ten tekst odczytać jako wariacje na temat… A Starszy jest tutaj autorytetem i kto by się odważył. Wracając do Twoich tekstów. Jakoś przeoczyłam je, a teraz je odkrywam i pewnie będę ich fanką. Choć w tych tekstach pobrzmiewa coś znajomo, choć treści były zupełnie inne. Ale pewnie się mylę bo tamten nick odszedł obrażony.

        • Biały tłusty twardawy twaróg, w papier i folię (ostatnio)
          zawinięty ze sklepu. Folię won, do lodówki na ~3 tygodnie. Staje się twardszy, otoczony blonką białą (jak inna to do kosza niestety), Trzemy na płatki, fakt potrafi się kruszyć też. Sypiemy na usmażony na smalcu makaron, sól.

          Faktycznie coś mi się kojarzy z cynamonem w dzieciństwie ale nie wiem co (pomijając kompot).

          • hmmm 😉
            kot mówi jak błonką inna niż biała to do kosza? ale czy warto?
            nie, gdy ser zaczyna pleśnieć, to pokruszyć, do miski i poczekać aż się całkiem zaśmierdzi (wrażliwi oczekują poza domem). potem stopić na patelni z masłem, dokładnie rozcierając grudki, dodać żółtko i kminek.
            Przelać do miseczki, odstawić do ostygnięcia, potem można do lodówki jak już zimne,
            kroić i kłaść na chleb, ciemny smarowany masłem,
            można jeść bez chleba

          • A, Ty mówisz o serze topionym, też ok ale czasami mam
            ochotę na makaron z serem. Dla mnie ser winien być taki twardawy stąd czekam.
            Jeżeli pleśń nie biała czy rockpolowa to ryzykowne raczej.

          • No i popatrz, balsam
            jak to tutaj jest. Twój tekst o biednym, chorym Panie Prezydęcie, a komentarze to cała książka kucharska,albo jak w Szwejku co leżał w szpitalu i leczyli ich lewatywą i ścisłą dietą. Lepiej przeczytakj mój wpis o wekslu i skomentuj, bo do poczekalni spada, a to takie mądre jest. Żyły sobie wypruwam, żeby kaganiec oświaty nałożyć (Niziurski?)

          • To Ty lukrecjo w wekslach robisz?
            Po prawdzie wieczór mnie już scina łagodny, ostatnie czynności wykonuję, ale jeśli o wekslach i obiegu wekslowym, ale waha sie moje serce, na boga, czy naprawdę w wekslach robisz Lukrecjo?

          • Widzę Lukrecjo, że treści Twych o wekslach
            nie udało się uratować.
            Przykro mi, bo mi się ta notka bardzo podbała, szczególnie jak ona materac pruła.

            Możesz już teraz wyznać o jakie gadżety drogie chodziło, co to je dentysta dla siebie i żony kupił, i dla których ona (czy to byłaś Ty Lukrecjo?) się nieomal śmiertelnie zawesklowała?

            Zupełnie jak przed wojną, zupełnie.

          • Balsamie!
            Tekst jest szkoleniowy, więc wyjaśniam:
            Kłopot ze spłatą zobowiązania byłby także, gdyby chodziło o jakąkolwiek inną formę płatności. Tu (wariant 2) jeśli towar się nie sprzedaje, weksel czy co innego nie ma znaczenia. Więc nie ma co go demonizować. Zresztą na odroczenie płatności na przelew za trzy miesiące mógłby się PanJA nie zgodzić.
            Gadżety? Prawdę mówiąc nie myślałam o sprecyzowaniu, co to mogło być. Chyba chodzi o telefony komórkowe ze wszystkimi znanymi funkcjami połączone z urządzeniem do badania odczynu gleby. Na wsi to niezbędne. Nowszy model będzie miał dodatkowo termometr, higrometr i barometr oraz system wczesnego ostrzegania przed trąbą powietrzną.

          • I specjalny wihajster, który wdraża się o dopłucnie

            i od razu wiadomo, czy jest grypa czy nie.

            Pytałem o szczegóły bo pomyślałem, że był w Twoim tekście ukryty dramatczyny wątek autobiograficzny, gdzie Ty osobiście zawekslowałaś się na śmierć w oparciu o nadzieję sprzedaży pewnych gadżetów. Rozumiesz chyba Lukrecjo moją ciekawość, a takze  mój niepokój. Innymi slowy, nie wierzę w teksty czysto szkoleniowe.

            Bardzo piękny był Twój tekst szkoleniowy Lukrecjo i żałuję, ze tak późno się doń dobrałem.

            Korzystnego odczynu gleby życzę i do spotkania nad kolejnym tekstem Twoim bądż moim.

        • Biały tłusty twardawy twaróg, w papier i folię (ostatnio)
          zawinięty ze sklepu. Folię won, do lodówki na ~3 tygodnie. Staje się twardszy, otoczony blonką białą (jak inna to do kosza niestety), Trzemy na płatki, fakt potrafi się kruszyć też. Sypiemy na usmażony na smalcu makaron, sól.

          Faktycznie coś mi się kojarzy z cynamonem w dzieciństwie ale nie wiem co (pomijając kompot).

          • hmmm 😉
            kot mówi jak błonką inna niż biała to do kosza? ale czy warto?
            nie, gdy ser zaczyna pleśnieć, to pokruszyć, do miski i poczekać aż się całkiem zaśmierdzi (wrażliwi oczekują poza domem). potem stopić na patelni z masłem, dokładnie rozcierając grudki, dodać żółtko i kminek.
            Przelać do miseczki, odstawić do ostygnięcia, potem można do lodówki jak już zimne,
            kroić i kłaść na chleb, ciemny smarowany masłem,
            można jeść bez chleba

          • A, Ty mówisz o serze topionym, też ok ale czasami mam
            ochotę na makaron z serem. Dla mnie ser winien być taki twardawy stąd czekam.
            Jeżeli pleśń nie biała czy rockpolowa to ryzykowne raczej.

          • No i popatrz, balsam
            jak to tutaj jest. Twój tekst o biednym, chorym Panie Prezydęcie, a komentarze to cała książka kucharska,albo jak w Szwejku co leżał w szpitalu i leczyli ich lewatywą i ścisłą dietą. Lepiej przeczytakj mój wpis o wekslu i skomentuj, bo do poczekalni spada, a to takie mądre jest. Żyły sobie wypruwam, żeby kaganiec oświaty nałożyć (Niziurski?)

          • To Ty lukrecjo w wekslach robisz?
            Po prawdzie wieczór mnie już scina łagodny, ostatnie czynności wykonuję, ale jeśli o wekslach i obiegu wekslowym, ale waha sie moje serce, na boga, czy naprawdę w wekslach robisz Lukrecjo?

          • Widzę Lukrecjo, że treści Twych o wekslach
            nie udało się uratować.
            Przykro mi, bo mi się ta notka bardzo podbała, szczególnie jak ona materac pruła.

            Możesz już teraz wyznać o jakie gadżety drogie chodziło, co to je dentysta dla siebie i żony kupił, i dla których ona (czy to byłaś Ty Lukrecjo?) się nieomal śmiertelnie zawesklowała?

            Zupełnie jak przed wojną, zupełnie.

          • Balsamie!
            Tekst jest szkoleniowy, więc wyjaśniam:
            Kłopot ze spłatą zobowiązania byłby także, gdyby chodziło o jakąkolwiek inną formę płatności. Tu (wariant 2) jeśli towar się nie sprzedaje, weksel czy co innego nie ma znaczenia. Więc nie ma co go demonizować. Zresztą na odroczenie płatności na przelew za trzy miesiące mógłby się PanJA nie zgodzić.
            Gadżety? Prawdę mówiąc nie myślałam o sprecyzowaniu, co to mogło być. Chyba chodzi o telefony komórkowe ze wszystkimi znanymi funkcjami połączone z urządzeniem do badania odczynu gleby. Na wsi to niezbędne. Nowszy model będzie miał dodatkowo termometr, higrometr i barometr oraz system wczesnego ostrzegania przed trąbą powietrzną.

          • I specjalny wihajster, który wdraża się o dopłucnie

            i od razu wiadomo, czy jest grypa czy nie.

            Pytałem o szczegóły bo pomyślałem, że był w Twoim tekście ukryty dramatczyny wątek autobiograficzny, gdzie Ty osobiście zawekslowałaś się na śmierć w oparciu o nadzieję sprzedaży pewnych gadżetów. Rozumiesz chyba Lukrecjo moją ciekawość, a takze  mój niepokój. Innymi slowy, nie wierzę w teksty czysto szkoleniowe.

            Bardzo piękny był Twój tekst szkoleniowy Lukrecjo i żałuję, ze tak późno się doń dobrałem.

            Korzystnego odczynu gleby życzę i do spotkania nad kolejnym tekstem Twoim bądż moim.