Reklama

Istnieje taka teoria, którą uznaję za

Istnieje taka teoria, którą uznaję za praktykę, że w Polsce od 20 lat nie tylko nie udało się dorobić jakiejś formy normalności, ale nie udało się zrobić jednaj śmiesznej komedii. Ciekawe, prawda? Ani jednej śmiesznej komedii przez 20 lat, mówię o komedii z założenia, nie o filmach, które są śmieszne. Jedna bardziej kiszkowata od drugiej, a wszelkie próby odgrzewania starych tematów, jak rozpaczliwa próba nakręcenia „Misia II”, przez Tyma, kończą się jeszcze większą tragedią. W takiej sytuacji aż dziw bierze, że nie powierza się pisania scenariuszy i dialogów najbardziej zabawnym ludziom w Polsce. Trudno zrozumieć dlaczego autorami komedii nie są: Kuba Wojewódzki, Szymon Majewski, czy Jurek Owsiak. Sami zabawni ludzie, utalentowani, błyskotliwi i nikomu nie przychodzi do głowy, żeby tymi ludźmi z wybitnym poczuciem humoru ratować polską komedię. Dziwne, ale tak czy inaczej mam wrażenie, że to właśnie wyżej wymienieni są scenarzystami polskich komedii i stąd ich jakość. Starałem się nie raz i nie dwa przebrnąć przez program Wojewódzkiego albo Majewskiego i mimo nadludzkiego wysiłku jaki włożyłem w brnięcie, nie dałem rady. To nie jest śmieszne, jest tragiczne, ci showmani są jak kawały o chorującej babie albo blondynce co obrabia pączka, żeby sobie zrobić kanapkę z dżemem. Mimo miałkości i schematyczności tych postaci, podobnie jak polskie denne komedie z lat 1989-2010, biją rekordy popularności. W tym akurat nie ma żadnego zaskoczenia i nie jest to polska specyfika, ale ogólna, światowa tendencja. Gówno zawinięte w kolorowy papierek króluje wszędzie, na przykład gdy mam nieszczęście obejrzeć jakiś filmik dla dzieci i młodzieży, produkcji zachodniej, mogę być więcej niż pewny, że kluczowym gagiem w filmie będzie: pierdzenie, bekanie, tudzież wyciskanie pryszcza. Nie przesadzam, proszę samemu sprawdzić, wziąć jakiś kanał, może być Disney Chanel i sprawdzić, że nie ma filmu, w którym nie doszłoby do podobnych scen. Nędza komedii polskiej w mojej ocenie bierze się z zapotrzebowania, jeśli pół Polski śmieje się na tym poziomie poczucia humoru, który uprawia Wojewódzki, Majewski, Pazura, no to przecież żaden producent z głową na karku nie wywali kasy na produkcję idącą w poprzek gustom publiczności. Tym sposobem w zgodnej opinii fachowców od lewa do prawa, polska komedia to dno, które zarabia największą kasę.


Popełniłem ten fragment tekstu w jednym konkretnym celu. Jak zawsze ganię, szydzę i potępiam, a wszystko czynię z premedytacją ponieważ uważam, że taka powinna być postawa obywatelska w burdelu nie w kraju, tak teraz pochwalę nas jako całość. Okazuje się, że chałę, którą Polacy tak chętnie i masowo łykają w telewizji, w polityce już stanowczo odrzucają. Akcje pajaców, samych siebie definiujących jako pajace, w polskiej polityce są promile warte. Najboleśniej przekonał się o tym głupi Jaśko z Biłgoraja, Dalajlama polskiej „inteligencji”, ale przekonali się też jego najgłupsi wyznawcy, nie wyłączając gwiazd szklanego ekranu, choćby takiej głupiej Kory, czy jej jeszcze głupszego męża Sipowicza. Dziś przekonał się też jeden z największych głupków wyparowany przez tabloid Michnika. Nie podam jego nazwiska, ani nawet imienia, proszę mi zaufać, mówię o zupełnym idiocie, w dodatku takim, który powinien zostać ubezwłasnowolniony, ponieważ jego manifest najzwyczajniej w świecie nadaje się do ścigania prokuratorskiego, tak jak się ściga strony neonazistów. Tego głupka się nie ściga, bo jest neonazistą lewicowym i ma poczucie humoru jak Kuba Wojewódzki. Nie ściga się i pozwala demonstrować własną głupotę, co akurat jest normalne w wolnym kraju i tu żadnych pretensji nie mam. W każdym razie z tej swobody wyrażania głupoty i zachowywania się jak skończony idiota wychodzą promile poparcia. Akcja zorganizowana jako kontrakcja, dla też już nudnych happeningów krzyżowców od pałacu prezydenckiego, zgromadziła kilkunastu miłośników Chucka Norrisa. 71 urodziny Chucka Norrisa, pod takim hasłem ruch poparcia głupka z Biłgoraja zorganizował „manifę” i wzbudził zainteresowanie kilkunastu w ciemię bitych. Niezmiernie pocieszające, że w polityce Polacy jeszcze zachowują jako takie poczucie humoru i nie garną się masowo do chały. Natomiast jeśli chodzi o pierwszą od 20 lat udaną polską komedię, to naturalnie jestem do dyspozycji. Tematów jest multum i śmiać się można do rozpuku, napisanie scenariusza nie jest problemem, wystarczy opisać obecnych scenarzystów, aktorów i widzów polskiej komedii z ostatnich 20 lar.

Reklama

48 KOMENTARZE

  1. Komedia

    "Tematów jest multum i śmiać się można do rozpuku, napisanie scenariusza nie jest problemem, wystarczy opisać obecnych scenarzystów, aktorów i widzów polskiej komedii z ostatnich 20 lat."

    W 2002 został nakręcony film "Superprodukcja", dokładnie o tym właśnie. I nie był specjalnie śmieszny : (

    Edit: bym zapomniał o debiucie spółki Konecki/ Saramonowicz, czyli "Pół serio" – co prawda z 2000 r., ale wtedy bardzo mi się podobał. Film o robieniu filmu, a najśmieszniejsze, że "powstał jako swoisty produkt uboczny magazynu filmowego pod tym samym tytułem emitowanego w Jedynce."

  2. Komedia

    "Tematów jest multum i śmiać się można do rozpuku, napisanie scenariusza nie jest problemem, wystarczy opisać obecnych scenarzystów, aktorów i widzów polskiej komedii z ostatnich 20 lat."

    W 2002 został nakręcony film "Superprodukcja", dokładnie o tym właśnie. I nie był specjalnie śmieszny : (

    Edit: bym zapomniał o debiucie spółki Konecki/ Saramonowicz, czyli "Pół serio" – co prawda z 2000 r., ale wtedy bardzo mi się podobał. Film o robieniu filmu, a najśmieszniejsze, że "powstał jako swoisty produkt uboczny magazynu filmowego pod tym samym tytułem emitowanego w Jedynce."

  3. Komedia

    "Tematów jest multum i śmiać się można do rozpuku, napisanie scenariusza nie jest problemem, wystarczy opisać obecnych scenarzystów, aktorów i widzów polskiej komedii z ostatnich 20 lat."

    W 2002 został nakręcony film "Superprodukcja", dokładnie o tym właśnie. I nie był specjalnie śmieszny : (

    Edit: bym zapomniał o debiucie spółki Konecki/ Saramonowicz, czyli "Pół serio" – co prawda z 2000 r., ale wtedy bardzo mi się podobał. Film o robieniu filmu, a najśmieszniejsze, że "powstał jako swoisty produkt uboczny magazynu filmowego pod tym samym tytułem emitowanego w Jedynce."

    • Wygrzebałam w sieci,
      Wygrzebałam w sieci, pobrałam, obejrzałam. Dziękuję Quackie.:)
      Oprócz juniora za udział wziął/nie wziął? także senior Stuhr.
      Ludzie stamtąd nie potrafią się cieszyć, zajmują się produkowaniem śmieci. Niestety prawda. Mnie ten film nie tylko bawił, chyba jednak mimo wszystko momentami bardziej smucił.
      Bardzo lubiłam Potem, pewnie dlatego też Żulieta, pojawiająca się już na początku filmu zachęciła mnie do obejrzenia całości. Nie żałuję, polecam tym, którzy nie widzieli.

    • Wygrzebałam w sieci,
      Wygrzebałam w sieci, pobrałam, obejrzałam. Dziękuję Quackie.:)
      Oprócz juniora za udział wziął/nie wziął? także senior Stuhr.
      Ludzie stamtąd nie potrafią się cieszyć, zajmują się produkowaniem śmieci. Niestety prawda. Mnie ten film nie tylko bawił, chyba jednak mimo wszystko momentami bardziej smucił.
      Bardzo lubiłam Potem, pewnie dlatego też Żulieta, pojawiająca się już na początku filmu zachęciła mnie do obejrzenia całości. Nie żałuję, polecam tym, którzy nie widzieli.

    • Wygrzebałam w sieci,
      Wygrzebałam w sieci, pobrałam, obejrzałam. Dziękuję Quackie.:)
      Oprócz juniora za udział wziął/nie wziął? także senior Stuhr.
      Ludzie stamtąd nie potrafią się cieszyć, zajmują się produkowaniem śmieci. Niestety prawda. Mnie ten film nie tylko bawił, chyba jednak mimo wszystko momentami bardziej smucił.
      Bardzo lubiłam Potem, pewnie dlatego też Żulieta, pojawiająca się już na początku filmu zachęciła mnie do obejrzenia całości. Nie żałuję, polecam tym, którzy nie widzieli.

  4. MK przecież w tym roku ma być wysyp świetnych produkcji!
    Jedna komedia z plejadą gwiazd:

    oraz film obyczajowy:

    Do tego najlepiej wydane 20 mln złotych w historii polskiej kinematografii (Salonowiec) oraz pewny hit na 2-3 tygodnie – Zakochany na zabój.

    Nie mówiąc już o tym,że życie potrafi być komedią. Dajmy na to sztandarowy przykład ostatnimi czasy – wzrost cen cukru w Polsce. Spekulacja? A może nie do końca? Może rządowi PO udało się dokonać przełomowego odkrycia?

  5. MK przecież w tym roku ma być wysyp świetnych produkcji!
    Jedna komedia z plejadą gwiazd:

    oraz film obyczajowy:

    Do tego najlepiej wydane 20 mln złotych w historii polskiej kinematografii (Salonowiec) oraz pewny hit na 2-3 tygodnie – Zakochany na zabój.

    Nie mówiąc już o tym,że życie potrafi być komedią. Dajmy na to sztandarowy przykład ostatnimi czasy – wzrost cen cukru w Polsce. Spekulacja? A może nie do końca? Może rządowi PO udało się dokonać przełomowego odkrycia?

  6. MK przecież w tym roku ma być wysyp świetnych produkcji!
    Jedna komedia z plejadą gwiazd:

    oraz film obyczajowy:

    Do tego najlepiej wydane 20 mln złotych w historii polskiej kinematografii (Salonowiec) oraz pewny hit na 2-3 tygodnie – Zakochany na zabój.

    Nie mówiąc już o tym,że życie potrafi być komedią. Dajmy na to sztandarowy przykład ostatnimi czasy – wzrost cen cukru w Polsce. Spekulacja? A może nie do końca? Może rządowi PO udało się dokonać przełomowego odkrycia?

  7. Kondycja Polaka
    Cóż nawet małpę można nauczyć, że gorące parzy i boli. Począwszy od Tymińskiego skończywszy na Lepperze czegoś się tam jednak RODACY nauczyli. Ale czeka nas jeszcze duuuuużo nauki.

    Warto jeszcze wspomnieć o kabaretach. Zgodnie z podstawową zasadą popkultury zostały sprowadzone do parteru. Kabareciarze z błaznów zmienili się w tandeciarzy utrzymujących przy życiu kolejne idiotyczne teleturnieje. Gdzieś tam jeszcze dycha Hrabi – łzawe wspomnienie po kabarecie Potem, duch Teya mizernie próbuje wskrzesić Laskowik. Reszta, poza pojedynczymi gagami, nadaje się na występ w hipermarkecie.

    Ja tam najlepiej się bawię oglądając publiczność festiwalową. Wszystko jedno czy chodzi o opolsko-sopocką czy kabaretową. Te buziuchny wędrujące za kamerą, uśmiechy od ucha do ucha i pozdrawianie rodziny do kamery. Uwielbiam. Jeszcze większą radochę mam gdy publika macha misiami i pajacykami. Istne cudo. Celebruję to show. Gdy tylko trafię na odpowiedni program przywdziewam strój organizacyjny: dres i podkoszulkę, otwieram browca, siadam w fotelu i opycham się chipsami serowymi, pierdząc sobie radośnie przy każdym aplauzie publiki. Kocham was rodacy. Kocham i szanuję.
    Polska! Biało-czerwoni! Adam! Sto lat!

  8. Kondycja Polaka
    Cóż nawet małpę można nauczyć, że gorące parzy i boli. Począwszy od Tymińskiego skończywszy na Lepperze czegoś się tam jednak RODACY nauczyli. Ale czeka nas jeszcze duuuuużo nauki.

    Warto jeszcze wspomnieć o kabaretach. Zgodnie z podstawową zasadą popkultury zostały sprowadzone do parteru. Kabareciarze z błaznów zmienili się w tandeciarzy utrzymujących przy życiu kolejne idiotyczne teleturnieje. Gdzieś tam jeszcze dycha Hrabi – łzawe wspomnienie po kabarecie Potem, duch Teya mizernie próbuje wskrzesić Laskowik. Reszta, poza pojedynczymi gagami, nadaje się na występ w hipermarkecie.

    Ja tam najlepiej się bawię oglądając publiczność festiwalową. Wszystko jedno czy chodzi o opolsko-sopocką czy kabaretową. Te buziuchny wędrujące za kamerą, uśmiechy od ucha do ucha i pozdrawianie rodziny do kamery. Uwielbiam. Jeszcze większą radochę mam gdy publika macha misiami i pajacykami. Istne cudo. Celebruję to show. Gdy tylko trafię na odpowiedni program przywdziewam strój organizacyjny: dres i podkoszulkę, otwieram browca, siadam w fotelu i opycham się chipsami serowymi, pierdząc sobie radośnie przy każdym aplauzie publiki. Kocham was rodacy. Kocham i szanuję.
    Polska! Biało-czerwoni! Adam! Sto lat!

  9. Kondycja Polaka
    Cóż nawet małpę można nauczyć, że gorące parzy i boli. Począwszy od Tymińskiego skończywszy na Lepperze czegoś się tam jednak RODACY nauczyli. Ale czeka nas jeszcze duuuuużo nauki.

    Warto jeszcze wspomnieć o kabaretach. Zgodnie z podstawową zasadą popkultury zostały sprowadzone do parteru. Kabareciarze z błaznów zmienili się w tandeciarzy utrzymujących przy życiu kolejne idiotyczne teleturnieje. Gdzieś tam jeszcze dycha Hrabi – łzawe wspomnienie po kabarecie Potem, duch Teya mizernie próbuje wskrzesić Laskowik. Reszta, poza pojedynczymi gagami, nadaje się na występ w hipermarkecie.

    Ja tam najlepiej się bawię oglądając publiczność festiwalową. Wszystko jedno czy chodzi o opolsko-sopocką czy kabaretową. Te buziuchny wędrujące za kamerą, uśmiechy od ucha do ucha i pozdrawianie rodziny do kamery. Uwielbiam. Jeszcze większą radochę mam gdy publika macha misiami i pajacykami. Istne cudo. Celebruję to show. Gdy tylko trafię na odpowiedni program przywdziewam strój organizacyjny: dres i podkoszulkę, otwieram browca, siadam w fotelu i opycham się chipsami serowymi, pierdząc sobie radośnie przy każdym aplauzie publiki. Kocham was rodacy. Kocham i szanuję.
    Polska! Biało-czerwoni! Adam! Sto lat!

  10. czego się boją głupi?

    Czegoś takiego chyba jeszcze nie było. Właściwie nic nie powinno mnie już dziwić, choć to podobno stan, po którym mogą nastąpić już tylko przedśmiertne konwulsje. Mimo to ciągle zaskakuje mnie, gdy aktorka-dziennikarka, piękna skądinąd Anita Werner nie wie, że słowo „zoo” w języku lokalnym wymawia się z podwójnym „o” i uparcie mówi od lat „zo”. Ale to wszystko nic. Przez ostatnie dwa wieczory wprawiano mnie w zdumienie tak silne, że trudno mi je porównać z jakimś innym dotychczasowym zdumieniem. Najpierw nie wierzyłam własnym oczom, potem własnemu rozumowi, jakiś przecież zawsze się ma, bo z rozumem, jak z pogodą. Postanowiłam doczekać karnie do końca, a były już momenty, gdy oglądałam to coś z prędkością x32. Ciekawość jednak brała górę nad zniecierpliwieniem. Dwa dni mi to zabrało, a właściwie dwa wieczory i kawałek nocy. Rozumiem, że można robić filmy walentynkowe, filmy kynologiczne, albo filmy endokrynologiczne. Wszystko można, ale przecież gdzieś jest dno. Gdzieś, nawet w Polsce musi ono być, żeby można było w to dno pukać od spodu, bo przecież ciągle słyszymy ten dźwięk uporczywy. Można też zrobić „inteligentną i nietypową komedię, która proponuje widzom oryginalną zabawę konwencjami.” I wyjdzie z tego „Kołysanka” Juliusza Machulskiego. Człowiek, który zrobił „Vabank” i „Seskmisję”, choć tę akurat mniej cenię, w 2009 roku podjął się produkcji tego czegoś. Nie wiem, jak możliwa jest taka degrengolada. Bierze coś, Altzheimer praecox, impotencja, o co tu chodzi? Jak można obmyślić taki chłam i jeszcze znaleźć na to pieniądze? Czy kluczem do tej zagadki, a zarazem do całego tego porypanego gówna jest ostatnia scena? Wampiry rezydujące na mazurskiej wsi, w obawie przed zdemaskowaniem wynoszą się do miasta stołecznego Warszawy i stają się mieszkańcami pałacu prezydenckiego. To naprawdę zaczyna być chore. Czy te wampiry, to one coś o nas wiedzą? O nich? O was? O kim? Ale ja się jakoś wampirów nigdy nie bałam, nie boję, nie będę się bała. Naiwna jestem, wyobraźni mi brak? A czy te stany lękowe są naturalne, zdrowe, a może sprytnie indukowane, albo to może lęk przed demaskacją? To naprawdę zaczyna być chore. A może one mają rację, te wampiry. No bo inaczej, to skąd niby ten straszny strach, odbierający rozum, dobry smak, poczucie umiaru i przyzwoitości, rozeznanie proporcji i tonus zwieraczy. Ten strach, który śmierdzi potem, a mimo to jest po prostu śmieszny. A film „Kołysanka” śmieszny nie jest. To jest gniot. Gniot podszyty strachem.I tylko muzyki żal.

  11. czego się boją głupi?

    Czegoś takiego chyba jeszcze nie było. Właściwie nic nie powinno mnie już dziwić, choć to podobno stan, po którym mogą nastąpić już tylko przedśmiertne konwulsje. Mimo to ciągle zaskakuje mnie, gdy aktorka-dziennikarka, piękna skądinąd Anita Werner nie wie, że słowo „zoo” w języku lokalnym wymawia się z podwójnym „o” i uparcie mówi od lat „zo”. Ale to wszystko nic. Przez ostatnie dwa wieczory wprawiano mnie w zdumienie tak silne, że trudno mi je porównać z jakimś innym dotychczasowym zdumieniem. Najpierw nie wierzyłam własnym oczom, potem własnemu rozumowi, jakiś przecież zawsze się ma, bo z rozumem, jak z pogodą. Postanowiłam doczekać karnie do końca, a były już momenty, gdy oglądałam to coś z prędkością x32. Ciekawość jednak brała górę nad zniecierpliwieniem. Dwa dni mi to zabrało, a właściwie dwa wieczory i kawałek nocy. Rozumiem, że można robić filmy walentynkowe, filmy kynologiczne, albo filmy endokrynologiczne. Wszystko można, ale przecież gdzieś jest dno. Gdzieś, nawet w Polsce musi ono być, żeby można było w to dno pukać od spodu, bo przecież ciągle słyszymy ten dźwięk uporczywy. Można też zrobić „inteligentną i nietypową komedię, która proponuje widzom oryginalną zabawę konwencjami.” I wyjdzie z tego „Kołysanka” Juliusza Machulskiego. Człowiek, który zrobił „Vabank” i „Seskmisję”, choć tę akurat mniej cenię, w 2009 roku podjął się produkcji tego czegoś. Nie wiem, jak możliwa jest taka degrengolada. Bierze coś, Altzheimer praecox, impotencja, o co tu chodzi? Jak można obmyślić taki chłam i jeszcze znaleźć na to pieniądze? Czy kluczem do tej zagadki, a zarazem do całego tego porypanego gówna jest ostatnia scena? Wampiry rezydujące na mazurskiej wsi, w obawie przed zdemaskowaniem wynoszą się do miasta stołecznego Warszawy i stają się mieszkańcami pałacu prezydenckiego. To naprawdę zaczyna być chore. Czy te wampiry, to one coś o nas wiedzą? O nich? O was? O kim? Ale ja się jakoś wampirów nigdy nie bałam, nie boję, nie będę się bała. Naiwna jestem, wyobraźni mi brak? A czy te stany lękowe są naturalne, zdrowe, a może sprytnie indukowane, albo to może lęk przed demaskacją? To naprawdę zaczyna być chore. A może one mają rację, te wampiry. No bo inaczej, to skąd niby ten straszny strach, odbierający rozum, dobry smak, poczucie umiaru i przyzwoitości, rozeznanie proporcji i tonus zwieraczy. Ten strach, który śmierdzi potem, a mimo to jest po prostu śmieszny. A film „Kołysanka” śmieszny nie jest. To jest gniot. Gniot podszyty strachem.I tylko muzyki żal.

  12. czego się boją głupi?

    Czegoś takiego chyba jeszcze nie było. Właściwie nic nie powinno mnie już dziwić, choć to podobno stan, po którym mogą nastąpić już tylko przedśmiertne konwulsje. Mimo to ciągle zaskakuje mnie, gdy aktorka-dziennikarka, piękna skądinąd Anita Werner nie wie, że słowo „zoo” w języku lokalnym wymawia się z podwójnym „o” i uparcie mówi od lat „zo”. Ale to wszystko nic. Przez ostatnie dwa wieczory wprawiano mnie w zdumienie tak silne, że trudno mi je porównać z jakimś innym dotychczasowym zdumieniem. Najpierw nie wierzyłam własnym oczom, potem własnemu rozumowi, jakiś przecież zawsze się ma, bo z rozumem, jak z pogodą. Postanowiłam doczekać karnie do końca, a były już momenty, gdy oglądałam to coś z prędkością x32. Ciekawość jednak brała górę nad zniecierpliwieniem. Dwa dni mi to zabrało, a właściwie dwa wieczory i kawałek nocy. Rozumiem, że można robić filmy walentynkowe, filmy kynologiczne, albo filmy endokrynologiczne. Wszystko można, ale przecież gdzieś jest dno. Gdzieś, nawet w Polsce musi ono być, żeby można było w to dno pukać od spodu, bo przecież ciągle słyszymy ten dźwięk uporczywy. Można też zrobić „inteligentną i nietypową komedię, która proponuje widzom oryginalną zabawę konwencjami.” I wyjdzie z tego „Kołysanka” Juliusza Machulskiego. Człowiek, który zrobił „Vabank” i „Seskmisję”, choć tę akurat mniej cenię, w 2009 roku podjął się produkcji tego czegoś. Nie wiem, jak możliwa jest taka degrengolada. Bierze coś, Altzheimer praecox, impotencja, o co tu chodzi? Jak można obmyślić taki chłam i jeszcze znaleźć na to pieniądze? Czy kluczem do tej zagadki, a zarazem do całego tego porypanego gówna jest ostatnia scena? Wampiry rezydujące na mazurskiej wsi, w obawie przed zdemaskowaniem wynoszą się do miasta stołecznego Warszawy i stają się mieszkańcami pałacu prezydenckiego. To naprawdę zaczyna być chore. Czy te wampiry, to one coś o nas wiedzą? O nich? O was? O kim? Ale ja się jakoś wampirów nigdy nie bałam, nie boję, nie będę się bała. Naiwna jestem, wyobraźni mi brak? A czy te stany lękowe są naturalne, zdrowe, a może sprytnie indukowane, albo to może lęk przed demaskacją? To naprawdę zaczyna być chore. A może one mają rację, te wampiry. No bo inaczej, to skąd niby ten straszny strach, odbierający rozum, dobry smak, poczucie umiaru i przyzwoitości, rozeznanie proporcji i tonus zwieraczy. Ten strach, który śmierdzi potem, a mimo to jest po prostu śmieszny. A film „Kołysanka” śmieszny nie jest. To jest gniot. Gniot podszyty strachem.I tylko muzyki żal.

  13. Jako względny wyjadacz
    dorzucę jeszcze Ligę Dżentelmenów, czyli w przekładzie “Pcin Dolny” (“Royston Vasey”, na szczęście niespecjalnie cenzurowany serial, w swoim czasie nadawany przez kanały kablowe, obecnie dostępny na DVD, również jako pełnometrażowy film), a ze starszych rzeczy “Spitting Image”.

    Wymieniam ten ostatni program, ponieważ – jak się wydaje – był on inspiracją dla “Polskiego Zoo” i jeszcze niedawno nadawanych szopek noworocznych (w maskach). “Polskie Zoo” miało swoje dobre dni, ale szybko one minęły; ponadto alegorie zwierzęce bawiły do pewnego stopnia, a w którymś momencie programowi zabrakło pazurów. Śmiem przypuszczać, że decydentom skończyło się poczucie humoru – nie wyobrażam sobie, żeby w Wielkiej Brytanii polityk publicznie dał do zrozumienia, że nie potrafi się z siebie śmiać.

  14. Jako względny wyjadacz
    dorzucę jeszcze Ligę Dżentelmenów, czyli w przekładzie “Pcin Dolny” (“Royston Vasey”, na szczęście niespecjalnie cenzurowany serial, w swoim czasie nadawany przez kanały kablowe, obecnie dostępny na DVD, również jako pełnometrażowy film), a ze starszych rzeczy “Spitting Image”.

    Wymieniam ten ostatni program, ponieważ – jak się wydaje – był on inspiracją dla “Polskiego Zoo” i jeszcze niedawno nadawanych szopek noworocznych (w maskach). “Polskie Zoo” miało swoje dobre dni, ale szybko one minęły; ponadto alegorie zwierzęce bawiły do pewnego stopnia, a w którymś momencie programowi zabrakło pazurów. Śmiem przypuszczać, że decydentom skończyło się poczucie humoru – nie wyobrażam sobie, żeby w Wielkiej Brytanii polityk publicznie dał do zrozumienia, że nie potrafi się z siebie śmiać.

  15. Jako względny wyjadacz
    dorzucę jeszcze Ligę Dżentelmenów, czyli w przekładzie “Pcin Dolny” (“Royston Vasey”, na szczęście niespecjalnie cenzurowany serial, w swoim czasie nadawany przez kanały kablowe, obecnie dostępny na DVD, również jako pełnometrażowy film), a ze starszych rzeczy “Spitting Image”.

    Wymieniam ten ostatni program, ponieważ – jak się wydaje – był on inspiracją dla “Polskiego Zoo” i jeszcze niedawno nadawanych szopek noworocznych (w maskach). “Polskie Zoo” miało swoje dobre dni, ale szybko one minęły; ponadto alegorie zwierzęce bawiły do pewnego stopnia, a w którymś momencie programowi zabrakło pazurów. Śmiem przypuszczać, że decydentom skończyło się poczucie humoru – nie wyobrażam sobie, żeby w Wielkiej Brytanii polityk publicznie dał do zrozumienia, że nie potrafi się z siebie śmiać.

  16. U, a jaki to jest prawidłowy?
    Bo ja obie panie przerastam (czubkiem głowy, nie urodą), p. Wiklund zresztą na filmie urasta do Bóg wie jakich rozmiarów, a wg Wiki ma raptem 1 m 75 cm, co jest tylko ciut wyżej od Pani Quackie. Co innego p. Werner, 1 m 82 cm (jeżeli wierzyć panu Google).

  17. U, a jaki to jest prawidłowy?
    Bo ja obie panie przerastam (czubkiem głowy, nie urodą), p. Wiklund zresztą na filmie urasta do Bóg wie jakich rozmiarów, a wg Wiki ma raptem 1 m 75 cm, co jest tylko ciut wyżej od Pani Quackie. Co innego p. Werner, 1 m 82 cm (jeżeli wierzyć panu Google).

  18. U, a jaki to jest prawidłowy?
    Bo ja obie panie przerastam (czubkiem głowy, nie urodą), p. Wiklund zresztą na filmie urasta do Bóg wie jakich rozmiarów, a wg Wiki ma raptem 1 m 75 cm, co jest tylko ciut wyżej od Pani Quackie. Co innego p. Werner, 1 m 82 cm (jeżeli wierzyć panu Google).

  19. Dobrze, będę wiedział
    Proszę nie oczekiwać jednakowoż, że będę cokolwiek obcinał; moje poświęcenie na drodze ku doskonałości ma swoje granice!

    6 cm to jest bardzo dobra różnica, proszpana, na zdjęciu ślubnym, czyli tzw. monidle nie trzeba pannie młodej podstawiać zydelków, tylko wychodzi z grubsza na jednym poziomie z panem młodym, zarazem nie powodując zgrzytów poprzez wywyższanie się. No i można zmaksymalizować wykorzystanie powierzchni zdjęcia, robiąc duże zbliżenie twarzy; przy większej różnicy wzrostu (miałem kiedyś znajomych, z których filigranowa piękniejsza połowa miała 154 cm, natomiast mężczyzna – bez mała 2 m) jest to niemożliwe, chyba żeby wykorzystać głębię ostrości.

  20. Dobrze, będę wiedział
    Proszę nie oczekiwać jednakowoż, że będę cokolwiek obcinał; moje poświęcenie na drodze ku doskonałości ma swoje granice!

    6 cm to jest bardzo dobra różnica, proszpana, na zdjęciu ślubnym, czyli tzw. monidle nie trzeba pannie młodej podstawiać zydelków, tylko wychodzi z grubsza na jednym poziomie z panem młodym, zarazem nie powodując zgrzytów poprzez wywyższanie się. No i można zmaksymalizować wykorzystanie powierzchni zdjęcia, robiąc duże zbliżenie twarzy; przy większej różnicy wzrostu (miałem kiedyś znajomych, z których filigranowa piękniejsza połowa miała 154 cm, natomiast mężczyzna – bez mała 2 m) jest to niemożliwe, chyba żeby wykorzystać głębię ostrości.

  21. Dobrze, będę wiedział
    Proszę nie oczekiwać jednakowoż, że będę cokolwiek obcinał; moje poświęcenie na drodze ku doskonałości ma swoje granice!

    6 cm to jest bardzo dobra różnica, proszpana, na zdjęciu ślubnym, czyli tzw. monidle nie trzeba pannie młodej podstawiać zydelków, tylko wychodzi z grubsza na jednym poziomie z panem młodym, zarazem nie powodując zgrzytów poprzez wywyższanie się. No i można zmaksymalizować wykorzystanie powierzchni zdjęcia, robiąc duże zbliżenie twarzy; przy większej różnicy wzrostu (miałem kiedyś znajomych, z których filigranowa piękniejsza połowa miała 154 cm, natomiast mężczyzna – bez mała 2 m) jest to niemożliwe, chyba żeby wykorzystać głębię ostrości.