Reklama

Dlaczego nasz kraj ciągle stoi jak kołek, stoi i ruszyć się nie może? Dlaczego jeszcze, przez tyle lat, mimo wielkiego wysiłku obywateli wciąż nasz tygrys nie ma lśniącej sierści? Dlaczego na przyszłość moich dzieci patrzę raczej z obawą, nie z nadzieją? Dlaczego?

Mój ostatni wpis długo był trzymany na głównej stronie portalu, przeciw czemu protestowała część tych, którzy poświęcili swój cenny czas, by zapoznać się z jego treścią. Dlaczego tak długo wisiał na eksponowanym miejscu? Nie wiem :D, ale mam nadzieję, że dlatego, że (oprócz znakomitego stylu rzecz jasna, co musi przyznać moja wrodzona skromność) poruszał on sprawy rzeczywiście ważne, dalekie od tego całego harmidru, który jest nam na co dzień serwowany przez tzw. środki masowego przekazu. Bo rzeczywiście codzienne utarczki na czubku świecznika obchodzą mnie niewiele. Sprawą pochłaniającą moje myśli nie jest bowiem to, czy ktoś gdzieś pojedzie (poleci pewnie nawet), ale to czy moje dzieci będą żyć w kraju lepszym, czy gorszym niż ja.

Jako polski “patriota” (wziąłem w apostrofy – coby nie łączyć mnie z ta zgrają ludzi wykrzykujących różne hasła z którymi się nie zgadzam, dotyczące pochodzenia różnych osób :D) uważam, że podstawowym obowiązkiem każdego Polaka jest myśleć – jeżeli nie działać – o tym, co zrobić, by następne pokolenie odziedziczyło po nas coś więcej niż tylko michę z zupą. Należę do pokolenia dzisiejszych 30-latków (młodość, młodość), którzy co prawda wzięli wiele od poprzednich pokoleń, ale moim zdaniem niewiele wnieśli do budowli zwanej wspólnym domem.

Po naszych pokoleniowych ojcach dostaliśmy wolną Ojczyznę, po nieco starszych kolegach zręby dzisiejszego ustroju. Co do zasług tych pierwszych – są oczywiste, choć rozmawiając z każdym ze znanych mi członków tego pokolenia odnoszę wrażenia, że o coś zupełnie innego im chodziło. Co do tych bliższych nam, którzy budowali Polskę po wielkiej przemianie – różnie można mówić, różnie uważać – ale jedno jest jasne – kto pamięta kraj przed i po przemianie ten wie, że zdecydowanie kraj został odmieniony. Odmieniony handlem ze szczęk na bazarach, odmieniony robotnikami tyrającymi na zachodzie by w kraju coś znaczyć, odmieniony setkami tysięcy firm, które padały jak muchy, wcześniej wnosząc malutkie cegiełki do polskiego dobrobytu. Świadomie nie używam słowa kapitalizm, choć ciśnie się co chwilę na klawisze – nie do końca ustrój w naszym kraju nazwałbym kapitalizmem.

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież porównując świat szeroko otwartych szczęk przed Pałacem Kultury, do dzisiejszego, gdzie tysiące młodych profesjonalistów w pocie czoła wypracowują PKB, zdecydowanie nie można powiedzieć że nic nie wnieśliśmy. I rzeczywiście – co wnieśliśmy to pewnego rodzaju profesjonalizm – po prostu korzystając z doświadczeń starszych, jesteśmy w stanie zrobić pewne rzeczy lepiej, czy raczej wydajniej.

Dlaczego więc cały ten tygrysi pęd, którym zadziwiliśmy świat, ta cała energia w narodzie wygasła? Dlaczego nie można w tym kraju od wielu już lat przeprowadzić żadnego wielkiego projektu, który znacząco wpłynąłby na przyszłość naszej nacji? Powiem szczerze – bladego pojęcia nie mam. 🙁

Kilka tygodni temu dyskutowałem z moimi przezacnymi kolegami z pracy, na temat naszego kulturalnego i technologicznego zacofania. Moja teza, przyznaję nieco przesadzona, w skrócie sprowadzała się do stwierdzenia, że jesteśmy zapóźnieni cywilizacyjnie w stosunku do naszych bezpośrednich sąsiadów z zachodu i południowego zachodu, o co najmniej 50 lat :D. Teza kontrowersyjna, kiedy ją stawiałem sam nie bardzo w nią wierzyłem, ale taki mój urok że czasem prowokuję. W miarę jednak dyskusji, teza wyglądała na coraz bardziej prawdopodobną – argumenty padały z obydwu stron. Ja autostrady, kolej, filozofia, motoryzacja, literatura itd. Oni Grunwald, Kopernik, Szopen, Warszawa brum brum, Kant, Neyman, Banach (Greczek). Żeby nie zamęczać – konkluzja była taka, że ci kolejno – Litwin, Niemiec (pół), Francuz, Rosjanka, Niemiec, Amerykanin i Polak 😀 zapewniają nam poczesne miejsce wśród narodów świata. A ja jestem zakompleksiony i powinienem się leczyć, co gorsza uważam własny – uwaga – naród, za dno bagienne. I tu już mnie krew zalała. Otóż ja narody dzielę na dwa rodzaje – naród wielki i naród zwykły. I przynależność do tych kategorii nie jest bynajmniej dożywotnia. Wielki jest naród gdy obala tyrana, zwykły jest naród gdy poddaje się bez walki sąsiadowi. Wielki jest naród gdy jego wielkie postacie mają szansę się rozwijać, zwykły jest naród gdy tych ludzi pali na stosie czy zmusza do emigracji. Wielki jest naród gdy daje wolność obywatelom, zwykły gdy pozwala się ciemiężyć. Niech kto chce przypasuje sobie te miarki do przykładowych narodów. Dla mnie Polacy są wielcy gdy walczą w podziemiu z okupantem, gdy bezkrwawo zrzucają okupację sowiecką, gdy uchwalają konstytucję mającą odnowić Rzeczpospolitą, gdy całymi latami żyją w zgodzie w Unii z innymi narodami, gdy Żydzi z całej Europy walą do Polski po wolność. Gdy zaciskając zęby budują nowe państwo wreszcie.

I tej wielkości nam dzisiaj właśnie brakuje. Brakuje iskry, która pozwoliłaby rozpalić serca, która mogłaby nas popchnąć do przodu, ku rzeczom wielkim. Przez chwilę wydawało mi się, że ta iskra rozpala się nieśmiało w ostatnich wyborach. Ale nawet jeżeli była, to obecnie na powrót zgasła. Bo nikt nie dołożył paliwa – celu który ta iskra pozwoliłaby spełnić. Jakie cele moglibyśmy spalić w tym ogniu? Już mówię, może mało obszernie, ale tylko zaznaczę. Generalnie – wszystko sprowadza się do magicznego słowa modernizacja.

Nauka

Polska nauka nie tyle umiera (bo to się kojarzy z czymś szacownym, jednak otoczonym szacunkiem) – ona zdycha. Niech nas nie zwiodą światełka w tunelu (Wolszczan do Nobla w tym przykładzie, mocium Panie) – nasza nauka zdycha. Tymczasem bez nauki, bez badań naukowych, które pozwalają gospodarce wprowadzać innowacje, tworzyć nowe produkty, całe dziedziny życia gospodarczego – bez tej nauki jako naród skazani jesteśmy na wieczne odtwórstwo. Wieczne produkowanie nie swoich pomysłów, wieczna praca na cudzy dobrobyt.

A czas już najwyższy, coby naukę naprawić. Poświęcamy na naukę niewielki procent (ostatnio spotkałem się z liczbą 0,6) naszego PKB, zajmujemy pod tym względem jedno z ostatnich miejsc w Europie. A przecież w Europie nawet taki procent przekłada się na dużo wyższe nakłada w realnych kwotach, wszak to głownie kraje bogatsze. Co gorsza – te pieniądze pochodzą głównie z budżetu Państwa, a finansujemy po równo badania nad jakimiś “formami kultu świętych w latach minionych” (była taka praca – niestety nie czytałem, może rzeczywiście innowacyjna), jak i rzeczywiście innowacyjne projekty. Z racji mojej pracy zawodowej często przychodzi mi się spierać z przedstawicielami działów R&D moich zachodnich kontrahentów. A gdzie takie działy w naszych firmach? A po co takie działy? Tam firma ma różnego rodzaju zachęty do prowadzenia badań we własnym zakresie – a jak nie ma to i tak w technologie inwestuje, bo to się po prostu opłaca. U nas firmy przyduszone setkami różnych danin rozbudowują działy handlowe – jak produkt kiepski, trzeba inwestować w odpowiednią sprzedaż i reklamę, coby konsument kupił. Gdzie tam w głowie jakieś badania, to się zwróci dopiero za kilka lat, a do tego czasu firma obumrze.

A nauka to inwestycja – inwestycja w przyszłość. Za chwilę skończy się ropa, świat potrzebować będzie nowych form gromadzenia i wytwarzania energii. Rozwój genetyki i biotechnologii przebiega tak burzliwie, że jak teraz nie wsiądziemy do tego pociągu, to możemy w ogóle zostać na peronie. To zagrożenie, ale przecież też szansa. W Polsce nie brakuje łebskich naukowców, moglibyśmy być w awangardzie nowych nauk. Ale z nauką nastawioną na dworskie intrygi i masową produkcję papieru pod postacią “prac naukowych” raczej marne na to szanse. Czy możliwe byłoby powiązanie otrzymanie nakładów na badania z rzeczywistą innowacyjnością projektu? Na całym świecie finansowane są te projekty, które wnoszą coś do światowej nauki. Światowej – powtarzam – i u nas też tak można. Jak chcesz badać życie seksualne wróbli – proszę bardzo – ale niestety tutaj kaskę będziesz mieć malutką, chyba że znajdziesz sam sponsora. Jak chcesz szukać energii w reakcjach chemicznych – ok, szansa jest znaczna, choć rzeczywiście nic z tego może nie wyjść – ale jest szansa że nakłady się zwrócą. Inwestycja.

Takich prawd jest więcej, i z tego co wiem jest wcale pokaźna grupa ludzi, która wie jak zmodernizować naukę, by dopasować ją do realnych wyzwań. Ale kto by ich słuchał – wszak ważniejszą sprawą są emerytury esbeków.

Edukacja

Oddzielam edukację od nauki, w moim rozumieniu to osobne problemy, mimo iż mocno splątane. Za mocno w naszym kraju. Ale od początku. Nasza mała pociecha idzie do przedszkola (etap żłobków pomijam, może niesłusznie, ale nie znam z doświadczenia 🙂 ), gdzie jak dobrze trafi uczy się literek. Jak trafi źle, lub mieszkamy na wsi, to uczy się głównie sztuki przeżycia. Jak trafi do publicznego, to jeszcze jakiś standard nauki ma szanse zaistnieć. Jak trafi do popularnych ostatnio osiedlowych przedszkolków na 15 dzieci, to może będzie ładnie malować, ale pewnie nie za wiele się naumie. Później podstawówka – pierwszy rok, to praca nad wyrównaniem poziomu po różnych przedszkolach. Walka zwykle nieudana. Później już codzienna orka na ugorze. Nauczyciel opłacany tak marnie, że sprzątaczki w prywatnej firmie mają więcej. Jak nauczyciel z powołaniem, to pół biedy, po prostu będzie chodził sfrustrowany, ale uczył będzie i za te grosze. Większość młodych to jednak produkt pedagogicznych uczelni wyższych, które przyjmują każdego, kto się nie dostanie na jakiś rozsądny kierunek. Trzeba desperacji by pracować w takim zawodzie, desperacji lub świadomości, że nigdzie indziej się roboty nie znajdzie z takimi kwalifikacjami. Osobiście znam przykład nauczycielki języka obcego, której uczniowie po trzech latach nauki nie byli w stanie sklecić jednego poprawnego zdania (nawet w stylu – nazywam się Adam Kowalski). Ktoś powie – no właśnie, dajmy im podwyżki, wszak nauczyciel powinien zarabiać godnie! Zgoda, ale przy takim systemie, gdzie jakość pracy mało znaczy, to będzie zwykle wyrzucanie pieniędzy w błoto. Ale idźmy dalej. Mamy gimnazjum, i to chyba moment kluczowy w życiu. Jak tata z mamą wybiorą byle jak, to życie masz przechlapane. Jak gimnazjum przy liceum, to masz jak w banku że się do liceum dostaniesz, bo ci sami nauczyciele, mają orientację czego tam się wymaga. Jak przy szkole podstawowej – to masz brachu problem. Coś tam się nauczysz, ale w liceum będziesz już na wieki odstawał. No właśnie – liceum (albo technikum,co polecam generalnie :D). Znów sytuacja się powtarza – pierwszy rok – nadganiamy zaległości, wyrównujemy poziom. Ostatni rok – przygotowania do matury. I zostaje nam ten jeden roczek na prawdziwą naukę. Spoko. Zdasz bracie maturę – jesteś gość – idziesz na studia, jak jeszcze nie masz dość. Nauczyłeś się co prawda kupę rzeczy, co prawda raczej nic ci się nie przyda w życiu, ale wiedzę masz. I teraz wpadasz na uczelnię. Uczelnię, gdzie spędzasz czas w przesympatycznym gronie przyjaciół, gdzie po pierwsze mówią Ci byś zapomniał wszystko co się dotąd nauczyłeś – bo teraz dopiero zacznie się objawianie prawdy, a nie półprawd jak dotąd. A te prawdy objawiać będzie w zastępstwie profesora (który ma etaty na 3 uczelniach na raz, trudno by się roztroił) jego asystent, albo jakiś inny starszy od ciebie o parę lat magister, który nie ma nic do roboty w biznesie, więc został na uczelni.

Wśród uczelni co prawda wybór masz znaczny, kupa prywatnych, kupa państwowych, niektóre nawet trzymają poziom jak by Ci na tym zależało. Ale większości nie zależy, ważne coby na koniec papier był. Studenci generalnie uczeni są z użyciem środków technicznych z połowy zeszłego wieku ( i nie mówię tu o tablicach czy projektorach, to samo dotyczy niekiedy nawet elektroniki). I tu szczęśliwie zakończyłeś edukację standardową – jeśli chcesz się dalej uczyć, to raczej dotyczy tego wpis powyżej. Choć rozmawiałem ostatnio z naukowcami z jednej z uczelni, którzy śmiali się z liczby studentów na studiach doktoranckich – niektórzy profesorowie nie są w stanie zapamiętać twarzy wszystkich swoich doktorantów, tylu ich się pałęta. W końcu fajnie to wygląda potem w CV.

Zakończyliśmy więc edukację. Wiesz dalej niewiele, głównie prześlizgnąłeś się po tematach – i teraz, jak masz łeb na karku to nauczyłeś się jednej rzeczy – jak się samemu uczyć. Jak nie posiadłeś tej zdolności, to masz problem. Bo teraz trafiasz do real world. Tu rzeczywistość zweryfikuje Twoją wiedzę. Zwykle szybko musisz zapomnieć czego się nauczyłeś – bo program nauczania nie nadąża za technologią, bo uczysz się teorii, a praktyka jest zupełnie inna. I tak właśnie produkujemy sobie całe tabuny głupich magistrów (i licencjastów? czy jak ich tam zwać trzeba, absolwentów kierunków licencjackich).

Jak to zmienić? A bo ja wiem? Są propozycje jakichś bonów edukacyjnych, coby kasa szła do najlepszych, coby wreszcie warto było się starać. Innych rozwiązań też od groma, tylko problem jeden. Zrób w szkole ruch, który spowoduje że z roboty wylecą te wszystkie belfry, które nie umieją lub nie chcą wiedzy przekazywać, lub sami nie posiadają. Zaraz czterdzieści związków zawodowych rzuci się na Ciebie, wszak dzieci nasze chcesz skrzywdzić, pomocy pedagogów zasłużonych pozbawić. Ale bez tego produkować będziemy kolejne pokolenia, które coraz bardziej karleć będą, coraz mniej iskry w nich będzie.

uff, rozpisałem się dzisiaj, czas kończyć, stare kości przed kaloryferkiem pogrzać w domowym zaciszu. Ciąg dalszy jutro – trochę o drogach, informatyzacji, i aparacie Państwowym naszym kochanym.

Reklama
Poprzedni artykułAZRAEL w tokfm dziś o g.16.20
Następny artykułTVPiS

18 KOMENTARZE

  1. Ranking Timesa?
    Przeleciałem sobie, naiwnie szukając “Poland”… Potem użyłem jeszcze linków u góry artykułu, ale nigdzie nie widzę jednej rzeczy: wyjaśnienia, jakie kryteria zostały zastosowane przy zestawianiu tej listy. Ilość cytowań wszystkich naukowców w całości? Wysokość środków przeznaczanych na utrzymanie czy też darowizn, trafiających do ich budżetu?

      • Czyli UJ i UW
        A potem nie to, że długo, długo nic, a potem inne polskie uczelnie. Po prostu NIC.

        Niedobrze. Szkoda tylko, że nie można wyszukiwać “po państwach”, wygląda, że z państw byłego bloku wschodniego są Czechy (Uniw. Karola w Pradze), Węgry (2 uniwerki), Słowenia (Uniw. Ljubljana) i Rosja (Uniw. w Moskwie, m.70 !!! i w St. Petersburgu).

        Powyższe pospieszne zestawienie nie wynika z czystej zazdrości o sąsiadów – raczej z próby dojścia, jakie trzeba było spełniać kryteria, żeby mimo postsowieckiej przeszłości załapać się do rankingu. Wychodzi, że chyba geograficzno-historyczne? Czechy blisko Niemiec, Węgry i Słowenia – Austrii? Rosja i Polska – z racji wielkości chyba? Co myślicie?

        • Krótka informacja:
          “We have

          Krótka informacja:

          “We have scanned every university that has any Nobel Laureates, Fields Medals, Highly Cited Researchers, or papers published in Nature or Science. In addition, we scanned major universities of every country with significant amount of articles indexed in major citation indices. In total, we have scanned more than two thousand universities.
          Although we publish only the top 500 universities, we have actually ranked more than one thousand universities. We regret that we will not be able to provide you with information on the ranking of universities beyond the top 500.”

          a tu są dane o metodologii:

          http://ed.sjtu.edu.cn/rank/file/ARWU-M&P.pdf

          Generalnie – przydałby się jakiś noblista 😀

          • Noblista, ale
            z dziedzin porównywalnych z resztą świata – “Nature or Science”, a nie poet(k)a, działacz czy powieściopisarz. Co to, to tak. Ale szanse :-[

  2. maniakiem nie jestem
    Ściągnąłem ten raport OECD. Jednak maniakiem nie jestem i nie będę się przedzierał przez 525 stron raportu w naukowym (?) angielskim, nawet jeżeli spora część to wykresy i tabele. Po prostu nie mam czasu.

    Dlatego mam pytanie do Yo la: czy może znasz ten raport z dowolnych względów (zawodowych?) i wiesz, co z niego wynika dla Polski?

  3. bardzo dziękuję
    Faktycznie, kryteria są dość złożone i nie można powiedzieć, że to TYLKO kasa albo TYLKO cytowanie. Tym bardziej intersubiektywna ta ocena i tym smutniej, że żadna polska uczelnia się nie załapała. A przecież np. na nasze akademie medyczne przyjeżdżają studiować ludzie z różnych stron świata i nie tylko z krajów rozwijających się…

  4. dzięki i za to
    Jeżeli masz czas i planujesz to zrobić i tak, to oczywiście że jestem zainteresowany. Chociażby na przyszłość, planując ją dla własnych dzieciaków. A może znajdą się tam i sugestie poprawy, choćby formułowane dla państw byłego bloku wschodniego en masse? Albo dla państw w podobnej sytuacji gospodarczej/ politycznej/ społecznej jak Polska?

    Próbowałem iść “na skróty”, wbijając w wyszukiwarkę Acrobata “Poland”, ale ni ma tak dobrze, nic z takiego skakania nie wynika albo w każdym razie niewiele i baardzo cząstkowo.

  5. Jako naukowiec na zachodzie
    Prawda. W Polsce można robić karierę w naukach ścisłych właściwie tylko w zakresie prac teoretycznych. Bo na doświadczenia potrzebne są pieniądze. Część z nich można pewnie dostać z grantów unijnych, ale jak rząd sam nie zachęca i nie pomaga, no to jest tragedia.

    Mój instytut, oprócz w.w. grantów, ma jeszcze ogromny dodatkowy zastrzyk w postaci pomocy rządowej. Rząd po prostu uznał, że pieniądze zarabia się w technologiach i inwestuje ogromne kwoty na rozbudowę, sprzęt, potencjał ludzki a także inwestuje w zainteresowanie 10-13-letnich dzieci naukami ścisłymi.

    Drugie źródło to przemysł. Przemysł – do nas na przykład pcha się drzwiami i oknami Intel czy przeróżne koncerny farmaceutyczne – to ogromne inwestycje. Podstawowym kryterium otrzymania funduszy nie jest ilość prac opublikowanych i gdzie, tylko jak można na tym będzie zarobić. Przemysł wkłada pieniądze, by potem odebrać patenty. Rząd też chętniej będzie dotował, jak z wyników pracy powstaną nowe firmy, które zapewnią zyski dla kraju.

    Praca czysto teoretycna też jest wskazana, ale sama z siebie nie pociągnie gospodarki. Właściwie dla zachodu to jest nawet i bardzo dobrze. Rzesze teoretyków, jakich produkujemy powoduje, że będzie się bogacił naszym kosztem – będzie zabierał najlepszych a reszta nie wspomoże naszej ekonomii.

    • Ciekawostka – BlueRay
      W Polsce nawet kiedy pomysł dobry, naukowcy przedni, zastosowanie w wysokich technologiach jest – to na koniec okazuje się że nie ma kasy na patent, albo na prototyp. Taka mała ciekawostka z dziedziny, z którą nam wszystkim pewnie dość blisko – komputerki. A dokładnie niebieski laser, który właśnie wchodzi w fazę rozwoju technologii, która pozwala liczyć zyski w miliardach dolarów.

      Niebieski laser (w każdym Sony Playstation 3 na ten przykład)zaświecił po raz pierwszy na świecie w Centrum Badań Wysokociśnieniowych PAN. Malo kto o tym wie – jednocześnie słuchając o triumfach tego formatu na świecie. Powstał prototyp (po wielu bojach – miałem wykładowcę, który uczestniczył w tych pracach, opowiadał nam o bojach z ministerstwami o kasę na jakikolwiek patent) , ale na seryjną produkcję trzeba było wyłożyć jakieś 40 banieczek (polskich nawet). I nie znalazła się kasa w Polsce – za to Lockheed Martin się znalazł, i kasę dal. Ale za to otrzymali pierwszeństwo w zakupie urządzeń. I teraz za wyłożone 3 miliony dolców, opanowali rynek wart jakieś 100 mld dolców. A polakom skapnie jakiś grosik od tego.

  6. To coś jak ze zderzenia
    To coś jak ze zderzenia kultur IMHO problem jest. Problem zachowania tożsamości w ostatecznym rachunku. NRD w RFN, Hawaje w USA, aborygeni w Australi, polityczny kult Cargo itp. Dodatkowo: szybka dyfuzja łatwa bardzo ze względu na różnicę temperatur.
    Nauka jest międzynarodowa z definicji a nas interesuje gdzie krystalizacja następuje bo zarodki krystalizacji podciagają otoczenie.