fbpx

Próbowałem znaleźć cały tekst proponowanych zmian w kilku ustawach sądowniczych, o czym się mówi od kilku dni, ale nigdzie takiego tekstu nie znalazłem. Udało mi się natomiast dotrzeć do obszernych fragmentów projektu i to nie na „niepokornych” stronach, czy stronach mediów publicznych, tylko na portalach RMF FM i TVN24. Przykra sprawa i odnoszę się do niej w poniedziałek, wydaje się, że projekt zmian tak szeroko komentowany od lewa do prawa powinien być dostępny po jednym kliknięciu, niestety tak nie jest i to bardzo utrudnia pisanie o konkretach. Trudno, nie będę dłużej marudził i biorę się do roboty, choć łatwo nie jest.

Z lektury obszernych fragmentów projektu wynikają dwie podstawowe konkluzje. Pierwsza. Niemal wszystkie najbardziej „kontrowersyjne” regulacje odnoszące się do kwestii dyscyplinarnych, tak naprawdę nie są nowe. Większość już obowiązuje i to nie we Francji, czy w Niemczech, ale w Polsce. Konstytucja i ustawa „Prawo o ustroju sądów powszechnych” w sposób jednoznaczny zabraniają aktywności politycznej sędziów, a kwestionowanie innych organów władzy ustawodawczej, wykonawczej, czy sądowniczej, to naruszenie porządku prawnego, za co każdemu obywatelowi grozi odpowiedzialność prawna, a sędziom szczególnie. Po co w takim razie te zmiany, skoro w zasadzie niczego nie zmieniają. Wielkich zmian rzeczywiście nie ma, ale szczegółowe zapisy doprecyzowują delikty dyscyplinarne i to tam, gdzie kasta próbuje robić rebelię. Jeszcze pięć lat temu nikomu nie przyszyło do głowy, że na salach sądowych i w orzeczeniach, sędziowie będą kwestionować nie tylko status innych sędziów i wyroki Trybunału Konstytucyjnego, ale istnienie samego TK i nowych Izb SN razem z KRS. Dlatego powstał projekt nowelizacji.

Konkluzja druga. Same przepisy dyscyplinujące wcale nie są sednem nowelizacji i trochę mam opory przed wskazaniem, co nim jest, ale zakładam, że kasta, to mimo wszystko ludzie upadli moralnie, nie intelektualnie. Zatem napiszę otwartym tekstem, co do kasty i tak musiało dotrzeć, że sednem zmian jest zapewnienie sprawnego wyboru prezesa Sądu Najwyższego, co nas czeka już na początku maja, ponieważ kadencja radcy prawnej TVN, niejakiej Małgorzaty Gersdorf, dobiega końca dokładnie 30 kwietnia 2020 roku. Dwie podstawowe regulacje odbierają kaście wszelkie możliwości obstrukcji. Dotąd było tak, że to sam SN miał przeprowadzić wybór prezesa, wcześniej wskazując pełniącego obowiązki Prezesa SN. Z kolei same wybory prezesa wiązały się z bardzo wysokim kworum, w pierwszej turze aż 2/3 składu wszystkich Izb, w drugiej 3/5. Przy takich proporcjach i przepisach sędziowie ze starego rozdania mogli w nieskończoność blokować wybór nowego prezesa i jednocześnie wybrać swojego sędziego na PO Prezesa.

Oba argumenty obstrukcyjne zostały kaście wytrącone. Teraz sprawy maja się tak, że jeśli SN nie zbierze się w odpowiednim kworum i nie wybierze Prezesa SN, to Prezydent sam spośród wszystkich sędziów wskaże PO Prezesa i jemu powierzy przeprowadzenie wyborów. No i dochodzimy do punktu, w którym pełen tekst nowelizacji przepisów jest niezbędny, ale jak wspominałem nie sposób się do niego w Internecie dokopać, to pozostaje bazować na zawodnej ludzkiej pamięci. Gdzieś w natłoku informacji i histerycznych apeli, obiło mi się o uszy, że 1/4 składu SN ma prawo dokonać wyboru Prezesa SN, o ile wcześniej kworum będzie zrywane. Nie ma nic ważniejszego w całym tym projekcie od tych zapisów, które zapewniają sprawny wybór Prezesa SN i właściwie wszystko inne można sobie odpuścić.

Gdyby znów się zaczęła jakaś gruba afera z KE i TSUE, to spokojnie można zrobić nie jeden, ale kilka kroków w tył, byle nie w tym miejscu, gdzie chodzi o Prezesa SN. Kasta skupiła się na tym, co ich boli najbardziej, czyli płaczą nad potencjalną utratą bezkarności i świętości własnych orzeczeń. O wyborach w SN mówi się niewiele, a prawdę mówiąc prawie w ogóle nie słychać żadnych głosów i obaw. Krótko mówiąc jeśli nowelizacja pozwoli wybrać nowego Prezesa SN, na co wszystko wskazuje, to PiS osiąga najważniejszy cel i cała reszta przestaje mieć znacznie.