Reklama

– No i co ci z pielęgniarkami wyszło? – zapytał  przyjaciel, gmerając z wprawą kijem w ognisku, doprowadzając geometrię dopalających się kawałków drewna do niemalże symetrii i dopijając entą puszkę mocnego słodkawego piwa. To już była późna jesień, dużo czasu upłynęło.

– Wyleczyłem się – odpowiedział lakonicznie Piotr, a potem streścił historię o Marzenie.

– Tylko z jedną się spotkałeś?

Reklama

– Nie, jeszcze była druga – niechętnie dopowiedział resztę streszczenia Piotr.

– Tylko dwie? Nie zmotywowałeś, barania głowo, recepcjonistek, trzeba było je zbajerować, od serca pogadać. Dwie to mała próbka. Co ty, kurwa, możesz wiedzieć o pielęgniarkach? Dwie… – mruczał przyjaciel i nagle coś go tknęło. – Piotruś, a które, ty, ogłoszenie dałeś, te moje czy tą swoją pojebaną poezję?

„Moje? Przecież wspólnie układaliśmy!” – pomyślał z ironią.

– No, które miałem dać, wiadomo, które dałem – wykręcał się Piotr. – Dobra, idę, późno już…

– Coś kręcisz, pewnie dałeś im ten popierdolony poemat i dlatego recepcjonistki cię olały. Miały rację…

Ale Piotr już odchodził i miał pretekst, żeby zignorować gderanie i uniknąć przyznania się do błędu. Jak tu rozmawiać z facetem, który zna cię na wylot i na dodatek ma rację. „Może by się jeszcze spotkać z pielęgniarką?”

***

Od czasu do czasu przypadkowa kobieta pisała do Piotra w necie. Rzadko zaglądał do starej  skrzynki pocztowej, głównie aby sprawdzić, czy nie odezwał się ktoś z dawnych znajomych, wiadomości czekały czasem tydzień na odpowiedź. Nowa pani, która napisała, Monika, była pielęgniarką, mieszkała i pracowała w szpitalu metropolii oddalonej ponad sto kilometrów od jego miejsca pracy. Niepraktycznie daleko. Niemłoda.  Zbył ją najpierw grzecznie, ale nie dała za wygraną. Potem był lekko wkurzony, ale jeszcze poprawny formalnie. Gdy trzeciego dnia nadal go nękała, odpisał wprost, że nie jest zainteresowany, „interesują mnie kobiety dużo młodsze , proszę czytać ze zrozumieniem moje ogłoszenie, wyraźnie podałem kogo szukam. Życzę powodzenia w szukaniu bliskiej osoby…itp. itd.”  

Trafił na wyjątkową upartą i konsekwentną osobę. Podejrzewał, że to będzie namolny, nie dający się zbyć babsztyl. Na taką skutkowały tylko wulgarne reprymendy, a tego akurat nigdy nie stosował, kwestia zasad. Jedyną strategią pozostało milczenie, ignorowanie natręta.

Najpierw przysłała serię zdjęć: portretów, twarzy, sylwetek, plaża w bikini, ogrodowy topless (zakrywała piersi ręką), aby mu udowodnić, że jest atrakcyjna i seksowna mimo wieku. Zdjęcia były dobrej jakości, twarz na zdjęciach wyrazista, młoda, ciało powabne, majtki opięte tak, że mało nie pękły na tłustych fałdkach krocza – mówią na to w poetyckim przekładzie wielbłądzia pięknotka. Mógł jej przyznać rację, że wiek obchodził się z nią łagodnie, dobre miała geny. „Ciekawe, kto ci robił ten topless?” – myślał. Nie jest rozsądne przysyłanie takich zdjęć nieznanemu facetowi.

Potem mu opisała swoją historię. Śmierć partnera, wychowywanie córki, pracę na oddziale, poważną chorobę zakaźną i półroczne zwolnienie lekarskie, które właśnie dobiegało końca. To można było odczytać jako próbę wzbudzenia współczucia. Stara kobieca sztuczka.  „No tak, pewnie się wynudziłaś na tym zwolnieniu, energia cię rozpiera i zawracasz niewinnym ludziom głowę” – myślał Piotr. Było w tych domysłach trochę racji, bo potem otrzymał jeszcze kilka mniej lub bardziej poetyckich listów z opisem uczuć, przeczuć, miłosnych wyznań – nawet niezłe teksty, choć widać było brak wyrobionego stylu i naiwność. Przede wszystkim jednak widać było, że kobieta reaguje hiperemocjonalnie.

Konsekwentnie ignorował wszystko, co napisała. Listy przychodziły jeszcze przez miesiąc, coraz rzadziej, coraz krótsze, aż w końcu natrętka dała za wygraną i ucichła.

Następnie miał miejsce tygodniowy epizod wirtualny z pracownicą szpitalnego laboratorium analitycznego. Tak im się dobrze pisało, a potem rozmawiało przez telefon, że postanowili się spotkać. W przeddzień spotkania, gdy wymieniali informacje przez komunikator, coś mu się zaczęło nie zgadzać w jej historii. Zadał niewinnie dwa podchwytliwe pytania i wyszło na to, że pani laborantka oszukała go w kwestii swojego wieku o dobrych kilka lat. „Przykro mi” – napisał informując o rezygnacji ze znajomości. Pani była obrażona i próbowała wyjaśniać, może nawet miała trochę racji, bo sprawa nie była tak jednoznaczna, jak to na pierwszy rzut oka wyglądało. Niemniej Piotr się zaparł i do spotkania nie doszło.  

Niedługo potem zaczepiła go pielęgniarka ze szpitala w mieście, w którym pracował. To nie był szpital na B. Jeszcze tego samego dnia wymienili numery telefonów. Mirka miała jasny, kobiecy głos, była lekko speszona podczas pierwszej rozmowy, żadna tam rezolutność jak u Marzeny, ale sprawiła bardzo dobre wrażenie. I inteligencją, i pogodą, nawet humorem, gdy się rozkręciła w rozmowie. Umówili się na kawę. Typowa randka w ciemno, żadnych zdjęć.

Piotr umawiając się z dziewczynami proponował im wybór miejsca, a że one zazwyczaj oddawały w tym zakresie inicjatywę, zadanie wyboru spadało na niego. Miał jedno ulubione miejsce w centrum miasta. Mały lokal, ze ścianami obwieszonymi historycznymi zdjęciami i innym pamiątkami, przeważnie pustawy, bo ceny odstraszały średniozamożną klientelę. Zawsze obiecywał sobie, że kiedyś obejrzy dokładniej historię uwiecznioną na zdjęciach. Ale spotkania, które tu odbywał, były zazwyczaj zbyt ekscytujące, by mógł poświęcić czas ekspozycji na ścianach. Przez parę lat nie posunął się w oglądaniu o krok.

 „Niech to nie będzie żaden mamut”  prosił  z myślą o spotkaniu, przeglądając kartę. Ceny się nie zmieniły. Zawsze w menu było kilka typowych polskich dań sporządzanych pod odwiedzających miasto stęsknionych kuchni z lat młodości polonusów, aczkolwiek dania te były przygotowywane z drobnymi finezyjnymi modyfikacjami – twórczy kucharz musiał widocznie pokazać na talerzu swój zamaszysty podpis szczyptą czegoś egzotycznego, maźnięciem sosem o kolorze zadziwiającym lub wreszcie mógł to być nietypowy kształt, dekoracja dania.

Skromnie ubrana zziębnięta kobieta weszła do lokalu, od razu popatrzyła intensywnie prosto na niego i domyślił się, że to Mirosława.

Pomógł jej pozbyć się płaszcza i powiesił go w ogólnodostępnym korytarzu, pełniącym rolę szatni.

– Ten stolik, gdzie siedzę, ci odpowiada, czy wolisz pod oknem? – zapytał wskazując stolik w głębi sali w niewielkiej wnęce od strony ulicy. – Ale tam pod oknem jest strefa dla palących – ostrzegł. Taki drobny test na sprawdzenie, czy pali.

– Chodźmy pod okno, nie palę, ale tam jest zaciszniej – powiedziała i znowu na niego intensywnie patrzyła. Kontynuowała to patrzenie, gdy usiedli i poczuł się nieswojo.

– Co?… – nie zdążył dokończyć pytania, bo weszła mu w słowo swoim.

– Nie poznajesz mnie?

Piotr patrzył na ładną, lekko spiętą twarz Mirki, bez makijażu, wiek na oko się zgadzał z tym, co ujawniła w rozmowie, a nawet wyglądała trochę młodziej, niż podawała. Jasnobrązowe, ciepłe i obiecujące wesoły uśmiech oczy. W rozpiętej pod sweterkiem bluzce miły dla oka kawałek gładkoskórej wypukłości. Sweterek też się ponętnie opinał na sporym biuście, jakieś C chyba. Rentgen błysnął. Ok.

Był zdezorientowany, kompletnie nie wiedział o co chodzi i co powiedzieć. I nagle olśnienie.To żadna Mirka! To ta dziewczyna ze zdjęć! Ta wariatka! O cholera!

– Ach, to ty – powiedział. Chyba nawet zachował kamienną twarz. „Powinienem wstać i wyjść”. Oszukała go. Chuj, że ładna dziewczyna. Paskudna oszustka. Zrobiła go w jajo. „Pamiętaj o asertywności”.

– To ja. Musiałam się z tobą spotkać. Przepraszam – pełna winy pauza. – Musiałam. Wybaczysz?

„Nie masz jaj, powinieneś wstać i wyjść” – przebiega jeden wątek myśli. No przecież nie wstaniesz ostentacyjnie i nie wbijesz tej biedaczki ze wstydu w podłogę – konkuruje druga, jego empatyczna strona.

– Teraz poznaję – mówi. – Kawał drogi przejechałaś.

Podchodzi kelner niosąc karty dań. Oni przeważnie przychodzą nie w porę, ale tym razem pojawia się w perfekcyjnie dogodnym momencie. Pyta, czy chcą w międzyczasie coś do picia. To daje chwilę na zebranie myśli, „trudno, trzeba jakoś przez to przejść”.

– Co zamówisz? Jesteś głodna, będziesz jadła? – pyta grzecznie. – Mam coś na nosie, że tak się wpatrujesz? Zapewniam cię, że jestem ciężkostrawnym, żylastym facetem, nic smacznego nie wypatrzysz.

– To nie jest nasze ostatnie spotkanie, prawda? – pyta, jakby nie słyszała, co Piotr mówi. Kurwa, co za beznadziejnie bezsensowne pytanie.

– Monika, Monika, wracaj na ziemię, tu jestem – macha jej ręką przed oczyma. Bo nagle czuje się lżej i swobodniej, choć zupełnie bez entuzjazmu. „Nie takie rzeczy się robiło w życiu”.

Piją kawę albo coś. Jedzą bardzo dobry sernik, świeży puszysty, wilgotny. To wie , to czuje, ta część zmysłów się nie wyłączyła. Ona mówi, on to widzi, ale nie słyszy dokładnie, patrzy na drobne , równe zęby błyskające pomiędzy wąskimi wargami, gdy wkłada widelczyk z ciastem do ust, obscenicznie miga koniec języka. „Ciekawe czy jest namiętna?”.  

Jest zawodowo pogodnym , uprzejmym słuchaczem. Pacjentka mówi, on udaje, że słucha. Nawet kiwa głową. Nawet potakuje. Taką przyjął pozę właśnie – pogodnego, uprzejmego, niezaangażowanego słuchacza – i konsekwentnie zasłania się tą pozą jak tarczą, przez całe spotkanie. Mówi niewiele, prawie nic.

Monika ciągnie rozmowę, jest dzielna, musi widzieć jego skrywaną niechęć, ale nie przyjmuje jej do wiadomości, albo jest tak podekscytowana spotkaniem, że w euforii nie docierają do niej negatywne sygnały. Coś mówi, coś proponuje…

– Spacer? – odpowiada zdziwionym echem, dziwi się jej propozycji, która dociera do niego dopiero, gdy chwyta go za rękę. Jest zimno, nie jest odpowiednio ubrany, zupełnie nie ma ochoty. – Ale krótki, bo zimno.

Spacer jest horrorem. Łażą wolno po okolicy, ona wczepiona w jego ramię. Czuje, że czaszka powoli mu odmarza – ciepła czapka została w samochodzie, szkoda.

Monika chce się całować. No, wariatka. Cały czas ten brawurowy atak, ignorowanie sygnałów niechęci. A może coś łyknęła? Kto je wie, te pielęgniarki.

Piotr zakłada, że spacer się zaraz skończy i ona wsiądzie do swojego pociągu czy autobusu. Zaczynają się całować, ona go prosi, żeby był aktywniejszy, bo na początku tylko się pochyla i wystawia biernie wargi. Całują się długo i do zdyszenia. Piotr przez chwilę nawet daje się ponieść przyjemności płynącej z pocałunków, potem przytomnieje i jest tylko robotem, któremu drgają wargi, a język obraca się niczym mieszadło.

Spacer się przeciąga.

– Nigdy nie spotkałam kogoś takiego jak ty – szepcze Monika. „Ani chybi, coś łyknęła, niech to się już skończy, niech już jedzie” – myśli Piotr.

Potem znowu się całują, Monika ciągnie go w jakiś kąt z dala od nurtu, którym przechodzą ludzie, wysiadający i wsiadający pasażerowie centralnego dworca. Rozpina sobie kilka guzików płaszcza, ściąga suwak piotrowej kurtki, wtula się w jego ciało jak w gniazdo. Całują się, delikatnie przylega kroczem do jego uda, zaczyna się lekko ocierać. Piotr jest porażony, zdegustowany. Patrzy na przechodzących ludzi, którzy w ogóle nie zwracają uwagi na przytuloną w kącie parę. Stoją w pełnym świetle, doskonale widoczni. „Niech to się skończy, bo ją zaraz uderzę” zaczyna go ogarniać fala agresji i zakłopotania. „Niech tylko dotknie mojego fiuta” – wyznacza ostatnią granicę tolerancji. Monika zaczyna pojękiwać, drżeć, jej ręka wpełza pod elegancki swetr Piotra, szuka ciepła, ale nie ośmiela się sięgnąć poniżej pasa. Potem ręka zamiera, jęki i drżenia trwają kilka minut. Można się zastanawiać, czy to jakiś teatr, czy publicznie przeżywany orgazm. Piotr nie wie, cały czas kontroluje wzrokiem otoczenie, sprawdza, czy ich przytulone sylwetki przyciągają uwagę przechodzących podróżnych.

– Dziękuję – szepce Monika , odrywa się od Piotra, ciągnie go jeszcze przez kilkadziesiąt kroków toru męczeństwa. Szuka czegoś w torebce, wyjmuje dwa batoniki i jeden szybko zjada a drugi próbuje dać Piotrowi, a gdy ten się wykręca, wkłada mu go do kieszeni kurtki.

– Masz problem z cukrem? – pyta Piotr nagle zainteresowany.

– Nie. Lubię słodycze. Zawsze noszę przy sobie coś słodkiego.

– I o dziwo nie tyjesz – stwierdza Piotr.

– No, nie – zgadza się kobieta – Zadzwonisz? Spotkamy się jeszcze?

Piotr milczy i patrzy jej w oczy ze spokojnym zaprzeczeniem. Ma nadzieję, że teraz to będzie mniej bolało, mniej spowoduje komplikacji. Ale nie jest pewny, czy został zrozumiany. Więc jeszcze kręci głową jednoznacznie – nie spotka się, nie zadzwoni.

Monice z trudem przychodzi rozstanie, przeciąga tą chwilę niemiłosiernie, a Piotr wzmocniony nadzieją, że zaraz skończy się to niezwykłe spotkanie, wykazuje się większą dozą cierpliwości i wyrozumiałości. Uchyla się tylko przed ostatnim pocałunkiem Moniki, który trafia gdzieś w brodę. I tak to się kończy.

Wraca do samochodu bez goryczy. „Oby z tego nie wynikło zapalenie płuc” – myśli zziębnięty, wsuwając się do kabiny. Ogrzewanie ustawia na maksa.

Monika zadzwoniła wieczorem. Nie odebrał.

„Dostałam okres” – przyszedł później sms.

I tak go nęka sms-ami i listami, a to już prawie pół roku minęło. Pretensje, że nie odpowiada, zapewnienia, że kocha. Piotr zastanawia się, ile to jeszcze potrwa i nie ma najmniejszej ochoty na przesłanie znaku życia. „W życiu nie spotkałem takiej wariatki. Ach, te pielęgniarki”.

Zastanawia się, czy kiedykolwiek opowie o tej przygodzie. Komukolwiek. Na przykład przyjacielowi. Że go pielęgniarka przeleciała wśród tłumu ludzi. Ani to powód do dumy. Ani nikt w to nie uwierzy.

 

KONIEC

Tekst chroniony prawem autorskim (części 1 – 10 ) .Opublikowany na witrynie www.kontrowersje.net . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

 

Reklama

127 KOMENTARZE

      • Może się i wymknął…
        Mamy tu studium pewnej obsesji, graniczącej z fetyszyzmem, wywołanej konkretnym przeżyciem z młodości. Każdy albo prawie każdy ma takie przeżycia, ja sam zdiagnozowałem swoje gusta pod kątem konkretnych pierwszych fascynacji : ). Fascynacja budzi się, rozwija i – jak sądzę – wygasa (ostatnie spotkania z Mirką/ Moniką).

        Całość ujęta w podwójny cudzysłów – fabuła to przeżycia bohatera, ale wspominane przy ognisku z kolegami na zasadzie nieco jakby retrospekcji, narrator tradycyjnie (dla prozy realistycznej) ukryty.

        Styl przejrzysty, pełen realizmu, pojedyncze momenty do doszlifowania – jak skazy na diamencie : )))

        Trochę chaotycznie, ale na uporządkowanie czasu niestety za mało.

      • Może się i wymknął…
        Mamy tu studium pewnej obsesji, graniczącej z fetyszyzmem, wywołanej konkretnym przeżyciem z młodości. Każdy albo prawie każdy ma takie przeżycia, ja sam zdiagnozowałem swoje gusta pod kątem konkretnych pierwszych fascynacji : ). Fascynacja budzi się, rozwija i – jak sądzę – wygasa (ostatnie spotkania z Mirką/ Moniką).

        Całość ujęta w podwójny cudzysłów – fabuła to przeżycia bohatera, ale wspominane przy ognisku z kolegami na zasadzie nieco jakby retrospekcji, narrator tradycyjnie (dla prozy realistycznej) ukryty.

        Styl przejrzysty, pełen realizmu, pojedyncze momenty do doszlifowania – jak skazy na diamencie : )))

        Trochę chaotycznie, ale na uporządkowanie czasu niestety za mało.

      • Może się i wymknął…
        Mamy tu studium pewnej obsesji, graniczącej z fetyszyzmem, wywołanej konkretnym przeżyciem z młodości. Każdy albo prawie każdy ma takie przeżycia, ja sam zdiagnozowałem swoje gusta pod kątem konkretnych pierwszych fascynacji : ). Fascynacja budzi się, rozwija i – jak sądzę – wygasa (ostatnie spotkania z Mirką/ Moniką).

        Całość ujęta w podwójny cudzysłów – fabuła to przeżycia bohatera, ale wspominane przy ognisku z kolegami na zasadzie nieco jakby retrospekcji, narrator tradycyjnie (dla prozy realistycznej) ukryty.

        Styl przejrzysty, pełen realizmu, pojedyncze momenty do doszlifowania – jak skazy na diamencie : )))

        Trochę chaotycznie, ale na uporządkowanie czasu niestety za mało.

      • Może się i wymknął…
        Mamy tu studium pewnej obsesji, graniczącej z fetyszyzmem, wywołanej konkretnym przeżyciem z młodości. Każdy albo prawie każdy ma takie przeżycia, ja sam zdiagnozowałem swoje gusta pod kątem konkretnych pierwszych fascynacji : ). Fascynacja budzi się, rozwija i – jak sądzę – wygasa (ostatnie spotkania z Mirką/ Moniką).

        Całość ujęta w podwójny cudzysłów – fabuła to przeżycia bohatera, ale wspominane przy ognisku z kolegami na zasadzie nieco jakby retrospekcji, narrator tradycyjnie (dla prozy realistycznej) ukryty.

        Styl przejrzysty, pełen realizmu, pojedyncze momenty do doszlifowania – jak skazy na diamencie : )))

        Trochę chaotycznie, ale na uporządkowanie czasu niestety za mało.

      • Dzisiaj to nie tylko pomysłu
        Dzisiaj to nie tylko pomysłu nie mam na ciąg, ale nawet żalu, że nie kontynuowałeś wątku zakochaniowego.;) Głowa mnie boli. To zawsze jakieś wytłumaczenie na niemanie pomysłu. Liczę jednak na ciąg dalszy, bo jakoś mi żal zostawić Piotra takiego praktycznie niedoświadczonego. Może inna grupa zawodowa, nauczycielki chociażby…Jestem pewna, że jeśli zechcesz kontynuować, to sam będziesz wiedział najlepiej o czym pisać.:)
        Nie każ mi czekać zbyt długo na kolejny tekst.:)

      • Dzisiaj to nie tylko pomysłu
        Dzisiaj to nie tylko pomysłu nie mam na ciąg, ale nawet żalu, że nie kontynuowałeś wątku zakochaniowego.;) Głowa mnie boli. To zawsze jakieś wytłumaczenie na niemanie pomysłu. Liczę jednak na ciąg dalszy, bo jakoś mi żal zostawić Piotra takiego praktycznie niedoświadczonego. Może inna grupa zawodowa, nauczycielki chociażby…Jestem pewna, że jeśli zechcesz kontynuować, to sam będziesz wiedział najlepiej o czym pisać.:)
        Nie każ mi czekać zbyt długo na kolejny tekst.:)

      • Dzisiaj to nie tylko pomysłu
        Dzisiaj to nie tylko pomysłu nie mam na ciąg, ale nawet żalu, że nie kontynuowałeś wątku zakochaniowego.;) Głowa mnie boli. To zawsze jakieś wytłumaczenie na niemanie pomysłu. Liczę jednak na ciąg dalszy, bo jakoś mi żal zostawić Piotra takiego praktycznie niedoświadczonego. Może inna grupa zawodowa, nauczycielki chociażby…Jestem pewna, że jeśli zechcesz kontynuować, to sam będziesz wiedział najlepiej o czym pisać.:)
        Nie każ mi czekać zbyt długo na kolejny tekst.:)

  1. W trakcie pisania
    przyszedł mi do glowy pomysł zmiany kolejności epizodów tak aby Maryla i Marzena były na końcu. To by dawało możliwość pewnych zmian i wybrnięcia z historii w sposób happyendowy. Byłaby również inna wymowa opowieści.
    Pomysł jednak zrodził się po opublikowaniu znacznej części tekstu i już nie było odwrotu.

  2. W trakcie pisania
    przyszedł mi do glowy pomysł zmiany kolejności epizodów tak aby Maryla i Marzena były na końcu. To by dawało możliwość pewnych zmian i wybrnięcia z historii w sposób happyendowy. Byłaby również inna wymowa opowieści.
    Pomysł jednak zrodził się po opublikowaniu znacznej części tekstu i już nie było odwrotu.

  3. W trakcie pisania
    przyszedł mi do glowy pomysł zmiany kolejności epizodów tak aby Maryla i Marzena były na końcu. To by dawało możliwość pewnych zmian i wybrnięcia z historii w sposób happyendowy. Byłaby również inna wymowa opowieści.
    Pomysł jednak zrodził się po opublikowaniu znacznej części tekstu i już nie było odwrotu.

    • Tetryku
      “co jeszcze lepszego mogło mu się trafić, że się tak grzecznie zapytam?”

      Pozwolę sobie żartobliwie skomentować.

      Wg np. harlequinowych standardów, nic harlequinom nie ujmując, happy endu nie było.

      Wg panamodrego standardów znakomitym zakończeniem mogłoby być pokochanie z wzajemnością czwórki sióstr rodzonych, z którymi żyłby długo i szczęśliwie.
      Jedna by jeszcze się na pielęgniarkę uczyła – pierwsza klasa.
      Druga byłaby siostrą przełożoną w szpitalu a trzecia takąż w pewnej odizolowanej instytucji.
      Na czwartą już nie mam pomysłu. Nie mówiąc o tym, że wymyślanie imion dla sporej gromadki dzieci byłoby nielichym wyzwaniem. I dlatego skończyło się jak się skończyło.

      Ukłony.

      • Raczę stanowczo
        Raczę stanowczo zaprotestować! Harlequinów nie czytuję, a według moich osobistych standardów skończyło się w pół słowa. I Piotra mi nadal żal. Albowiem powiedziane jest: “Kto nie dotknął ziemi ni razu ten nigdy nie może być w niebie”. Te 4 siostry, 3 imiona możesz pożyczyć od Czechowa, to wcale nie najgorszy pomysł. I tak wiem, że po mojemu nikt tu nie napisze, coby się poznali, pokochali i żyli krótko aczkolwiek szczęśliwie. Może być bez ślubu.;)

        • Jaśminie
          Jak wygląda ten raczy stanowczy protest?
          Jest na różowo, rakiem, czy boleśnie uszczypliwy?

          Imiona dla sióstr by się znalazły, zarezerwowałem kilka :
          Maria, Magdalena, Malena, Melania – same najpiękniejsze.
          Ale problem z imionami dla dzieciaków, mówię.

          • Taki więcej wycofujący się
            Taki więcej wycofujący się czasami jest, jak to raczy. Nigdy różowy, rzadko uszczypliwy.:) Zorganizuj konkurs na imiona dla dzieci. Będziemy podawać propozycje a potem głosować.;)

    • Tetryku
      “co jeszcze lepszego mogło mu się trafić, że się tak grzecznie zapytam?”

      Pozwolę sobie żartobliwie skomentować.

      Wg np. harlequinowych standardów, nic harlequinom nie ujmując, happy endu nie było.

      Wg panamodrego standardów znakomitym zakończeniem mogłoby być pokochanie z wzajemnością czwórki sióstr rodzonych, z którymi żyłby długo i szczęśliwie.
      Jedna by jeszcze się na pielęgniarkę uczyła – pierwsza klasa.
      Druga byłaby siostrą przełożoną w szpitalu a trzecia takąż w pewnej odizolowanej instytucji.
      Na czwartą już nie mam pomysłu. Nie mówiąc o tym, że wymyślanie imion dla sporej gromadki dzieci byłoby nielichym wyzwaniem. I dlatego skończyło się jak się skończyło.

      Ukłony.

      • Raczę stanowczo
        Raczę stanowczo zaprotestować! Harlequinów nie czytuję, a według moich osobistych standardów skończyło się w pół słowa. I Piotra mi nadal żal. Albowiem powiedziane jest: “Kto nie dotknął ziemi ni razu ten nigdy nie może być w niebie”. Te 4 siostry, 3 imiona możesz pożyczyć od Czechowa, to wcale nie najgorszy pomysł. I tak wiem, że po mojemu nikt tu nie napisze, coby się poznali, pokochali i żyli krótko aczkolwiek szczęśliwie. Może być bez ślubu.;)

        • Jaśminie
          Jak wygląda ten raczy stanowczy protest?
          Jest na różowo, rakiem, czy boleśnie uszczypliwy?

          Imiona dla sióstr by się znalazły, zarezerwowałem kilka :
          Maria, Magdalena, Malena, Melania – same najpiękniejsze.
          Ale problem z imionami dla dzieciaków, mówię.

          • Taki więcej wycofujący się
            Taki więcej wycofujący się czasami jest, jak to raczy. Nigdy różowy, rzadko uszczypliwy.:) Zorganizuj konkurs na imiona dla dzieci. Będziemy podawać propozycje a potem głosować.;)

    • Tetryku
      “co jeszcze lepszego mogło mu się trafić, że się tak grzecznie zapytam?”

      Pozwolę sobie żartobliwie skomentować.

      Wg np. harlequinowych standardów, nic harlequinom nie ujmując, happy endu nie było.

      Wg panamodrego standardów znakomitym zakończeniem mogłoby być pokochanie z wzajemnością czwórki sióstr rodzonych, z którymi żyłby długo i szczęśliwie.
      Jedna by jeszcze się na pielęgniarkę uczyła – pierwsza klasa.
      Druga byłaby siostrą przełożoną w szpitalu a trzecia takąż w pewnej odizolowanej instytucji.
      Na czwartą już nie mam pomysłu. Nie mówiąc o tym, że wymyślanie imion dla sporej gromadki dzieci byłoby nielichym wyzwaniem. I dlatego skończyło się jak się skończyło.

      Ukłony.

      • Raczę stanowczo
        Raczę stanowczo zaprotestować! Harlequinów nie czytuję, a według moich osobistych standardów skończyło się w pół słowa. I Piotra mi nadal żal. Albowiem powiedziane jest: “Kto nie dotknął ziemi ni razu ten nigdy nie może być w niebie”. Te 4 siostry, 3 imiona możesz pożyczyć od Czechowa, to wcale nie najgorszy pomysł. I tak wiem, że po mojemu nikt tu nie napisze, coby się poznali, pokochali i żyli krótko aczkolwiek szczęśliwie. Może być bez ślubu.;)

        • Jaśminie
          Jak wygląda ten raczy stanowczy protest?
          Jest na różowo, rakiem, czy boleśnie uszczypliwy?

          Imiona dla sióstr by się znalazły, zarezerwowałem kilka :
          Maria, Magdalena, Malena, Melania – same najpiękniejsze.
          Ale problem z imionami dla dzieciaków, mówię.

          • Taki więcej wycofujący się
            Taki więcej wycofujący się czasami jest, jak to raczy. Nigdy różowy, rzadko uszczypliwy.:) Zorganizuj konkurs na imiona dla dzieci. Będziemy podawać propozycje a potem głosować.;)

  4. Złotousta
    Harlequinów parę czytałem i oglądałem. Jak się bywa w towarzystwie kobiet to nie da się tego uniknąć.
    Dzieci mają bajki, kobiety(niektóre) harlequiny a faceci Bruce Lee i inne filmy “płaszcza i szpady” tudzież “zabili go i uciekł”.

    A wszyscy zgodnie oglądają i czytają utwory z górnej półki.

    P.S Harlequinów o pielęgniarkach nie znam. Ale parę filmów lepszej klasy było. Pamiętam o żołnierzu pierwszej wojny bez rąk, bez nóg, bez oczu, bez języka a i tak pielęgniarka go używała i , zdaje się, dziecko z tego było. To mi zostało w pamięci.

  5. Złotousta
    Harlequinów parę czytałem i oglądałem. Jak się bywa w towarzystwie kobiet to nie da się tego uniknąć.
    Dzieci mają bajki, kobiety(niektóre) harlequiny a faceci Bruce Lee i inne filmy “płaszcza i szpady” tudzież “zabili go i uciekł”.

    A wszyscy zgodnie oglądają i czytają utwory z górnej półki.

    P.S Harlequinów o pielęgniarkach nie znam. Ale parę filmów lepszej klasy było. Pamiętam o żołnierzu pierwszej wojny bez rąk, bez nóg, bez oczu, bez języka a i tak pielęgniarka go używała i , zdaje się, dziecko z tego było. To mi zostało w pamięci.

  6. Złotousta
    Harlequinów parę czytałem i oglądałem. Jak się bywa w towarzystwie kobiet to nie da się tego uniknąć.
    Dzieci mają bajki, kobiety(niektóre) harlequiny a faceci Bruce Lee i inne filmy “płaszcza i szpady” tudzież “zabili go i uciekł”.

    A wszyscy zgodnie oglądają i czytają utwory z górnej półki.

    P.S Harlequinów o pielęgniarkach nie znam. Ale parę filmów lepszej klasy było. Pamiętam o żołnierzu pierwszej wojny bez rąk, bez nóg, bez oczu, bez języka a i tak pielęgniarka go używała i , zdaje się, dziecko z tego było. To mi zostało w pamięci.

  7. Szkoda
    bo przyszedł mi do głowy pomysł opowiadania o rzeźniku, który bawił się w awangardowe malarstwo po pracy, z preferencją czerwonych kolorów. 😉 I , jako, że bez miłosnego wątku się nie obędzie, był zakochany w fajnej młodej cielęcince lubiącej dla odmiany różowy i noszącej tipsy, którymi orała mu plecy do krwi podczas namiętnych igraszek w chłodni pełnej póltusz.

  8. Szkoda
    bo przyszedł mi do głowy pomysł opowiadania o rzeźniku, który bawił się w awangardowe malarstwo po pracy, z preferencją czerwonych kolorów. 😉 I , jako, że bez miłosnego wątku się nie obędzie, był zakochany w fajnej młodej cielęcince lubiącej dla odmiany różowy i noszącej tipsy, którymi orała mu plecy do krwi podczas namiętnych igraszek w chłodni pełnej póltusz.

  9. Szkoda
    bo przyszedł mi do głowy pomysł opowiadania o rzeźniku, który bawił się w awangardowe malarstwo po pracy, z preferencją czerwonych kolorów. 😉 I , jako, że bez miłosnego wątku się nie obędzie, był zakochany w fajnej młodej cielęcince lubiącej dla odmiany różowy i noszącej tipsy, którymi orała mu plecy do krwi podczas namiętnych igraszek w chłodni pełnej póltusz.