Reklama

Chciałbym zacząć od wzorca

Chciałbym zacząć od wzorca i nie jest to metr z Sevres, ale hektar od świata. Gdyby tak spytać przeciętną panią domu, wróć, nie panią domu, tylko menedżerkę przedsiębiorstwa domowego, co to gotuje pierogi z Lidla i barszcz z Winiar, kto jest najpiękniejszy w świecie i klasowy? To co by się stało? Padłaby odpowiedź? Jaka? Wysoko mierzona, prosto w pierwszą damę, która zdołała ochronić swoją córkę przed kamerami i męża przed magisterium. Dziś mąż jest profesorem światowych uczelni, córka anonimową znaną/lubianą bywalczynią rozkładówek i salonów, a sama pierwsza dama chyba wylądowała najniżej, gdyż w niszowej stacji, gdzie prowadzi programy z cyklu telewizja śniadaniowa. Najlepiej zrelacjonował klasę pierwszej damy były premier, marszałek i szef największej lewicowej partii Józek Oleksy-Olin-Brzytwa, w rozmowie z przedsiębiorcą Guzowatym i nie będę z tym mężem stanu konkurował. Pani pierwsza dama żyje teraz w wielkim dylemacie, zastanawia się, czy wytrzyma kondycyjnie w „Tańcu z gwiazdami”, byłoby to nowe otwarcie w światowej polityce. Była pierwsza dama tańczy i to chyba wyżej niż przedwojenna pani minister, mamy taką polską Carlę Bruni, która śpiewa raz Sarkozy, raz Berlusconiemu. Światowej klasy kobieta, mnóstwo zdjęć z darczyńcami: Kuną, Żaglem, Mazurem, bo gdy liczy się „zdrowie dzieci w hospicjach”, czegóż się nie robi dla idei Solidarności. Ten długi wstęp, wyznacza polski wzorzec hektara od świata i gdy zerkniemy na to, co sobą reprezentuje uważana za wzorzec pierwszej damy, co sobą reprezentuje profesor Kwaśniewski i jak wygląda księżniczka Olka, w roli anonimowej, „zwykłej dziewczyny”, to już bez większego zdziwienia możemy popatrzeć na Ołenę Marczuk.

Czy pamiętamy jeszcze romans ostatniej dekady? No nie, o panią Edytę od mazurka klubowego i pana profesora Kwaśniewskiego nie chodzi. Chodzi o pana agenta Tomka i panią tancerkę na rurze Ołenę Marczuk. Pani Ołena przyjechała do nas z Ukrainy, w towarzystwie kilku opiekunów. Swój taneczny program przedstawiała gdzieś w Trójmieście, nie wiem, może „U Maxyma w Gdyni”. Potem się zakochała w swoim papierowym mężu i za jakąś symboliczną kwotę kupiła obywatelstwo. Któregoś pięknego dnia Ołena pocałowała, tam gdzie lubi najbardziej, księcia polskiej komedii i stała się księżniczką Weroniką Marczuk-Pazurą. Ładnie, światowo brzmi, imię co prawda można było wybrać lepiej, ale i tak ładniej Weronka, niż Ołena, która już jednoznacznie kojarzy się z rurą. Zanim do sedna tej opowieści, jeszcze kilka wtrętów. Na sądach się nie znam, zresztą na niczym się nie znam, ale gdzieś mi się obiło o uszy, może nawet przy okazji wyroku dla pana Gucwińskiego, który znęcał się nad misiem, że sąd wyrokując bierze pod uwagę niepokalaną przeszłość oskarżonego i tak zwaną opinię społeczną. No chodzi o to, czy przed zgwałceniem żony lub córki, sąsiad zawsze mówił dzień dobry, czy płacił mandaty, nie wynosił długopisów z biura i zawsze był pomocny kolegom i koleżankom z pracy. Pan Gucwiński taką opinię do kupy zebrał i dlatego dostał tylko 1000 PLN, jak za zwykłego kota, czy psa, nie misia i dostał odstąpienie od innych kar. Niestety i jakby nie patrzeć, ten sympatyczny staruszek, ulubieniec PRL startujący do różnych wyborów z list SLD i PSL, zdaje się bardziej przekonywać reputacją niż ukraińska panienka od rury, wszak żyjemy w państwie prawa, no takiego do pół, bo już po 7 latach pilot śmigłowca, który leciał z Leszkiem Milerem, został uniewinniony, ale jednak Gucwiński został upokorzony i po tej niesprawiedliwości przechodzę do sedna.

Gazety kłamią, niemniej w Polsce jest inna tradycja, prawdy dowiadujemy się właśnie poprzez gazety, które z kolei w trzech niezależnych i anonimowych źródłach ustaliły bez trudu co się dzieje w dowolnym śledztwie, o dowolnym stopniu tajności. I jedna z gazet dowiedziała się, że jest niemal pewny los podejrzanej Ołeny M-P. Będzie wolna ptaszyna, ponieważ nawet nie sąd, tylko niezależny prokurator przyjął wersję wydarzeń podejrzanej Ołeny M-P. Wersja jest kwintesencją poczucia humoru jakim się wykazują wszyscy zwolennicy medialnej kampanii: „żyjemy w państwie prawa”. Jaka jest wersja panienki Ołeny Marczuk? Wersja jest taka, że podczas kilku biznesowych spotkań, w „Pędzących królikach”, z agentem Tomkiem, który był chodzącą stylizacją ukraińskich opiekunów panienki Ołeny, Ołena zawarła transakcję. Uznała brylantowego żigolo za przedstawiciela Wydawnictwa Naukowo-Technicznego, następnie dogadała się z nim na prawie pół miliona złotych, za pomoc prawną w prywatyzowaniu tegoż wydawnictwa. Pomijając stawkę za tę usługę, która robi niemałe wrażenie, ale widać tu też przeskok z taniej panienki od rury i kawalerskich wieczorów na ekskluzywną panią dla wyższych sfer, można się pochylić nad realizacją transakcji. Otóż pani mecenas Weronika Marczuk-Pazura umówiła się w knajpie, na odbiór 100 tysięcy, żywym „keszem”, przyniesionym w reklamówce. Ech i o to mam największy żal. To pani pierwsza dama, po nieudanych zakupach na stadionie, pół Paryża zjeździła, żeby dobrać torebkę od C.C., albo agnostyczną woalkę na spotkanie z ojcem świętym i już mieliśmy światowej klasy standard, ekskluzywnej damy, kiedy najpierw gosposia domowa Maria Kaczyńska wlazła do samolotu z reklamówką, a potem internacjonalnej klasy artystka powieliła ten wieśniacki sznyt.

Ręce opadają, już pal sześć, że pan prokurator dał wiarę taniej panience, która kupiła obywatelstwo, papierowym małżeństwem, która wzięła do rączki, nie fiskalizując jak ta kioskarka, co dostała wyrok za złoty pięćdziesiąt poza kasą. Pal siedem, że kwota jak w bramie za PRL, przed siedzibą PKO, wręczona przez cinkciarza, zamiast cywilizowanego elektronicznego przelewu. Szlag z tym, że ten agent Tomek wyglądał jak klasyczny ukraiński alfons, nie doktor nauk, nawet ta knajpa jako miejsce wymiany kasy pod stolikiem ujdzie, norma. Ale na miły bóg nie po to ścigamy Europę, żeby chociaż neseserka na szyfr się przy takich okazjach nie dorobić, choćby takiego po sztućcach. Tego ciemnogrodowi, zwanemu państwem prawa nie mogę wybaczyć, tego powrotu do zapyziałej wiochy i mentalności kaczorów. Jest jednak w tym wszystkim jeden pozytyw. Patrząc na to wszystko z czysto operacyjnego punktu widzenia, muszę powiedzieć, że jedynym profesjonalistą w całej tej scence rodzajowej jest Mariusz Kamiński z CBA. Słyszałem jak agent Tomek kleci zdania, książkę nawet napisał, a jakże by inaczej, zresztą panienka Ołena też, tak agent Tomek kleci jak powinien, a jak kleci tak wygląda. Agent Tomek gada i wygląda jak ukraiński alfons i na tym polega profesjonalizm Kamińskiego, że dobrał odpowiedniego agenta dla odpowiednich panienek. Wysłać do Sawickiej i Ołeny doktora nauk, to by dopiero były jaja i amatorstwo, niczym zbliżający się wyrok w sprawie Weroniki M-P. W tenże sposób wyjaśniła się również niesamowita popularność i zawrotna kariera agenta Tomka, po prostu takie mamy pierwsze damy polityki, biznesu i mediów jakich mamy rycerzy. I już tylko na złośliwym końcu przypomnę, że taki jakiś podobny agent Tomek małżeństwu Kwaśniewskich usiłował sprzedać lokum za parę złotych. Kto zgadnie z kim się w tej sprawie spotykał ten przystojny światowiec? Pan profesor Aleksander chyba, aż taki nowoczesny nie jest i nie ma czasu, pani Jolka musiała wziąć sprawy domowej menedżerki w swoje ręce i strach pomyśleć, co by się stało, gdyby nie donatorzy: Kuna, Żagiel i Mazur z kolegami, gdyby nie przeszłość pana profesora „Alka” Kwaśniewskiego i jego poszanowanie dla pokojowych generałów patriotów.

PS Ale cóż to wszystko znaczy, idą ciężkie czasy, wraca pomór A/H1N1!

Reklama

6 KOMENTARZE

  1. W tej, niedokończonej, historii z domkiem dla Olka
    i Joli – która byłaby hitem roku – najbardziej szmatławą rolę odegrał ,,zasłużony opozycjonista”, prywatnie kumpel Niesiołowskiego, Dyzma pośród ministrów – Andrzej Czuma. Spalił mianowicie całą koronkową operację. Operację sprzedaży willi w Kazimierzu Dolnym za głupie 2 mln zł. Warto posłuchać publicznych już teraz podsłuchów telefonicznych, pani Jolanty Bezy oraz pani która ów skromny domek sprzedała. Występuje tam jeszcze ,,stary znajomy” ze starych dobrych czasów, więc zapewne – ze starej dobrej służby. Warto posłuchać, choćby tylko, ze względu na język jakim się posługują owe ,,elity”. Język szulerów, grypserów i doliniarzy. Z tych, konspiracyjnych dialogów wynika jeden wniosek, że nawet na żeńskim oddziale zakładu karnego, nasza, była już, pierwsza dama – też byłaby pierwsza.

  2. W tej, niedokończonej, historii z domkiem dla Olka
    i Joli – która byłaby hitem roku – najbardziej szmatławą rolę odegrał ,,zasłużony opozycjonista”, prywatnie kumpel Niesiołowskiego, Dyzma pośród ministrów – Andrzej Czuma. Spalił mianowicie całą koronkową operację. Operację sprzedaży willi w Kazimierzu Dolnym za głupie 2 mln zł. Warto posłuchać publicznych już teraz podsłuchów telefonicznych, pani Jolanty Bezy oraz pani która ów skromny domek sprzedała. Występuje tam jeszcze ,,stary znajomy” ze starych dobrych czasów, więc zapewne – ze starej dobrej służby. Warto posłuchać, choćby tylko, ze względu na język jakim się posługują owe ,,elity”. Język szulerów, grypserów i doliniarzy. Z tych, konspiracyjnych dialogów wynika jeden wniosek, że nawet na żeńskim oddziale zakładu karnego, nasza, była już, pierwsza dama – też byłaby pierwsza.

  3. W tej, niedokończonej, historii z domkiem dla Olka
    i Joli – która byłaby hitem roku – najbardziej szmatławą rolę odegrał ,,zasłużony opozycjonista”, prywatnie kumpel Niesiołowskiego, Dyzma pośród ministrów – Andrzej Czuma. Spalił mianowicie całą koronkową operację. Operację sprzedaży willi w Kazimierzu Dolnym za głupie 2 mln zł. Warto posłuchać publicznych już teraz podsłuchów telefonicznych, pani Jolanty Bezy oraz pani która ów skromny domek sprzedała. Występuje tam jeszcze ,,stary znajomy” ze starych dobrych czasów, więc zapewne – ze starej dobrej służby. Warto posłuchać, choćby tylko, ze względu na język jakim się posługują owe ,,elity”. Język szulerów, grypserów i doliniarzy. Z tych, konspiracyjnych dialogów wynika jeden wniosek, że nawet na żeńskim oddziale zakładu karnego, nasza, była już, pierwsza dama – też byłaby pierwsza.